Penczo Sławejkow, Sen o szczęściu

Autor: admin. Kategorie: Penczo Sławejkow,Sen o szczęściu; Przekłady poezji .

Penczo Sławejkow (1866-1912), urodził się w Triawnie; jego ojcem był jednym z czołowych poetów, społeczników i publicystów bułgarskiego odrodzenia narodowego – Petko Sławejkow (1827-1895). Po ukończeniu szkół w Bułgarii w 1892 r. rozpoczął studia filozoficzne w Lipsku, gdzie dogłębnie poznał literaturę niemieckiego romantyzmu, ale też współczesną literaturę i filozofię europejską. Ściśle związany z pierwszym pokoleniem modernistów, skupionych wokół czasopisma „Misył”, głoszącego program indywidualizmu, neoromantyzmu i europeizacji kultury bułgarskiej. Sławejkow głosił prymat ducha i silnej indywidualności twórczej, czego ilustracją były liczne wątki literackie i kulturowe, ale także kult pieśni ludowej jako emanacji związku sfery ludzkich uczuć i emocji ze światem natury. Najpełniej ilustruje to obszerny zbiór pieśni ludowych Kniga na pesnite (1917, Księga pieśni). W konwencji modernistycznej  utrzymane są tomiki: Epiczeski pesni (1896, Pieśni epickie), Bljanowe (1898, Marzenia). Największe uznanie przyniósł mu zbiór liryków Syn za sztastije (1907, Sen o szczęściu), w którym nastrojowość i ideał nieosiągalnej harmonii łączył z ulotnością marzenia i porywami ducha skazanego na samotność twórcy. Kult twórcy znalazł najdobitniejszy wyraz w będącej mistyfikacją antologii Na ostrowa na błażenite (1910, Na wyspie szczęśliwych), gdzie pod maską fikcyjnych poetów ukryte zostały liczne wątki autobiograficzne i autotematyczne. Swoją twórczością budował mit poety jako kapłana i męczennika sztuki. Przekłady jego poezji były publikowane w antologii Niewidzialne skrzydła (1987).

Penczo Sławejkow

Sen o szczęściu

 

***

I ciągle czuję twoich kwiatów woń,
nęcącą zmysły w rośnym bukiecie,
jej błogi urok w twoich marzeń toń
faluje lotnie, miłe me dziecię.

I widzę cię, jak patrzysz w dali toń,
jak szukasz mnie po całym świecie,
i ciągle czuję twoich kwiatów woń,
nęcącą zmysły w rośnym bukiecie.

***
I taka cisza na polanie,
że nie drży liść w koronach drzew,
i tylko niebo obraz czysty
w perłowej rosy lustro śle.

Ruszając świtem, czuję w duszy
o letnim ranku łaskawość dnia –
i pieści moją duszę rześką
beztroskiej drogi zorzana skra.

Beztroskiej drogi, spokoju duszy,
gdzie jasny zmierzch i domu cień,
i gdzie z pieszczotą na mnie czeka
mojego szczęścia radosny sen.

***
Ustały już deszczu strugi,
uleciał wicher niespodziany;
ostatni grzmot w oddali głuchnie
spóźnionym jękiem ech ścigany.

I tylko krople wciąż spływają
po liściach wichrem znękanych –
spadają niczym łzy ożywcze
słonecznym blaskiem wyzłacane.

***
Łzami się zalewała czarna noc,
łez wylewała gorzkich moc,
że biały dzionek od niej stroni,
że choćby jednej łzy nie roni
nad tym, że nie zna życia kras
i gorzkim żalem okrywa twarz!…

A gdy się zorza jasna zazorzyła,
ziemia się łzami znów pokryła –
rosy perełkami aż po dali kres;
i w każdej z tych perełek-łez
przejrzał się biały dzień ponętny
i z uśmiechem pobiegł obojętny.

***
Burzliwy wicher w nurcie życia
miota nim wiecznie, to tu, to tam –
w burzliwy wicher nurtu życia,
w obłędzie pognał jak burza sam.

Burzliwy wicher w nurcie życia –
gdzie jego kres? Gdzie jego brzeg?
W burzliwym wichrze nurtu życia
biedny, kto zgubił gościńca bieg.

***
Kłębią się czarne obłoki,
przygnane burzy szturmem;
i zda się – szczyty wysokie
myśli zmroczyły chmurne.

Pośpieszcie, zawrotne burze,
pośpieszcie wichry ochocze!
Burza świat z mroku wynurzy,
rozjaśni duszy pomrocze.

***
Pożegnała go jak marzenie błogie,
i „Bywaj” szepnęła ze wzruszeniem;
oddalał się, ruszył w swoją drogę,
stała oparta o bramę ramieniem.

Na rogu odwrócił głowę ku niej
i nim skręcił, pożegnał skinieniem.
A ona długo spoglądała tęsknie,
dalej oparta o bramę ramieniem.

***
Jeśli na grobie mym wzejdą kiedyś kwiaty –
to jako pieśni me niedośpiewane.

A pośród nich ten w najstrojniejsze szaty –
kwiat najpiękniejszy pieśni mej wezbranej…

Niedośpiewałem już kwiatu spełnienia!
Upojną jego wonią dusza przebudzona,

wezbrała w nim… i we mnie z upojenia,
i wraz z nim zwiędła pieśń nienarodzona.

***
Idziemy wciąż samotni przez ten świat –
naziemne gwiazdy, swój kreślimy ślad;
łakniemy siebie w skrytym pożądaniu,
iskrzymy dla się – dalej obcy w trwaniu:

ty ponętnością ciała chcesz mnie zwieść,
a mnie zryw ducha niesie wzniosłą treść.
I świat spogląda z niemym zadziwieniem –
że dla słońc naszych jest zaledwie cieniem.

Idziemy wciąż samotni przez ten świat.
Bo musi trwać stworzony przez nas ład!
Spójnia śmierć niesie dla naszego nieba,
bo nam, by świecić, samotności trzeba.

***
Choć martwy, to i w grobie
dusza będzie marzeniem żyć –
o świecie drogim, choć w znoju
niedoli biegła ma życia nić.

Poczuję przez ziemi powłokę,
bożego słońca łagodny wiew…
i mojej pieśni stroskanej
usłyszę dźwięczący tam śpiew.

***
Śpi już jezioro; białopienne buki
ku niemu patrzą z utęsknieniem,
i w cichych, ciemnych głębiach
odbitych kształtów kłębią cienie.

Dygocą, szepcą białopienne buki,
a ono trwa wciąż niewzruszone…
I tylko czasem jego spokój mącą
muśnięcia falą liście strącone.

***
I na jawie, i we śnie
wciąż widzę cię –
cudną niby jasna noc,
lubą jak dzień.

Za dnia ta cudna noc
w sercu się ckni –
całą noc o lubym dniu
ma dusza śni.

***
Wieczorne cienie sekretnie
w cień jeden się złączyły;
cichną i głuchną dźwięki,
co ciszy dno zgłębiły.

Pieśni głos skądś dobiega –
czy pieśń to, czy jęku tony?…
Lipy swą mroczną opowieść
szepcą głosem zmroczonym.

***
Z całunem ciemnym na ramionach
od wschodu idzie nocka lekkonoga –
w jej wonnym wiewie wiotko drży
stęskniona gęstwina, i szepce błoga
mozolnym dniem przerwane sny.

Na polach cichnie i wzniecony pył
po drodze krętej wije się w oddali.
Firmament jasny w pomrok się skrył,
aż brzask rozbłyskiem się zapali –
by świat nie wiedział, o czym śnił.

***
Ty, który czuwasz mocą niepojętą
i śledzisz z niebios losów bieg,
wyciągnij do mnie prawicę świętą,
w opiece bożej mnie zawsze miej.

I chroń mnie, póki nie skończę
tego, com z wiarą w ciebie słał,
dopiero wtedy zabierz mi słońce,
zabierz wszystko, coś sam mi dał.

***
Już karawana moich lat minęła
kwieciste wzgórze młodości mej;
i oto, duchem żywym zawładnęła
udręka drogi – wesela coraz mniej.

Patrzę za siebie południem znużony,
i żadnej radości nie wyławia wzrok
na szlaku przeszłym, dotąd spełnionym,
ani na szlaku, którym zdążam co krok.

Lecz ciągle idę i smutek ciągle dręczy…
Pod górę trzeba iść, i tak co dnia, co rok –
na szczyt ostatni, gdzie na przełęczy
widnieje krzyż – za nim nocy mrok.

***
I znów odejdzie ze świata we łzach,
ta, co dla życia na nim niezrodzona,
i znów niebawem cisza będzie trwać,
i świat wypełni – cisza uświęcona.

Uczucia święte budzi w sercu mym,
uczucia święte, myśli wszeteczne:
i była wiosny kwiatem pierwszym, gdy
ja pniem rozbitym przez moce wieczne.

O świcie szronem okryła się we łzach,
ta, co dała radość duszy rozżalonej…
i znów niebawem cisza będzie trwać,
i świat wypełni – cisza uświęcona.

***
Z mojego drzewa owoc, owoc miał zawsze blask –
i słońce nie skąpiło łask.
A moje płody ci zebrali,
co wciąż na świecie trwali

zrodzeni dla uciech, po to, by tylko brać,
z cudzego trudu żyć i trwać,
z trudu, co pije cudzą mękę.
Nastała jesień. Na udrękę,

na udrękę ostatnią wichrów północnych ptak,
ten już ostatni życia znak –
liście zeschnięte rozwiewa.
Mgła na polach nabrzmiewa.

Ujrzałem pod szronem gasnący lata blask…
Lecz słońce mi nie skąpiło łask.

***
Samotny grób wśród pustych pól,
w pustkowiu nic się już nie zdarzy –
ja wiem, gdzie ten samotny dół,
i wiem, jak ciężkie jego głazy.

I wiem, że w ten samotny grób,
w miejsce pustynne, tak samotne,
przyjazna ręka złożyła w głąb
sieroce życie bezpowrotnie.

I teraz o tym życiu, co zadało ból,
w bolesnym życiu swoim marzy…
Samotny grób wśród pustych pól,
w pustkowiu nic się już nie zdarzy.

Koszmar
Trwożnie się niesie sygnał nocnej straży –
w dali ktoś inny trąbi alarmu hasło…
Czego to znak?! Czy pożar się wydarzył?
Albo włóczęgi życie w swadzie zgasło?
„Pomocy, hej!” – ktoś woła. Znów zawołał…
Strzał. Drugi. Dwa nowe echo w dal powtórzy –
i… cisza wokół, na ulicy, i od podwórzy –
cisza i mrok, niczego dojrzeć tu nie zdołam.
Co to być mogło? Sen? Jawa? Koszmary?
Krwi fale w żyłach niespokojnie krążą…
Z chodnika naprzeciwko ciszę drążą
kroki nocnej straży, niby ciszy zegary.

Smocza ukochana

Trwożne gwiazdy na niebie ściemniały;
Rankiem wcześniej koguty zapiały…
Późno do wsi wracają żniwiarki.
Z piękną Janą te wiodą pogwarki:

„Jano, powiedz, có to za odmiana?
Taka byłaś wesoła, rozśmiana –
Czemu idziesz stroskana, zgaszona?
Czyś chorobą skrywaną dręczona?”

– Boleść  dręczy, zła boleść się snuje,
Dreszcze zimne, świat w oczach wiruje,
wicher bieży i noc taka mroczna …
Kto wie, jaka to dla mnie wyrocznia!

Jasny księżyc za chmurą się schował;
wicher wtargnął, z drzewami siłował …
Całą drogę śmierć Jana przyzywa;
niczym mara – ni martwa, ni żywa.

Kołem stały jej drużki żnwiarki;
z piękną Janą te wiodły pogwarki:
„Czemuż Jano, ten obłęd w lamencie?
Rozum tracisz? Co dręczy twe serce?”

– Serce cierpi i pamięć zawodzi…
Niedowiarki! Smok za mną chodzi.
Czary, zaklęcia – wszystko na marne.
Och, nie na darmo te chmury czarne! –

Psów szczekanie wieś całą przelękło,
niebo ciemne na pół się rozpękło –
lotem strzały biła błyskawica;
grzmotem nagłym zmroziła oblicza.

Bestie hurmem przybyłe jęły hasać:
Smoki, smoczyce w złotych kolasach –
całe plemię smoka-króla Ogniana,
bo mu luba, oj luba, jest Jana.

Kołem raźno się wiły, wzwyż wzbiły.
Chwilę tylko żniwiarki śledziły
piękną Janę z nieznanym lubym,
co wśród ciemnych chmur ją poślubił.

Porą tajemną

Świeci miesiączek jak uśmiech na niebie.
Stado po lesie rozpuścił przed siebie,
laskę z derenia wsparłszy o pień stary,
pasterz pieśń dobył z miedzianej fujary.

Wietrzyk mu wieje i włosy rozwiewa,
i w dali dale echem biegnąc, śpiewa
piosnkę tę cichą, nie pieśń o radości –
że serce młode nie znało miłości…

Znikąd kędy bądź do niego zleciały
roje rusałek i w tańcu pląsały –
taniec prowadzi Giurga urodziwa,
we wianku zielnym tańczy jak żywa.

Taniec prowadzi, te słowa powtarza,
oczu nie spuszcza z oczu owczarza:
„Dalejże, żywiej, gędźba ma być żwawa,
Skąd to u ciebie ta zgryzota łzawa?”

Pasterz nie odrzekł na to ani słowa;
skargę żałosną tańcem odczarował –
zgrabnie biegają palce roztańczone,
tańczą rusałki porywem wiedzione.

Wężem zakręcą, łamańcem się zegną,
przed się, do tyłu, zakosem pobiegną, –
śladem ich pląsów głuchego dudnienia
z sukni szelestem wiją się tchnienia…

Czy to znużony, czy za myślą pewną,
grajek grę uciął; fujarę słodkośpiewną
od ust odjął i czoło swe nachmurzył.
Giurga dziewoja wnet jemu powtórzy:

„Dalejże, żywo, graj gędźbę piekielną,
miesiąc zachodzi i dobę tajemną
po nim rozjaśni wnet jutra zaranie…
Powiedz swej woli i serca  żądanie!”

– Miesiąc zachodzi, wnet jutra zaranie…
Ciebie chce wola, i serca kochanie –
kibić ponętną pieszczotą chcę pieścić,
ust całowaniem śmierć swoją obwieścić!

Z tymiże słowy już miał ją przyciągnąć,
ta bokiem umknęła – nie mógł jej objąć,
zaś w chwilę później suknią omiotła,
z woli ochoczej rękami oplotła

i chyżo ze sobą uniosła do nieba…
W ślad za nią gnała rusałek czereda
włosem na wietrze spowita rozwianym,
w szatach z muślinu wiatrem targanych…

Migiem się stało, na niebie świtało,
czarnym półcieniem się rozpościerało…
Krzyk się przetoczył… Z wysoka rzucony,
z nieba powraca grajek odtrącony.

Mignął – schował się w głębi ciemności,
znów się pokazał – i runął z wysokości…
A rusałczany korowód tymczasem
skrył się niechybnie za ciemnym lasem.

Nierozłączni

Strojna się Kalina wije brzegiem rzeki w śnie uśpionym,
chyli Jawor swe gałęzie za witkami stęskniony.

Gdy mi miłą w znoju drogi cienia stała się gościna,
wtenczas taką tajemnicę powierzyła mi Kalina –

szeptem cichym liści swoich, głosem cichym, zapłakanym:
„Niegdyś byłam ja dziewczyną, lecz los był nieubłagany.

Jasne słońce pieszczotliwie ogrzewało moje skronie,
ach, w stronę innego słońca wyciągały się me dłonie!

Nie jaśniało mi to słońce ni z wysoka, ni z daleka –
a jaśniało, spoglądało, gdzie płot domu, i gdzie rzeka.

Rano, wieczór patrzył na mnie Iwo mój spod furty białej,
mego serca nie cieszyły słowa tej pociechy małej:

„Miła moja, lubość moja, otrzyj oczy zasmucone,
że mój ojciec, twoja matka nie chcą, bym cię miał za żonę.

Słów przysięgi, słów miłości czarny smutek niech nie mąci,
bo serc, co w miłości trwają, nawet śmierć już nie rozłączy”.

Słowa te dźwięczały słodko – lecz cierpienia gorycz słały –
nam pisane, by za życia nasze drogi się rozstały…

Powracałam raz pod wieczór, wodę niosąc aż od zdroju,
zobaczyłam zbiegowisko, co nie dało mi spokoju,

zbiegowisko u wrót Iwa, co na jego szły podwórze –
„Biedaczysko, – usłyszałam głośne głosy w ludzi chórze: –

prosto w serce wbił nóż sobie – i tak z nożem w sercu skonał!”
W oczach nagle pociemniało, dusza trwożym snem zmącona,

między ludzi wbiegłam z krzykiem, aby widzieć, co się stało,
ciało Iwa w krwi ujrzałam… Jednej chwili było mało,

nóż wyjęłam z jego piersi, w swoje serce nóż ten wbiłam,
i na Iwa padłam martwa, swoim ciałem otuliłam…

Niech mej matki, jego ojca radość nigdy się nie kończy:
chociaż martwi, to w miłości nawet śmierć nas nie rozłączy!

Ofiar tej miłości wiernej tam, gdzie cerkiew nie grzebano –
bo tam tylko tych się grzebie, którym martwe życie dano –

więc nas tutaj pogrzebali, na tym brzegu, w tej dolinie…
z Iwa wyrósł Jawor piękny, tuż koło mnie, przy Kalinie; –

ja witkami go miłuję, on mi daje cień kojący,
bo serc, co w miłości trwają, nawet śmierć już nie rozłączy…”.

W słowa pieśni zasłuchany, długo w cieniu drzew dumałem,
i co w pieśni usłyszałem, w pieśni smutnej wyśpiewałem.

Szaławiła

Zbożna była, wiekiem stała
sędzi siła:-
„Wciąż szaleje w naszej wiosce
szaławiła!

Nie szaleje tak jak inni
we wsi naszej –
on tamburę jaworową
ma przy pasie.

Ranną porą szaławiła
pocznie z cicha,
ale słychać go aż hen,
ej, do licha;

hen daleko, aż na polach –
gdzie jak w gusłach –
z rąk żniwiarkom sierpy lecą
i powrósła.

W ręce klaszczą, kołem stają
i w zachwycie –
korowodem pomykają
w złotym życie…

Słońce wyżej – szaławiła
nie spoczywa,
im gra dłużej, to tym głośniej
do zła wzywa:

usłyszały go niewiasty,
nad potokiem –
i miast kijankami walić,
chyżym krokiem

w ten korowód się włączają
oszalałe –
deszcz popadał i porwało
płótna białe…

Nastał wieczór – szaławiła
nie przestaje,
i spokoju starowinkom
też nie daje;

a to w jedną, a to w drugą
drobią stronę,
piec za ciepły, ciasto znowu
przypalone!”.

Zbożna była, wiekiem stała sędzi siła:
„Dawaj mi tu tę tamburę, szaławiła.
Muszę zbadać, jakim cudem jest możliwy
dziw piekielny: młody hula, stary – żywy.”.

Stary sędzia długą brodę swą pogładził,
hultaj grajek wziął tamburę, jak mu radził,

szarpnął struny i palcami biegał w pląsach –
stary sędzia jął przygryzać żwawo wąsa;

no i nagle, no i ruszył nogi ciężkie –
no i drgnęło u sędziego serce męskie;

choć na dobre jeszcze nie grał szaławiła,
u sędziego już junacka krew ożyła:

aż przytupnął, aż podskoczył do powały!
Kałamarze się z kantorka posypały

i supliki pochowane w każdej dziurze,
jak pisklaki się rozbiegły w kurzu chmurze…

„Wielkie nieba! Graj mi, graj mi, szaławiła!
Bo czyż może iskra boża być niemiła?

Stary – młodym, a młódź hula, to nie złuda,
iskra boża czyni w świecie istne cuda.”

Michał Anioł

Hałastra już rozpędzona. Ucichły
z letniego dnia ostatnim promieniem
i wściekły wrzask, i krzyki oszalałe;
i głucha noc  spowiła rzymski  gród.
Przypadkiem widzem tej utarczki był
maestro sztuki – niegdyś wojownik,
a teraz sługa marzeń swych anielskich,
niegodny sługa wzniosłej swej maestrii.
I mieczy błyski dojrzeć mógł za dnia,
słyszał ich szczęk, często przedśmiertny,
i krzyk rozpaczy do serca bólem wpadł;
lecz on pozostał gdzieś z boku nieruchomo
i duszy oczyma chłonął w skupieniu,
jak walczący na siebie napierają wraz
i wnet we krwi padają… Przyszła noc;
Hałastra już rozpędzona.
Do domu
zawrócił ze spuszczoną głową
i chmurny wkroczył do pracowni swojej…
Wyrósł tam przed nim z mroku postaci
z marmuru niemych szereg, spowitych
w księżyca blask, jaki się z okien słał.
Lecz dziwna jakaś martwoty zastygłość,
ciążąca niczym kajdany niewoli,
te postaci i formy w bezruch spięła.
I chłodem, chłodem niezaistnienia
od nich powiało – i powiew ten
zmroził mistrza nachmurzone czoło.
Powoli zrobił kilka kroków i zapalił
lichtarzowe świece. Snop światła
Mojżesza postać mu rozjaśnił
sposępniałą – i… zjawił się prorok
przed twórcą, a on odwrócił się odeń;
zda się larum dalekiej orgii rozpasanej
z rozmyślań samotnych go wyrwało.
Co zwiastuje chmurne z gniewu czoło
i pulsowanie nozdrzy rozszerzonych?
Jeszcze chwila, a sam rozbiłby w proch
tablice, na których jest dziesięć przykazań…
Starczy drobny cyzelunek i dawny prorok
oznajmi w niepohamowanym gniewie
swój wyrok nad nowymi czasy.
Powoli schylił się mistrz natchniony,
wziął ze stołu obok zaostrzone dłuto
i młot, lecz stanął znów wyprostowany,
jakby spięty, niemy i znieruchomiały;
i sarkanie głuche, gdzieś z duszy głębi
dobyte, ozwało się karcąco tymi słowy:

„Nieszczęsny synu czasów miernoty!
Cóż za demon tak wzrok ci przesłonił,
że patrząc wokół, niczego nie widzisz?
Wszak wokół ciebie zatracenie szydzi,
wokół ciebie ofiara za ofiarą
na krwawym ołtarzu ojczystej ziemi
piętrzy się w stos daremnie… Patrzysz
na tę zgrozę z eutymią błogą – w niej
szukasz natchnienia. Gdzie wojownik?
Gdzie wódz mężny? Ledwie niewolnik!
W sercu jego i zajadłość, i miłość
zagasły; młot w swej prawicy dzierży
i głuchy wysłuchuje wołania o pomoc.
Gdzie on żyje? Tak, żyje w swym dziele –
kamień do życia budzi…”
Jęk wściekły,
jak z czeluści krwawiącej piersi
rannego zwierza, od ciemnych sklepień
echem odtrącony, długo jeszcze grzmiał.
Zrobił krok do tyłu i, wstrzymując dech,
młotem się zamachnął, gotów nim zadać
wrogowi w sobie śmierć; ale powoli
ręka opadła i słowa dobył bezgłośnie:
– Słusznie, geniuszu mroczny. Te słowa
słyszę od ciebie nie pierwszy raz…
Połowę mego życia wraz z duszy żarem
zabrał mi ten chłodny marmuru kamień.
Święty ogień w mej duszy, przez życie
wzniecony, dla życia żywo nie płonął –
w tych czterech ciasnych ścianach
tylko huk młota był słyszalny,
i ogień we mnie wciąż powoli gasł;
z radością tłumioną, jak ślepiec, chciałem
jeszcze tlące się jego ostatnie iskry
uśmiercić w dzieła marmurowej formie.
Sam ochłodły, wszystko chłodem owiałem.
I usłysz teraz okrutne, lecz przytomne
pytanie, co zabrzmi dla ciebie jak wyrok:
„Artysta – zawsze przeniewiercą życia!
Po co żyje, i dokąd pragnie w życiu iść?”
O, życie, wbij w serce zatruty miecz –
żądaj krwi! Jestem opadły z sił, przybity,
z winy mojej – i losu – tobie danych chwil!

Na zwalonym marmuru odłamie,
ledwie żywy, przybity, znalazł ukojenie,
oparł czoło na spracowanej dłoni
i w mrok  wbił wzrok w serca udręce.
I długo tak w milczeniu trwał. Powoli
pamięć przywoływała raz po raz
minione i zapomniane dni –
i niby ptak wzbiła się z nich do lotu
i uderzyła w serce ostrym dzióbem
myśl owa straszna, którą wrzeźbiał
w marmuru kamień: „Słodki to sen,
gdy nic nie widzisz, i nie słyszysz,
to najzwyklejszy ziemski los –
snu mego nie mąć, ach, szeptem mów!”
Dłoń od czoła odjął i dreszczem zdjęty,
głowę uniósł – i dojrzał pochód cieni:
w przedśmiertnej męce Niewolnik ranny
na jego oczach kona – lecz ani jęku,
ani skargi z ust jego nie słyszy;
Dawid, z ręką uniesioną – lecz kamień
nie leci z niej na wroga; Maria
nad ciałem swego syna bożego boleje,
lecz ani jedna łza nie spływa
z jej oczu boleściwych;
Brutus stanął posępny – ale bez miecza
w zdradzieckiej dłoni. Czy wzrok czyjś
skryty w jego duszy zamysł dojrzy?
I długim rzędem ciągnęły w ślad za nimi
cienie, każdy bez słowa, niemy.
Oto, na końcu z włosem zmierzwionym
Jeremiasz, w myślach czarnych zatopiony –
lecz i ten pleciuch stary do swych ust
przyłożył prawicę – by nie daj Boże,
choćby niechcący słów z siebie nie dobyć…

Mistrz skoczył gniewny… W tejże chwili
cienie gdzieś się skryły. I tylko
Mojżesz wciąż stał przed nim dumny,
rozczesując brodę palcami żylastymi,
z czołem chmurnym i wzrokiem, Bóg wie,
w jakiej dali utkwionym… W gorączce
tak przed nim stojąc, nie wiedzieć kiedy
mistrz znowu w swym marzeniu utonął,
w marzeniu, co jak zmora nękało duszę
i w jasnym posągu szukało wcielenia.

I myśli olśnienia szept płomienny
ustami jego znów poruszył:

– Przewrotne są, geniuszu mroczny, słowa
twej zachęty! Ach, niewiele jest warte
życie tych, co trwają w przeświadczeniu,
że życie na świecie to jedynie
przemijanie. Bogatsi myślą ci są, co życie
inaczej widzą – doczesność nietrwałą
odrzucają i w to, co za nią się kryje –
w ideę  wnikają. Jeden ją za życia
w płomiennym słowie głosi,
drugi w bojach o nią krew swoją przelewa,
trzeci dłutem w marmurze szuka jej wyrazu
i z doczesności do wieczności przenosi!

I wyprężony, powiódł wzrokiem dumnym
wokół; młot ciężki w dłoń ujął,
uniósł, zamachnął – i w furii nim uderzył
w Mojżesza kolano, z krzykiem donośnym:

Ideę mego czasu przenieś w sobie
do wieczności… Mojżeszu, przemów!

Bajka

Roje gwiazd migocą trwożnie, świecą blado w nieba mroku.
Powóz stanął, a ja drzemię. Ciemne, głuche pole wokół;

tylko gdzieś tam w dali bliskiej widać światło niskiej chaty,
a nad chatą zda się machać jakiś duch wieloskrzydlaty.

I przyzywa niemo. Skrycie i bez słów się w duszy przędą
nici wspomnień, przywołane nagle snu miłą gawędą.

-My oboje, zapatrzeni jak para gołąbków w siebie,
a przez okno śle nam uśmiech krągły miesiąc na niebie…

W słodkim szepcie słów uściski, niedoszepne, niedosłyszne…
„Gretchen!” „Luby!… Mama idzie!” sploty objęć mych zaciszne,

rwąc z przestrachem, dłonie na klawesyn śpiesznie kładzie,
szuka nut zawieruszonych, zaplątanych gdzieś w nieładzie,

i z uśmiechem, śląc spojrzenie z tą iskierką swą szelmowską:
„Mam ci zagrać Pieśń bez słów? Albo… może…” – pyta z troską,

kładąc palec na swych ustach, bym miarkował zamysł lotnie,
i dziecięcy śmiech po izbie rozperliścia się stokrotnie.

Odemknęły się drzwi cicho, otworzyły jak szerokie –
to jej matka weszła lekko i radosnym wodząc wzrokiem,

zdjęła z tacy reńskie wino i wyrzekła czułym głosem:
„Pieśni znowu będzie śpiewać, moje ptaszę jasnowłose?

Siądźmy razem, by się napić, by cieszyła serce błogość –
by ma starość dobra była i szczęśliwa wasza młodość!

Czas śpiewania! Dzisiaj wiosna! Ona zawsze czasem pieśni.
A za oknem tak upojnie! Nawet niebo gwiezdne nie śpi,

gwiazdy skrzą się rozmarzone i zielonej chcą dąbrowie
bajkę swą o innej wiośnie snuć do rana gwiezdnym słowem!”

W tym zachwycie zmilkła nagle. Zadziwieni jej płomieniem,
spojrzeliśmy wraz na siebie. Czy młodości to wspomnienie?

Znane słowa, znane myśli, nigdy dotąd nie wyznane –
prosto z serca, tak chcąc nie chcąc, z głębi mroku dobywane…

Stół nakryty uroczyście. My przy stole. Aluzyjki,
śmiechy, chichy i zaczepki, i do późna dykteryjki.

Gwar radosny i beztroska, bałamuctwa nieszkodliwe –
szczęście,  które cieszy serce, podpowiada słowa tkliwe.

A pod stołem, niespodzianie, ona trąca mnie lekkuchno…
Północ zda się być za pasen. Miesiąc świecił okrągluchno,

ale zaszedł, w dal się zaszył. Już parskają niecierpliwie
rącze konie i woźnica z kozła karci je mrukliwie.

Czas się żegnać. Miłe słowa. „Kiedy pan nas znów odwiedzi?”
Rzucam żartem: „Już pojutrze. Bo dziś zasnę snem niedźwiedzim!”

I parskają konie… Gwiazdy coraz bledsze świecą w mroku –
błysną, zgasną. Powóz dudni poprzez głuche pole wokół.

Tylko gdzieś tam w dali bliskiej widać światło niskiej chaty,
a tuż za nią druga, trzecia… A nad nimi duch skrzydlaty –

naraz, przez zasłonę mroku, okiem uważnym wyławiam,
że to wiatrak swymi skrzydły, które wiatr w obroty wprawia,

taką wieść bez słów mi niesie: „Zaśnij, wiele już widziałem!
Świat twych marzeń, mój poeto, nigdy się nie stanie ciałem.”

Psalm poety

Powiernico moja, pora właśnie nadchodzi,
by z tobą i ze światem zacząć pożegnanie!
Już mnie  niezawodnie do kresu przywodzi
poematu ziemskiego moje smutne trwanie.

Być może jest ktoś, kto mnie miłością darzy,
a ci pozostali, ci dotąd mi nieznani,
zechcą mnie laurami wynosić na ołtarze,
choć póki tu żyłem, nie byłem pożądany.

Synogarlico moja, jedyna ma radości
pośród tej samotni i nieszczęść goryczy,
zamknij drzwi domu przed takimi gośćmi,
by żywi truposze, spragnieni zdobyczy –

łzami nad mym ciałem się nie zalewali,
łzami obłudnymi – by słowami psalmisty
czci mojej nie lżyli i żali nie śpiewali:
„Niebo go nagrodzi żywotem wiekuistym”.

Przyjaciółko moja, ty mej ostatniej dobie
piękna przydaj, na ich pastwę nie zostawiaj,
by grób mój nie był jak oni martwym grobem,
i płacz ich spokoju mej duszy nie pozbawiał.

Na wysokim wzgórzu, gdzie z tobą i z druhami
słów cichych słuchałem, każ, aby grób mi wznieśli,
tam, gdzie siadywałem w ciszę świętą wsłuchany,
gdzie milczenie dźwięczy głosami cudnej pieśni.

Któż inny ma wiedzieć: me oczy nie dla świata,
niech zatem i grób mój ku niebiosom się wznosi –
bom wzrok kierował tam, gdzie dusza wyżej wzlata –
i nie w ziemi zaryty, lecz chwałę wyżyn głosi.

Tam złóżcie me ciało, niech tam sobie spoczywa
o poranku rośnym, kiedy śpiewny skowronek –
symbol ducha mego – do nieba się wyrywa
i w hymnie radosnym wydzwania pieśni dzwonek.

I tam mnie połóżcie w marmuru łożu chłodnym.
Niech łzy snu nie mącą i niech nikt nie boleje.
I gwiazda poranna, gdy na niebie modrym
się zjawi, niechaj mnie swą pieszczotą ogrzeje.

Niech skryty bieg mego ziemskiego bytowania
wzrok nieprzesłoniony w marzeniu błogim śledzi,
bym świadkiem był, z dala od znoju trwania,
dziejów ziemskiego życia i szukał odpowiedzi.

I widział, jak słońce cudnym blaskiem otwiera
dla próżności skrzętnej dnia szerokie wierzeje
i czoło gwiazdami ucichła noc przybiera,
skrzydłami w modlitwie na ołtarz ciszy wieje.

Może Bóg łaskawy pozwoli mi ocalać
tę świętą ciszę – o, może Bóg łaskawy –
i tamten dźwięk drogi, któregom nie chciał skalać
życiem, uciekając od jego próżnej wrzawy.

I  dźwięki mej duszy, czułej na szczęścia głosy,
usłyszę: o życiu, co z jasnością się splata,
gdy ziemia zespala swój hymn na niebiosach
z psalmem dziękczynnym całego wszechświata.

 

 

. . : : M E N U : : . .

Przekłady i Publikacje

. . : : L I N K I : : . .