Kamen Kałczew, Biografia

Autor: admin. Kategorie: + Spis powszechny dzikich zajęcy. Antologia opowiadań; Kamen Kałczew; Przekłady prozy .

Biografia

Ostatnio ja także napisałem Życiorys – przenosząc się w przeszłość i niedole wiejskie – żeby dostać się do kombinatu mięsnego, gdzie dawali dobre pensje i gdzie były również inne zyski, potrzebne do wyżywienia mojej, jak wiadomo, licznej rodziny. Zbliżał się też czas emerytury, kiedy to miałem usunąć się na bok zgodnie z prawami natury, odnoszącymi się bez wyjątku oczywiście także do mnie, gdyż lata toczyły się nieubłaganie i zbliżały do swego kresu. Toteż nie mogłem wiecznie kisnąć w urzędzie pocztowym i roznosić listów, gazet, telegramów i przekazów, oczekiwanych przez ludność niekiedy z radością, a niekiedy także z rozczarowaniem.
Tak, był już najwyższy czas, żeby się przekwalifikować, jak zrobiło wielu, i dlatego zorientowałem się na kombinat mięsny za radą mojej żony, Zafirowa i innych przyjaciół, którzy chcieli dla mnie zawsze jak najlepiej. Oczywiście, w końcu sprawa oparła się znów o Iwana G. Iwanowa, który wystawiał opinie i rekomendacje i którego głos szanowano wszędzie z całkowitą słusznością.
Wniosłem do niego podanie dość zaniepokojony. Spojrzał na mnie i ściął mnie od razu:
– A gdzie Życiorys?
– Jaki Życiorys? – spytałem.
– Pochodzenie, charakterystyka moralno-obyczajowa itd.
Zamyśliłem się. Odrzucił podanie na bok i dodał:
– Nic z tego, bracie, idź i pisz Życiorys. I żadnego upiększania faktów, bo będziesz pociągnięty do odpowiedzialności.
– Wiadomo – rzekłem i poszedłem pisać Życiorys, z piórem w ręku skierowując swoje myśli w przeszłość.
„Nazywam się Dragan Iwanow Mickow, urodzony w podbałkańskiej wioszczynie Dolne Koszary z biednych rodziców na początku I wojny światowej, która przyniosła z sobą jedynie cierpienia narodom i niezliczone bogactwa kapitalistom i imperialistom. Moi rodzice, biedni hodowcy bydła, umierają wcześnie: jedno z nich na froncie, w okopach, a drugie – baba Iwanka – na głębokich tyłach, w ubóstwie i głodzie. Wzrastam jako sierota, w wieku lat 14-tu przyjeżdżam do stolicy w poszukiwaniu chleba i dachu nad głową, gdzie też pozostaję, wszedłszy w związek małżeński z Radką Stefanową Czukurlijewą, pomocą domową, z północy, cenioną i szanowaną przez wszystkich jako dobra gospodyni, która później zatroszczyła się o mnie i moją rodzinę, zbudowaną wspólnym wysiłkiem. W czasie drugiej wojny imperialistycznej pracowałem w urzędzie pocztowym, będąc obecny na nielegalnych zebraniach i spotkaniach na strychach i w suterenach, a także na Witoszy, jak pisze się ostatnio w gazetach i dokumentach, bezsprzecznie, będącej opatrznością dla rewolucyjnej Sofii. Odwiedzałem także towarzysza Miczewa w Centralnym[1], gdzie gnił na dożywocie. Nie przejawiałem strachu i słabości z wyjątkiem jednego razu, w czasie bombardowań, kiedy to uciekłem bez pozwolenia do pobliskiej wsi Ilijanci i tam przesiedziałem dwa dni z żoną, przestraszoną do szaleństwa, i małym dzieckiem, bezradnym i głodnym. Dziewiąty września[2] zastał mnie na posterunku uzbrojonego. Towarzysz Miczew powierzył mi Waltera, którego później zwróciłem w stanie sprawności, kiedy sytuacja uspokoiła się i ucichła. Uczestniczyłem także w nacjonalizacji, ale niezbyt. Nie przestawałem samodokształcać się, przechodząc od ustroju wspólnoty pierwotnej do dzisiejszego, z dobrymi wynikami oczywiście, zgodnie z wymogami czasu i społeczeństwa, które wszystko widzi. Pod względem moralno-obyczajowym jestem bez zarzutu, także Radka – sumienna matka, która wychowała syna i wnuczkę. Teraz budujemy nowe.”
Podpisałem się na koniec i szedłem to zanieść, ale przedtem jeszcze zawołałem Radkę, żeby jej przeczytać. Radka pochwaliła wszystko, ale powiedziała mi, że jestem bardzo skromny, przypominając pewne zdarzenia, o których zapomniałem. Więc napisałem o nich dodatkowo. Po drodze jednak spotkałem szwagra i przeczytałem mu także. Usiedliśmy na skwerku pod wierzbą płaczącą, gdzie było cicho i chłodno, otoczeni zewsząd emerytami, jednym z których miałem stać się bezsprzecznie i ja w niedalekiej przyszłości. Szwagier zrobił poprawki w stylu, przypominając mi, że w swoim czasie czytaliśmy razem „Stieńkę Riazina” i „Garibaldiego” w Klasztorze Drianowskim, w pobliżu jaskini, schwytani później przez policję drianowską i aresztowani za nielegalną działalność.
– Poza tym, ogólnie rzec biorąc, dobrześ go sklecił – dodał szwagier – z takiego Życiorysu nawet ja byłbym dumny.
– Skromnie, ale zgodnie z prawdą – rzekłem.
– Oczywiście.
Pożegnaliśmy się, jak zawsze serdecznie, i życzyliśmy sobie sukcesów w pracy, która nas czekała. Pogwizdywałem sobie wesoło, kiedy niedaleko klubu amatorskiego spotkałem mego przyjaciela Zafirowa, zajętego wiecznie imprezami kulturalnymi, ale zawsze gotowego przeznaczyć chwilę czasu i dla mnie. Pochwalił mój Życiorys, ale znalazł pewną lukę, dopuszczoną przypadkiem: w  38 roku, zdaje się latem, zanieśliśmy banicę[3] towarzyszowi Miczewowi do Centralnego, którą później zjedli dozorcy, znajdując na dnie blachy do pieczenia nielegalny list. Zapomniałem o tym fakcie i przeprosiłem Zafirowa.
– O wszystkim trzeba napisać, Draganie – nikt nie może odebrać ci działalności.
– Masz rację, Zafirow, ale pamięć jest zawodna.
– Wytęż ją, bracie!… A obligacje, które ci dałem i które rozprowadziłeś w kilka dni, pamiętasz?
– Zupełnie mi to wyleciało z głowy!
– A konspirator, którego do ciebie przyprowadziłem?
– Czegoś takiego nie było, Zafirow – zaprotestowałem.
– Było, było, mój drogi, ale ty zapinasz… A łapanka?
– Jaka łapanka?
– W przeddzień 1 Maja, kiedy policjant zabrał Stoenczewowi aparat i nie oddał.
– Jaki Stoenczew?
– Kelner…, który potem okazał się gadziną.
– Zatarło mi się w pamięci, bracie.
– A nie powinno. Wtedy ja, ryzykując życiem, przerzuciłem konspiratora po desce z okna Gatewów do waszego okna, a ty byłeś na poczcie, zdaje mi się, i Radka rozkrzyczała się blada jak ściana. Potem, oczywiście, przerzuciliśmy go do innego mieszkania i tak dalej, jak to zawsze bywało w kłopotliwych sytuacjach w czasie łapanek.
– Tak, tak bywało – zgodziłem się – zapomina się o wielu rzeczach. Albo to jedna, albo dwie, żeby pamiętać. Prawda?
Położyłem Życiorys na kolanie i uzupełniłem wszystko, dziękując Zafirowowi za odtworzone fakty, które uległy zapomnieniu. Pamięć ludzka! Krótka pamięć! Nieprawdziwa! Zdradliwa i okrutna!…
– Bardzoś go upstrzył, bracie – zauważył na koniec karcąco Zafirow, wbiwszy wzrok w Życiorys – nie przyjmą ci w takim stanie. Musisz go napisać wyraźniej i na maszynie.
– Gdzie ja im teraz będę szukał maszyny? – rozzłościłem się.
– W klubie jest jedna rozklekotana, ale na chodzie. Idziemy?
– Dobrze – rzekłem i ruszyłem za nim do klubu.
Maszynistka, stara jak maszyna, zaczęła wystukiwać mój Życiorys, dyktowany przez Zafirowa wraz z koniecznymi dodatkami i uzupełnieniami, wygrzebanymi z dalekiej przeszłości i zapomnienia.
Po pół godzinie wszystko było gotowe, podpisałem go na nowo i poszedłem do Iwana G. Iwanowa, który pracował w nowym urzędzie, dość zajęty i przemęczony posiedzeniami. Jakiś czas czekałem pod drzwiami zanim mnie przyjął, gdyż było wielu petentów. Kiedy wszedłem do jego gabinetu, podpierał głowę rękami. Patrzył w stronę niebieskiej teczki z białymi zapisanymi kartkami. Przywitałem go, a on dał mi znak, nie patrząc na mnie, żebym usiadł na krześle przy biurku i żebym milczał. Pomilczałem kilka minut. Potem zakaszlałem. Popatrzył na mnie, wyczytał moje myśli:
– Przyniosłeś go?
-Tak – rzekłem.
– Daj… Zobaczymy co zrobiłeś.
– Skleciłem go jakoś tam.
– Jak to… „skleciłem go:… co to znaczy, „skleciłem go”?
Zmieszałem się. Życiorys, który mu podałem, zawisł między nim a mną, gdyż nie wyciągnął ręki, żeby go wziąć, kiedy usłyszał słowo „skleciłem”, wymówione przeze mnie pośpiesznie i nieprzemyślanie.
– Zachowuj się poważnie, Mickow! – powiedział. – Masz już siwe włosy na głowie…
– Przepraszam – rzekłem, podając raz jeszcze Życiorys drżącą ręką. Wziął kartki i natychmiast mnie ściął:
– A dlaczego w maszynopisie?… Jak tak mo0żna?… Życiorys pisze się ręcznie, atramentem, wyraźnie i w obecności kadrowego!…
– Nie wiedziałem o tym – rzekłem
– A o czym wiedziałeś, Mickow?… Ty nigdy o niczym nie wiesz!… Na to wychodzi…
Poczułem szybki i nieoczekiwany odpływ krwi do nóg i jakby razem z nią uciekły mi z głowy myśli, których i bez tego nie było wiele, żeby odpowiedzieć na postawione pytania. Pobladłem. Z roztargnieniem patrzyłem w okno. Na rynnie ćwierkały wróble. Dwa gołębie drapały po blaszanym gzymsie. Milczałem. Iwan G. Iwanow milczał także, wbiwszy spojrzenie w mój Życiorys. Po pewnym czasie spojrzał na mnie, ale znów zaczął czytać. A potem długo myślał, zaznaczając coś ołówkiem z boku na marginesie.
– Dużo poezji, bracie, a mało faktów! – westchnął, odkładając Życiorys. – Tak się nie pisze!…Żadnych konkretów, żadnych dat, nazwisk, faktów… Brak skromności… Nieustanne wybijanie siebie na plan pierwszy… Zbędne szczegóły… Co to za Banica?… Co komu z tego?…
– Przenoszenie nielegalnej literatury, towarzyszu Iwanow!
– Głupstwa… Kto wam kazał?… I dalej, łapanka… Co to za wymysł z tą deską!… Kto będzie chodził po desce z jednego okna do drugiego, podczas gdy na zewnątrz patroluje konna policja i tajni agenci… I, po drugie, nikt nie będzie przeszkadzał Stoenczewowi robić zdjęć w czasie łapanki, gdyż nawet dzieciom był on znany jako…
– Ze Stoenczewem to fakt!
– wiem, ale on był człowiekiem policji… I dalej, co to za niejasności: powiadasz, że pochodzisz z biednej rodziny, a potem przemilczasz pole w spadku, rejestry podatkowe i tak dalej…
– Tak, tu masz rację.
– A więc, dlaczego „biednej”, a nie „średniej”!… I po co ta poezja o wojnie imperialistycznej, a nic nie mówisz o mobilizacji, przeniesieniu do rezerwy, oddziałach partyzanckich i twoim miejscu w tych czasach.
– Pracowałem na poczcie.
– Pisz!… Ale czym się zajmowałeś?
– Roznosiłem listy i inne rzeczy.
– Była jakaś organizacja, byłeś jej członkiem?… Przypominasz sobie coś o salonie krawieckim, gdzie magazynowaliśmy „Obręcz ognistą” i „Nocny kongres”[4]. Nie przypominasz sobie… A o „Garibaldim” pamiętasz!…
– O nim też zapomniałem, tylko szwagier mi przypomniał.
– Pomoc społeczna… Obligacje… A za ile lewów, gdzie, jak, ani słowa!… I o Walterze… Ustalmy czy był sprawny, czy nie, kiedy go oddałeś.
– Tak, sprawny.
– Proszę ja ciebie, sam go przejrzałem i ustaliłem!… No, ale nie grzebmy w przeszłości… Prawda?
Spuściłem głowę z poczuciem winy i długo milczałem, gdyż on wiedział wszystko i przyciskał mnie do muru to z jednej, to z drugiej strony, dobijając faktami, zapomnianymi przeze mnie. W końcu, po milczącej pauzie, w czasie której zupełnie straciłem pamięć i myśli, powiedział sprawiedliwie:
– W gruncie rzeczy ty nie masz Życiorysu, bracie!… Poezja, frazesy. Cierpienie… Wszyscy cierpieliśmy… Wiadomo… Po co bez przerwy ludziom o tym przypominać… I po drugie, nic o rodzinie i jej egzystencji, o synu, synowej, rodzicach synowej, pozycji sp0ołecznej… Ani słowa!… Tak nie można, musisz go jeszcze raz przepisać i uzupełnić. W przeciwnym razie, nie podpiszę!…
Rzucił kartkami, wyciągnąłem rękę, chcąc je złapać w powietrzu, żeby nie rozsypały się po podłodze i schwyciłem je dość zręcznie, potem złożyłem i wepchnąłem do torby, a wychodząc dziękowałem za rady.
Szedłem roztargniony ulicą Egzarchy Josifa, a po szyi ściekały mi strumi9enie potu, wycierałem spoconą twarz białą chusteczką, wypraną przez troskliwą gospodynię, moją jedyną pociechę i podporę w tych dniach, a oczy napełniały się łzami, gotowe do płaczu. Nachodziły mnie czarne myśli, ale jakoś przetrzymałem. Dotarłem do domu rozstrojony, z pustką w głowie, jakby silny wiatr wydmuchał mi z niej wszystkie myśli.
Zdjąłem torbę i ciężko usiadłem na krześle. Radka zauważyła mnie, ale nic nie powiedziała, zajęta domową pracą. Doglądała teraz naszej jedynej wnuczki, która otrzymała jej imię i to zupełnie słusznie. Westchnąłem kilka razy i przysunąłem się do plecionego kosza, żeby nacieszyć się śpiącym dzieckiem. Wtedy żona odezwała się cicho z kuchni, pytając czy złożyłem podanie do kombinatu mięsnego.
– Nie – odrzekłem – mój Życiorys jeszcze nie gotowy.
– Dlaczego to?
– Bardzo ogólny – kontynuowałem – muszę go uściślić…
Wyjąłem kartki i położyłem je w koszyku, a dziecko spało. Radka dała mi znak nożem kuchennym, żebym podszedł do niej. Wziąłem Życiorys i ruszyłem do niej, wpatrzony w nóż, bez obawy, gdyż byłem do niego przyzwyczajony.
– Nie zrozumiałam – powiedziała głośniej – dlaczego nie złożyłeś?
– Muszę dodać nowe fakty, Radko, i przepisać go na czysto.
– Patrzcie no! – wykrzyknęła. – Czego oni jeszcze chcą? Nie nadajesz się do roboty?
– Nie masz racji, Radko… To moja wina, że zaufałem innym, a nie wytężyłem własnej pamięci… Ludzie mają słuszność… Ponieważ Życiorys jest nożem o dwóch ostrzach…
Radka popatrzyła na mnie zdenerwowana.
– I o banicy, i o desce… I wiele innych… Budzą wątpliwości, jeśli się nie wyjaśni… dokładniej, z datami i godzinami. Nieprawdaż?
– A jak ukrywaliśmy konspiratorów?… Jak nosiłam za pazuchą gazety?
– Radko!
– Nie będę milczeć!
– Bo obudzisz dziecko…
– To obudzę! – wrzeszczała Radka i spacerowała z nożem po kuchni. Znów ciarki mnie przeszły, kiedy widziałem jak błyszczy w słońcu, skierowany ostrzem, zdawać by się mogło, prosto w moje serce. Ale Radka uspokoiła się, gdyż w tym czasie wszedł szwagier, uśmiechnięty jak zawsze, bo morze sięgało mu, z przeproszeniem, wciąż do kolan.
– Czołem – powiedział – coście tak zdębieli?
– Nic takiego – rzekłem – pilnujemy dziecka i cieszymy się nim.
– Tak to jest – odrzekł – co nam pozostaje na stare lata…
Potem pokręcił się trochę i spojrzał na mój Życiorys z zamiarem zagadnięcia mnie o niego i o kombinat mięsny, żeby mi być może pomóc, ale ja się nie dałem, podjąwszy inną decyzję – pilnować swoich spraw, które znalem i rozumiałem, i nie mieszać się tam, gdzie nie moje miejsce.
Powiedziałem mu, żeby usiadł i był cicho, bo obudzi dziecko, które teraz nabierało sił przed jutrzejszym dniem.
Przysunąłem się jeszcze bliżej do plecionego kosza, gdyż dziecko już coś mruczało, zrzuciwszy kołderkę, nachyliłem się nad nim i uśmiechając się, zapomniałem o złych myślach.
Zbliżała się już moja starość…



[1] Chodzi o Więzienie Centralne w Sofii (przyp. tłum.)
[2] 9 września 1944 roku – dzień proklamowania nowego, socjalistycznego państwa w Bułgarii (przyp. tłum.)
[3] banica – rodzaj ciasta z serem (przyp. tłum.)
[4] Ognista obręcz, Nocny kongres – bułgarskie poetyckie utwory rewolucyjne (przyp. tłum.)

. . : : M E N U : : . .

Przekłady i Publikacje

. . : : L I N K I : : . .