Sofroniusz Wraczanski, Żywot i cierpienia grzesznego Sofroniusza

Autor: admin. Kategorie: Przekłady prozy; Sofroniusz Wraczanski, Życie i cierpienia grzesznego Sofroniusza .

Ja, którym jest grzeszny pośród ludzi, urodziłem się we wsi Koteł z ojca Władysława, a z matki Marii, i dano mi imię świeckie Stojko. A kiedym skończył rok życia trzeci, oddała matka moja duszę Bogu i ojciec mój pojął drugą żonę, a ta była sroga i zawistna. I spłodził z nią dziecię płci męskiej. I jeno o swoje dziecię się troskała, a na mnie złym okiem patrzyła. A gdym skończył dziewięć Roków, damo mię do szkół na nauki: wcześniej na nauki pójść niemożnością było, jako żem przeważnie chorzał i słabował. A udawszy się na nauki, wielkie staranie i bystrość umysłu miałem i rychłom nauczył się prostego czytania. Skutkiem tego, iż nie ma w Bułgarii nauki filozofii w języku słowiańskim, począłem uczyć się jej po grecku. I nauczyłem się brewiarza. A kiedy naukę psałterza żem począł, przyszła wieść, iż ojciec mój pomarł był w Carogrodzie od dżumy roku 1750. Ostałem się bez ojca i bez matki. Lat mi było wtenczas jedenaście. I przygarnął mię stryj mój jako syna, przez to, iż sam dzieci nie miał, i dał mię do zawodu. A gdym skończył lat siedemnaście, pomarli i stryj, i stryjenka niebawem, jedno po drugim. Ale i stryj mój w Carogrodzie pomarł, jako że i oba byli dżelepami, bydłem handlowali. I przymusili mnie wierzyciele i spólnicy jego, bym do Carogrodu się udał jako syn jego, zebrać, co było do zebrania z pieniędzy onych od rzeźników, jak nakazywał obyczaj kupiecki.

Wszelako rzeźnicy wszędzie są rozrzuceni, po Carogrodzie i po kraju anadolskim, jednego dnia chcieli my ze spólnikiem udać się do kraju anadolskiego. I przybyli my na przystań, by dostać się tam łodzią. I widzimy łodzie przy pałacach carskich. A ludzie my prości, widząc, iż są one blisko Juskudaru, zechcieli my przedostać się owymi łodziami na Juskudar (Skutari). I zmierzając ku nim, widzimy w jednym miejscu moc ludzi i dwóch zapaśników walczących. A od góry były wysokie pałace – kto wie, aliści mógł tam i sam car mieszkać. A owi zaprzestawszy walki, powlekli ku pałacom carskim wszelaki owy lud. I my z nimi wraz poszli i stanęli między bramą carską i między Jaki-kioszk, gdzie stały uwiązane łodzie carskie. I stali my tak i w głowę zachodzili, dokąd by się tu udać, i zjawił się tam jakowyś strażnik carski i rzekł: „Po cóż żeście tu przyszli? Rychło mi stąd idźcie, bo głowy wam spadną”. Toteż przyszło nam o przebaczenie prosić, jako że byliśmy cudzoziemce i prości. A kiedyśmy z powrotem zawrócili, pojmali nas tamże tacy, co strzegli janczarów, i chcieli nas ubić, jako że nie widzieli nas, kiedyśmy przechodzili z oną ciżbą. A uwolniwszy się stamtąd, udali my się na spólną przystań i przedostali na Juskudar.

A byłem wtenczas jeszcze żółtodziób młody i gładki na licu, a Turcy tamtejsi –sodomici, ujrzawszy mnie, pojmali, co by sprawdzić dokument podróżny. I znaleźli dokument mój niedobrym, i zamknęli mię daleko, w ogrodzie jednym, w którym to Turcy byli – grali, tańcowali, śmiali się – w izbie, która blisko drogi była. Alem zmiarkował po mię tam zamknęli! A trafem jakowymś był klucz w środku, toteż zamknąłem się co rychlej. Aż strach bierze, ile to onych sodomitów przychodziło i błagało mnie, bym im otworzył; dukaty mi przez okienko podawali… i widząc, co się święci, krzyczeć począłem. A stały naprzeciwko domy żydowskie. Przyszli wnet jakowyś Żydzi i pytali mię: „Czego krzyczysz?”. I opowiedziałem im całą przyczynę. I poszli do towarzysza mojego, i dali trochę grosza temu, któren nad dokumentami pieczę trzymał, i uwolnili mię od onych sodomitów.

I zebrali my, ile mogli, i zdrowi do wsi powrócili. A po dodaniu wyszło, iż stryj mój ostawał dłużny groszy 400. I obarczyli mię, abym je spłacił. A wtenczas, gdym ja w Carogrodzie był, krewni moi moc dobytku domowego rozgrabili byli i skryli go. I przyszli stryjowi wierzyciele z sędzią tureckim spisywać dobytek domowy i mało co znaleźli. Przeto mniemali, żem ja go skrył. I nakazał sędzia, by mię wychłostano ściśniętego w dybach za nogi. Wszelako wójt nasz mię nie dał: wiedział, iżem nie jest powinny. Jakoż zakuli mię w łańcuchy żelazne i trzymali w zamknięciu dni trzy, póki nie wyciągnęli co nie bądź krewni moi, a mnie wtenczas darowali. I za to kazał władyka nałożyć na mnie klątwę, chociażem nic nie skrył. Przetom udał się do Szumenu do władyki, by sprawy swoje uładzić. Mało brakowało, a byliby nas zbóje napadli po drodze.

Jednako wcześniej, nim byli się zebrali owi wierzyciele, chcący dług swój odebrać, przymusili mię krewni moi do ożenku, jako że nie było komu mię doglądać. A lat miałem wtenczas osiemnaście, młodym był, głupi, i skąd mi było wiedzieć, iż stryj mój dłużny będzie i zechcą cały dług jego na mnie nałożyć – miałem trocha grosza, jednakoż kupiłem dom stryja za życia jego; a ożeniwszy się, rozpuściłem com miał; wszelako pokładałem nadzieje w fachu moim. A potem, kiedy przez sąd nałożyli ten dług na mnie, nie miałem ani jednej sztuki gotowych pieniędzy. A już nim żem spłacił owy dług, ileż tom biedy się nacierpiał: niedostatni, lichy i ubolewania godzien żywot wieść mi przyszło! Ileż to ukorzeń nacierpiałem się od żony mojej, jako że była nie nazbyt dumna!… toteż zamyśliłem zostawić i dom, i żonę, pójść na niziny po wsiach za robotą i tako przeżyć. I usłyszeli niektórzy przedni ludzie, iż gotowię się wyruszyć, zawezwali mię do się i rzekli: „Nie chodź nigdzie, ostań! Na dniach zjedzie władyka nasz, a jeśli go uprosim, uczyni cię duchownym”. I przybył na trzeci dzień archijerej i jęli go prosić; i ów natenczas raczył mię wyświęcić w niedzielę. I ofiarowali mu osiemdziesiąt groszy. Wszelako wypłacenie w środę być miało; a jam gotował się do niedzieli wyświęcenia. W piątek wieczór przyszedł ekonom i przyniósł mi pieniądze i rzekł tako:

– To wiedzieć musisz, iż nie uczyni cię władyka duchownym, jako iż inny dał sto pięćdziesiąt groszy; tego chce wyświęcić.

Jakiż to smutek żałość mię wzięła, kiedym się wyspowiadał spowiednikowi i otrzymał poświadczenie, uczyniłem wszystko, co trzeba było! Jednakoż komu tę żałość swoją powiedzieć?… pospieszyłem do owych ludzi, którzy byli mię prosili i pieniądze dali: i owi poszli i dali jeszcze groszy trzydzieści, i położył mi ręce na głowie władyka roku 1762 września pierwszego.

A jako żem był dość uczony w piśmie, inni duchowni nienawidzili mię, bo wszyscy do tejże pory na roli się trudzili. A z głupoty lat swoich nie chciałem być im pokorny, bo prości byli i nieuczeni. Oni to oczerniali mię przed archijerejem, i leż to razy mszy mi wzbraniał odprawiać i nienawidził mię! A miał archijerej protosingelosa Greka, nieuczonego, niepiśmiennego; onże wielce mię nienawidził, albowiem rzecz to naturze nieobca: uczony człowiek uczonego lubi, a prosty – prostego, a pijany – pijanego. I tak to, spokoju nie zaznawszy, przeżyłem lat kilka żywota swojego.

Roku Pańskiego 1768 wybuchła wojna (batalia) – Turka z Moskowczaninem. Co tu opowiadać: jak nadciągnęli one okrutne i srogie pogańce, zło wszelakie nanieśli chrześcijanom!  I tego jeno nie uczynili, co im do głowy nie przyszło. Ile to luda wybili! A wieś nasza, co to przy czterech drogach leży, i dom mój, daleko dosyć były od cerkwi, a jako zwyczaj nasz każe, trzeba mi było być w cerkwi i na nieszpory, i na jutrznię każdego dnia, przeto ilem to ulic musiał obchodzić nim do cerkwi doszedłem i wróciłem do domu z powrotem! Ile to razy pojmali mię i bili, i głowę mi rozbili, i zabić chcieli… Jednakoż Bóg miał mię w opiece.

Potem jęli nadciągać paszowie i polecali mnie przydziały pisać i na kwatery ich dawać. Pisałem co rychlej, a im nie podobały się kwatery one i wracali z powrotem: ile to razy pistolety na mnie wyciągali, chcący mię zabić! A raz kopię rzucił we mnie jeden, atoli nie udało mu się trafić.

I koniec końcem odjechał przesławny Algieryjczyk Hassan pasza, do Ruszczuku się udając. A jam po dawnemu rozdawał przydziały na kwatery. I poganiec jeden złapał mię za brodę i mało trzeba było, a byłby mi ją wyrwał! I kiedy stanęli wszyscy na kwaterach, zawezwał pasza czterech starców do się, a jednym z nich ja byłem.

Przyszedł jakowyś czausz, co siedział był zawsze we wsi – posłany od wezyra, co by bronić wsi przed wojskiem. I kiedyśmy przybyli wraz do bramy paszy, rzekł on: „Stójcie tu, a ja pójdę tam wyrozumieć się, po co was pasza wzywa”. A kiedy wszedł doń, wrzasnął na niego pasza i zawarli go na dole do więzienia; a my poczęli uciekać, gdzie kto mógł. A ja uciekałem ku konakowi blisko paszy, nie pomyślawszy, iż pasza siedzi na górze na werandzie i może mię dojrzeć. I dojrzawszy mię, zakrzyknął:

– Czego uciekasz? Pojmijcie go i dajcie do nas! I w tejże chwili pojmało mię czterech i doprowadziło przed paszę. Ilem ja się strachu najadł!… I spytał mię:

– Czego uciekasz, co? Kto cię goni?

A ja mu odrzekł: „Efendi, myśmy są rają; zawszeć bojaźliwi my są jako zające; a kiedyś uwięził czausza, zlękli my się i uciekli”.

A ów rzekł: „jakąż to szkodę macie od tego? Zawezwałem was, by się o drogę spytać”.

Straszny to był pasza! I podążył do Ruszczuku i tamże stanął.

W roku 1775 pobił Moskowczanin Turka i przeszedł Dunaj. Wziął w oblężenie Szumen, gdzie był wezyr Muiusu-oglu z ordą turecką; wziął w oblężenie i Ruszczuk, i Silistrę, i Warnę. Stał podówczas we wsi naszej pasza albański, strzegący wąwozu, co by nie uciekało wojsko tureckie, jak ma w zwyczaju. I byli tam takoż i kadi, i czausz, i su-basza. Usłyszawszy, iż wziął Moskowczanin wezyra w oblężenie, uciekli wszyscy na Sliwen. Aleśmy strachu się najedli, by nas w jasyr nie wzięli uciekając… stali chrześcijanie czujnie dniem i nocą. I oblegali dni dwadzieścia dwa. I podpisali pokój. I odeszli Moskowczanie, oddali i turecką ziemię, i wołoską.

Potem zaś udałem się na Atos i siedziałem tam sześć miesięcy. I przybyłem stamtąd i nauczałem dzieci księgi czytać. I dobrze wszystko było. Wszelako diabeł, któren zawżdy o dobro jest zawistny, poszczuł archijereja i przymusili, by mię uczynił epitropem. I licho wzięło żywot mój błogi: począłem chodzić gwoli dogodzenia mu, zwyczajem Greków, by pobierać kary od ludzi za powinowactwo i insze rzeczy. Sędzią żem się stał, atoli dla pieniędzy raczej; i nie dla siebie, jeno by archijerejowi dogodzić. Wszelako Bóg święty dał mi sprawiedliwość w czynach moich. O tym jednakoż przyjdzie jeszcze opowiedzieć…

Nie minęło wiele czasu, a doszło do kłótni między agami Osman-pazaru, kto ma być panem na wilajecie. I postawił sułtan z Werbicy jednego agę za pana, a wilajet go nie chce. Toteż przyzwali Bekir-paszę z Silistry, by ich pojednał. On zaś przybywszy, zabił sułtańskiego pana. A my podążyli do Osmanpazaru w dziesięciu ludzi z naszej wsi. A kiedyśmy doszli do ładu, nałożyli na wieś naszą dziesięć trzosów. I zamknął pasza trzech ludzi, pomiędzy któremi i ja byłem. A resztę ludzi posłał do wsi po pieniądze. I siedzieli my tamże zamknieni. Minęły trzy, i cztery dni, s tamci nie przychodzą! Doszło nas, iż udali się do Werbicy poskarżyć się na paszę sułtanowi. Towarzysze moi jęli w więzieniu płakać rzewnymi łzami: „Ach, my nieszczęśni, pasza ściąć nas każe!”

(…) A com się nacierpiał w więzieniu! Mam ci ja dolegliwość z nóg mię zwalającą, to jest wrzody – podówczas z niedobrego jedzenia trapić mię poczęła. Chcę na dwór wyjść, a oni mię nie puszczają: złorzeczyli na mnie… Takoż od strachu i dolegliwości nerwowej wypadły wszystkie włosy z głowy mojej!

Potem zaś jużem nie siedział spokojnie, jeno kupiłem dwie chaty, co były blisko cerkwi i odnowiłem je, i com Tylka miał grosza, wszystkom wydał. I nie minęło wiele, zachorzałem. Aliści nie była to boleść, bym legł w pościeli, jeno pochwyciła mię jakowaś choroba sercowa i w miejscu usiedzieć nie mogłem, by zdążył człek policzyć do dziesięciu, jenom chodził jako szaleniec nad wodą i płakał. I zdawało się, że chce wyskoczyć serce moje z ust moich! Taka to boleść mię zdjęła! Zesłał mi Bóg karę za niemądrą szalowość moją, jako iż w dumę byłem popadłem powodem tego epitropstwa, grzywnami karząc niewinnych ludzi. A tamże doktorów nie ma, toteż jakoweś baby mię zamawiały i leczyły; jednakoż bez pożytku żadnego! Chodziłem szukać doktorów do Sliwen, do Jambołu, a na koniec i do Carogrodu żem się udał – tyle grosza przyszło wydać, zadłużyłem się niemało.

W owym czasie wszczęło wojsko tureckie batalię i przeciw Moskowczaninowi i przeciw Niemcowi. I zimował Isuf-pasza wezyr w Ruszczuku. A syn mój poszedł do Wołochów i wziął świnie i z jakowejś przyczyny poniósł uszczerbek 1400  groszy, i widząc, iż zadłużyliśmy się wielce, postąpił do wojska i został gramatykiem kasap-paszy. W niewiele dni potem zachorzała takoż i popadia. Leżała w chorobie sześć miesięcy i pożegnała się z życiem. Innych wydatków takoż spadło niemało: z jednej strony wojsko przechodziło, kwatery trza było dawać, z drugiej strony wierzyciele spokoju nie dawali – pieniędzy swoich żądali, do więzienia wtrącić chcieli. A kiedym ozdrowiał nieco, za owe zamawianie wzbronił mi władyka przez trzy lata liturgię odprawiać. A gdy minęły trzy lata dał mi spowiednik pozwolenie, atoli władyka mi nie dawał, jako że miał dostać od syna mojego za pieniądze swoje procenty, a nie był dostał, groszy 84. „Daj mi, rzekł, te pieniądze, a dam ci pozwolenie na odprawianie liturgii”. I trzymał mię lat jeszcze trzy bez liturgii!

A i od popów com się nacierpiał!

Ileż to naśmiewali się ze mnie i złorzeczyli, i nie dawali należnej mi części, a dając mi powiadali: „Oto, niby ślepca jakowegoś cię żywimy” – tacy to byli moi uczniowie.

Takie to upokorzenie i wstyd znosić mi przyszło przez lat sześć.!

(…) w miesiącu sierpniu podążyłem do eparchii mojej. A wojska wciąż pod Widyniem stały. Z harmat strzelały, iżby go zdobyć. A ilem to strachu się najadł, chodząc po wsiach zbierać datki. Wracali i uciekali chwaccy Turcy z ordy i łupili wsie, i rabowali wójtów. Kiedy w końcu rozbił i rozpędził Pazwant-oglu na Świętego Dymitra hordy sułtańskie, robiłem podówczas obchód wsi. Wysypali się Turcy z Widynia i jęli po wsiach uciekać. Ile to trudu i strachu przyszło mi znieść, nim koniec końców dostałem się do Wracy. A jakie lasy, jakie góry i doliny przyszło mi przemierzyć…

A tamże, ledwo dni parę pobyłem, wieść przyszła, jakoby miał zdążać do Wracy Aliu-pasza z piętnastoma tysiącami wojska. Nocą przyszli z konaku kwatery szykować. Dowiedziawszy się, zebrałem się o ósmej godzinie z Wracy uciekać. Noc ciemna, pogoda była dżdżysta, a góry strome, wysokie. Ilem to razy padał po drodze, nim dotarli my do czerepiszkiego klasztoru. A dotarłszy do klasztoru, nikogo my tam nie zastali; mnisi uciekli pewnie, klasztor zamknięty i nie wiemy, gdzie ich szukać! Wreszcie nadarzył się jakowyś pop na drodze, któren wiedział o nich, iż uciekają do jaskini i zawiódł nas do nich. I siedziałem tam u nich w tej jaskini dwadzieścia i cztery dni. A mróz chwycił srogi i zachorzałem; cztery dni leżałem tam chory! Potem zagrzałem się i ozdrowiałem trocha. I  zebrałem się, co by pójść do innego klasztoru, któren leży w eparchii sofijskiej. Aliści góry tam wysokie, konno jechać nie sposób, a mię nogi bolały – pieszo iść żem nie mógł. Pod górę i w dół będzie ze dwie godziny drogi. I tak wspinając się, i w dół schodząc, łzami gorzkimi płakałem nad żywotem swoim! I siedziałem tam dni czternaście. I przyszedł list z Wracy, iż zabił był ponoć Kapitan pasza Aliu paszę w Rachowie i wojsko jego rozbiegło się; zaś do Wracy inny przybył panować, Isuf-pasza; i piszą, jako biskupstwo jest puste i Isuf-pasza człowiek dobry, „toteż przybywaj na biskupstwo”. Jednakże śniegi były wielkie, zima sroga. Dziesięć godzin drogi jest do Wracy. Ledwie w trzy dni my przebyli. (…)

. . : : M E N U : : . .

Przekłady i Publikacje

. . : : L I N K I : : . .