Petyr Pyrwanow, Skądkolwiek bądź

Autor: admin. Kategorie: Petyr Pyrwanow, Skądkolwiek bądź; Przekłady poezji .

Petyr Pyrwanow

Skądkolwiek bądź
________________________________________________________________

Spis treści

Uroczystość w górach
Rybacy
Z drugiej strony kolorowego balonu
Dłuto
Lasu góra ogromnieje
Elegia o ogrodnikach
Ptak, który się uśmiecha
Mówiące drzewo
Wielobarwne stalaktyty
Pomnik Ziemi
*** Moje ciało…
Sytowska inskrypcja
Tak bardzo jej
Skądkolwiek bądź
Kilifarewo
Wolność absolutna
Z cyklu Lotniska
…Po raz drugi o tej samej porze
…Zostało jeszcze kilka metrów lotniska
… Lecimy zaledwie minutę i popatrz
…Tysiącletnie marzenie pozostaje marzeniem
Z cyklu Świetlista trawa
… Lampa. Dwie figurki z kości. Długopisy
… Gdzie wczoraj krążyła ziemia ciepła
… Nie zbliżaj się do mnie myśli złota
… Słowa odbierające mowę świecą
… Światu widzialnemu odebrane słowa
… Efektem zmyślenia wydaje się wszystko
… Wciąż szukam pod mętną wodą i cienistą winoroślą
…Samo wpada do ręki ciche pióro

Uroczystość w górach

Skoszono strome zboże;
kobiety jak położnice
oszołomione ze zmęczenia i szczęścia
ruszają w milczeniu,
jakby szły się pokłonić.

Mężczyźni ustawiają w krzyże
ostatnie snopy: –
rozrzucone po wzgórzach
świecą niewyraźnie nad wioską
potężne złote krzyże:

Jak gdyby Homer umarł?

*przekład wspólnie z Julianem Kornhauserem

Rybacy

Wysoko,
wysoko w morzu
posiwiałe głowy rybaków
jak kule soli się topią.

Wysoko,
wysoko w morzu
ręce rybaków
grają z rybami
w chowanego.
Okrutnie i z miłością.

Przypomina to z daleka
łowienie ryb.

*przekład wspólnie z Julianem Kornhauserem

Z drugiej strony kolorowego balonu

Jabłka śpiewają:
ptaki,
ptaki będziemy zbierać
tej jesieni.
Z czułością
w liściach paproci przechowywać.

Każdego dnia
uroczyście i w skupieniu
po jednym będziemy je kroić
dla dzieci:
„Jedzcie, kochane,
jedzcie,
a dorośli niech mówią, co chcą.”

Dzieci nas schrupią
i rozdmuchają puch po pokoju.

*przekład wspólnie z Julianem Kornhauserem

Dłuto

Zahuczałby wodospad:

kamieniu,
moje wymię,
moja śmierci –
nieoddychająca kariatydo
jasnej miłości
i niezniszczalnego żalu,
bądź kwiatem rozkwitłym
w procy Dawida,
skazańcu mego głosu
padasz z wysokości ręki.

Lasu góra ogromnieje

Drwale powracają
przesieką ze Wszechświata
Krokiem niedźwiedzia słabość ich dopada
A ciała wydają się jak nagie
I białym światłem świecą siekiery
Czyżby kąpali się znów
w galaktyce mlecznej
Mądrości nie brakuje mądrym góralom
na pewno to zrobili
Wiedzą już od dawna
Cud przychodzi z nieba

Elegia o ogrodnikach

Dwaj ogrodnicy sałatę z ogrodu swego chrupią
ser i chleb okruchami stają się od słońca
Nogi ogrodników kałużę mącą stąd do Morza
Ryby łakomie patrzą, jakby i one ucierpiały od suszy,
I skubią z pięt ich zwiędłą rzepę.

Szczodra jest ta cicha wieczerza
a niebo popękane jak kapusta.

Ptak, który się uśmiecha

Po samotności
poczęcia:

Nic już nie może
nas zapomnieć.

Podbity jest świat.

Skurczony czas,
odcień wieczności –

Rzecz wybucha –

linia lub okręg,
ciałem słów: –

skrzydłem z kamienia
w przestrzeni Euklidesa.

Mówiące drzewo

Przewyższam was –
przechodzę z gołą głową
przez sezony niebios.

Przewyższam was –
depczę bosą nogą
ziemię jakiejś ziemi,
skazane na nią nieodwracalnie
z robakami i owocami.

Przewyższam was –

korzenno-koronnie

i pewne siebie:

toporzysko białej siekiery,
pod którą jęczy
materia ognia.

Wielobarwne stalaktyty

Przez wyłom w ciemności –
bez opamiętania wierne głosowi

wiedzą jak marnować miejsce
na cześć wyobraźni: –

widzę je
te białe zakonnice
rosną i śpiewają
w gardle skamieniałego ptaka.

Pomnik Ziemi

Gdybym była
na miejscu Słońca –

nim jest wszystko, co mam: –

Mimo to,
gdybym była na miejscu Słońca
spostrzegłabym:

nic nie jest doskonałe.
Wszystko jest praobrazem –
Tworzę go,
aby mnie przezwyciężał.

***

Moje ciało
flet w rzekach wiatrów
wzywa swój głos:

Nagie skrzydło wodospadu,
wzięty w objęcia cień ognia,
słuch otwarty nad Ziemią –
która nie jest całym światem,
dynamit w głębi każdego oka,
pęczniejący sztandar,
pień całości.

Wygnaniec mego mózgu,
zmierzający zamiast owocu –

z wysiłkiem
zacząć świat od jutra.

Sytowska inskrypcja

Moje spojrzenie –
znakiem w waszych oczach:

Moje słowa –
znakiem na waszych wargach:

Moje ciało
znakiem na waszym niebie.

Błękitna pętla wszechświata
pieści moje gardło:

Czekam,
aby ktoś kopnął Ziemię
spod moich bosych stóp.

Tak bardzo jej

I.
Nie dałoby się mówić
o rękach Wenus

Nie dałoby się mówić
o twarzy z czasów przyszłych

Nie dałoby się mówić,
choć chciałoby się być szczerym,

nie dałoby się mówić:

Chcielibyście abym wam pokazał
taką dziewczynę,
o której jeszcze nawet nie śnią
pachwiny mężczyzn?

II.
W otoczeniu twoich oczu
ślepnę
na twoją nagość –

niepokalaną –

zatopiony
do dna krwi
w jakże świadomej nieświadomości.

Czas nie przepływa
między nami:
istnieje jedynie
proroctwo komórki.

Skądkolwiek bądź

Wiersz zapomniany napisany dawno
odkryłem przypadkiem. Przestraszony
ledwie nań spojrzałem i nie przeczytałem
Ulotność winna była minąć bezpowrotnie
Kartka co zachowała czarny ślad gdzieś uleciała
Ale w pamięci zostało olśnienie
Jak się odkrywa co ukryte
Ten obraz przyprawia mnie o zawrót głowy
W niepowtarzalność gotów jestem nie uwierzyć
Życie moje w życie minione
zasiało zwątpienie

Kilifarewo

Tak czyste to milczenie przedświtne i przedsłowne
Jak górska woda zanim popłynie ku Tyrnowu
Tak poruszająco mówi i bezgłośnie tylko cisza
Gdy zamknę oczy nie jestem na tym świecie
Gdy je otwieram nie jestem dla niego
W sobie jedynie żyje kto ciszą mówi wszystko

Wolność absolutna

Co się stanie z grzechami i złymi uczynkami
których nie zdołałem popełnić
Uczynki dobre twórcze zamiary
Gdzie będą niespełnione się błąkać
Muzyka i obraz i myśl
Dokąd odchodzą lub zmierzają
Jaki los tego co niewyrażone
Jedyne ślady życia i użycia
Skorupy Łuski Popiół
A nienapisane wiersze
Niech wszystko zmierza gdzie chce
Duch mój nie będzie dłużej ranić mego serca

Z cyklu „Lotniska”
3.
Po raz drugi o tej samej porze wyruszam
z miasta mojego do twojego miasta
Prawie nie jest możliwe założenie
że nie jest mi dane życie w całości powtórzyć
Czy twoje życie też zależy od tego
o ile zjawisz się i będziesz czekać jak kiedyś
Nawet w niebie ta myśl mnie przeraża

4.
Zostało jeszcze kilka metrów lotniska
I wzbijemy się wysoko do nieba
Tam trafiają się niekiedy cuda
Ptaki które bezgłośnie
Przenikają do księżyca umysłu

5.
Lecimy zaledwie minutę i popatrz
Odmieniły się już domy ludzie
Jakby do nich należała gra w zmienianie

20.
Tysiącletnie marzenie pozostaje marzeniem
Tak właśnie w drzewie świata ożywają soki
Rośnie i rozgałęzia się i wspina ku niebu
Ale nikt jeszcze nie wydał okrzyku
Patrzcie ptak ląduje ziemia jest blisko

Z cyklu „Świetlista trawa”

1.
LAMPA. Dwie figurki z kości. Długopisy
Cisza swe okrzyki coraz bardziej wzmaga

Chcąc ich żywot przedłużyć choćby trochę

Jedna rzecz drugiej własny sens nadaje
Świat się otwiera dopóki jest związek

By lot zaistniał wcześniej ptak być musi

Rzeczy udające rzeczywistość

2.
GDZIE WCZORAJ krążyła Ziemia ciepła
Co między nami się zdarzy

Słowa tak dostępne że aż odpychają

Artysta chwalony przez swój obraz
Oddałby życie by powtórzyć siebie

Choć taki obraz jest zawsze umieraniem

Objawieniem w niejasnej przestrzeni

5.
NIE ZBLIŻAJ SIĘ DO MNIE MYŚLI złota
Topielico możliwości nie do przewidzenia

Przez umysł przemknęła ryba czasu

Ludzie których mógłbym kochać
Będą się rodzić długo po mnie

Ale ich życie też będzie stworzone

Dla rzeczy niezmiennie przeoczonych

32.
SŁOWA odbierające mowę świecą
Nie dla jasności dla dna głębi

Klepsydra czasu nie zna litości

Świat jest w zimnej kieszeni atomu
Życie zaledwie utraconą nieobecnością

Sercem jestem blisko rzeczy małych

W nich prawa są ponad sprawiedliwością

34.
ŚWIATU WIDZIALNEMU odebrane słowa
Umysł chce łączyć to co się nie stało

Dokądkolwiek nie dotrę jestem u początku

Ślad okrętu na wodzie oznacza zbliżanie
Myśl bezpowrotnie utracone przestrzenie

Najwyższa moc sprawcza materii słowa

Czego nie powiem a dosłyszę jest pociechą dla mnie

37.
EFEKTEM ZMYŚLENIA WYDAJE SIĘ wszystko
Świat zwrócił się w stronę Ziemi

Chcąc się ukazać stworzonemu przez Boga

W górze jest niewiadome i przepaść bez końca
Tutaj wznosimy się i zstępujemy na dół

Od siebie ku inności żeglują ciała

Niebo jest zaledwie westchnieniem

46.
WCIĄŻ SZUKAM pod mętną wodą i cienistą winoroślą
Dzieciństwo na swój sposób miewa czyste myśli

Z kraju władzy i snu nikomu nie zdarzają się powroty

Świetlna aura w rzeczach tworzy ich byt w myślach
A na ekranach widać wciąż te same twarze

Nie spotkam się już z tymi ludźmi nigdy więcej

Poznanie niesie z sobą mniej smutku niż widzenie

52.
SAMO WPADA DO RĘKI ciche pióro
Czas płynie i płynie w półleżącej pozie

I bez niego świat dobiegnie końca

Co nam pozostaje z jego przemijania
Przeżywamy mniej rzeczy niż dni życia

I tylko jedwabnymi żyłami je sobie doliczamy

Samozwańczo pyszni i wierni wieczności

. . : : M E N U : : . .

Przekłady i Publikacje

. . : : L I N K I : : . .