Petyr Pyrwanow, Skądkolwiek bądź

Autor: admin. Kategorie: Petyr Pyrwanow, Skądkolwiek bądź; Przekłady poezji .

Petyr Pyrwanow (ur.1941 w Kilifarowo), studiował medycynę i filozofię w Sofii, ale ukońcył ostatecznie studia dziennikarskie. Zawodowo związany z wieloma instytucjami kultury; wieloletni dyrektor Programowy Narodowego Pałacu Kultury w Sofii. Jest autorem tomików: Szte izczeznat dumite (1993, Znikną słowa), Zoar (1996 Zohar), Swetlinna trewa (1998, Świetlista trawa), Largo (1999, wyd. bułgarsko-angielskie), Nebesnik (2002, Niebiośnik), Grifoni (2002, Gryfony), Płanetarium (2008, Planetarium). Wiersze z tych tomików ukazały się w tomie utworów wybranych Otwyd horizonta na bitieto (2016, Poza horyzontem bytu) wraz z nowymi cyklami: Inscenirovki ot czaenija park (Inscenizacje z parku herbacianego), Den bez godina (Dzień bez roku), Zapisi ot gradinata na pokriwa (Zapiski z ogrodu na dachu).

 

 

Petyr Pyrwanow

Skądkolwiek bądź

 

Uroczystość w górach

Skoszono strome zboże;
kobiety jak położnice
oszołomione ze zmęczenia i szczęścia
ruszają w milczeniu,
jakby szły się pokłonić.

Mężczyźni ustawiają w krzyże
ostatnie snopy: –
rozrzucone po wzgórzach
świecą niewyraźnie nad wioską
potężne złote krzyże:

Jak gdyby Homer umarł?

*przekład wspólnie z Julianem Kornhauserem

 

Rybacy

Wysoko,
wysoko w morzu
posiwiałe głowy rybaków
jak kule soli się topią.

Wysoko,
wysoko w morzu
ręce rybaków
grają z rybami
w chowanego.
Okrutnie i z miłością.

Przypomina to z daleka
łowienie ryb.

*przekład wspólnie z Julianem Kornhauserem

 

Z drugiej strony kolorowego balonu

Jabłka śpiewają:
ptaki,
ptaki będziemy zbierać
tej jesieni.
Z czułością
w liściach paproci przechowywać.

Każdego dnia
uroczyście i w skupieniu
po jednym będziemy je kroić
dla dzieci:
„Jedzcie, kochane,
jedzcie,
a dorośli niech mówią, co chcą.”

Dzieci nas schrupią
i rozdmuchają puch po pokoju.

*przekład wspólnie z Julianem Kornhauserem

 

Dłuto

Zahuczałby wodospad:

kamieniu,
moje wymię,
moja śmierci –
nieoddychająca kariatydo
jasnej miłości
i niezniszczalnego żalu,
bądź kwiatem rozkwitłym
w procy Dawida,
skazańcu mego głosu
padasz z wysokości ręki.

 

Lasu góra ogromnieje

Drwale powracają
przesieką ze Wszechświata
Krokiem niedźwiedzia słabość ich dopada
A ciała wydają się jak nagie
I białym światłem świecą siekiery
Czyżby kąpali się znów
w galaktyce mlecznej
Mądrości nie brakuje mądrym góralom
na pewno to zrobili
Wiedzą już od dawna
Cud przychodzi z nieba

 

Elegia o ogrodnikach

Dwaj ogrodnicy sałatę z ogrodu swego chrupią
ser i chleb okruchami stają się od słońca
Nogi ogrodników kałużę mącą stąd do Morza
Ryby łakomie patrzą, jakby i one ucierpiały od suszy,
I skubią z pięt ich zwiędłą rzepę.

Szczodra jest ta cicha wieczerza
a niebo popękane jak kapusta.

 

Ptak, który się uśmiecha

Po samotności
poczęcia:

Nic już nie może
nas zapomnieć.

Podbity jest świat.

Skurczony czas,
odcień wieczności –

Rzecz wybucha –

linia lub okręg,
ciałem słów: –

skrzydłem z kamienia
w przestrzeni Euklidesa.

 

Mówiące drzewo

Przewyższam was –
przechodzę z gołą głową
przez sezony niebios.

Przewyższam was –
depczę bosą nogą
ziemię jakiejś ziemi,
skazane na nią nieodwracalnie
z robakami i owocami.

Przewyższam was –

korzenno-koronnie

i pewne siebie:

toporzysko białej siekiery,
pod którą jęczy
materia ognia.

 

Wielobarwne stalaktyty

Przez wyłom w ciemności –
bez opamiętania wierne głosowi

wiedzą jak marnować miejsce
na cześć wyobraźni: –

widzę je
te białe zakonnice
rosną i śpiewają
w gardle skamieniałego ptaka.

 

Pomnik Ziemi

Gdybym była
na miejscu Słońca –

nim jest wszystko, co mam: –

Mimo to,
gdybym była na miejscu Słońca
spostrzegłabym:

nic nie jest doskonałe.
Wszystko jest praobrazem –
Tworzę go,
aby mnie przezwyciężał.

***

Moje ciało
flet w rzekach wiatrów
wzywa swój głos:

Nagie skrzydło wodospadu,
wzięty w objęcia cień ognia,
słuch otwarty nad Ziemią –
która nie jest całym światem,
dynamit w głębi każdego oka,
pęczniejący sztandar,
pień całości.

Wygnaniec mego mózgu,
zmierzający zamiast owocu –

z wysiłkiem
zacząć świat od jutra.

 

Sytowska inskrypcja

Moje spojrzenie –
znakiem w waszych oczach:

Moje słowa –
znakiem na waszych wargach:

Moje ciało
znakiem na waszym niebie.

Błękitna pętla wszechświata
pieści moje gardło:

Czekam,
aby ktoś kopnął Ziemię
spod moich bosych stóp.

 

Tak bardzo jej

I.
Nie dałoby się mówić
o rękach Wenus

Nie dałoby się mówić
o twarzy z czasów przyszłych

Nie dałoby się mówić,
choć chciałoby się być szczerym,

nie dałoby się mówić:

Chcielibyście abym wam pokazał
taką dziewczynę,
o której jeszcze nawet nie śnią
pachwiny mężczyzn?

II.
W otoczeniu twoich oczu
ślepnę
na twoją nagość –

niepokalaną –

zatopiony
do dna krwi
w jakże świadomej nieświadomości.

Czas nie przepływa
między nami:
istnieje jedynie
proroctwo komórki.

Lasu góra ogromnieje

Drwale  powracają
przesieką ze Wszechświata
Krokiem niedźwiedzia słabość ich dopada
a ciała wyglądają jak nagie
i białym światłem świecą siekiery
Czyżby kąpali się znów
w Drodze Mlecznej
Mądrości nie brak mądrym góralom
na pewno to zrobili
Wiedzą już od dawna
Cud przychodzi z nieba

Elegia o ogrodnikach

Dwaj ogrodnicy sałatę z ogrodu swego chrupią
ser i chleb okruchami stają się od słońca
Nogi ogrodników kałużę mącą stąd do Morza
Ryby łakomie patrzą, jakby i one ucierpiały od suszy,
I skubią z pięt ich zwiędłą rzepę.

Szczodra jest ta cicha wieczerza
a niebo popękane jak kapusta

 

Skądkolwiek bądź

 Wiersz zapomniany napisany dawno
odkryłem przypadkiem. Przestraszony
ledwie nań spojrzałem i nie przeczytałem
Ulotność winna była minąć bezpowrotnie
Kartka co zachowała czarny ślad gdzieś uleciała
Ale w pamięci zostało olśnienie
Jak się odkrywa co ukryte
Ten obraz przyprawia mnie o zawrót głowy
W niepowtarzalność gotów jestem nie uwierzyć
Życie moje w życie minione
zasiało zwątpienie.

 

Kilifarewo

 Tak czyste to milczenie przedświtne i przedsłowne
Jak górska woda zanim popłynie ku Tyrnowu
Tak wzruszająco i bezgłośnie mówi tylko cisza
Gdy zamknę oczy nie jestem na tym świecie
Gdy je otwieram nie jestem dla niego
W sobie jedynie żyje kto ciszą mówi wszystko

 

Wolność absolutna

 Co się stanie z grzechami i złymi uczynkami
których nie zdołałem popełnić
Uczynki dobre twórcze zamiary
Gdzie będą niespełnione się błąkać
Muzyka i obraz i myśl
Dokąd  odchodzą lub zmierzają
Jaki los tego co niewyrażone
Jedyne ślady życia i użycia
Skorupy Łuski Popiół
A nienapisane wiersze
Niech wszystko zmierza gdzie chce
Duch mój nie będzie dłużej ranić mego serca

 

Z cyklu Lotniska

 ***
Po raz drugi o tej samej porze wyruszam
z miasta mojego do twojego miasta
Prawie nie jest możliwe założenie
że nie jest mi dane życie w całości powtórzyć
Czy twoje życie też zależy od tego
o ile zjawisz się i będziesz czekać jak kiedyś
Nawet w niebie ta myśl mnie przeraża

***
Zostało jeszcze kilka metrów lotniska
I wzbijemy się wysoko do nieba
Tam trafiają się niekiedy cuda
Ptaki które bezgłośnie
Przenikają do księżyca umysłu

***
Lecimy zaledwie minutę i popatrz
Odmieniły się już domy ludzie
Jakby do nich należała gra w odmienianie

***
Tysiącletnie marzenie pozostaje marzeniem
Tak właśnie w drzewie świata ożywają soki
Rośnie i rozgałęzia się i wspina ku niebu
Ale nikt jeszcze nie wydał okrzyku
Patrzcie ptak ląduje ziemia jest blisko

 

Z cyklu Świetlista trawa

 ***
LAMPA. Dwie figurki z kości. Długopisy
Cisza swe okrzyki coraz bardziej wzmaga

Chcąc ich żywot przedłużyć choćby trochę

Jedna rzecz drugiej własny sens nadaje
Świat się otwiera dopóki jest na kogo

By lot zaistniał wcześniej ptak być musi

Rzeczy udające rzeczywistość

***
GDZIE WCZORAJ krążyła Ziemia ciepła
Co między nami się zdarzy

Słowa tak dostępne że aż odpychają

Artysta chwalony przez swój obraz
Oddałby życie by powtórzyć siebie

Choć taki obraz jest zawsze umieraniem

Objawieniem w niejasnej przestrzeni

***
NIE ZBLIŻAJ SIĘ do mnie myśli złota
Topielico możliwości nie do przewidzenia

Przez umysł przemknęła ryba czasu

Ludzie których mógłbym kochać
Będą się rodzić długo po mnie

Ale ich życie też będzie stworzone

Dla rzeczy niezmiennie przeoczonych

***
SŁOWA odbierające mowę świecą
Nie dla jasności dla dna głębi

Klepsydra czasu nie zna litości

Świat jest w zimnej kieszeni atomu
Życie zaledwie utraconą nieobecnością

Sercem jestem blisko rzeczy małych

W nich prawa są ponad sprawiedliwością

***
ŚWIATU WIDZIALNEMU odebrane słowa
Umysł chce łączyć to co się nie stało

Dokądkolwiek nie dotrę jestem u początku

Ślad okrętu na wodzie oznacza zbliżanie
Myśl bezpowrotnie utracone przestrzenie

Najwyższa moc sprawcza materii słowa

Czego nie powiem a dosłyszę jest pociechą dla mnie

***
EFEKTEM ZMYŚLENIA wydaje się wszystko
Świat zwrócił się w stronę Ziemi

Chcąc się ukazać stworzonemu przez Boga

W górze jest niewiadome i przepaść bez końca
Tutaj wznosimy się i zstępujemy na dół

Od siebie ku inności żeglują ciała

Niebo jest zaledwie westchnieniem

***
WCIĄŻ SZUKAM pod mętną wodą i cienistą winoroślą
Dzieciństwo na swój sposób miewa czyste myśli

Z kraju władzy i snu nikomu nie zdarzają się powroty

Świetlna aura w rzeczach tworzy ich byt w myślach
A na ekranach widać wciąż te same twarze

Nie spotkam się już z tymi ludźmi nigdy więcej

Poznanie niesie z sobą mniej smutku niż widzenie

***
SAMO WPADA do ręki ciche pióro
Czas płynie i płynie w półleżącej pozie

I bez niego świat dobiegnie końca

Co nam pozostaje z jego przemijania
Przeżywamy mniej rzeczy niż dni życia

I tylko jedwabnymi żyłami je sobie doliczamy

Samozwańczo pyszni i wierni wieczności

 

Imaginacje z parku herbacianego

Kiedy spotkaliśmy się ostatnio i szliśmy
od księgarni „Pismena” do Orłow Most,
Krum Acew powtarzał ciągle tę zdrożność
zamiennika Chen z Haichan:

                                                                    Księżyc mieni się jak woda,
                                                                   wieżę oświetla.
                                                                   Księżyc mieni się jak woda,
                                                                  wieżę zatapia.

***
Realne drzewo herbaciane prawdziwsze niż realność
nam dane być mniej prawdziwie od tego co wyobrażalne

pnie gór lecących ulatują w tamtą stronę
stupokładowe doliny świetlne w tę napływają

lecą sobie ptaki tędy i owędy i do donikąd spadają
ryby wypływają z lądu i w obłoku się zanurzają

ani życia ani świata nie da się sensem ogarnąć

***
nie na darmo światło rosi ogrodowy dziedziniec
ceremonialnie umilkły jest teatralny pawilon

pod zadaszeniem ginkgo biloba nad twoim leżakiem
z dymiącej filiżanki wiersz co nie ze słowa się począł

***
oboje każde dla siebie ledwo słyszalny powiew bulgoce
z lasu herbacianego wpatrujemy się oczami zamkniętymi
wewnętrzne rozbłyski powstają opadające listki
poprzycinaliśmy drzewka księżyc ma już pierwszeństwo

***
w poobiedniej podeszczowej świeżości tarasu
swym trzepotem mnie odciąga od dociekań prawdy
przemoknięty puszczyk w krzaku zaplątany
puch mu linieje widać już pióra na skrzydłach

jego matka bezradnie kołysze głową i ciałem
nad bezbronnym pisklęciem wzlatującym na oślep
ku światłu w żółtawej dla jego oczu mgle
wodzi szklistym wzrokiem próbując nie widzieć

nie przystaje na to nawet wrażliwe ego kocura Yu
by siebie ocalić i niepowtarzalność własnego życia
nawet włoska by nie oddał w imię zbawienia świata

ale puszczyk ostatkiem sił od przyczajonego ja
skrzydłami ogonem pazurami jak gad odpełza
na drzewo swego życia w stronę swojej matki
zastyga zdziwiony gotów znów wypatrywać dnia

***
tych sześć gwiazd jaśnieje literatura kwitnie
nieopodal ziemi blisko wielkiej niedźwiedzicy

natchnienie często zstępuje na ludzkie postaci
jedne trzymają jakże  upragnionych marzeń
inne nieśmiertelnie pytają czy pozostawią siebie

określonego dnia każdy udaje się w nieokreśloność
i przynosi ze sobą w darze coś do picia i strawę

niekiedy obydwa bieguny zmieniają położenie
czas sztuki nieśmiertelnej ostatecznie się przeżył

***
niedalekie brzegi przełom Ermy sznurowy most
wysokie przepaści lazurową rzekę prowadzą
woda także tak głęboko wygładzając je schodzi
bezdenne skalne szklanice spienione śmigłami śmigają
dudnią echem wirów przepastne kamienne gardziele
nie od naszych kroków most się kołysze i ścieżka
rozdygotane aż w głąb lasu wyniesionego ponad niebo
przytwierdzone do gór aż po kres swoich dni

***
świat powstaje jedynie z woli Boga
otrzymuje formę i trwa z jego nakazu
i tylko z jego łaski jest rzeczywistością

prawdziwa istota jest nieodłączna od realności
i człowiek posiadłszy to poznanie powtórnie
jest przyzwany, by wieść do niego innych

jeśli skowronek śle słońcu hymny całe życie
przemijające istnienie ptaka nie traci sensu

bezwzględnie choć pozornie prawda jawi się
gdy ofiary padają do wykopu masowego grobu

***
krzewy bzów już po raz drugi kwitną choć raczej mizernie
rzadko jesień bywa tak upojna jak ich ulubiona wiosna

jeleń który wdarł się do ogrodu też nie wykazuje dość umiaru
choć jak to jeleń drży ze strachu przeżywając swoją radość

my też mamy własną miarę w świecie niby tak już pomyślanym
że wszystkie nasze twory z założenia są takie jakimi je widzimy

***
Nieomal przyduszonego ciszą przysypanego zbudził mnie
nocą padający śnieg co jakby na opak przylgnął do światła
do mego okna zagląda las bielszy od oszronionego nieba

ściana połyskujących drobinek list do traw od cieni
pościel obłok przynosi do modrego flakonu rozkwitłą piwonię

nie pamiętam już przeżytej wczoraj szarej codzienności
w niepamięć poszła sieć ciemnej materii oplatająca wszechświat
między spękaną ramą okna wyzuty z niewidzialności jest ten dzień

***
jakby z powietrza jakby z oparów rozściela się ocean
niebo jest jak piana ciemna albo ciemnością jest niebo
taka była siła woli że ziemi nadaje wznoszenie
i wejdzie ona na nową orbitę jakże będzie inaczej
wśród nowych konstelacji w młodszej galaktyce

może i ktoś to widzi może nawet śni mu się widziane
będzie to co i teraz z góry przewidziane która droga
do praźródła światła będzie kolejnym powrotem

***
herbata przelewa się z filiżanki niby lakier drewno jaśnieje
myśl jak serce truchleje ze strachu przed nieskończonością
serwetka nasącza się przeznaczeniem nie pojmuje niezmienności

niech podeszwa drogi idzie bez ustanku w śladem mego wędrowania
czy jest to współwędrowcze  nakazem osobistym z nieba

zwrócenie się ku losowi przywiodło jasność do okna
zakopconego i zmętniałego deszcz ulewny pada nieuchronnie.

***
dwa księżyce zwiastują światło dnia nasycony wieczór
jest ciszej niźli w pustce nasłuchiwanie wiedzie do zdziwienia
zatapiamy wzrok w herbacie nie oczekujemy nieoczekiwanych
filiżanki nabierają tchu roztwór sprawił że jesteśmy całością

***
ponad górskim przypływem pełnieje księżyc w pełni
srebrna poświata pismo wszechświata rozmywa

w rozedrganym cieniu zanurza się dół skroniowy
schylony nad tobą w wegetatywnej śpiączce poznaję siebie

cudowności nie rosną wieczność nie jest nieskończona
w contre-jourze wschodu słońca mój statek odpływa

***
w moim oknie gdy gaśnie powszedni dzień czerwone linie
przerywane przebijają się przez rzadkie białe przebłyski
bulwarem ku górom w mrok wlewają się bez reszty

inny wieczór nastaje po wylądowaniu już przed hotelem
bezpośrednio w herbaciarni poetów nad zakazanym miastem
najwspanialsza dobrodziejka w znanym nam wszechświecie
smoki wyobraźni na filiżankach zioną ogniem
pod herbacianymi obłokami szczodrze ślą nam uszanowania
a przyprawiająca o szał dziewczynka z pasją bez ustanku mówi
niepojęta fascynacja rodzi gotowość postawienia życia na głowie

trygramy wytrącone na dnie i ściankach zostawiają zagadkę
po smaku maleńkich listków można dojść do widoku drzewa
zachód rozściela herbacianą barwę na wschód i noc bez końca

***
wejście do wąwozu nie do przejścia widok to porywający
niebo przerosło w kamień zanurzone w przemijaniu głosy
wielogłosowa woda radośnie sobie o tym rozpowiada

sylwetką przypominam człowieka błądzącego w myślach
po piargach strumieni ku zalanym rzecznym wyspom
jaki tam ze mnie pustelnik z tym sercem pełnym lęku

dający się wyobrazić dzień w świecie realnym pod niebem teiny
gdzie już wlewają się w siebie ulewny deszcz i ciekłe światło
rozsypują się listki i kwiatki cenniejsze od owoców

***
w pełni ufny przechodzę za ścianę innego deszczu
choćby i kto przejrzał dzieli nas powszechna jasność

i jakże żywe są te wszystkie barwy jesienne
nieskore do udawania melancholii już się stała

jedwabiste kamienne góry dają oparcie światłu
duch bliskości jest dla nas widoczny jednocześnie

jedwabny kokon oskrzydla szczyt
las cień naturalna samobieżność wszechświata
w sobie takiej wzajemności nie da się zobaczyć

***
nad parkiem nocą jedynie z gwiazd niebo pachnące
w swoich odbiciach księżyc gdzieś się wziął zatracił

słyszę kroki przystawanie rozwijanie się gałązek
senne ptaki z błogostanu wyrwane zrywają się do lotu
rozum ledwie powstrzymuje serce by nie uleciało

od ciszy bardziej bezgłośne słyszę z głębin
wszystkie słowa ludzkich epok jednocześnie

z kwiatków herbaty uwity księżyc wschodzi dokąd to
i po co tyle niepokoju jakbym tu miał być wiecznie

dopóki w rękawie galaktycznym spiralnie migotamy
będzie wschodził mitycznie i zstępował głosząc że
w pełni jaśniejąca istota będzie zawsze zrozumiała

***
samotny park daremnie zmierzam do cieni materii
dyszą przelewają się znaki tropią światła podszeptują
aleja wymarła do końca ku bezmiarowi nas wiedzie

w odwrotną stronę co mniej znane w już pojęte się wczepia
liście ranią dzienną poświatę obfitością aromatów
słońce rozsypane wracam z dawnych lat w uczuć gorączce

obok twierdzy w przejściu pod ziemią ludzie za upominkami
wynoszą kunsztowne dary dla najdroższych ich sercu

***
udałem się do rosy i ujrzałem spływała kropla
nie słyszałem jak upadła czułem że przyszłaś realna

***
niebo zostało skute mrozem z pewnością słońce
ponad lodem obłocznym jeszcze tam świeci

tutaj w ziemskim akwarium w letargu jest świat
skrzela nasze serca pulsują oddechem

już prawie nieżywa charczy w dłoniach księga
zielone obłoki pod nią niejawnie się jawią

głuszec na gałęzi tokuje już w uniesieniu
tęcza bezgłośna łączy wodę z ogniem

***
od miesięcy skały z horyzontem zszywa nieustający deszcz

budzę się w całkiem inny poranek właśnie góry
wzniosły się i dopiero co uformowały się oceany
ziemia jakby spadła z nieba i dziś będę wypuszczał
półmroczne ryby z wszystkich mostów otwierał nie tylko

ptasie klatki na przestwór wczepiony w rzeczy mające zarys

poczuję czas uniwersalny i własną duszę obleczoną w ciało
i w dwóch następujących po sobie chwilach będę tym samym
przestrzeń jest na krzywej bezruch odmienił mnie bez śladu

napis w brązie z czasów Zhou odczytany miał głosić
w świecie miary masz w darze to naczynie na wieki i wierne

***
śpią herbaciane krzewy suszarnie zwijają listki
na tarasach na wzgórzach skąpe światło nikłe cienie

tylko szkło dzieli mnie od chłodu nocy łyku ciebie
zamkniętego koloru w łóżku chcesz jak i wczoraj odejść

***
w salonie bez obuwia biała piwonia tobie jagoda jemu srebro
dla mnie miłosierna guan początek sobotniego popołudnia
na dnie stygnącej filiżanki unosi się utopiony listek

***
z coraz bardziej gnomicznych wersów z coraz krótszych wierszy
w tobie odnajduję tego kto zapomniał słów potrzebnych do rozmowy

noc w noc patrzymy na gwiazdy stamtąd nikt nie nadchodzi
i czy nie dlatego niebo blednie i ty się stąd odchodzisz

***
stojąc w trawach nad skamieniałymi wydmami zapatrzony

coraz dalej i dalej jedno od drugiego a obłoki białe
całą ziemię zakryły przed tropiącym nas wszechświatem
w chwili każdej latami zastygłe gałązki ptaki
nie pomnę odkąd a jesteś zda się nie dalej niż oddech

wietrzyk przyniesiony przez fale cichnie perła otwiera
perłowe podwoje staje się w nich znowu niewidzialna

***
wyprzedzające zimę stada wzrok nimi uchwycony śledzi
co tylko jest na horyzoncie zmienia się wraz z przyrodą

złoty koniec dnia od jego krawędzi blaskiem się rozściela
ponad przynoszącym smutek leśnym cyklem czasu w oddali

dwie ukośne białe linie przecinają z hukiem chmurne niebo
żurawie wyniośle przelatują i znikają gdzieś w oddali

co zrobimy z tymi dniami które jeszcze nam pozostały
z samotności naszego przelotu rodzi się natychmiast pytanie

pędzel żałosny kartka niewydostana  ręka zesztywniała
czyż nie jesteśmy tymi wielkimi poetami którzy nie nazywają

***
ścieżką przez cienie zwilżoną którą właśnie wędruję
przy drzewie z uschniętą koroną przystaję wciąż się trzyma
na pniu z piaskowca i nie ma w tym żadnego symbolu

realne drzewo w żyjącym lesie przede mną wciąż żywym

ale wśród świeżej zieloności zdobiącej koronkami niebo
jestem pod wrażeniem umiejętności uschniętego drzewa
z jaką sączy do umysłu przeczucia dobywa krzyk z serca

 

Zapiski z ogrodu na dachu
 

cisza poza odmiennością
z rękawami mokrymi od soku hoi wcześnie
z poczucia winy i troski o kwiaty w domu wyszedłem
za bramę ogrodu w ten poranek zacząłem kroczyć

drogą nieprzychylną ku wyborowi nieubłaganemu
cały taras przemierzyłem w ciągu swego życia

otworzyłem furtkę na tyłach ogrodu wzrok podniosłem
nie było mostku potoku i las też zniknął
pustką całkowitej jedni powiało usłyszałem

mały bezcielesny cień
kamień w objęciach korzenia od kilku lat
wydaje owoc drzewo jakby uskrzydlone każde z nich

niemo kamień się unosi korzeń kamienieje
liście kaligrafują poruszenia  każdego słowa

wiersze nieczytane z wyrokiem pozbawienia dnia i nocy
choć przez chwilę w kwiatach odnajdywałem tam wyżej

niebo rozświetlone gwiazd konstelacje rodzi na ziemi
to co pomyślane jest jak sądzę pewną możliwością

przez ucho wodospadu 
ostrożnie cienie stąpają biegnie rzeka beztrosko
w kamieniste dno bije w euforii przed walną bitwą

przed uskokiem wodospadu grawitacji stawi czoło
choć od zarania wody wyjście jest całkiem jasne

to nieuchronny sens dogłębny rzeki
prawo natury przydało jej oczywistość

przedwczesna świętość
z krzewu jeszcze żywego w śnieg pospadały jeżyny
złamana skłoniła się do ziemi gałązka  taka dorodna
nieświadoma żadnych zasług jedynie pokłon składa

łza
kiedyś kiedy napiszę wiersze na wodzie
przynajmniej jeden mający skończoność jeziora
będzie o złudnym księżycu wypływającym z duszy

o wszystkim co twoje łzy ochoczo biorą w obronę
niech te uzdrawiające bóle trwają najdłużej dla mnie
te świadectwa podążania w stronę ukojenia

srebropodobny prymat ujawnionego znaczenia upada
oczodół przemierza niebo skały świetliście docieka ładu
kamienny puchar staje się tym co przyjmuje w siebie

metageneza
pisklęta swoje straciłem najdroższe dzieciątka
wspaniałomyślnie teraz przemycają mi rude futra

miłość bez przywiązania
zmierzch ulewny deszcz wyludniony jest ogród
obejmujemy się w zalanym wodą po obłoki pokoju

kim jesteś
solą nasycone bielą się skały nadmorskie przepasane
ich zapach przywołał nieco odległe przeczuwanie lata

beztrosko rozsiane wzdłuż brzegu skąpe stroje
krawędź przyczyny ma wyższość nad następstwem

macicy perła oferuje jeszcze więcej słońc na niebie
staromodny obłęd się powtarza jego początek dany każdemu

arterie przybliża przyciągające się oszołomienie

noc poczuje się jeszcze bardziej nieswojo od ciebie
biorąc cię w objęcia będzie pragnęła powrotu dnia

 

 

 

. . : : M E N U : : . .

Przekłady i Publikacje

. . : : L I N K I : : . .