Petyr Karaangow, Sezony uczuć

Autor: admin. Kategorie: Petyr Karaangow, Sezony uczuć; Przekłady poezji .

Spis treści

Wiosenny wiatr
Uczestnictwo
Klucze
***Tak chciałbym przeżyć na nowo…
Polityka
Drzewa
Ptaki
Poeta
Prowincjonalna wiosna
Sierpień
Wrześniowa melancholia
Druga melancholia
Zimowa niedziela
Żywioł
Parter
Zima
Śnieg
Wędrowiec
Niespodziewane lato
Zimowe morze
Niczym wieczorna muzyka
Mamy czas
Wieczny próg
Pierścienie
Twórczość
Złota winnica
Jesień
Korzeń
Nastrój
Podróż
Powrót
Kłębek
Interior
Kontynent

 

Wiosenny wiatr

Długo czekałem na wiosenny wiatr,
aż przyszedł natchnąć ziemię życiem.
 
Zapadał zmierzch,
nisko nad domami
pękła nagle powłoka mgły
i wyjrzało z niej głębokie i zamyślone,
zapatrzone w siebie
niebo.
 
Takie właśnie niebo, któremu
pozwoliliśmy w pewien zimowy wieczór
rozpłynąć się w szumie deszczy
i wraz ze spadającymi liśćmi
odpłynąć gdzieś daleko.
Powracało teraz nade mnie,
nad nas –
i nad topole,
przyniesione w ten jasny dzień
powiewem bliskiej już wiosny.
 
Długo czekałem na wiosenny wiatr.
 
Aż wreszcie przyszedł.
Zabrzęczały szyby w oknach,
a gałęzie uniosły się wysoko.
I usłyszałem jak gdzieś głęboko,
pod nagimi, skutymi mrozem wzgórzami
popłynęły zmącone potoki.
Ujrzałem na nowo rozmokłe pola i drogi,
parujące bruzdy przeglądały się w mych oczach
i zrodziły się we mnie i wzeszły
najpiękniejsze wspomnienia i słowa.

Uczestnictwo

Uczestniczę w burzliwych sporach.
Niczym ciężkie statki żeglowne
płyną we mnie raz po raz
pytania, wypatrujące lądu.
 
Tym lądem nie jest Atlantyda,
on istnieje pod naszym niebem,
a nad nim, ukryta jak w muszli,
czysta perłą prawdą pięknieje.
 
Ja tam dotrę! Ja go odkryję!
Konchę muszli otworzę…
Lecz zderzają się we mnie
moje statki na myśli morzu.
Jakże zazdroszczę tym, co
w świetle błyskawic na niebie
schodzą na brzeg bez osłony
tacy spokojni,
tacy pewni siebie.
 
Biorę udział w naszej dyskusji
w milczeniu, jakbym nabrał wody w usta.
Pewnie nikt nawet nie przypuszcza,
że właśnie sam z sobą spór wiodę.

Klucze

Może już nigdy tutaj nie wrócę,
na ulice pachnące morskim wiatrem,
mokrym śniegiem i ciemnością słoną.
Bo jak mam wiedzieć, czy wielka fala
mego ziemskiego żeglowania
kiedyś
wyrzuci mnie na ten brzeg raz jeszcze?
 
Trwożna syrena na przystani,
poświata lamp dalekich
i zimowa cisza morza
płyną we mnie echem wspomnień.
 
Bo moje spotkanie z tobą i twym miastem,
to właściwie z wami
pożegnanie.
 
Teraz twój uśmiech i czuła pieszczota
czynią mnie cichym i milczącym.
Ale ty mów! Wiem, że twoje słowa,
choć niezrozumiałe, na pewno są piękne.
To słowa ze wszystkich najlepsze, jakie
rzec może człowiekowi człowiek.
 
Słucham ich i choć nie pojmuję,
głęboko w sobie zamykam,
 
a klucze powierzam morzu.

***

Tak chciałbym przeżyć na nowo
to północne i milczące lato,
kołyszące wysoko nad głową
białe ptaki płynących obłoków.
 
Chciałbym, aby jezior głębiny
pozwoliły mi usnąć na wodzie
i by ryby błękitne
i trzciny
sen mój cichy nagle zmąciły.
 
By ulice północnych miast,
stare mosty i katedry wysokie,
rozsypały odblaski swych barw,
jaśniejących w wieczoru pozłocie.
 
A jeśli zjawisz się potem –
jak rycina
w mej pamięci wyryta,
pozostanę cichy jak dawniej,
jak w twojej pamięci do dzisiaj.
 
Ulicami pobiegnę za tobą,
niesiony falą wielkich uczuć,
lecz gdy cię dogonię,
ucichnę,
bo wielkie uczucia
są ciche.

Polityka

Śniegi odcięły drogę.
Na białych ścianach domku
leśniczówki
zgasły wszystkie blaski zieleni.
 
Taki był właśnie początek
mędrców klasztornych
i obszernych żywotów świętych.
 
Teraz śniegi wszystkiemu winne.
Stanął mój mały zegarek.
Spoglądam za siebie –
w czasy przedwojenne…
 
Widzę jesienne lasy
i zamglone szczyty, gdzie
polski samolot pasażerski
rozbija się doszczętnie.
 
Dwa lata później
gazety donoszą
o upadku Polski.
Moje miasteczko dowiaduje się o tym
dwa dni po fakcie.
 
I zaczyna się epoka
wielkiego politycznego Oświecenia.
Zbiega się ona z pierwszymi naukami
cyrylickiego alfabetu,
z pierwszymi lekcjami myślenia.
 
Wiadomości! Wiadomości!
 
Jak nie mogę żyć bez wierszy,
tak teraz nie mogę bez polityki.
 
A jestem niewolnikiem tego lasu,
jak ten samotny paw
za mostem –
w parku mojego miasteczka.
 
W milczeniu podpieram zarośniętą brodę.
Śnieg! Nie ma radia.
Gazet nie ma.
A gdzieś daleko
coraz to nowe kroniki filmowe.
Maszyny rotacyjne drukują ostatnie doniesienia
z Panamy.
 
A ja grzeję ręce przy ogniu
lub strugam koniki w drewnie.
 
Za oknem śpiewają białe, lodowe kanarki.
A ja właśnie umieram
na jednej z Wysp Kanaryjskich.
Wstaję.
Podnoszę kołnierz. Zwykła rzecz.
– Zostawcie mnie! Nic mi nie jest,
pójdę do najbliższej wsi
(dziesięć kilometrów na południe wzdłuż rzeki)
po gazety!

Drzewa

Rosną rozświetlone
porannym słońcem,
do nieba się wznoszą
dobre i zamyślone.
 
Zielone ich ogniska
płoną w cichym mieście.
Zazdroszczę im,
że nie wiedzą
o wielkim liści odlocie.

Ptaki

Pełen ptaków był świat mej młodości,
ptaków najpiękniejszych – ptaków złotych,
fioletowych, ognistych i…
Ach,
takich ptaków już nie ma, nie ma nigdzie
pod błękitnym niebem ziemi. Te ptaki
z pieśni i legend wyrosły
na twym dębowym drzewie, ojczyzno!
Siadały przy mnie i wtedy
żaden wachlarz imperatora
z pra-pra-trackich dynastii
nie mógł się z nimi równać.
 
Lecz oto, gdy czas olbrzymiał,
jeden po drugim, jak lata,
odleciały z mego nieba.
 
I wciąż je szukam.
Od tego czasu wiele
gorących lat wypaliło się we mnie.
W krajach północnych wpatrywałem się długo
w ptaki żelazne, w ptaki srebrne,
wykute na zamkach i katedrach
w epokach zakazanych pieśni.
 
Lecz moich tam nie było.
 
To ptaki wyszywane na koszulach,
malowane w starych księgach,
zapinane srebrnymi klamrami,
w jaworze rzeźbione na ołtarzach,
malowane na glinianych miskach,
żelazem wykuwane w kamieniach
twych białych mostów, ojczyzno!
Wołam je, szukam, przyzywam,
idę, upadam, znów za nimi podążam
i tak docieram do pól elizejskich,
I rankiem wchodzę do klasztorów…
ręce wyciągam, by ptaki pochwycić,
lecz one – ogromne – siedzą
na swych drewnianych tronach
nieme,
skamieniałe, straszne, niedosiężne,
bez ruchu, choć skrzydła ich uniesione,
patrząc na mnie – w czas, w krainę daleką.
 
Pod ich spojrzeniem padam na kolana
i szepcę najgorętsze słowa:
– Obym dożył dnia,
w którym was dosięgnę!

Poeta

Rozeszła się wieść, że żyje w tym mieście
pewien człowiek, co posiadł wszystkie tajemnice.
Mówiono o nim, że tworzył z niczego
czerwone burze i zielone jesienie.
Mówiono, że kolorowe ptaki śpiewały
w klatce jego domu
i, że przechodząc przez krainy
swych dalekich wypraw
rozwijał wszystkie sztandary…
 
Więc poszli tam mieszkańcy –
zobaczyć kto zacz, ten dziwny człowiek:
jak żyje, co je,
jakich sposobów tajemnych się ima!…
 
Dzień był świąteczny – niedzielny –
i wszyscy byli ubrani odświętnie.
 
Szli wolno, wolno minęli
wielkie kolejowe szlabany.
Mężczyźni z przodu – rośli,
odważni, spokojni i łagodni.
Obok kobiety: nieśmiało zaciekawione,
w świątecznych sandałach, niosące
na ręku małe dzieci,
a w drugiej ręce paletka dziewczynek –
z jasnymi warkoczami i czerwonymi wstążkami –
i chłopców – w nowych
letnich spodenkach na szelkach.
Przystanęli na końcu miasta
przed domem za wesołym, wysokim żywopłotem.
Drzwi były otwarte. Zajrzeli –
gospodarz gdzieś wyszedł. Na podłodze,
wyszorowanej wodą i cegłą,
stało zwykłe drewniane łóżko.
A przy łóżku stał stół drewniany
i było też drewniane krzesło, na którym
wisiała nowa biała koszula.
Na dębowym stole – chleb i sól,
w kałamarzu – sok z dzikiego bzu
i umilkłe pióro
białego ptaka…
 
I ci, którym najbliższe było
życie w wielkiej prostocie
 
odeszli od progu zamyśleni.

Prowincjonalna wiosna

Gdzie wyschłe jary, pod wzgórzami,
kołysane przez ciszę senną
cały wieczór miasteczko skulone
oczekuje na wieści wiosenne.
 
Od wiatru ciężkie
topole
potulnie przygięły swe pnie.
 
Nad wzgórzami,
wiosenny i blady
błysnął światła wąski sierp.
 
Stoczyły się jak w bajce,
w zimne głębie
rzeki – bystrej Bystrzycy,
złote
okrągłe
księżyce.
 
Na placu
ścigane przez wiatr,
elektryczne słońca
zamigotały uwięzione
w gałęziach
jaśniejących drzew.
 
Wypłukane i kruche
domy
stłoczyły się przy placu,
lecz zawracały
zdziwione
i znowu kryły się w mroku.
 
Pod ich bielonymi sufitami,
za cichym pobrzękiwaniem okien,
złotowłose dziewczęta
śniły
długi sobotni sen.
 
Dziewczęta, miłe dziewczęta,
sen wasz jest piękny, czy tak?
Biegniecie po zielonych ścieżkach,
a z nieba – prószy jabłoni kwiat.
 
I zapomniany wędrowiec
przemierza ulic szlak…
Spadają i przysypują go
Białe kwiaty przebytych lat.

Sierpień

Spopieliło się lato.
Zgasiło swe błyskawice.
Jałowe krowy
zawzięcie
tratują jesienne owoce.
 
Wytarły się lniane koszule
na karkach spokojnych pasterzy.
I stada już schodzą potulnie
z dalekich, gorzkich wyżyn.
 
Zapachem jałowca i sosny
domy się wszystkie napełnią,
a żony z utęsknieniem radosnym
powracających mężów obejmą.
 
I zabrzmi dźwięczny śpiew sprężyn.
I noc przyniesie sen błogi.
Psy podkulą cienkie ogony
i legną czujnie przed progiem.
 
A stada, rozleniwione
sytością traw, gwiazd i zmierzchów,
przeżuwając, będą leżeć cierpliwie
pod murami czarnych rzeźni.
 
Złote słońce ościeniami
wskaże drogę ciemnościom.
I tak dopełni się lato –
nowym życiem
i nową śmiercią.

Wrześniowa melancholia

Ogromna, żółta tarcza księżyca
nad pajęczyną miejskich balkonów.
Mroczne miasto.
Niejasne słowa,
płynące z mikrofonów.
Walą się ceglane domy
wysuszone letnim wiatrem…
Źle żyjemy…
Wracam
do jesieni i do ziemi wracam.
Zza cienkich ścian horyzontów
dobiega szum gasnących topoli.
I oszałamia mnie jak dym
niezrozumiała melancholia.
 
O, melancholio dni wrześniowych!
Błyskawicami biło we mnie lato.
W dłoniach omdlałych ze zmęczenia
mam tylko garść burzanów płowych…
 
Pora przejściowa.
Wiedzie mnie ona
na goryczy rozległe przestrzenie.
Niczym pyłek kwiatu wysiany
przywitało mnie wiatru marzenie…
Jestem we wrześniu.
Dziewczęta
o chłodnych licach za oknem miną…
i nadejdą wieczory przy muzyce
i dawno wygasłym kominie.
 
Jest we mnie mrok. I jeszcze
kiełkowania zielona jasność…
A tu – chłód i zimę wieszczą
góry okalające miasto.

Inna melancholia

Jesienni, milczący,
ogarnięci żalem,
brniemy przez czarne łany
powalone wiatru i błota ciężarem.
 
Dalekich psów ujadanie
bije wiatrem w gwieździste sklepienie…
Najmilsza, mimo wszystko
nieskończenie
bezkresne jest życie na ziemi…
 
I zapominam, że jesteś!
Sam jeden biorę w osamotnione ręce
i poruszam triumfujące gwiazdy.
Słucham jak bije mi serce.
 
I myślę sobie, że zostanie
po mnie choćby echo mego jęku
na ostatniej
odległej stronie
kroniki tego wieku.
 
Przyszłe strzechy mi dają gościnę.
W wystaw czystym
i lśniącym mirażu
moje barwne, choć biedne ubranie
świeci jak w witrażu.
 
I w takie zdumienie popadam –
jakby rozbłysły tysiące zimowych słońc…
To maleńka kometa spada
na moją niemą dłoń.
 
I potykam się w mroku. Nogi
długo szukają oparcia. Jestem sam!
Najmilsza, świat jest u kresu swej drogi,
podaj mi dłoń.
 
Lecz słychać tylko milczenie.
Gnana wiatrów biegiem
nadciąga nieodwołalnie
zima z pierwszym śniegiem.

Zimowa niedziela

Książki! Obrazy! Wiersze!
Muzyka i przelotna miłość.
A lata, lata prawdziwe
śpią głęboko pod śnieżną pokrywą.
Teraz,
między dwoma wyznaniami,
w szczelinach realności i snu
szukam swych letnich urojeń
z nadzieją, że jestem znów…
Czym?…
Wykrzyknikiem
w dawnym uczniowskim świecie?
Małym wędrownym klasztorem
w prowincjonalnym mieście?
Białe pokoje
i te same
białe budziki po bokach.
Chłostane wiatrem ściany,
pośród których bujałem
w obłokach.
I wigilijny dźwięk orzechów,
i ten jedyny plac, co jaśniał
pełen odświętnych ludzi.
Ludzi mego miasta!
 
O, wy! Mego owocu kwiaty –
dostojne, promienne!
W mym życiu niebogatym
będziecie trwać niezmiennie.
Wszędzie, dokąd los gnał mnie,
w przestrzeni świata
jasno widzieliście – wodne linie
ukryte w głębi serca.
Czekacie na mnie bezlitośni
na tym jedynym placu. Wiem.
Wasze koszule jaśnieją
jak słońca
w zimowy dzień…
Idę do was…
Zapomniałem, że pod mymi oknami
nie śpiewa już kogut nad ranem.
Miotam się głuchy między zdaniami
książki właśnie czytanej.
Wybaczcie,
ja nie udaję,
o tak późnej porze jestem szczery:
to nieważne, że istnieję,
ważne,
że jestem przy was myślami.

Żywioł

Olbrzymia góra
śpiewające
młode wody przecedza.
Miasta, w uniesieniu,
W wezbrane rzeki
się wpatrują.
I ruszają, i płyną –
żaglowce ze wzgórz!
Niepowtarzalne wiosenne pływanie
pod magnetycznymi strzałkami błyskawic!
Złotem kute konie
rżą,
psy
wiosennie wyją…
Zanieś mnie na tysiące mil,
bystra Bystrzyco, dźwięczny żywiole!
Chcę, byśmy się rozbili
i utonęli,
i stali wspomnieniem!…
Żelazne wiatry
gną
stalowe balkony.
A rzeki unoszą, unoszą
ku porannym brzegom –
elektryczne,
zaczarowane,
rozświetlone miasta.
Rozsypią się
jak winogrona,
gdy w poranny brzeg uderzą.
Pozostaną po nich gwoździe –
rozkwitłe krokusy.

Parter

Od tylu już lat biję głową
o ciemne ściany parteru.
Za oknem gasną
zielone ogniska topoli,
ognioskrzydłe motyle przyglądają mi się
ciekawe,
przepływają letnie obłoki,
jesienne pożary kołyszą się
w ramionach drzew.
O, moje wiosenne marzenie o źródłach!
Tak, mija czas
i przybywa piasku lat.
Patrzę jak gdzieś wysoko
w wodach zielonego nieba
płynie ptak.
Coraz dalej i dalej,
coraz dłuższa staje się krzywa lotu,
aż urywa się
i ptak gaśnie.
 
Tak, mija czas!
I po ptakach zostają tylko
umilkłe pióra.

Zima

Biała ulica –
biała rzeka.
Kaprys pogody. Niespodzianka!
Odsuwasz nagle ręką firankę –
a tam za oknem
śnieg pada.
 
Tak
między wami dwojgiem
w chwili niespodzianej
zjawia się słowo,
które ból zadaje…
I pojmujesz z goryczą,
że w ciszy pokoju
między wami dwojgiem
śnieg pada.

Śnieg

Ucichła wściekłość barw.
Wiejący wiatr
rozdmuchuje
żółte ogniska drzew…
Siwieją wzgórza. Siwieją!
I nikt już pewnie
przez zaspy głębokie nie przebrnie.
Sobotni amarantowy wieczór
samotnie pod oknem stygnie.
I nie pozostaje już nic więcej –
jak tylko w mrok uparcie patrzeć
i grzać przy ogniu ręce.
Na gości sobotnich nie czekam.
Tak, nie czekam…
Ale stada myśli –
Ptaków wędrownych – przelatują we mnie.
Zima białymi wystrzałami
ściga ptaki i zadaje im rany.
I nic już nie pamiętam…
Wiem tylko,
że pod zaspami rośnie ogromne,
jak kwiat sokami pijane,
echo dalekich wspomnień.
Boję się teraz po ten kwiat
wyciągnąć dłoń spragnioną,
bo wyciągając, zatrzymam tylko ślad –
stopniałej grudki śniegu.

Wędrowiec

Jak to pięknie
być nikim
w tym pustym, nocnym mieście…
Wędruję przez noc liliową
z iluzją, że znów jestem
młody,
jak przedwczoraj,
jak wczoraj,
jak przedtem,
jak niegdyś…
 
Dobry wieczór, milicjanci,
moja pieśń nikomu nie szkodzi…
 
To prawda, pełen jestem
szaleństw,
w wybuchy śmiechu bogaty.
Tej nocy nie jestem rozsądny –
tej nocy pragnę być młody!
 
I wciągają mnie nici wspomnień
gdzieś w ciemność, głęboko…
Ruszam w drogę.
Za gliniastym wzgórzem
gwiżdże nocny, samotny pociąg.
 
I znów przeżywam rozstania –
wiatr rozwiewa barwy sukni,
letnie soboty,
zimowe niedziele
huczą swymi trąbami wokół.
 
I z kwiatem lilii w dłoni
wchodzę w liliowy świat nocy.
Jak to pięknie
być nikim
w pustym mieście o północy!

Niespodziewane lato

Środek lata. Chlebowe żniwa.
Suchy szkielet wyschniętej rzeki.
Jedynie woda jest jak żywa
błękitna żyłka na kruchej ręce.

Miasto wyrasta pośród pól –
oślepiającym białym kamieniem.
Z nieba
leje się duszny znój
lipca ognistym strumieniem.

To pewne,
siła natury
jest w promieniach słonecznych.
Nawet ognisty ptak
na drzewie
oślepiony słońcem –
milczy.

Gdzie szyld mleczarni się niebieszczy,
ku parkanowi, co tkwi w cienia mroku,
ktoś pospiesznie przebiega na plac miejski
nestinara ostrożnym krokiem.

I jeśli rzeka szklana
stopi się od upału,
świat zupełnie umilknie
i w sen zapadnie pomału.

Jedynie niczym ochłoda
z jaworu zielonego obłoku,
dobiega skądś z boku beztroski
radiowy dixieland.

W moim miasteczku znajomym,
przed sklepikiem z wyblakłą barwą
stoję tym właśnie zdumiony,
że tak nagle lato do mnie dotarło.

I wciąż przywołuję słowa
o świętych i o kwiatach,
o wiosennym listowiu,
o jesiennych słotach.

W ciszy odkrywam dźwięki,
miód – w pustych kielichach,
ulicę napełniam zgiełkiem,
domy – głosami powitań.

I w popołudnie leniwe
doganiające mnie lato
na miejskim placu ożywa,
pyszniąc się szatą bogatą.

Zimowe morze

Jesień! Resztki sławy!
Krzyk ptaka. I wiatrów!
Przed naszymi oczyma
płyną
cienie śniegów lotnych.

Śnieg będzie padał nad ranem,
długo śnieg będzie padał.
Szukam cię w grudniu… i oto,
już nadchodzisz, nieprawdaż?

Szukamy pięknych, wesołych słów.
Po zimnym idziemy piasku.
Spóźnione słowa!
Ta późna jesień
W milczeniu głębokim je chowa.

Niczym wieczorna muzyka

Morze. I brzeg. Białe skały i piasek.
W słońcu – w wietrze i pod obłokiem –
świat jest harmonijny i jasny
jak pszczeli ul w przyrodzie.
Rośliny i cienkonogie ptaki
są przy mnie… Dzięki temu
świat widzialny staje się bogatszy
niż sądziłem jeszcze wczoraj.

Za horyzont już mogę
przejść, wziąwszy w dłonie
marzenie – samotnego ptaka –
w przeczuciu głębi i perły.

Szumi we mnie drzewo pociechy,
że jeszcze istnieję, że tu jestem!
I mogę, jak niegdyś,
z powietrza
zrywać jasne słowa. I kłaść je
na wasz stół… I mogę
wiązać słowa w ciężkie zdania
niczym w łańcuch gorących kotwic.

O, gdyby słowa były mi potrzebne,
jak potrzebna jest wieczorna muzyka,
dużo bym pisał, dużo bym mówił…

A tak, stoję przygryzając wargi do krwi –
coraz bardziej pogrążam się w milczenie.

Mamy czas

Obojętny w swym nieskończonym kręgu
zegar porusza strzałkami wskazówek,
ten zwyczajny w mym rodzinnym domu
i ten złoty na ręce cudzej.

W jego nieskończonym kręgu – tam mieści się wszystko,

a reszta jest tylko kłamstwem zuchwałym.
Arystokrato czasu – jedynego
bogactwa,
o które nie dbam wcale.

Co za obłuda!
Ileż czułych słów
i ile przemilczanych.
Wypowiemy je zaraz i pocałujemy się…
ale na to mamy jeszcze czasu wiele.

Wpierw niech skończę swój poemat,
noce są teraz długie, czyż nie?
Przejdźmy się… ale w taką pogodę!
Może jutro ustanie ten śnieg.

A dworce, tam w miastach gorących,
są pełne pędzących pociągów i dymu.
I pewnie coś tam się zaczyna i kończy,
gdy my spokojnie siedzimy w domu.

Ale mamy jeszcze czas! Mamy czas!
Wciąż świeci czerwone światło semafora.
Z południa przyjedzie pociąg i zabierze nas,
ale mamy jeszcze czas – jutro, z wieczora.

Ach, czasie przyszły! Znów nadejdzie lato
i pod bezchmurnym burgaskim niebem
przywołamy z pamięci pieśń, w której
marynarze powracają
po strasznej burzy…

Posadzimy duży, żółty kwiat
gdzieś na wzgórzu, nad rzeki
brzegiem.
Ale mamy jeszcze czas… chuchamy w ręce
przyprószone padającym śniegiem.

Podczas tej nieuniknionej zimy,
pośród książek, w dusznej dymu chmurze,
wolno sącząc z kieliszka młode wino,
przypominam sobie winnicę na wzgórzu
i zastrzelonego zająca, jeszcze ciepłego,
w zapieczonej bruździe jesiennej,
i sobotni zmierzch nad Chotowem
z przecudną gwiazdą wieczorną…

A potem – czekającego w domu ojca,
dewizkę w kieszonce jego kamizeli,
w której ze skargą, niedzielnie i kojąco
zegarek odmierza swą drogę do celu.

Pożegnanie bez słów, bez łez –
pocałowałem go w rękę, czy też nie?
Kiedyś przyjdę tu znowu… czas nie zając –
tiktaka sobie, tiktaka i nagle
łańcuszek kieszonkowego zegarka
w jednej strasznej, okrutnie krótkiej chwili
pęka z trzaskiem… I rośnie ogromne
drzewo rozpaczliwego wołania:
Poczekaj, ojcze, nie odchodź, poczekaj!
Za późno!
Twoje miasto
umieszcza cię powoli na dnie słonecznego
piaskowca,
z którego nie ma już powrotu.

A ja, ubogi teraz w swym rodzinnym domu,
choć tak niedawno bogaty o całe wieki,
nie mam już czasu spoglądać
za siebie, zmąconym łzami wzrokiem.

Tam wszystko stało się bezpowrotne –
nieposadzone przez mnie drzewo,
resztka niedopitego wina
i wszystko inne, wszystko… I co?

W czasie, w czasie jest wszystko.
A reszta jest kłamstwem zuchwałym!
Jestem skąpcem czasu! Jedynego
bogactwa, o które nie dbam wcale.

Wieczorny próg

Stoję oto przed domem. To nic,
że wiatry mrok już ścielą wokół.
Na progu domu stojąc,
będę czekał
aż dosięgnie mnie ogniska popiół,

strzała śmiechu, kruchego ognia iskra
i radość z nowych, pięknych słów,
z wiary, że jeśli tylko zapragnę
przeżyć jesienne liście,
to będę mógł.

Na wzgórzach złocą się dzikie grusze.
Po niebie płyną wrześniowe ptaki.
Przeglądam się w ich źrenicach
i gdzieś daleko widzę dym ogniska.

Siedzą przy nim moi przyjaciele
i wznoszą wino w ciężkim dzbanie,
a w ich pieśniach, jak w piekącej pianie,
kłębią się niejasne myśli, niepokoje.

Idę ku nim powoli. I przypominam sobie
ich rysy przez wiatr niezatarte.
Pracowali niezmordowanie, uparcie
w najcięższym kamieniołomie.

Z nimi piłem wino. Ono we mnie żyje!
Teraz wszyscy są jacyś dalecy.
Otulam się w jesienny wieczór
i gorzko uśmiecham przez chwilę.

Po lśniących jesiennych szosach
mkną pojazdy niczym kule astralne.
Drogą pełzają walce żelazne
I ciężarówki o ogromnych ślepiach.

Nade mną zmierzcha się. Białe półkola
zakrętów, opasujących miasto wieczorne,
ściemnieją i staną się czarne
jak mój uśmiech i marzenia płonne…

stoję oto przed domem… I myślę!
Pochylony nad wspomnieniem. Nad rzeczami!
Nad stołem. Nad kartką. Nad rzeką,
unoszącą z sobą daleko pożółkłe liście.

Nad jesiennym ciągłym deszczem, nad pociągiem,
nad drogą, uwieczniającą ślad mego kroku,
i nad różą, jak płomień jaśniejącą w mroku,
nad jej spóźnionym, jasnym pąkiem.

Pierścienie

Poezja – rozrywanie pierścieni –
pierścienia z popiołu domowego ogniska,
pierścienia okalających wzgórz
o nazwach Ograżden, Bełasica,
ceglanego pierścienia miasta, w którym
są ciepłe źródła
i bizantyjskie mozaiki.

Tak wszystko się zaczyna.

Świat jest mały!
Jak antyczny dramat od księgarza,
tytuł książki, w której
odlatują żurawie,
płonie kwiat,
jest krótka nadzieja,
zagadka jakaś, ukryta w tobie samym,
w imieniu człowieka pod archeologiczną maską…
A co potem?

Naczynie jest rozbite. Słowa
rzucone bezpowrotnie
niczym kamienie w wir rzeki…
W jego kręgi,
pochylony,
będzie kiedyś
wpatrywać się człowiek daleki.
I będzie chciał dzięki nim i w nich
swą bezsilność i gorycz wyczytać.
Próżno szukać pocieszenia pod gwiazdami!

Twórczość

Kredowe konstrukcje,
letnie akacjowe dymy,
moje ciche wiersze –
domki z plasteliny.
Błąkam się pod ich dachami,
własnym wypełniam je głosem,
puste moje miasteczka,
w których
żyję samotnie.
Jakże zamilkłyście groźnie,
cichej ruinie powolne
i oto,
u stóp waszych cudownych tarasów
nie staje już żaden pociąg.

O, a może to ja się starzeję,
skoro niekiedy, a tak bywa,
boleśnie myśląc o was,
pogrążam się w zadumie.
Widzę daleką zimę
z wesołym i skrzypiącym śniegiem.
Mnie już wtedy nie będzie,
ale wy będziecie…
Gdyż pewien wspaniałomyślny
poszukiwacz
miast
odkopie was zaskoczony spod warstw śniegu.
Widzę jak rośniecie przywrócone życiu,
przechowawszy me echo przez wieki,
jak wznosicie się
niczym drzewa
przed przyszłym człowiekiem.

I… zamykam oczy. I cichnę,
kołysany kołyską wspomnienia.
Pewnie
nawet we śnie uśmiecham się
gorzko – do swego marzenia.

Złota winnica

Wznosiłem świat wokół siebie
Narzędziami prostymi – słowem i nadzieją…

Tak tworzyłem dla siebie,
dla siebie, dla swych rąk
ostoję: ścianę, ziemię, drzewo, ognisko.
Złotą winnicę zimową porą
sadziłem wokół siebie…
Parowały pędy winorośli.
Było pięknie! Migdałowce,
dymiąc różowo,
przybywały zza horyzontu…
A wiatr był błękitny.
Deszcz pachniał fiołkami –
najmilszą wonią pod ciernistym krzakiem.

Gorzkimi dymami
znów zasnuły dorzecza pociągi.

Jakież iluzje przywołałem w duszy!
Jakież nadzieje otwarte na oścież!
A mądrość dojrzałego lata
zgubiłem gdzieś w głębokich zaspach.

O, Boże , Boże, czyżby za horyzontem uśmiechów
mieszkał jedynie smutek?
09.III.1975

Jesień

Czy jesień naprawdę nadejdzie?
Sezony mi nie kłamały.
Powieje wiatr, rozpada się deszcz
nad moim miastem białym.

I będzie rosnąć drzewo jesieni
pod wzgórzami z jasnej gliny.
A ja, mądrzejszy, powiem, dlaczego
ręce z czasem stają się zimne.

Deszcz, nim śniegiem się stanie,
będzie chciał obmyć dokładnie:
drzewo, ptaka, miasto,
a może – i mnie także!

I długo – do późnej nocy
będę zbierać słowa – by mnie grzały.
I wiatr nad świat się wytoczy
i słowa rozwieje jak pyły.

Ale ja ze słów tych stworzę
świat cały od nowa. Od nowa!
Przecież pamiętam, powtarzam znów
wiersz: na początku było słowo…

I przemógłszy własny strach,
zawrócę do początku – do życia,
do rzeki, ptaka, drzewa,
miasta i wraz z nimi do siebie.

Zaszumiały w nagłym powiewie
liście nad domem białym.
Długo będę w jesieni, kto wie,
może przez lata całe.

A gdy dobiegnie kresu, przejdę
do innego sezonu, gdzie w górze
nowe, dziwne słowo się unosi
między sercem i wzgórzem.

Przeszyły mnie zimne dreszcze:
Przecież w ogóle nie padało!
Ta jesień nie zaczęła się jeszcze…
A może niewiele jej już zostało?

Korzeń

Ziemia się obraca. Opadają kartki z kalendarza.
I opadają dni, wypełnione smutkiem i nadzieją.
I oto nadeszła pora. Zegar godzinę odmierzył
i czas bezlitośnie próbuje w twarz mi zaglądać.

I oto jestem – w samym środku sezonu,
nieskończonego śniegu, w środku białej zimy.
Zapomniana przez lato, z wysokiego balkonu
wciąż jeszcze flaga święta letniego powiewa.

Milcząca jest ziemia
niczym po ciężkim połogu,
wycieńczona przez owoce, święta i troski.
A ja umieszczam w samotności i w śniegu
swoje ciepłe, dymiące, pełne słów domostwa,

wonnej herbaty szklankę i rękę, która
miękkim otula mnie szalem, kołnierz stawia,
ciężko dyszący pociąg i płoche stado ptaków,
które zza wału rzeki w górę wzlatuje chmarą.

Za oknem zima,
która we mnie tylko śnieg zasiewa.
A czasu mam tak mało…
Serce mnie przekłuwa.
Ach, spóźnia się poczta i pociąg się spóźnia,
a moje płoche wiersze
wciąż wędrują za mną.

I świeci we mnie wszystko, co we mnie zostaje –
w krótkim wspomnieniu deszcz jaśnieje,
w deszczu jaśnieją świece,
a także flaga przez lato zapomniana,
i plac z jaworem, i jeszcze coś, i jeszcze…

Tam na południu bieli się moja koszula,
i mój wielki smutek, i moja mała historia,
i ranek, który jak kometa się przesuwa
nad nasze miłe, szkolne obserwatorium.

Ziemia się obraca. A ja na ziemi
stojąc, trzymam się kurczowo. I korzenia strzegę.
Bez niego samotności bym nie przeżył,
odpadłbym z życia,
nie zdążywszy nic powiedzieć.

Nastrój

Drogą bezmiaru znów kroczę
przez współkwiaty i nadzieje.
Daleko gdzieś rosną owoce
i moim marzeniem pełnieją.

Aż do ramienia mi sięga
niebiesko-niebieska pszenica.
Topola nagle wystrzela
ptaka niebu w policzek.

Ptak przebija wzgórze.
O, cudowności strzało!
I napełnia się dusza
bezmiaru strużką małą.

Gdzieś ponad moim domem
znów gwiazda krąg zatacza.
Ptak powraca do mnie
i ja do niego wracam.

Obaj jesteśmy cisi –
zmęczeni, pogodzeni…
Jego piórami
wiersze piszę
adresowane do mnie.

Podróż

Stąd – przez próg i dalej jak ulica długa,
obok budki dróżnika, pod mostem i dalej,
przez sferyczne miasto z betonowym lotniskiem,
nad lśniącymi oceanami, śnieżnymi Grenlandiami,
ponad Wyspami Wielkanocnymi – dalej, dalej –
do samej krawędzi ziemi.

Jeszcze krok i porywa mnie paniczny wiatr,
chwytam się powietrza… (Antoine, Antoine,
kochałem życie, nie rozumiejąc go dobrze!).
potem
wyruszam w drogę powrotną:
szczątki wysp, szczątki kontynentów,
skrawek rzeki,
wzgórza, miasta z pawiami i jaworem,
skrzydła wiatraka, okruchy cerkwi,
twarze mych bliskich – bracia, mama,
żona z dwojgiem dzieci,
próg, furtka, podwórze z drzewem granatu…
Jedynie ojciec…
– Twój ojciec przebywa już pod innym niebem!

Powrót

Myślicie, że zniknąłem. Byłem zajęty. Podróżowałem.
Przekraczałem granice sezonów, szedłem
kredowymi ulicami lata, którymi zstępowałem
do jaskiń wspaniałych zim.
Ja naprawdę byłem zajęty. Pochowałem ojca, a potem
z miedzy jego winnicy patrzyłem
na bezszelestną maszynerię gwiazd. Nasłuchiwałem
oddalających się za wzgórza świąt. Szedłem
osypiskami wielkich ksiąg. Szukałem liter
w cynowych kopalniach słowa. Wznosiłem
wrastającą w powietrze cerkiew na wzgórzu,
a w niej – biblijnego anioła i pasterzy…

Ach, gdybym tu pozostał, pod tym wzgórzem,
pod jaworem i wiosennym słońcem,
przy strumyku pieśni:
„Pod tym lasem, pod zielonym…”
Ale ja – wznosiłem wiatraki, oczekiwałem
na horyzoncie jeźdźca z kopią…
(Oto wszystkie kruche rzeczy, o które mógłbym
oprzeć czoło: szary deszcz,
czułe przyjaźnie,
dziwna piosenka Warskiej o zapomnianych dziewczynach,
wiersz, w którym wieczór kołysze żółte światła lamp
w nocnych sklepikach…).

Byłem zajęty. Szybko minął czas! Teraz burzę
mury przepalonych domów, wchodzę do nich powoli
samotny jak mój los, wspaniałomyślny
wobec waszego czekania. Przybyłem.
Odwracacie się. Ramionami
wzruszacie zdziwieni. Spoglądacie
w przeszłość, nie widząc mnie… Poza mną nie ma nikogo!
Już wiem: pewnie zmieniłem się nie do poznania!

Kłębek wełny

Krok po kroku
mama schodzi po schodach,
a za nią – kłębek wełny na sweter dla mnie.
Biały świat istnieje
gdzieś poza kręgiem ogromnych, betonowych domów…
Mama schodzi po schodach…
Na górę wstępują moje troski.
Potykam się o słowa dobrych przyjaciół,
ledwie się po nich wspinam,
potykam się o ciemną ranę,
o winę, która serce pali,
o półmrok jakiejś sceny,
o półgest, o półsłowo,
o martwy dźwięk dzwonków wejściowych,
dzwonków wejściowych,
dzwonków wejściowych…
Dobrze, że winda nie działa.
Krok po kroku – w górę
do mego jedynego zbawcy – snu,
lecz i on rozpięty jak biblijny zbawiciel
między…
– Dzień dobry! Dokąd o tak późnej porze?
Mama przystaje. Milczy. Patrzy na mnie długo.
Potem odwraca głowę w bok.
Pewnie o nic ją nie pytałem.
(Pewnie tylko pomyślałem sobie…
A może już nie dosłyszy, biedaczka!)
– Słyszysz mnie? – pyta mama. – Pójdę zobaczyć.
I wsłuchuje się w ogromne zwały ciszy.
Lasem kołysze niemy,
ale realny wiatr.
Potem kącikiem serca czuję
cienką strużkę jakiejś pieśni.

Jeszcze lecą ptaki ponad wielkim światem!
A może nawet
w kwiaciarniach jeszcze sprzedają kwiaty!
Na pewno!
Pamięć mam zmęczoną. Przypominam sobie z trudem.
A oto i piętro:
stąd widać miasteczko, dzwonnicę,
złoty liść tytoniu,
rzekę,
kolorowego ptaka,
migotliwą lampkę ojca, który znowu łata
maje stare trzewiki,
głosy moich braci,
rybę i cytrynę na stole,
garść orzechów, krosno matki,
płótno,
pory roku…
Całą moją historię.

W dół – krok po kroku
idę po nitce do kłębka, mamo. Po niej
wróciłem przed miesiącem z tropików.
Śmieszne, prawda? – zimowy sweter w tropikach!
Ależ się zaplątałem…
Nitki wychodzą ze wszystkich drzwi.
Oto i twoja –
jak w bajce z dawnych lat…
Zmęczyłem się… myślałem, że wracam do siebie –
to tak, jakbym cię niósł (jesteś teraz jak małe dziecko),
to tak, jakbym cię niósł jak małe dziecko
i podnosił wysoko, wysoko. Teraz
nie straszne mi wybuchy,
wojny i konflikty…
Widzisz, twój syn jest silny.

Ty jesteś słaba. Dlatego usiądź z innymi matkami
na powietrzu, w ogrodzie. Wszystkie robią swetry na zimę.
Jesteście słabe, wycieńczone, przezroczyste –
widać przez was całe wasze życie.
I tylko jedną nicią jesteście z nim związane.

Wciągacie nas znowu
do swej późnej, wzruszającej wspólnoty –
tak oto – nitka po nitce,
ścieg za ściegiem,
ręka za ręką…
Wyrywamy się – jesteśmy wciąż zajęci.
Kto z nas silniejszy?

Opieram się
o cienki promień swych słów.
Promień pęka – słowa gasną, rozpadają się…
Oto –jakieś strzępy zdań
niczym wyspy o karaibskich nazwach,
jedyne wolne terytoria
mojej kruchej Ameryki
pływają wokół mnie.
Oddalają się.

I znikam. Zapadam się.
Ty jedna widzisz jak
ziemia, niczym w szklanej kolbie, unosi mnie ze sobą
przez warstwy przejrzystej nadziei,
między dwiema rewolucjami i wojnami światowymi,
z równaniem Einsteina w dłoni,
ze znanym wierszem Eluarda o wolności,
ze śladem kroku na księżycu,
z kilkoma słabymi sygnałami szukającymi nowych galaktyk…
jednym płomykiem życia,
odrobiną niejasnego smutku,
garścią pytań,
jedną miliardową częścią sekundy,
trwającą w czasoprzestrzeni
między 1931 i … rokiem! Mamo!

Interior

Może teraz jesteś szczęśliwszy!
Siedząc na kolanach lata,
przy łodydze cieniutkiej laki,
która więdnie…
W pobliżu kwitnie polny kwiat.
Pachnie złotem i wspomnieniem.
Łyk gorzkiej kawy przeszywa cię dreszczem –
smak zapomniany w białe popołudnia.

Miasto żyje
na wapiennym brzegu,
wygięte jak podkowa letniego szczęścia.
Za miastem są wielkie solanki,
jezioro, na nim białe czaple,
rude łany zboża,
pociąg,
dymy ze starych cegielni…
Zamknij oczy!
Wzgórze w twej pamięci.
Na wzgórze wchodzi dziewczyna.

I pewnie sam nie wiesz, jak żyłbyś,
gdyby nie ten plac
wmurowany w pamięć
(mały gwiazdozbiór
na gwiezdnej mapie twego życia),
z cerkwią, świecącą jak kometa
pośród wielkiego sklepienia placu,
z cieniem ptaka, przybyłego z zimy,
z pieśnią Mireille,
ze złotowłosą Nataszką,
która mieszkała za rogiem,
z budką telefoniczną z czerwonym kablem,
ze zwisającą brzydką słuchawką…
Zamknij oczy.
Wzgórze w twej pamięci.
Ze wzgórza schodzi dziewczyna.
Droga, która stamtąd prowadzi,
cała zarosła słowami.
Słowa wschodzą,
żyją, więdną. Znów żyją.
Droga biegnie ze wzgórza, oddala się,
znów wraca…
Długa jest nasza pamięć. Rany,
ból, ten straszny ból,
są znakiem, że żyjemy, że tu jesteśmy, że tu jesteśmy,
że mamy
co burzyć
i potem budować od nowa,
z kim się rozstawać,
do czego wracać…

Uspokój się! Odstaw kieliszek –
skaleczysz się.
Spójrz, w zatoce
rybacy wyciągają poobiednie sieci.

Pamiętasz ten teatr z zamkiem w Elsinorze, w którym
czarna ryba, zwana Hamletem,
miota się na lądzie
w czarnej sieci swego pytania?
(Nie wypowiadaj go!
Przypomnij sobie własne słowa, że właściwie
niekiedy
nie starcza życia,
by zadać jedno prawdziwe pytanie,
a co dopiero odpowiedzieć na nie!).
Śniegi,
które wtedy przysypały nasze miasto,
otulały się w swoją senną szubę:
przez zielone łąki pędzi biały koń,
biały wazon błyszczy w domu przyjaciół,
nowy obraz
wisi na ścianie (Mario! Mario!),
chłopiec w pokoju obok
podnosi żagle na sklejonym już statku.
Uśmiechasz się –
biało-czerwona kokardka przysiadła na twej marynarce.
Widzisz, jak poeta doszedł
do wiersza, w którym
każdy uśmiech tłumaczy życie!?
Nie tłumacz się!
Udaje się to tylko niewinnemu,
ale nawet wtedy
wszyscy zaczynają wątpić
w jego niewinność.
I nie uciekaj od niczego, gdyż
ziemia jest okrągła
i nie masz dokąd uciec.

Otwórz oczy!
Przed tobą wznosi się wzgórze –
błękitne wzgórze morza. Z niego
nikt nie schodzi, nikt po nim nie wchodzi.
Nie ma na nim nawet panoszących się burzanów.

Tego się lękaj!

Kontynent

A ja chciałbym twoje ręce
Ocalić od zapomnienia.
K. I. Gałczyński

Zniknęły ostatki zimy
pod ciepłym wiatru tchnieniem.
I znowu kroczą rymy
po grzbiecie gołej ziemi.
I znowu stanę na kei
swoich dalekich wspomnień
i ujrzę nagle: świat żyje
swoim życiem ogromnym.

A oto i fregata
Santa Maria, która
ze wschodu na zachód płynie,
szukając ziemi niczyjej…
Przypomnę sobie rany
naszych Grenad i Warszaw
i w kraj Magellanów
wpatrzony, popłynę w snach.

Żyliśmy w nienawiści –
Montecci i Capuletti.
Ileż kwiatów wybuchło
i symfonii, i wierszy.
Skulony ołowiany pocisk
pokornie spada pod stopy.
Jakiś kwiat przebija
moje zdarte buty.

Ach, już od kilku wieków
ku katedrom bałtyckim
idę ścieżkami dźwięków
i asfaltowych magistral.

Zderzają się, mkną samochody
niczym na filmach Chaplina.
Leci westchnienie na mil tysiące.
Kontynencie, mój kontynencie…
Nasze twarze są tak podobne,
uchylam ci borsalina.
Starość, starość twą kocham,
starość twojego wina.

Na mych ramionach zranionych
przez pokój i wojny nasze
leżą zmęczone dłonie
Andrejów i Nataszy.
Z armatniej lufy-relikwi,
co zna porodu ból straszny,
wzbija się biały gołąb
niczym w Laterna Magica.

Dlatego posyłam ci szczerze
słowo ciosane w kamieniu:
Kontynencie mój, chcę cię
ocalić od zapomnienia.

. . : : M E N U : : . .

Przekłady i Publikacje

. . : : L I N K I : : . .