Nikołaj Liliew, Poezje wybrane

Autor: admin. Kategorie: Nikołaj Liliew, Poezje wybrane; Przekłady poezji .

 

Nikołaj Liliew (1885-1960), Urodził się w Starej Zagorze. W latach 1905-1906 studiował literaturę w Lozannie, a następnie (1909-1912) na Akademii Handlowej w Paryżu. Uczestnik I wojny bałkańskiej i I wojny światowej. W latach 1921-1924 przebywa we Wiedniu i Monachium, przygotowując bibliografię do historii gospodarczej Bułgarii. Czołowy przedstawiciel symbolizmu bułgarskiego. Choć publikuje swoje wiersze od 1909 roku, to pierwszy tomik  Ptici v noszta (Ptaki pośród nocy) ukazuje się dopiero w 1918 roku. Rok później drugie wydanie. Kolejny tomik Łunni petna (Odblaski księżyca) publikuje w 1922 roku, po czym rozstaje się z twórczością poetycką, wyczerpawszy jakby możliwości poetyki symbolistycznej, której formę muzyczną i wersyfikacyjną uznał za spełnioną. W 1931 roku publikuje jeszcze wybór wierszy Stichotworenija (Wiersze) i w 1934 roku w czasopiśmie „Złatorog” nowy cykl wierszy Pri moreto (Nad morzem), będący ostatnim przejawem twórczości poetyckiej. Do końca lat 30-tych XX wieku aktywnie współpracuje jako korespondent literacki z najważniejszymi czasopismami literackimi, ale szczególnie ważny jest jego dorobek translatorski w zakresie dramaturgii europejskiej (Szekspir, Corneille, Ibsen, Maeterlinck, Hofmannsthal,  Hugo, A. Tołstoj i in.) oraz długoletnia współpraca z Teatrem Narodowym w Sofii, w którym pełnił funkcję kierownika artystycznego. Wcześniejsze przekłady jego wierszy można znaleźć w antologii Niewidzialne skrzydła (1987).

 

 

Nikołaj Liliew

Wybór poezji

 

 Pieśni

***
Znam zakątek zbudzony radośnie
pośród sosen w śnie zastygłych,
gdzie strumień śpiewa rozgłośnie
w rozbłyskach promieni śmigłych,

gdzie pszczoły rojem złocistym
w tańcu wirują weselnym.
Boże, daj mi,  w sercu czystym
wiarę w mój lot nieśmiertelny.

***
Jasny ranku,  trwałeś chwilę,
by mgły wznieść powiewem –
i motyle, i motyle,
srebrnych skrzydeł wiewem.

Cały przestwór obudziłeś,
i mnie swoim śpiewem,
i motyle, i motyle,
srebrnych skrzydeł wiewem.

Wszystko wokół rozświetliłeś
szmaragdów zalewem –
i motyle, i motyle,
srebrnych skrzydeł wiewem.

***
Cichy wiosenny deszcz
szumi na mojej strzesze,
ten cichy wiosenny deszcz
ileż nadziei wskrzesze!

W cichy wiosenny deszcz
ziemia łaknie stęskniona,
cichy wiosenny deszcz
otwiera baśni ramiona.

W cichy wiosenny deszcz
łzy, trwogi i upojenia,
w cichy wiosenny deszcz
zetlały iskry spełnienia!

***
Nad polami pieśń się niesie,
niebo całe w modrej chwale,
dusza moja tam się wzniesie
przez nieznane  nieba dale.

Czas przyniesie zapomnienie
w łanów złocące się fale
i popłynie nieskończenie
przez nieznane nieba dale.

I nim duszę w śnie motylim,
jesienne już skryją woale,
to dźwięk pieśni je uchyli,
kołyszących łanów fale.

***

Świt obudził sad nad ranem,
w każdej kropli rosy
już się modrzą wykąpane,
już się modrzą niebiosy.

Srebrny promień wypromienia
pieśni życia z ciemności
i śle pieśnią dziękczynienia,
dziękczynienia wieczności.

Zbudź się, duszo, ze snów mglistych,
wyjdź z urojeń mrocznych roju,
i poszukaj marzeń czystych,
czystych marzeń zdroju.

***
Tracja w pól dźwięcznej podzięce,
bezbrzeżnych, złotokłosych,
dusza beztroska się unosi.
Nie trzeba więcej.

Nie trzeba więcej nad fal muśnięcie
znad równin w łany obfitych.
Pośród pól ojczystych dźwięczy
radość przyszłych dni przebytych.

***
Idę samotnie, idę w pokorze,
w duszy poranek rześki tryska,
a w nieba modrym przestworze
gwiezdną siecią noc rozbłyska.

Strzały ognia pędzą w zawody
w kraj nieznany i  wymarzony,
i gwiezdnych świec korowody
znaczą drogę w świat nieskończony.

Idę, i zewsząd głos tajemny woła:
– Jakie marzenia w duszy pieścisz,
jakie kwiaty i dźwięki zdołasz
w nieznanej pieśni zmieścić?

***
Złotodajna złuda zacicha
w słońca bladych złoceniach.
Zdradliwej myśli zdobycz licha,
dusza zgasła w marzeniach.

W nieba czarnych pomroczach
wicher zawrotny zawodzi,
w łzami zaszklonych oczach
sen o błękicie się rodzi.

***
Mój zaciszny dom rodzinny!
Wśród szumiących winnic,
żywych w pamięci mgle;
ileż tajemnic dziecinnych
szeptały brzozy gościnne,
jakby we śnie.

Wieczór, w bezludne ogrody
słowa osłody
słał księżyc w milczeniu.
Słuchały, dniem omdlałe,
czyste i białe,
białe serca, w skupieniu.

Nim w nas świty zaświtały,
gaśniemy bez chwały
w promieni pierwszych pozłocie.
I wśród pustki bez ducha
płocha i krucha
pieśń moja dźwięczy w locie.

Ptaki pośród nocy (1918)

***
Moje wspomnienie
jak ptak w mrok wzlata,
leci bezdomne,
leci snu tchnieniem,
z dala od świata.

Ciche me pieśni,
niepomne dróg,
blaskiem się znaczą
smutnej jesieni – i
milkną znów.

Głos mojej lutni,
z jękiem w mrok wzlata,
płacze wygnany,
tęskny i smutny,
z dala od świata.

***
Jasnym brzaskiem dzień rozbłyska
pośród ciemnych jeszcze drzew,
drżeniem czułym się odciska
w drobnej rosie wiatru wiew.

Jeszcze noc się tli w ogarku,
a już świt się w niebo wzbił,
w ciszą otulonym parku
przestwór jakby dalej śnił.

Błysnął blaskiem skry z uśpienia
lazur nieba spoza brzóz
ponad statuę Chopina
wzleciał pierwszy promień zórz.

***
Wsłuchany w dźwięki ścichłych słów,
tłumionych nocą, która gaśnie,
twe ślady pragnę widzieć jaśniej,
w omdleniu wołam ciebie znów:

– Księżycu, wzejdź nad miasta bramą,
bym w duszy mej z błogością śnił
wieczorny półmrok nad Sekwaną
i ciszę niezmąconą w Neuilly!

Pod jarzmem nieznanym omdlały
(skąd wiedzieć mam, kiedy i jak?)
przemierzam mego życia szlak
w samotnej ciszy oniemiały.

***
Rozświetlił przestwór słońca promień,
w jesienny wyzłocił go blask.
Wstał dzień,
lecz nagle w moich oczach zgasł.

Zza firan tłumiąc w sobie boleść,
daremnie szukam w jego mgle.
Gdzieś jest
przeszłości mojej złoty śnie?

***
Chmur kłęby sięgają ziemi
i w krąg gęstnieją ćmy.
Deszcz mży,
jesień jest.

W smutku idziemy jak niemi,
przez żale gnani i łzy.
Deszcz mży,
jesień jest.

***
       J’aime l’horreur d’etre vierge…
Stephane Mallarme

Nie wiem, czy droga ta prowadzi
poza miraże, ciągnące się hen,
lecz kocham ten swój dziwny sen
nadziei, co z życiem się wadzi,

że gdzieś u niewidzialnych bram
dogasa z wolna w snu oddechu,
radości ogień, że jestem sam,
i koszmar niezaznania grzechu;

że słyszę tę cudowną pieśń
młodości wrzawie uciech sytą,
co chce z radością niespożytą
do mego domu miłość wnieść.

O, chwilo anielska uśmiechu,
gdy krew w omdleniu błogim śpi,
a ciało w zaklętym kręgu tkwi
koszmaru niezaznania grzechu.

***
Serca mego drogi
zniknęły w pomroce,
do ciebie wciąż kroczę
przez dali rozłogi.

Idę myśli śladem,
umilkły w rozterce,
i w pomroce bladej
zasłuchany w serce:

serca mego drogi
gorzki smutek mroczy,
do ciebie przez rozłogi
idę pośród nocy.

Mój sen drogą zdrożony,
zimne serca dreszcze,
lecz dźwięczą przyśnione
cudze kroki jeszcze

i krople głosem śpiewnym,
co jesień wczesną wieści,
brzmią rytmem niepewnym
w mojej smutnej pieśni.

***
Oczy me ciche już daleko stąd,
dwa źródła, co przestały bić na wieki,
oczy me ciche, już daleko stąd.

Oczy me ślepe na promienny ląd,
wyschły już moje ku wieczności rzeki,
oczy me ślepe na promienny ląd.

Błądząc w mrocznego smutku mgłach,
śledzą zlęknione loty ptaków,
co drogi już nie znają pod swój dach.

Przed nimi wieńce cmentarne z róż
i długi sznur żałobnych orszaków
z bliskimi, co nie doczekali zórz.

***
Bezkresny żal i żywy trup mir mącą mego łoża,
całunu biel i kwiatów biel, zranionej mocy zgroza.

I słyszę dźwięk, daleki głos, szloch cichy u przestworzy –
mój świat nie tu, nie dla was ja, marny człowieku boży!

Nieziemski duch, nieziemski chłód jest życia mego cnotą,
straciłem słuch dla ziemskich nut, gdzie indziej ma ochota.

Czy nocy wrót, gdzie domu próg, już promień nie rozjaśni?
O, świecie mój, świecie bez dróg, świecie żałosnej pieśni!

Bezkresny żal i ciemny mrok ścielą się na me łoże.
Mym światem dal, gdzie jestem sam. Zlituj się, mroczny Boże!

***
I słońce, co odwieczny zsyła dar,
zbłąkane głuchą nocą w moje stepy,
w ruiny świątyń wniesie światła żar,
lecz oczy moje pozostaną ślepe.

I nagle ręka niewidzialna drży
na strunach myśli mojej smętnej,
przede mną stajesz w smutku ty,
lecz nie poruszysz duszy obojętnej.

I w modłach swych uniosę się wraz,
jak do lotu w snu nieznane ziemie,
gdy przyjdzie złudy bezlitosny czas,
lecz usta moje pozostaną nieme.

I będę zgłębiać snu złowieszczą treść,
z ostatnim alleluja szeptem ją wydyszę,
a ty przyniesiesz do mnie błogą wieść,
lecz w swej martwocie jej nie usłyszę.

***
Jako że słyszysz wołania mego głos
na swych niebiosach, nieznany Boże,
spraw, że rękę wzgardzony duch położy
na moim sercem, znacząc tym mój los!

Ja nie rozbiłem sztab żelaznych bram,
co wiodą w stronę rajskich cieni,
i dusza ma gdzieś łka w przestrzeni,
wygnana w dal, by szukać marzeń tam.

I dożyć chcę twych władczych słów,
by mi odkryły piekła tajemnice,
bo może w nim rozkoszą się nasycę,
bo może w nim miłości zaznam znów.

***
W dalekie pustynie prowadzą me drogi.
Nie zdobi ich kwiatem zalękniony pąk,
co miał ukwiecić smutku rozłogi.

Bezdomnym w bezkres wzbijam się lotem.
Z łopotem skrzydeł do wyśnionych łąk
wciąż wiodą mnie marzenia Boga.

I ciemność wieczorna, zimna i wroga,
wybucha szlochem cichych mąk.

***
Muśnij mnie, falo, spowij mnie, morze dźwięków śpiewnych,
kiedyś byliśmy dziećmi, dziećmi jak czysta krynica,
i jasnym blaskiem lśnił, lśnił ruczaj w blaskach srebrnych,
i jak lustro odbijał nasze blade lica,
i urzekał, i ranił, urzekał i miłością rzewnił
nasze nieszczęsne maleńkie serca.
Muśnij mnie, falo, spowij mnie, morze dźwięków śpiewnych.

Już śmiechu nie pomnę, nie pomnę już słów modlitewnych,
i w noc się zapadła, zapadła się twa tajemnica,
i w chwilach zamarłych, i w chwilach żalów daremnych,
gdy losem wygnańca mnie karze tęsknica,
słyszę swych kroków echo, kroków drwiących ze mnie,
i z czarcim błyskiem czuwa śmierci źrenica.
Już śmiechu nie pomnę, nie pomnę już słów modlitewnych.

I dla wzlotów szaleńczych i cieni, które czas spopieli,
w wędrówce bezgrzesznej, w wędrówce za świata granice,
do dali nieznanej, do dali, co gwiezdnie się ścieli,
me ręce nieszczęsne, zranione me ręce,
wskrzeszać będą z imienia, wskrzeszą też może Ofelię,
nim Sąd Ostateczny na zawsze nas rozdzieli
w chwili mrocznych wzlotów i cieni, które czas spopieli.

***
Kobieta, której serce w mej pamięci trwa
i ogniem swej miłości sercu memu sprzyja,
przebywa skryta w dali, gdzie ni nocy, ni dnia,
i ma imię tęsknoty – Nigdy Niczyja.

I ma ona nade mną bezimienną moc,
i każdy jej cienia cień mówi, że istnieje –
to wiosną, w gęstwie liści cichą wonią drżąc,
to jesienią – gdy szept w alei gęstnieje.

Nad zamkiem jej skrytym cisza trwa od lat
i wrzawa życia tam przenigdy nie sięga –
i biegu ofiar swych niezmiennie śledzi ślad,
gdy nocą się otwiera jej nadgwiezdna księga.

I księżyc w jej miłości w bladym smutku trwa,
całując swą pozłotą pól łany bezbrzeżne –
i myśl jej leci w dal nigdy nie pomna zła,
i słów muśnięcia czułe niczym płatki śnieżne.

Miłością darzy baśń, co biegnie z nią we śnie
za zasłon zmierzchu mgłę i nieprzejrzystość –
w spojrzeniu czystym jej – w górskiego wiru dnie –
przegląda się jej zmilkła milczkiem wiekuistość.

Ze swoich czystych łąk, z błękitu jasnych gór,
gdzie skrzydła marzeń nigdy nie królują,
wsłuchana drży, jak brzmi anielskich głosów chór,
a tchnienia westchnień jej w śnieżynkach zlatują.

I bezcielesnych żądz dla nas nieznany ląd
rozkoszą zdrożną swą nigdy jej nie nęci –
miłosnych legend treść szepce daleko stąd,
wsłuchana w cudny swój – niczyj taniec śmierci.

Młodości żywej żar ten jej najdroższy kwiat
na próżno dla niej radość z serca spija:
i tam ona żyje, gdzie żyje baśni świat,
i ma imię tęsknoty – Nigdy Niczyja.
***
Niech ci nie będzie żal we śnie spienionych fal,
poszarpanych wichrem traw,
w sercu zdław
wszystek żal
i tęskne nuty!

Ciemności nas czekają?
Może tak.
A może światła blask.
Złudy się w snach spełniają!

Niech ci nie będzie żal we śnie spienionych fal,
po cóż na próżno wyciągać ręce.
I żyj tak, moje biedne serce,
jakby nigdy
nie trzeba więcej.

***
Już dzień. Znów wieki płyną
przez moje zmartwiałe oczy.
W niebiosach anieli fruną
i pieśń wiosenna się toczy.

Nade mną modlą się kwiaty,
ścigają śmigłe promienie.
Wiosno, twe kwietne szaty
do duszy wniosły milczenie.

I słucha, jak do niej kołata
prawdziwej radości wołanie,
i srebrne sieci już splata,
by lecieć tam, gdzie się stanie.

Tam wzeszły nadzieje paschalne,
i pieśń w bezkresu brzmi toni,
a ziemskim dniom życiodajne,
odwieczne słońce dzwoni.

I szepce ma dusza pogodna,
hymn cichej, wdzięcznej radości.
W bezkresie wód się przegląda
sen wiecznie żywej miłości.

***
W tym wieku, sławiącym zatracenie,
o, Boże mój, do ciebie zdążać mam?
Tyś mi powierzył ciche dziękczynienie
i uczyniłeś z duszy mojej chram,
i przywołując święte swe natchnienie,
prawicę ku mnie wyciągnąłeś sam
i słowa do mnie rzekłeś, które znam
od dnia, w którym mi dałeś tchnienie.

O, Boże, komu potrzebny jestem tam?

Blaski księżyca (1922)

 

PŁONĄ czułe, płoną białe, płoną miłowane fale,
co uplotły w duszy mojej drogę w gwiezdne dale.

Widzę swoją pierwszą wiosnę, pierwszym marzeniem płonę,
co dłońmi jak do modlitwy w srebrnym puchu uśpione.

Czysta niczym pierwszy śnieg skrzy się miłość złocista,
co bieg sobie wyznaczyła, gdzie dusza gwieździsta.

Przyjdź, nie czekaj chwili dłużej w niełaskawym pustkowiu,
krople ognia pośród burzy, żałość we mnie ucisz znowu.

Przyjdź, w imię ofiary miłej w kraje baśniowych zorzy,
by na umarłych pragnieniach swój pocałunek złożyć!

O, u brzegu śpiewa łabędź zamknięty ciemnym niebem.
To dusza moja z oddaniem wołanie śle do ciebie.

Dusza moja bezgrzeszna pośród lip czuwa ciemnych,
odrodzona cię przywita i uniesie w swój świat senny.

I choć grzech nieśmiertelny z marzeń sennych uleci,
wieczność nagle się otworzy pośród gwiezdnej zamieci.

 

W DALEKIM wspomnieniu gasną
pustynne brzegi i rosną
zlęknione cienie na drodze.

Imieniem twym lipy nad ranem
wzywają cię, nienazwane,
do miłości w rośnym ogrodzie.

Jak gwiazda w głębinach nocy,
truchleje dusza w niemocy,
samotna, niechciana w świecie.

A czas już jak wicher ulata
i oto noc czarna splata
przede mną otchłani sieci.

 

KSIĘŻYCA lico  wiszące nad sadem
jak owoc ostatni, jesienny,
do życia budzi swym śladem,
we śnie tułaczym niezmiennie.

I widzę w radosnym drżeniu
miłości pierwszej, jak daje
nadzieję życia w marzeniu
i lęk przed złudnym rozstajem.

I te dwie dłonie w rozterce,
co pragnąc, nigdy nie mogą
przygarnąć niechciane serce
tych, co dalecy są Bogu.

I słyszę słowa wyniosłe,
co z duszy bezgłośnie płyną,
i trwam w oddaniu radośnie,
w zachwycie chwilą jedyną,

co złudę w oczach zatrzyma,
niby w złocącym się winie.
I miłość dźwięczeć zaczyna,
i dźwięcznie gdzieś obok minie.

 

DŹWIĘCZĄ ukryte struny
w głosach wieczornej ciszy.
Dźwięki – te snu zwiastuny
trawy do snu kołyszą.

Usłysz, jak wieczność roni
swoją gwiazdę wieczorną.
Dusza ma, za nią w pogoni,
zmierza drogą pokorną.

Biada mej duszy, niesionej
snem traw przed gwiazd oblicza,
by w ciszy ich uświęconej
sycić się blaskiem księżyca.

 

TY BŁAGASZ, czuję. Czyżby mnie
wołało bezgłośne serce?
Spójrz, topole białopienne
zwieszają bezradne ręce.
Głęboka jesień nastała,
lecz czy pojmiesz coś z języka
tej pustki, co na wskroś przenika,
i z tęsknoty, która sposępniała?

Wciąż zwolna dobywam z pamięci
oblicza kobiet gdzieś napotkane,
nieznaną dalą ich pokusa nęci
niczym fale rozkołysane.
I obietnicę niosą wezwaniem,
że zamiast chwili ześlą wieczność,
lecz woli bożej ostateczność
nie pokarała mnie kochaniem.

 

W ZMIERZCHU wczesnego ciszy,
stado przez los gnanych ptaków
w kraje południa śpieszy.

Bieleje na nieba szlaku
stado przez los gnanych ptaków.

W zmierzchu wczesnego czerni
odlotu ich srebrzy się wstęga,
srebrzy się w nieba pustelni.

Wiosna ma kresu już sięga,
odlotu jej srebrzy się wstęga.

Cóż mi zostaje? Bezsennie
czekać w bolesnej niemocy,
ptaków powrotów wiosennych.

Cóż mi zostaje? Wśród nocy
czekać w bolesnej niemocy.

 

BOŻE, BŁOGOSŁAW tę noc lamentu,
swego bez kraju i imienia syna,
skazańca, co bezsilnie przeklina
z głębin żalu, z udręki odmętów.

Sam przystaje, spragniony litości,
i czeka w męce, aż mu otworzysz
ogrody swoich gwiezdnych przestworzy
pośród blasku twej czystej jasności.

Wyciąga niecałowane ręce,
składa w darze rycerską zbroję,
i swoich dawnych marzeń ostoję,
i swoje bólem przeszyte serce.

Błogosław go w mrocznej ciszy
i prowadź w ucichłą dąbrowę,
gdzie twoje serce kochać gotowe,
skąd głos twój znowu usłyszy.

I cichych fal zmierzchu dźwięki,
które ciemności wnet skryją w sobie,
dźwięcznym echem pomkną ku tobie
w pieśni świętej i cichej podzięki.

 

OBLICZE ŚWIATA odmienia się wciąż,
lecz miłość nie dba o litość wyroków,
karawany lat, w zachłannej dali gąszcz
odeszły i wnet zniknęły w mroku.

A czas, nasz najwierniejszy wróg,
posępne czoła wieńczy znakiem sławy
ze zwiędłych kwiatów wzdłuż lata dróg,
z jesieni zwiędłej o blasku rdzawym.

Kapłani duszy, bez świątyń dla dusz,
i dumy w pętach wiecznej  marności,
komu potrzebne wasze wieńce z róż,
splatane z żali ziemskich w cichości?

 

TU NOC WYPŁACZE swe tajemnice,
dzień pocałuje niczym drogi brat,
nikomu nieznane, dwóch dusz mgławice,
wzlecimy razem w nam nieznany świat.

Na naszej drodze błyskawice śmigną,
i tracąc z oczu drogi do ich gniazd,
straceńcze dusze w biegu zastygną
u niebios wiecznych, niby światła gwiazd.

I tam wpatrzone w bezkres stworzenia,
gdzie zwolna gaśnie pomroczona dal,
dwie dusze jasne, bezkształtne śnienia,
spowite ciszą jaśniejących fal,

w tej ciszy świętej, niepomne spytają:
ziem jakich majak w ich oddechu drży,
bezdomne wichry skrzydła splatają
strugami deszczu płyną bólu łzy?

 

I TEN NASZ SEN, i ten nasz ziemski sen
bez śladu zgaśnie w falach ciemności
nieznanej rzeki, płynącej w mrok.
I w chwili tej, witanej niczym dzień,
jedynie Bóg, gdzieś na wysokości,
w opatrzność weźmie nasz każdy krok.

W zadumy ciszę, gdzie wieczności ląd,
co w bladym smutku szuka ukojenia,
w poszumu traw jesiennych woń,
jak gwiazda mknąca w nocy głąb,
ma dusza wzleci lotem marzenia,
w wiecznych tajemnic zagłębi się toń.

I będzie lecieć wciąż, niepomna, że
nie ma przystani w bezkresu otoku,
niesiona w marzeń gwiezdny czas.
I niczym litość w ciemnej dali mgle,
i niczym pamięć ziemi, w mroku,
nad ziemią księżyc rozpocznie straż.

 

W ROZMARZENIU już gasną promienie
i w tumanach bezsennej wciąż mgły
napełniają świat mrocznym cierpieniem
i zadają nam ból ostrzem swym.

Wciąż tułamy się w dalach zbłąkani,
przyciągani w krąg smutku od lat,
i na próżno wciąż życie kochamy,
i na próżno przyzywa nas świat.

Gdzie istnienia słoneczna sława,
gwiazdom naszym zgasła życia nić.
Nam jest obca jałowa wrzawa
jałowego pragnienia, by być.

Pogrążone w posępnej bezsile,
w poniewierce za dali próg,
nasze dusze, dwie srebrne lilie,
wciąż migocą w pomroce dróg.

 

MIŁOŚCI, komu uśmiech swój ślesz?
Wpatrzona w zadumy stepy,
gdzie los na marzenia ślepy,
i milknie na zawsze nasz śpiew.

Złowieszczo wpatrują się w nas
zjeżonych wilków, mgieł zgraje,
bez echa modlitwa zostaje,
szeptana w mroczny ten czas.

Pod nieba sklepieniem jak spiż
witają nas drzew nagich zmory
i gonią wichury złe sfory.
Miłości, o kim ty dalej śnisz?

 

OPUSZCZAJĄ JUŻ z pieśnią tułacze nasze strzechy
i los oboje nas rozpaczą z sobą splótł.
Na próżno dusze lecą do gwiazd wyżynnych wrót,
w  bezgrzesznym locie łaknąc dla smutku pociechy.

Opuszczają nas; radość i pieśń ich niezmącona
pozwoli im pokonać rozpacz i każdy życia znój.
Tam czeka na nie słońce i wiosna nieskończona,
i wiara, i nadzieja w żywy wieczności zdrój.

Opuszczają nas z pieśnią. Więzione  przez wieki
w jałowej swej udręce, bez wiary i bez sił.
Na próżno w naszych oczach ich szlaków srebrny pył
podąży meandrami w nieba zdrój daleki.

I pamięć brodu życia już w nas nie odżyje,
wśród długich cieni nocy, wsłuchanych w mroku dal.
Czy niebo będzie słyszeć bezgłośny serca żal
i rozkosz dali wiecznej przed nami odkryje?

 

POCIECHĄ w czas rozstania zda się poblask jasności
w pozłocie jakże bladej zachodzącego dnia.
Lecz dusza próżno szuka i wciąż w swej drodze trwa
u ciemnych zasłon nocy, niesyta cudowności.
Przeszłością pełnia światła, przeszłe młodości dni,
odeszły bezpowrotnie w czas młodości chciwy,
za nami dni podniosłe, wzniosłych lotów zrywy
do marzeń wolnych drogą, gdzie wieczność nam się śni.
I serca tlą się dalej w objęciach niewoli
posępnej, wiarołomnej, niepomnej lotów swych,
i czoła nasze mroczą cienie wyniosłych pych.
Bo cóż powiemy jutro braciom swym w niedoli?

A jeśli sercom młodym doskwiera ten sam ból?
Ruszyliśmy bez fanfar, nadzieją pijani,
i oto my, tułacze, i oto my – przegrani,
przeszyci słońc strzałami z bitewnych losu pól.
I ręce nasze puste i w naszych naczyniach
nie tryska żywy ogień i wody żywej zdrój,
w mozolnym pochodzie kończy żywot swój
gwiazda naszego życia. I duch mrze w pustyniach,
jak wędrowiec zagubiony pośród dróg tysięcy.
Zachodu gwiazda wieczorna rozbłyśnie jak we śnie
i nasza myśl ulotna, nasza ulotna pieśń
w snu zapomnieniu wiecznym bez echa zadźwięczy.

 

WIECZÓR i dzwon wieczorny brzmi.
I cichnie jak bezdomne tchnienie
smutne wspomnienie
zawrotnie mijających dni.

Wolny więzień myśli zniewolonej,
wracam do słów, co skreślone
trzymanym ręką dziecka piórem
w godzinach łez i rozstania…

I w bólu daremnego trwania,
jestem owym śmiesznym Pierrot,
co samotnie, w księżycowy czas,
czyści co noc, po świtu szkarłaty,
ze swej srebrzystobiałej szaty
księżyca blady blask.

 

 

 Z cyklu Wieńce

 

***
Wieczności dusza śle pogodnie znak,
z uśmiechem stojąc u pól otworem,
i jasnym snem ogarnia cały świat.

I kwieci się pod nieba przestworem,
i cichym wtórem znaczy pieśni ślad
nad szatą łąk w bliskim mi Zagore.

I kwieci się, kwieci się w łąk ciszę
w gęstwinie ziół i wonnych traw,
i w zmierzchu tkliwym czule kołysze
kołyską wiatru trąconą w snach.

I w falach zmierzchu sercem słyszę,
jak szept pociechy w jej radości trwa.
Sianokosy, Boże, dla chwały cichej
dźwięczącą kosą w mej podzięce sław.

***
I wciąż ten głos się niesie z dali
i budzi w mroku snu otchłanie,
i niczym lira daleka się żali,
i znika z blaskiem księżyca ranem.

I ziemi pancerza odgłosem
westchnieniem zda się wszechświata,
ku gwiezdnym zmierza niebiosom
i w niebie o przystań kołata.

Do duszy mej ma coraz bliżej,
ją światła płomieniem ogarnia,
i ogień się pnie coraz wyżej,

i oto nić dymu się wdarła
i słowa w splot smutku już niże.
Noli me tangere, Maria!

***
Królowo, ma dusza stroni od kochanki,
i miłość nie doczeka we mnie dnia!
Nikołaj Rajnow

Opuszczasz w upojeniu rzęs firanki
nie widząc śmierci skrytej w pustki mgłach,
nad którą słowem mrocznym z mroku dna
powabne wieszczyć będą jej kapłanki.

Bez śladu z twoich oczu znikną w snach
płochego zmierzchu płoche gwiazd kaganki.
Królowo, ma dusza stroni od kochanki,
i miłość nie doczeka we mnie dnia!

I noc zaległa, gdzie domu mego próg,
ogromne słońce w świecie mym zapada,
i przebrzmiał już mojego życia róg.

W ostępach modrych, pełnych żali, trwóg,
posępny schimnik wieszczyć o zagładach
przewrotnych naszych losów będzie mógł.

***
Kołyszą się zwodniczych odbić lśnienia,
gdzie sennych wód  jałowy, ciemny kraj,
i blaskiem ich srebrzystym się promieni
nieznanej baśni raj.

I wznoszą się pałace niewzniesione,
i księżyc już w wygnańczą wzywa dal,
i niosą się marzeniа odrodzone
w głąb snu ucichłych fal.

Czy wierzyć mam, że zmierzch ten bajeczny,
W marzeniu swym po ciemnych winnic kres,
usłyszy dziś mój zew serdeczny?

Czy wierzyć mam, że w sobie zmieści też
i snem ukoi marzeń pęd odwieczny,
i gorzki żal wylanych z oczu łez?

***
Twój mroczny dzień mozołem cię przygniata,
twój mroczny dzień do kresu zmierza dróg
nadziei za młodu straconych dla świata,
nadziei twych. Lecz pozbądź się trwóg!

Pozbądź się trwóg, niech trwoga poprzez lata
nie pyta, czy miłość przekroczy jutro próg
bezdomnej męki, co wciąż w tańcu splata
sieroce dusze, które żal głęboki zmógł.

Spójrz, już jesień – pogodna, złota jesień
przelewa się i gaśnie w pozłocie zórz
jak czuła pieśń, niosąca się w bezkresie.

Przed nią zamiera strumień pośród głusz,
i nieba uśmiech szuka w niej uniesień.
Pokorny wierszu, ty też jej pokłon złóż.

***
Od wielu lat dusza drży we śnie,
jak pojmanego ruczaju zdroje,
i czeka, płocha, aż ktoś w podwoje
samotni zmierzchu zawezwie mnie.

I oto, stajesz przede mną ty,
to z tobą hymny pociechą się zespolą,
i budzisz marzenia niepoczęte z krwi,
sam wolą i prawem, losem i busolą.

Wnet rozwiej niskich powłok ćmy,
by ukoić niezgasłe pragnienia
krainy tej, co dalą modrą skrzy.

Patrz! – Burzy tchem wyłania się z cienia
nadzieja ma, co będzie opromieniać
w lazuru dal radosne, przyszłe dni.

***
Już noc się iskrzy w głąb swego ogrodu
i niby kwiaty jej gwiazdy rozkwitają,
a rozkwitłe, niebiańskich łaknąc godów,
swą baśń odwieczną gwiezdnie ogłaszają.

A w dole milkną senne już doliny
i gasną ognie wieczornych miraży,
jak niepotrzebne świece u ołtarzy
jesieni, w smutku ostatniej godziny.

O, nocy, skrzydłami powiej kojącymi
nad sercem moim, niby snu wachlarzem,
i mrok jego rozświetl skrami wyśnionymi!

Gasnę już z dala od sercu miłych marzeń,
i czekam, kiedy dłońmi żałobnymi
marzenie w blasku świętym mi ukażesz.

***
Dimczowi Debebeljanowowi

W tym tłumie obojętnym i  nieczułym
żarliwych wzruszeń chcę odnaleźć cień.
I tych, których myśli cieniem się zasnuły,
przybitych bólem w ten niewzeszły dzień.

I komu zwierzyć się, cierpiąc rany,
z zachwytów, z uświęconych brzmień,
odsłaniających w przestworzach łany
nadziei, że jesteś wybrany dla mgnień
jasności i snów o szczęściu daleko stąd,
by w sobie świętością i całunem być?…

Do ciebie już nie wiedzie mego życia nić,
O, słońce, które nie zachodzisz mgłą!
O, ptaku, co przeszyłeś dali głąb!
– Tobie w pieśni, w nadziei, w mej miłości żyć!

Z cyklu Nad morzem

Cisza

Posłuchaj jak ta cisza brzmi
po ścichłej zda się z nagła burzy,
nim jeszcze ostatnia fala grzmi,
pękając z hukiem na granicie,
i ściana falochronu drży.

I cichnie wrzawa z serca biciem,
i brzegi już gotowe są do snu,
i mknie ku niebu z burzy cienia,
jak marzenie łaknące tchu,
wciąż niekończący się poemat.

. . : : M E N U : : . .

Przekłady i Publikacje

. . : : L I N K I : : . .