Nikołaj Kynczew, Posłanie od piechura

Autor: admin. Kategorie: Nikołaj Kynczew, Posłanie od piechura; Przekłady poezji .

*** Wersję elektroniczną tekstów przygotowały moje wnuczki Ala i Ola

 

Nikołaj Kynczew

Posłanie od piechura

Nikołaj Kynczew urodził się w 1936 roku we wsi Biała Woda, w okręgu Plewen. Studiował filologię bułgarską na Uniwersytecie Sofijskim. Od 1957 roku rozpoczął publikowanie własnych utworów poetyckich i przekładów poezji w periodykach literackich. Pierwszy tomik jego wierszy Prisystwie /Obecność/ ukazał się w 1965 roku, a w 1968 kolejny – Niczym ziarno gorczycy /Kołkoto sinapenoto zyrno/. Pod takim tytułem polski wybór jego wierszy wydany został w 1981 w przez Wydawnictwo Literackie. W latach 1968-1980 był objęty zakazem publikowania. Dalsze zbiory wierszy: Posłanije na peszechodec /1980, Posłanie od piechura/, Osłanjam se na maranjata / 1981, Opieram się i śreżogę/, Noszten pazacz na zorata / 1983, Nocny stróż jutrzenki/, Łajkuczkata ne chape, a uchae/ 1984, Lwia paszcza nie jest groźna, pachnie/, Wyłni na werojatnostta/ 1985, Fale prawdopodobieństwa/, Redom s wsiczki migowe /1986, W jednym szeregu z każdą chwila/, Sys słynce na syrceto / 1988, Ze słońcem na sercu/, Wremeto, razdadeno na wsiczki/ 1989, Czas rozdany wszystkim/, W gorata ima njakoj/ 1990, W lesie ktoś jest /, I meżduoczijeto da progleda / 1991, Niech się stanie oko między oczami/, Otpeczatyci ot prystite na Jeti /1992, Ślady palców Yeti/, Bałyt na newinnite / 1992, Bal Niewinnych/, Wjatyryt otnasja mojta szapka /1993, Wiatr mi zwiał kapelusz/, Topoli za nakołni żiliszta w neneto / 1993, Topole na domy na palach w niebie/, Bjałata akacija ot Bjała Czerkwa / 1994, Biała akacja z Białej Cerkwi/, W białato prostranstwo na bezkraja/ 1994, W białej przestrzeni bezkresu/, W poleta na prepariranata ptica/ 1995, W locie wypreparowanego ptaka/, W szatyra na żreca/ 1996, W namiocie kapłana/, Child Harold dalecz po-kysno /1997, Child Harold dużo później/.
Ponadto wydał Antologię poezji gruzińskiej, antologię Pięciu współczesnych poetów francuskich oraz zbiór Trzech poetów polskich z wierszami Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta i Adama Zagajewskiego. W osobnych tomikach ukazały jego przekłady wierszy Henriego Michaux, Guillevica, Yvesa Bonnefoy’a, Andre du Boucheta, Michela Deguy, Bernarda Noela, Jacquesa Reda, Claude’a Michela Cluny’ego, Claude’a Estebana, Andre Veltera, Kennetha White’a, Ezry Pounda, Williamsa Carlosa Williamsa, e.e. cummingsa i innych.
Przekłady wyborów wierszy Nikołaja Kynczewa wydano w Polsce, Niemczech, Holandii, Austrii, Serbii, Czechach, Gruzji, we Włoszech, Hiszpanii, USA i Francji.

 

Sztuka

Tu czas jest przed czasem,
I ten niepowtarzalny przypadek
Zdarza się tylko prorokom,

A mimo to tak być powinno,
Aby nasze dążenie ku pięknu
Równało szereg z każdą chwilą.

Bo oto już, dziw nad dziwy:
W kamieniołomach marmuru
Pracuje przyszły pomnik.

 

Aedon

Na stare lata stoję pośród pełni rozkwitu.

Niewidzialnością olśniony, nie spuszczam jej z oka:
W pajęczynie promieni nie miota się nawet mucha.

Po latach ślepej nienawiści miasta zawarły pokój
I dzięki temu będę mógł zachować punkt widzenia.

Jaskinię rozświetla posiwiały ze starości nietoperz.

 

Talent

Talent! Brzmi to jak gruziński toast na cześć Boga.

Sięgając takich wyżyn możesz sprawić, że
Odtąd prawa ręka ma do lewej zaufanie.

I możesz tak wyrazić wszystko, jeśli możesz.
Czy zatem słońce jest innego słońca słonecznikiem?

Nawet najbardziej szczery kryje najsilniejszą kartę
I milczy z ręką z tyłu, nie na sercu.

Nieznane jest tak wątłe: zachowaj je w tajemnicy.

 

Litość

Ptak – strzała, przeszyty wiecznością,
Opisuje nam własny lot śmiercionośny.

Nawet uniwersalność ma swój charakter pisma.

Dziobem pewnie i spokojnie go namierza
I tak właśnie owoc ratuje swoją skórę.

Jego głos jest bardziej naturalny, bardziej…

Czy ktoś zdoła oddać go w języku ziemskim?
Muzo, oto jego pióro, ja nie mam odwagi.

 

Rozpowiedziane

Wszystko jedno, jaki to dom, ktoś w nim cierpi skrycie
I rana przez cały ranek dymi trwożnie komina…

Ja sam, choć żyje pod cudzym dachem, niczego nie ukryję,
Skoro dla jasnowidzów domy są teraz z samych okien.

I co z tego, ze strumyk szemrze – wodospad wykrzykuje.
Żadnego ukrzyżowania, tylko ramiona gotowe objąć wszystko.

Lecz czy warto się trudzić, by swą radość opisać?
Żaba jest w takim napięciu, ze urodzi sobie własne oczy.

 

Duch wodny

Ujrzeć wodnego ducha smażącego się w słońcu.

Czy to brak polotu? Nieudolność? Dziwactwo?

W poezji nawet litera nie znaczy literalnie.
Jakie by nie było jej znaczenie, będzie dla wszystkich.

Zamyślone. Powiedziane nie wprost. Ulotne

Fala rzuca swoje kości: wygraną zgarnie morze.

 

Biała magia

Tam, gdzie związała się zorza,
Rozkwitnie słońce, dojrzewaj
W jednej chwili, gdy czarna magia
Naturalna drogą przerodzi się w białą.

Nie lękaj się, do chwili podobne
Obłoki z mydlanej piany
Będą utrzymywać czystość duszy
I ziemia nie pęknie jak bańka mydlana.

Lecz twórz, dopóki wyklęta
Forma bez treści się błąka,
Nim stanie się odlewem życia,
Rozżarzony do białości, ty go stworzysz.

 

***

Żadnego wiersza nie mogę
Napisać, jeśli nie wyruszę

Za siebie, by pozbierać łzy,
Rozsypane właśnie tam, gdzie

Moje oczy są klepsydrą

wieczności

Ja

tak bardzo samotny,

Że jeszcze chwila, a stanę się Wszechświatem!

 

 

Klasycy

Kto dotarł do istoty rzeczy,
Zrozumie mnie w pół słowa.

Nikt jednak nie istnieje teraz, gdy powietrze
Kostnieje z powodu swej niewidzialności.

Klasycy to tak dalece uzdolnieni ludzi,
Że nie jest nam dane spotkać ich za życia.

 

Białą dmuchawą, wiecznie białą

Siedzi nad kartkami opasany kryzą,
Która o północy staje się kagańcem,
I opisuje jaka to jest piękna
Zima białych pól bez końca.

Zima taki zamęt zamieciami sieje,
Że nawet Cygan w błąd wprowadza siebie:
Próżna ta cała robota, skoro klasyk
Wokół szyi jest opasany dmuchawą…

Ale dmucha, póki nie wydmucha
Białą dmuchawą, wiecznie białą,
Czarny mrok Cygana, który
Bliżej zimy jest zazdrosnym Maurem.

 

***

Że tak jest, instynkt może
Zrozumieć, jeśli się przypatrzy:

Gdy chcemy być sobie bliscy, dusze stają się krótkowzroczne.

Wiersz przychodzi
Niespodziewanie, gdy

Zimą widać tylko białą gałkę oka.

 

Wzlot

W głębokim mroku drąż i zapamiętaj,
Że mleko jest białą krwią, która powiada:
Strzeż swojej wiary, to i ona cię ustrzeże!

I tak co wieczór wznosisz się tam, gdzie
Gwiazdy czekają na ciebie, by przekonać się,
Czy wraz z nowym księżycem przyjdzie nowe…

Poeta jest górnikiem: ze słowem na czole.

 

Przyszłość

Zjawisz się, kiedy zabłysnę.
Jakże jednak mam na ciebie czekać,
Tyłem odwrócony do teraźniejszości?

Jesteś tym, czym i ja jestem,
I tam, gdzie należy się spodziewać,
Że przyjdzie nam się rozminąć.

Podobnie jak błyskawica i grzmot,
Istniejemy w tym samym czasie,
Lecz pojawiamy się w różnym.

 

Sława

Sklepienie wróży wietrzną pogodę czerwonymi powiekami
I wszystko, co przemija, przed odejściem sposobi się do cierpień.
Lecz oto sam cień ma wieniec na głowie i nic mu nie jest,
A tyś jest niczym jego cień na zawsze od wiatru osłonięty.

Czyżby wyrządzono ci Bóg wie jaką wielką krzywdę tym,
Że tak długo było o tobie głucho… A może właśnie dlatego,
Że w proch rozpada się twój dom, w którym zostałeś ochrzczony,
Wszędzie i powolutku imię twoje staje się głośne?…

 

Dom rodzinny

A gdyby tak czas się zatrzymał?
Koniec świata ogarnęłoby przerażenie.
Twój dom rodzinny na wzgórzu
Czeka, aż zbudujesz go od nowa.

Jak i z czego – czy nie z cegły czasem?
Pamiętasz jedynie komin:
Dym znikał wijącą się smużką,
Jak sznurek jakiegoś latawca,

Puszczonego z raju na ziemię!

 

W lesie ktoś jest

W lesie jest ktoś, kto nosi w węzełku popiół.
– Jak opadną liście jesienią – mówi nerwowo leśniczy –
Złapię go: to na pewno on spalił drzewo!
Ale nie ważcie się, córki, chodzić teraz same, niebezpiecznie.
W lesie jest ktoś, kto nosi w węzełki popiół
– To ten nieszczęsny poszukiwacz skarbów – mówi tłuścioch –
Pójdzie sobie, bo magia rozłożyła złoto!
Ale nie ważcie się, córki, chodzić teraz same, niebezpiecznie.
W lesie jest ktoś, kto nosi w węzełku popiół.
– Sądzę, że to jakiś szaleniec – mądrze mówi lekarz –
Wyleczymy go, gdy znajdzie się w rękach nauki!
Ale nie ważcie się, córki, chodzić teraz same, niebezpiecznie.
W lesie jest ktoś, kto nosi w węzełku popiół
– To ten co umarł niegdyś w Indiach – powiada zagadkowo wróżka –
Wraz z nim spalono żonę, czeka, aż zmartwychwstanie!
Ale nie ważcie się, córki, chodzić teraz same, niebezpiecznie.

 

Biały kruk

O, ileż ludzi, ile dni, ale nie ustajesz –
Dręczy cię ta ułomność i szukasz
Właśnie tej gwiazdy, która jest ziarnem cudu.
Pytasz siebie, jaką pewność ma roztargniony,
Który z gazety zrobił sobie głowę, czapkę – z głowy…
Ty sam popełnisz ciężki grzech, jeśli przyjmiesz,
Że istnieje tylko ciało, bowiem nie wszystko jest trupem.
A lot myśli czyni z ciebie białego kruka!

 

***

Jakże ciepły jest głos gołębia, który stopił spokojnie
Śnieg w oczekiwaniu, że usłyszy, jak mu potem zawtórują.

I oto właśnie jaskółki przeorują spulchnione powietrze,
Bym mógł jak najprędzej zasiać w nim swoje zamysły.

Nie uznałem maszyn aż na tyle, abym nie mógł dostrzec,
Jak ptasie pióro staje się rzęsą wysokości.

Włóżcie wilka do syreny, a zawyje bardziej trwożnie!

 

Ze szczytu najwyższego lotu

O, czasie mój, czasie w zasięgu ręki,
Nie chcę cię w ogóle znać wiedząc ,
Że kiedy wyciągnę rękę do ciebie,
Stracę zegarek razem z ręką.

Możesz to mówić nieskalanej dziewicy,
Że miłość kończy się szczęściem, i prosić
Ją o rękę, gdy ja wysoko w górach
Szukam jeziora bez myślącej trzciny.

Mój ojciec chrzestny nigdy nie odezwał się
Do mnie po imieniu, co mu przecież wypadało,
I ja także będę odnosił się do ciebie z wysoka…
Z dumnie podniesiona głową oddaje ci pokłon!

 

Kulawy diabeł

Deszcz nie może swoim czystym kroplom
Położyć tamy i kroczy żwawym krokiem…

Ukrywasz to, że jesteś z nim na bakier:
Masz ząb na niego wielkości trójzębu.

Idź sobie do diabła – skoro utykasz,
Mimo wszystko ku dobru się skłaniaj!

Zawsze, kiedy przechodzę przez ulicę
Prawdy jak dzienne nietoperze krążą
Blisko rozumu kwiatka „mnie nie dotykaj”.

Pozwól pięknej kobiecie być piękną
Niebywałym pięknem ogrodu na pokaz.

Niech do ziemi przygięty zmyśleniami starzec
Wznosi wieże napowietrzne przed dziećmi.

Szuka drogi wyjścia w górę, a Zycie tu na dole
Zmierza bezpowrotnie do ślepego zaułka.

To, czego chcemy w mieście, zależy od nas.
Nigdy serce nie pozwalało mi żebrać…

 

Niesamowicie

Rozmnożone drzewo stało się lasem już dawno.
Ja, zostawiony sobie, żyje na gołej polanie, gdzie
Nicość na widok tych, którzy są dziś górą, mdleje.

Żadne pierwotne piękno nie jest wtórną oznaką.

I oparzony kiedyś niesamowicie w uniesiona rękę
Z winem wolności w kielichu swego hegemona,
Już teraz słyszę jak promienie rozniecają ogień lata…

Uchylam kapelusza na widok zakapturzonego ptaka,.

 

Smutne porównanie

Czy wiesz.
Co to człowiek?

Czy wiesz,
Co to wino?

Chyba są tym samym.

Często bowiem są zamykani,
Aby stali się
Lepszymi…

 

Ach!

I.
Jak krowa przeżuwa i podnosi
Rogi nad nietrwałością… Beztrosko
Wsadź ręce do kieszeni i popatrz:

Drzewa zasadziły się w ziemię
I korzeniami wciąż szukają sił,
Dopóki słońce jest ich nimbem.

Życie to taka najwyższa rzecz,
Ze jeśli spojrzysz na nie jak należy,
Spada ci czapka zamiast głowy.

II.
Gdy podajemy sobie ręce,
Czyż nie żebrzemy o litość ?

Odblask siekiery ulatuje
Nieskończenie dalej niż drzazgi.

Zapomniałem, o ile pamiętam,
O tym, co wulgarne przy tylu subtelnościach.

I przystanąłem zdziwiony pośród świata:
Ssak ssący mleko pośród białej piany!

 

Twoje życie

Będziesz miął prosty chód drzewa,
Co kroczy wciąż wyżej,
Nie wadząc nikomu.
Znasz bowiem drogę.
Znasz drogę.
Drogę.

Głód twych owoców zatrzyma wielu,
Ale nie staniesz się dłużnikiem
Takich wędrowców.
Nie, nigdy głód.
Raczej miłość,
Ale zaznałeś

Wielokrotnych objęć węża!

 

Doprawdy

Jaki sens ma patrzenie tam, gdzie niczego nie ma?
Żeby móc zasiedlić bez oporu całą swą istotę?

Jaki sens ma słuchanie tam, gdzie nie ma odgłosu?
Dzwony wolności podzwaniają nawet w łańcuchach…

W ogrodzie scholastyków więdną pojęcia.
Kto wie jak zakwita uśmiech!

 

Dyktatura

Tyś , drzewo z jednym owocem, i to na nasienie,
Powtarzało, powtarzało wiele razy, ale bez echa:
Wtedy strumień nie jest od dziś do jutra, kiedy
Istotnie się w niego wsłuchasz, a nie podsłuchujesz.

Torba myśliwego powinna
Być zawsze gniazdem ptaków,
Być zawsze gniazdem ptaków.

Słońce już nie raz widywało złocistsze żniwa
Z bardziej gardzącymi srebrnikami niż ci tutaj:
Nic bratniego nie ma wśród piszących braci…
Pewnego dnia ten dzień stanie się bardziej dzienny.

Ptak, schowany w mysiej dziurze,
Nigdy nie stanie się nietoperzem,
Nigdy nie stanie się nietoperzem.

 

Ballada plemienna

Cicho, cicho, cicho – będzie cicho,
To będziemy mogli słyszeć siebie:

Pochyl głowę, bo chce ci powiedzieć,
Że nie musisz jej potem podnosić.

Koń, zadarłszy swoją, nie rży,
Tylko kwili w słońca żarze!

Zostań w cieniu jak należy,
I nie mów, że nie słyszysz:

Wódz podzielił się ze mną władzą
Na ucho – i dlatego mówię szeptem…

 

Szczyt doskonałości

Horyzont podnosi słońce w pozdrowieniu.

Wyciągam do niego natychmiast prawicę,
Gdy daleki obłok ciągle jeszcze pozostaje
Na etapie doskonałości średniowiecznej machiny.

Serce mi się łamie, kiedy sobie myślę,
Że list znanego z tortur kata także
Może kończyć się słowami: dłoń panu ściskam…

Szczyt doskonałości, poszukuje się jemu równego.

 

Swobodny lot

Pieśń syreny morskiej
Płynie zawsze z głębi duszy.

I morze sięga dna poniżej dna…

Ląd nigdy nie ma podniosłości,
Jeśli głos nie wzleci na wyżyny.

Jego swobodny lot jest do zniesienia…

Człowiek nigdy tak nie zaśpiewa
Jak pies Pawłowa zaszczeka.

 

Morze wewnętrzne

Morze wewnętrzne, niepewna nadziejo:

Dopóki ty gromadzisz przyszłą kredę,
Epoka kamienna zdążyła zrobić karierę.

Nie chcę by mi sypał piachem w oczy,
Koń też cwałuje z postawionym kołnierzem…

Pewnie odnajdziemy się samo przez się.

 

Wietrzna pogoda

Stada obłoków i promień jak pastorał.

Manewry powietrza kończą się
Śniegiem na wzgórzach i spokojem duszy.

Wilk wciąż ostrzy na mnie ząb, ale tylko mleczny.

Owca liże jagnię: ono jest
Odwieczną solą życia.

 

Strajk głodowy

Robotniku, napinaj tytaniczne muskuły.
Myślicielu, nie kryj tego co myślisz.
Dziewczyno, pokaż swoje piękne ciało.
Położnico, dobądź ze swego łona dziecko.
Piekarzu, nie będziesz już chlebem dla innych.
Lotniku, poleć w bezkres, ale nie uciekaj.

Wszyscy spokojnie róbcie swoje.
Ludożercy mają strajk głodowy.

 

Ciepły kompres

Podnosząca się mgła robi toaletę porankowi,
Który lekko dygoce z zimna… Jakie by nie były,
Wszystkie oświadczyny nieba zostały przyjęte.

Kłębiąca się para wróży mu i podpowiada,
Że ziemia wypełniona jest siła niebiańską.
Wygrzewająca się jaszczurka ma słońce na sercu.

Rozkojarzenie spojrzeń… A co czujesz?
Pragnienie duchowej jedności dusz.

 

Bal niewinnych

Oskarżenie, że nie napisałeś ody,
Dało ci powód do napisania ballady.

Wierzy się prawdzie, nie dając jej wiary,
Przysięgę tez się składa, nie czyniąc znaku krzyża.

Tylko ktoś z piekła rodem zbuduje w tunelu dworzec…

Wiadomo z ilu ciemności składa się ciemność.
I dobrze widać z ilu jasności jest jasność:

Więc kołuj z jasności, zostawszy balladą,
Balu Niewinnych w Pałacu Sądu!

 

Nagle

Jeśli piękno nagle kichnie,
Czyż nie obejrzysz się za nim?

Dwa dziewicze kolana w słońcu
Przytaiły w sobie mrok.

Stając się kielichem cierpienia,
Odchodzisz przepełniony.

O, to czego się nie da opisać,
Można jedynie przeżyć!

 

***

Kobieta, gdy szczerza zapłacze,
Jest łzą spadającą
O świcie z czwartego piętra w dół.

A w mroku złoty pajączek już przędzie
Pajęczynę ratunkową, na która
Nie spadnie żebro mężczyzny, a pióro anioła.

 

Cierpkie jabłka

Błyskawica przebiega kozią ścieżką.

Przezroczysta ręka powietrza drży
O wzajemność: odpowiedź jest oschła.

Ale przyciąganie ziemskie obowiązuje
Nawet kobietę lekkich obyczajów, i oto ona.

Dobrze cię widzieć znikąd, ale we mnie
Kryje się niezmiennie tajny agent piękna.

Odwiecznemu wężowi zakłada kaganiec.

 

Madrygał

Jak głuchoniemy rozpoznaje słowa na swój sposób,
Tak ja zapatrzyłem się w ciebie.

Nie, nie ciągnij dla mnie wody ze studni, aby dowieść,
Że ziemia jest pełna ukrytych tajemnic.

Czas donasza nieco przyciasnawą odzież, po czym
Wszędzie rozpostrze się nagość.

Patrz, ląduje skrzydlate zwycięstwo naszych losów.

 

Kino

Szukając w rozmowie drogi do ciebie przystaję,
By w milczeniu nacieszyć się twoim widokiem.
I na tym już koniec, dalej nasza wspólna droga
Rozchodzi się na niewypowiedzialne słowa…

I choć słońce, zwiesiwszy głowę, folguje sobie,
I obfitość powietrza aż w nim pychę rodzi,
Zajdźmy gdzieś… bo niemota, jak wiadomo,
Była sercu kina miła przez krótki czas.

W ciemnościach powiem ci o rzeczach jasnych!

 

Serenada

Uwznioślam cię podniośle.

Wznoszę się ponad cyprysy, które
Rzucają sobie rękawice zimnych cieni
I potem oczy mężczyzn krzyżują szpady.

Twoje ciało nie jest już dla mnie oparciem,
Znika twój wzgórek Wenery, znika
Nawet wstydliwa różowość Księżyca…

Jakie nieżyciodajne rozmiary ma bezkres,
Który aż wybałuszył ślepia, abym zobaczył,
Jak dziękując za zachowanie życia,

Mars uchyla kapelusza przed Ziemią.

 

We mnie jest jej rozdwojenie

Sama tańczy ze sobą i nie widzi,
Że ją widzę, nie nierozłącznie
Tańczy dla siebie sama ze sobą…

Ucichły już trzęsienia ziemi
I niebo drży w uniesieniu
Każdą swą kropla zazdrości.

W pychę obfitości wpadam,
Widząc jak jest bezgraniczny
W jej spojrzeniu błękit, jak…

Słów zaczyna mi brakować,
Kiedy tak ze sobą tańczy, widzę
Jak jej nogi tańczą jedna za drugą !

 

Lilia wodna

Żarliwiec, skryty pod dachem nieba, wykrzyknął:

O, lilio wodna
Źle by się stało,
Gdyby uroda twa się rozwodniła!

Po co ci głos,
Odrzekła ona,
Wszak zostały ci dane oczy… i skoro stawiasz opór,

Niebawem watek myśli całkowicie zerwie z tobą.

 

Żmija

Na ziemi wszystkie bóle głowy słońca są radością.

Gdy milczą w swoim języku, słucham głosu wewnętrznego
Tych swoich niezliczonych wybrańców, którzy głoszą,
Że rok piękna ma żywot po wielokroć dłuższy od roku…

Mając ciało ze ślubnych obrączek, jestem narzeczoną promieni.

 

Zaręczyny

Czyżby świt począł się sam z siebie i słońce przybywa znikąd?

Niewinna jaskółka czubi się z różowym niebem, a jednak
Jeśli poprosisz księżniczkę o rękę, los ci wystawi łokieć.

Mędrca nie poruszy nawet słomka, która mu wpadła do oka –
A gula, która stanęła w gardle, wzięła się z radości do świata.

Jak się nie dziwić, że fałdy mózgowe znać na pomiętych szatach…

 

Wesele

Niech muzyka dęta gra dla tego, który dmucha…

Sam nie potrafię, nie słyszę, bliski jestem szału
I z ręki nad czołem widzę pobielały mózg słońca.

Ile ton lekkości nam trzeba, by nam było lekko?

Choć nie myśli, choć nie czuje, choć nie wiruje,
Wiatrak nie chce by nim wiatr poruszał…

Jak wspaniale roztrwoniła swe życie wichura!

 

Elegia

Nie, pazur grozy nie należy do palca losu.

Gdy jednak noc koszulę z mgły przywdzieje,
To starych kawalerów wnet ogarnia pożar…

I ukojenie znajdują, gdy żar się spopielił
I słychać już tylko platoniczne dialogi liści…

Pewnie śnią się wtedy w lesie Śpiącej Królewnie.

 

***

W gwarze czarów, zaklęć i uroków
Dziewica liczy w myślach do dziesięciu
I czeka, aż przyjdzie cudotwórca
I swoim pojawieniem się sprawi,
Ze nawet posągi zaczną chodzić.

Naszyjnik z moich pocałunków
Będzie ją zdobił, aż osłupiała
Zrozumie, ze elegia przychodzi
Po mięsożernym głodzie, od którego
Słabnie uczucie. Plus się jąka –

Ty, mój rywalu o zimnych oczach,
Dlaczego rzucasz mi rękawicę latem?

 

W kalendarzu pszczół

Kto stenografuje w ciszy moje myśli?
Jego kartka nawet w postaci niebiańskiej pusta.
Letnie wakacje wszystkich śnieżnych burz
Potwierdzają, ze czas ma fikcyjną ideę siebie.

Ugięła się pod ciężarem jego pyłu wieża zegarowa
W bieli, oczekująca pewnie na wesele z zegarem.
Ach, marzenie to trofeum z przyszłych waśni –
W kalendarzu pszczół nie istnieje miodowy miesiąc!

 

Dopóki trzeba

O miłości, lecz miłości bez słów.
O pięknie, lecz pięknie bez szat.
O czystości, lecz czystości bez humoru,
I o śmiechu, lecz śmiechu bez ludzi.

O miłości, lecz miłości bez rutyny.
O pięknie, lecz pięknie bez dostępu.
O czystości, lecz czystości bez kropel,
I o deszczu, lecz deszczu bez wron.
O miłości, lecz o miłości. Spokojnie:
Spokojnie rozdzielaj te trzy chmury.

 

Powiew młodości

Zabawa powietrza było tych kilka drgnień, którymi
Powiew młodości wprawił mnie w zawirowanie
I pobiegł gdzieś poszaleć, dla mnie bezpowrotnie.

Pytanie niedyskretne: a dokąd to on pobiegł?
Powiew młodości znajdziesz, gdzie muśnięta trawa.
Dalej rozciąga się zaminowana strefa erogenna.

Mając skrzydła, stajesz się baśniowym łowcą motyli.

 

Piękno

Ty, wierzbo płacząca z włosami do kolan.

Powiedz, z jakimi zamiarami przybywa fala?
Skrzydłami chce się stać i na nich wzlecieć.

Ale skąd dokąd rozciągają się jej granice?
Nawet niezgłębione niebo wyjawiło siebie.

Księżyc jednak uwił sobie gniazdo w gałęziach
i jutro obsiądą całą twoją twarz małe księżyce…

być albo nie być: uśmiechnij się w pół drogi.

 

***

Skoro dni słoneczne mnie cieszą,
Daszek czapki jest niepotrzebny.

Gdy żmija zrzuca z siebie koszulę,
Ma mniej trucizny w jadzie.

Z kobieta jest jednak inaczej.
A jak, o tym powiedzą szkielety.

 

Epilog

Powiła się znowu nowa miłość,
Jak gwiazda wieczorna o zachodzie.

Nie pragnę burz: w błyskawicach jest
Coś nadprzyrodzonego. Jakże prosto

Kroczy myśliwy, mając dla siebie
Chyba wiewiórkę za narzeczoną!

I nawet moją twarzą promienieje, jakby
W słoneczniku tez był plaster miodu.

W tym świetle, któremu zaufałem
Mówiłem deszczom, by mnie opłakały za życia
I aby potem w swoje światło mnie spowiły.

W tym świetle, któremu tak zaufałem do końca,
Nawet pies przewodnik nie wie dokąd zmierzam…

Wszystkim tym, którzy dziś są górą, trudno przyjąć,
Że ich pokoje przyjęć są dla mnie nie do przyjęcia.

Za późno już nawet, aby zadrżała przede mną osika,
Tyle we mnie mocy, że do wszystkich mam słabość.

Okazuje się, że najpiękniejsza z całego pola ślicznotka,
W białej chuście, właśnie dla mnie w czepku się urodziła.

 

Czas wyżej

Jesienią pięćdziesiątego szóstego
Jestem tak, gdzie nadal stoję:

Dwudziestoletni marynarze
Podczas manewrów skaczą.

W tym rytmie skaczą w morzu
Fruwające z radości delfiny.

A mnie mylą się kroki z bólu,
Kiedy pomyślę, kto jak skacze:

Delfin z wody do wody,
Człowiek z ziemi do ziemi.

 

Jeśli

Wszystko jakoś trzyma się w życiu
I moje życie do przodu kuśtyka,
I dlatego nigdy mi nie wierz,
Jeśli cię kiedyś spotkam i powiem,
Że nogi mnie nie chcą już nosić…

Ale choćbym wtedy milczał, zajęty
Najwyższym celem ziemskiego bytu,
Wszystko może runąć w jednej chwili,
Jeśli anioł stróż cię spotka i powie,
Że skrzydła go nie chcą już nosić…

 

Żegnaj

Przeglądałem się nawet w ścianach.

I obnosiłem się z widmem świetlnym
Jak z rogiem obfitości jednorożec.

Teraz tracę już jasność, spokojna
Jest bez słońca zimna jak lód skała.

Za wzgórkiem Wenery moje zachody.

 

Uśmiech

Ostatni grzmot lata: i z drzew
Stada wzbijają się w niebo
W liści powrotnym odlocie.

I nic w tym dziwnego, a o strachu
Nie mówmy, skoro z uśmiechem
Wymachuje do błyskawic starzec.

Już na początku jesieni dusza
Zaczyna wyraźnie pojmować,
Że właśnie taki odlot ją czeka.

 

Meduza

Meduza jest jak galaktyczna
zjawa, przybywająca z falami,
by zadziwić twe ciche spojrzenie
i słuch twój cokolwiek oparzyć.

Jeśli to prawda, że jesteśmy tu po to,
aby wynieść z tego jakąś tam naukę,
zatem jesteś tak zgarbiony
od ciężaru pełnej teczki.

Ponieważ naczytałeś się o morzu,
więc meduza jest wodnym dzwonem,
który oznajmia donośnie z daleka:
idź, szkoła dobiegła już końca!

 

Żałoba jest zaćmieniem serca

Morze przestało być w swych barwach semaforem
Czasu. Nie istnieje barwa najpiękniejsza.

A prób łódek, chcących połączyć z sobą brzegi,
To przemycanie na czarny rynek mroku na oślep.

Niczym astronom, który obserwuje wszystkie uczucia,
Krzyczę: spóźnij się, nie spiesz się na własną zagładę…

Ten wiersz pomału dopala się po tobie,
Lecz składanie ofiary nie zakłada poświęcenia siebie.

Twoja dusza jest już złotym runem w przestrzeni,
A na dole, w starogreckim chórze, śpiewają nieletni!

 

Wielkanoc

Spośród wszystkich innych ta jedna
Została, gdy tej pierwszej nikt już nie pamięta.

Teraz pojawić się powinna ta ostatnia i
Raz na zawsze dowieść, że pytanie
O być albo nie być nie ma już tej
Wagi, która… w której następstwie
Każdy się nasyci nie poczuwszy głodu.

Przed krzesłem elektrycznym
Postawiony został stół na Ostatnią Wieczerzę.

 

Zjawa

Nie przeczuwając, że i nadzieja jest zjawą,
Wszedłem pomiędzy nas wszystkich, którzy
Żyjemy, nie bojąc się samych siebie…

Nic się nie dzieje, ale jakoś tak jest, że coś
Jakby się na nas czai, choć nas nie atakuje.
Ja, będąc już blisko celu, przestraszyłem się.

I goniąc tak resztkami sił w odwrocie,
Widzę jak powiewa do mnie białymi firankami
Miasto: dlaczego to miasto mi się poddaje?

 

Zagłada

Słońce oprze się swoim odwiecznym burzom.

Wieża miejskiego zegara przetrwa jeszcze
Długie lata, świecąc nocami okiem cyferblatu.

I tylko w świetle jest ocalenie świata.

Wiara także nie poddaje się łatwo zagładzie:
Kościół krzyżem na ziemię do modlitwy pada…

 

Syn marnotrawny

Być może masz rację, myśląc sobie w duchu,
Że całe miasto ptaków na piętra cię wynosi
I wszechświat bez ciebie stracił świadomość…

Ale żeby bez nabożeństwa spoglądać w bezkres,
To w gruncie rzeczy nic innego jak chcieć
Pocałować ziemię rodzinną nie padłszy na kolana!

 

Nawet w doskonałości zadra

Lampa z sercem z ognia
Jest dzwonem światła
I po tak jasnym wieczerniku
Ludzie milczą uczłowieczeni.

Wszystko wszędzie jest zielone,
Jakby drogi udały się w podróż
I ich ślad nie kładzie się cieniem
Na tej skończoności pełnię.

Lecz nawet w doskonałości zadrą
Jest bolesne pytanie do tego, który
Stworzył świat: dlaczego zostały mu
Gwoździe dla własnego syna na krzyżu?

 

Zawsze proszę o przebaczenie

Pokój oddycha otwartymi oknami
I, wydychając mnie, staje się pusty.

Nieludzka to praca, gdy coś obmyślając,
Trzeba ołówkowi przegryźć gardło.

Albo przelać niewinny atrament
Własnego pióra, któremu tchu brakło.

Zawsze proszę o przebaczenie
W świecie ładu otwartym na oścież.

Nigdy jednak nie został mi dany odpust:
Wieczność nie jest dniem pracy Boga.

 

To już takie pewne, że wierzyć się nie chce

Nadchodzi pora strasznego archanioła z mieczem
I ostatni żołnierz dziarsko maszeruje na odchodne.

Gazeta opublikuje zakaz wydawania samej siebie,
Ale ten, kto okazał skruchę, nie będzie sądzony.

Podajcie komunię świętą komunikantowi a potem
Temu, kto stoi na uboczu, podajcie skórkę chleba.

Właśnie poprzez skruchę dochodzi się do objawienia
I świecznikiem staje się kałuża, na która padły promienie.

Także poeta wtedy jest większym poetą, kiedy
Kościółek staje się dla niego spokorniałym kościołem.

 

Czas

Odtąd dotąd… Ale już
Przestaje zważać na godziny.

Odwrócony plecami do wszystkich historyków,
Nie zwracam się twarzą do żadnych proroków.

Jestem w nieustającej teraźniejszości
I czas – co? – nie istnieje.

Zegar jest bombą zegarową,
Który czas mi podłożył w próżni.

 

Ziemska błogość

Jestem tu, ab przyrodzie spojrzeć z bliska prosto w oczy.

Stuletni dąb trzyma przy życiu niewykorzeniona pamięć,
A szeptu listowia tworzą się widzialne słowa,
A cisza przemilcza własną radość, wsłuchując się
Jak kamień młyński obraca się na palcu losu.
Trawa powiada: tu jesteśmy, krzaki, drzewa i potem
Jest słońce, które dotarło do naszego kresy… Nic ponadto.

Aż trudno uwierzyć, że oko potrafi tak pięknie kłamać.

 

Nowe światło

Nad wyschniętymi rzekami wiszą niespełnione deszcze,
Ciążące boleśnie każdemu, kto z osłupienia nie widzi,
Że dla zwierzęcia pszenica jest czymś więcej od chleba.

Jednakże błyskawicznymi ruchami, co dla nich normalne,
Dzieci czynią zamęt w umysłach pozbawionych już jasności:
Na zwalisku obornika wyrósł słonecznik i stał się lampą.

Wtedy ujrzałem w nowym świetle świat, dla którego
Śmierć jest tak przezroczysta, że szuka dla niej nowe imię.
Jakiś pasterz wypełni je pewnego dnia swoim stadem.

 

Prostota

Barbarzyńcy nie czytali ksiąg, ale czytali z gwiazd.

Odtąd jednak nieustannie zły duch wylatuje przez komin
I wokół domu krąży lis, który chce nam zawrócić w głowie…

Czy loty ku innym światom przydadzą ziemi skrzydeł?

Jesień wnet zapomni o swoich urokach w moim wspomnieniu,
A ja na przyszłe lato zbiorę żniwo sukcesów własnej pszenicy…

Chatka ubogiego ma niewidzialne piętra.

 

Chcecie, to wierzcie

N równinie pojawia się mama.

Góry zostały przesunięte na południe,
Chcecie, to wierzcie, przez mamę.

Od tego czasu minęło tyle lat,
Ale dla mamy ciągle jestem mały,

Niczym ziarno gorczycy!

 

Miłość

Co się życiu zamyka, to wyzwala się w języku.
Za mną została ziemia rodzinna – czy jest porzucona?

Kiedy słońce przemówi ponad głębokimi cieniami,
Echem powraca światło – i oto powraca echem.

Żyjemy w olśnieniu, aby pomóc zrozumieć, co gdzie jest:
Matka z dzieckiem na plecach nie jest odwrócona plecami.

 

Ul

Świata różami sobie nie usłałeś,
Ale zawsze słałeś mi łóżko.

Dziś droga na zakręcie się odwraca,
Aby zobaczyć ciebie, a na co tu patrzeć:

Ty, ta najzwyklejsza ze wszystkich,
Jesteś niczym w głośnym ula brzęczeniu.

Pszczoła-matka, matko, jest królową.

 

Poświaty

Rzeczy się dzieją nie bez wiedzy gwiazd,
Ale i gwiazdy potrzebują tego światła,
Które przez wszystkich jest do nich wysyłane.

Podziemne wieżowce pogrążone są w mroku,
Ale raj utracony nie jest zakopanym skarbem.
Oświaty rozpraszają ciemne drogi życia

I dla zabawy chcemy mgła udusić lisy.

Wszędzie jest biało jak na liście bez adresata.

 

Przyroda

Przyroda zawsze pozostaje
Przyrodą, i jako przyroda
Tysiącami drzew wyrasta…

Przyroda dziewiczą, a i taką,
W której nieskalany leśniczy
Chodzi na rękach, aby dowieść,

Że jest nietknięta nogą ludzką.

 

Równina – dłoń pełna ziaren

Co za przestrzeń! Może człowiek odkrył właśnie swoją duszę,
A może rozpostarło się nad nami wyprane w farbce prześcieradło?

Nastała czystość, a której jasno się wyczuwa:
Oś słońca jest osią słonecznika.

Wskazuje ona: tu się urodziłeś, przyglądaj się spokojnie,
Co robią starcy przy zbiorach dusz, jak dojrzewają dzieci.

Nastroszyły się ości zbóż, lecz w razie niebezpieczeństwa
Nie w gnieździe, ale w samym jejku się ukryję.

A potem będę już całkiem po ptasiemu
Odgadywał echo ciszy.

Wszystko jest jak we śnie: zło śpi pod kamieniem.
Wróbelku, nie budź go – pobiegaj sobie, ale na paluszkach.

 

Zmęczenie

Dziś cień słońca padł akurat na mnie.

Wciąż nigdzie w przyrodzie nie pisze
O zamieszkach wewnątrz człowieka.

Cokolwiek nazwę, milczy pod innym imieniem
I rozgałęziająca się droga wydaje się odcięta.

Ale jakim cudem szczyt wspiął się na góry ?

 

Szpak

Nawet zmierzając droga do miasta, stróż
Nosi w głowie winnicę i czujnie stara się
Spostrzec, kogo widać lub kogo nie widać…

Jedynie szpak z wysoka pogwizduje,
Szydząc sobie do woli: ej, co to znaczy
Być ze wsi, nie będąc człowiekiem wójta!

 

***

Jak mam zażądać pożyczenia błyskawicy od bogatej w krople burzy?

O, nocą słyszę głos siekiery, którą biją pieniądze na mej twarzy,
A w dzień przemierzam pola w poszukiwaniu ludzkiego „dzień dobry”…

I jeśli prawdą jest, że z powodu mgły odwołany został lot anioła,
Zatem oczekujcie posłania od piechura!

 

Niedziela

Buchalterzy gwiazd przeliczają ludzi na ziemi.

Światłych umysłów nie brak i zostaną odkryte,
Aby rzuciły światło na kosmiczny ład wolności…

Ci, którzy oddali ducha, wykrzykują chórem:
Zwróć uwagę na oblicze księżyca od tyłu…

Moje oczy polują na obłoki z orłem bezkresu.

 

Antykwariat

Mój Boże, to jakiś inny wszechświat:

Pożółkłe stronice skryły w sobie promienie
Zapomnianych słońc, które nadal świecą!

Gdzieś daleko mijają lata świetlne…
A jedynie tutaj światło jest poza czasem.

Nikt jeszcze nie preparował Ognistego Ptaka.

 

Europa

Z Morza Spokoju
Bierze się rosa.

Każdy chce zobaczyć własną przezroczystość.
Ale przenikliwy szum bardziej wyostrza promienie…

Po potopie –
Zamiast lotosu myśląca trzcina.

 

Paryż

Jak długo trzeba czekać, by się zdziwić,
Że drzewo poznania rozkwita
Od uśmiechu starca na widok nagości?

Na szczytach szczęścia czas nie istnieje:
Patrząc w przestrzeń, wszystko jedno kiedy,
Widzę moją wieżę Eiffla wzniesioną z powietrza!

 

Uczucie

Deszcz pada jakby po raz pierwszy –
Co się ze mną dzieje?…

Z czym bym go nie porównał,
Nic nie pasuje.

Co istniało, stało się ruiną w słońca żarze.

Co było, to było,
A teraz zobacz, co jest:

Budowniczowie nowych światów
Trzymają piony!

 

Gwóźdź wieczoru

O, kryjówko: bądź w szczerym polu!

Rozum i uczucie gubią się w mroku
Jak dwa wróble o okruchy manny
I rzeka łomoce sercem parostatku…

Wszystko jest wyobraźnią, i oto,
Nawet orle gniazdo może wzlecieć,
A my wiecznie przykuci do ziemi.

I znów gwoździem wieczoru jest księżyc!

 

***

Właściwie nie można powiedzieć, ile jest miejsc,
Chyba że wszystkie są jednym, w którym zarazem są niczym.

Właściwie nie można powiedzieć, że jestem tam , gdzie jestem,
Chyba że mnie nie ma, ale zostawiłem siebie aby mnie widziano.

Bo jeśli bocian jedną nogą jest w błocie,
To gdzie jest drugą?

 

Siódme niebo widać na pierwszy rzut oka

Oparłszy głowę na dłoni, śpiący
Nastawił ucha, chcąc usłyszeć
Głos jakiś z innych światów.

Ale nawet tutaj żółw
Porusza się bezszelestnie,
Zmierzając ku śmierci.

Tak chce mi się żyć,
Tak po prostu, jak stoję –
Ani chwili poza chwilą.

Po co patrzący przez teleskop
Zerkał przez dziurkę od klucza
Do cudzego domu?

 

Dokąd

Rzekł Stwórca światu, gdy
Świat poznał swój początek:

Włóż turban choćby na minaret,
Lecz nie miej garbatego za wielbłąda…

Gdy skończysz dwa tysiące lat,
Ożenię cię z jakąś kometą…

A potem dokąd – w tę przepastną głębię?
Statek kosmiczny nie ma kotwicy.

 

Gdzie stanie koń – czy podrywa się Pegaz ?

Ulotniły się skrzydła człowieka.
Gdy silniej ruszy ramionami, czuje:
Pod pachami na zapach ptasi.
Ale żadnych takich – tylko tu, na dole!

Jeśli trzeba będzie, wyciosa z topoli
Skrajny środek, aby dotrzeć do bezkresu.
Tam są dla wszystkich magazyny mięśni…
No tak, ale co z potem, który wytryskuje?

W korycie suchej rzeki kąpie się bednarz.

 

***

Co wieczór z dawien dawna, i wokoło,
Stado pobekuje jak zwykle.
Dlaczego jednak tak świeci ten promień?

Poganiasz myśli w ślad za owcami:

Wydaje ci się, że to promień
Z jakiejś galaktyki, ze nagle –
Koniec świata przeskoczy tu o tyczce!

 

Meteor, kiedy go już nie ma

Jednak odległość była przeciwko mnie,
Dopiero gdy się zbliżyłem, wybuchnąłem,
Powiększyłem chwilę tak, że już
Nie można powiedzieć, czy w niej jestem.

I tylko głos mój dalej rośnie,
Jak wasze głosy w podobnym wypadku.
O, spala się mknąc z nieba ku ziemi –
O odwrotności nigdy nie myślałem.

 

***

Wszyscy odeszli – och matko,
Mam myśleć o ich ojcowiźnie,
Będąc w niej tylko na mieszkaniu?

Nawet nie zamknęli drzwi.
Kot się przy nich myje, jakby
Miał nadejść Sąd Ostateczny!

 

W oko słońca wpadła muszka

Światło, co się z tobą stało na granicy
Twojej siły? W straszliwym pośpiechu
Meduzy opuszczają brzeg na spadochronach
I pusta czaszka wypełnia się przerażeniem.
Księżyc szybko powraca z wygnania
I udziela amnestii nawet gwiazdom.

A że nie jest to próba, jak wygląda
Zachód słońca w południe, a coś gorszego,
Zatem gorący Zwrotnik Raka
Zmierza z powrotem do epoki lodowcowej.
Lecz choćby nadszedł teraz kres wszystkiego,
Cóż to obchodzi ciebie?… Ja jestem spokojny:

Bo czy czarny bawół naprawdę musi
Widzieć, jak ciemno w jego rogach?

 

Po prostu

Dzięki spadającym w nocy gwiazdom
Niebo już otrząsa się z koszmarów.

A potem, uwolniwszy się od nich,
Nawet nie musi być widziane.

Ja także tracę zarys siebie
I giną mi z oczu znaki zapytania.

Przed nikim ziemia się kręci,
Jak psi ogon przed swym panem!

 

***

Choćby
Smoła była z wody i mroku,
Źródło zawsze będzie równoznaczne
Ze słowami, które tryskają niespodziewanie.

Ten,
Kto odróżnia jezioro od błota,
Choćby nie wiem ile wód go otaczało,
Zawsze jedno tylko będzie miał na myśli.

Żaba chlupnęła, by powiedzieć,
Że raj tez ma dziewięć kręgów.

 

Lekkość

Kiedy wieje ponad drzewami, wtedy właśnie
Życie oblizuje swoje palce, i ja wiem o tym.

Wychodzę sobie krokiem, który pozwala
Sercu trzymać mózg na dystans, i potem
Nie pamiętam, kto, co i gdzie robi…

Deszcz nicości szepce swoje nic na ucho,
Staję pod parasolem z chmury, aby zmoknąć.

 

Jonasz

Nie ma miasta, do którego byś się udał.

Całkowicie przez ciebie zjonizowany,
Nie wiedząc co czyni i bez użycia dziobu,
Obłok mózg swój skrzętnie oczyszcza.

Ciesz się słońcem, pieszczotom jego ulegaj…

Najbardziej górnolotnym wysiłkiem jest
Życie na grzbiecie wieloryba,
Bez potrzeby myślenia o jego brzuchu.

 

Kompas

Flotyllo, jeśli nagle znajdziesz się
W zamkniętej zewsząd przestrzeni,
Poddaj się jednemu kierunkowi.

Jeśli z nadmiaru samogłosek i spółgłosek
Zaśpiewają wskazówki, nie próbuj
Wyrazić niczego, co ci się nie zdarza.

Ty możesz – i jakby bez niczyjego udziału
Rodzą się twoje słowa, dla których
I jutro będzie dzień, lecz dziś już nastał.

Popadając w saturnowy pierścień
Brzegów, statek spokojnie płynie
I wytyczy linię środka morza…

 

Pijmy więc, to nic, że słońce bieg wstrzymało…

Bóg przyrody został złapany za rogi.
Nikt nie ma żadnego ruchu nawet w lesie.

Ale w gruncie rzeczy, po co dawać wiarę
Ogoniastemu kłamstwu jakiejś tam komety?

Pijmy więc, to nic, że słońce bieg wstrzymało
I że gwiazdy już nie mają swoich trajektorii.

Wszystko w nas wprawia się w ruch na nowo
I na nowo pijany marynarz wywołuje sztormy!

Statek gwiżdże, jakby byli na nim sami muzykanci,
Jakby świat łabędziej pieśni miał się kończyć…

Powietrze już za słodkie nawet dla trzciny cukrowej
Nos sobie pociera zamiast przetrzeć oczy, gdy akurat
W mroku statek już nie widzi dalej własnego nosa.

Wiem , że człowiek człowiekowi wilkiem, ale teraz
Jest wilkiem morskim i mówi ludzkim głosem.

Zdaje sobie sprawę, że nie śmierdzi groszem, lecz pije
Rum na kredyt i zdrowo będzie za to zdrowiem płacić.

Ktoś traci czas na próżno nad wehikułem czasu,
By dowieść, że jest nie byle kim, całemu światu.

Powietrze już za słodkie nawet dla trzciny cukrowej,
Koniec wszelkich goryczy, wreszcie odkryto wyspę!

 

Wino

Wino zawiązuje mi język, choć nie uroniłem ani słowa,
A mimo to chcę być rozmowny.

Pozbieraj myśli, mówię sobie, pozbieraj myśli, także
Pozbieraj swój gwiazdozbiór w gwiazdę, i nie gaśnij…

Gdy dzień nocy równy, mając wybór – północ lub południe,
Powietrze powiedziało „tak” jak leci.

Kto się cieszy? Kto śpiewa? Kto krzyczy na ulicach?
O… to przecież dzieci powracają ze szkoły do życia.

 

Według piasku w mojej klepsydrze czas jest złotem

Horyzont, wdzięczny niebu za dana mu mowę,
Półgębkiem wyraził całą swoją wdzięczność.

My, choć tylko z pozoru bezpańscy, stroimy dąsy,
Że niewidzialne prowadzi z nami grę w chowanego.

I będzie grać sobie z nami, aż wreszcie pojmiemy, że
Kto się z losem pogodził, dał życiu dach nad głową.

…Wszystkie dzieci w przytułku już wesoło śpiewają,
Jakby na widzenie przyszły wszystkie ich matki…

 

Wrzesień

Każda stracona możliwość nie widzi sensu
Powracania.

Nawet rzucone w górę jabłko Newtona, i ono?
I ono, nie tylko dzikość jest niepodatna na słowa.

Zresztą świat jest w takim ruchu, że nie można
Związać końca z końcem.

Ktoś jednak ma tu nadmiar sił pierwotnych…
Jest wrzesień, od starca zalatuje młodym winem.

 

Bukoliki

Ech, jesień odlatuje we śnie, idzie na jawie
I robi swoją robotę, nie robiąc jej wcale…

Woń wierności: korzeń zła traci grunt pod sobą
I na psim bzie ostała się jedyna resztka czerni.

Niech ziemia lekką będzie wymarłym kopalnia złota.

Chór wszystkich barw wysławia prostotę:
W bukolicznym lesie pobrzmiewają bukoliki…

I chociaż nieprzystępne, ogromne góry
Podaja nam w garści jezioro do picia.

 

Szron

Oto, jak rozkwita twoje krystaliczne wnętrze:
Światłem wewnętrznym rozkwita.

Oślepiony tobą, nie mogę cię dostrzec.

Wyławiam tylko uchem w milknących dźwiękach,
Że z upływem czasu rzeka bieg wstrzymuje.

Nie ma nic strasznego, to więcej niż nicość…

Szkielet wróbla zawsze odlatuje z drzewa,
Kiedy wróbel jeszcze na gałęzi.

 

Przyśpiew szerpa

W bieli, w bieli, w bieli,
Kto w bieli?

Człowiek śniegu, zwany Yetim.

W czerni, w czerni, w czerni,
Kto w czerni?

Nieczłowiek, który pnie się w górę.

Skrycie, skrycie, skrycie
Skrycie wspina się

Na himalajskie szczyty,

Aby, aby, aby
Aby zdjąć

Ślady palców Yeti.

 

Widocznie nic co na jawie nie może być alibi

Ziarno nasienne zmieliło się
Już w młynie siewcy
I śnieg nadlatuje jako zasiew.

Dlatego okrywa się płatami wełny
I los mota swe matactwa
W splocie opuszczonych oczek.

Przybrawszy sędziowską pozę,
Niby z rękami w kieszeniach, udaje
Czarny garnitur, że nie stoi na postrach.

Nie ma poszlak, by musiała bać się
Zima, na śniegu szukająca
Najwidoczniej śladów swego śniegu…

 

Gęsiego

Obłoki, uprzędzone w nić indyjską,
Toczące się wcześniej jak przędziwo,
Podążają dziwnie gęsiego i w bezkresie,
Stojąc tak jeden za drugim, nasuwają myśl,
Że wszystko jedno co o sobie utrzymuje,
Każdy czas jest tylko przedostatni.

Biała czupryna zasłania oczy niebu,
Potem jeszcze jedna, lecz kiedy powieje,
Powietrze będzie z biegiem spraw na jasno
I ono, zwykła koleją, okaże się jasnowidzem,
Aby mi wyjawić kim właściwie jestem,
I co beze mnie widzą okulary?

Popatrz, Cygan i Cyganka idą
Włóczą się po świecie i za nic mają
Nowiny ze świata w miejscowej gazecie.

Twarze ich promienieją, jakby miały już
W południe opaleniznę światła księżyca.

Do cieni są podobni w środku dnia
I słońce biorą za świecący obłok.

Boże, toż nawet po stworzeniu świata
Człowiek ciągle jeszcze się dotwarza.

Popatrz, Cygan i Cyganka idą:
On idzie jak na palcach, ona – na rzęsach…

Z kart sobie wróżyli i nawet wiedzą,
Że przeżyją razem całą wieczność.

 

Róg myśliwski

Ja nigdy nie pójdę
I nie zmierzy się nigdy ma ręka
Na takich jak ja w przyrodzie.

Nim rozpierzchną się strzały,
Wołaczu łowców, zagraj donośnie zbornego,
Aby zostali oczarowani.

Życie to taka muzyka
I brzmi bardziej podniośle, gdy
Róg jest na zwierzu!

 

Wszystko

Jestem wzniosłym centrum, gdzie bym nie spojrzał.

Nie ma dziesięciu przykazań, a tylko dziesięć palców,
Których nie używam do liczenia, bo widzę wszystko.

Nie musze tego pokazywać, ono pokazuje wam się samo:
Oto na dole dolina, oto w górze górski łańcuch…

Orzeł skalny przysiadł na najwyższym szczycie diamentu.

 

Muzyka Sfer, ja słucham

Muzyka Sfer, ja słucham
jak ruch ziemi
obraca się na grającej płycie.

I nie jest ważne jak szybko,
Póki w dźwiękach jest światło,
Życie wieczne jest niedościgłe.

Księżyc traci pewność,
Że przez górską przełęcz
Tylko obłok się przeciśnie.

Wszystkie świty zaświtały
I jaśnieją chórem, aby ta płyta
Długogrająca nie miała końca…

 

Postscriptum

Na krańcu miasta,
Gdzie kończą się domy,
Jest klasztor.

Na krańcu świata,
Gdzie kończą się słowa,
Jest Słowo!

. . : : M E N U : : . .

Przekłady i Publikacje

. . : : L I N K I : : . .