Nikołaj Kynczew, Niczym ziarno gorczycy

Autor: admin. Kategorie: Nikołaj Kynczew, Niczym ziarno gorczycy; Przekłady poezji .

***Wersję elektroniczną tekstów przygotowały moje wnuczki Ala i Ola.

 

 

Nikołaj Kynczew

Niczym ziarno gorczycy

 

 

Przedmowa

Jest tak, jak powie wiatr.
Wszystko inne jest tylko strata czasu.
A zatem biegnij.
Biegnij.
Biegnij.
I powtarzaj zasłuchany, aby cię słyszano!

Nie myśl, ze jesteś tutaj przez przypadek.
Co, nawet uszami już ziewają?
A zatem krzycz.
Krzycz.
Krzycz.
Głos nie jest dla ciebie bez znaczenia!

Jest tak, jak powie wiatr.
O sobie jeszcze pytasz, ktoś ty?
A zatem jesteś.
Jesteś.
Jesteś
Jego ból u widzialnym echem!

Nie myśl, że jesteś tutaj przez przypadek
I przypadkowo marnujesz życie:

Ogon odpada jaszczurce,
Gdy głowę ratować musi!

Nokturn

Noc przepełniona zapachem dzikich bzów,
Świerszcze cudownie śpiewają,
I taki śliczny jest czerwiec!

Ale czemuż pochmurno,
Czemu nie ma świetlików,
Tak jak niegdyś,
W dzieciństwie?

Światło mi tak potrzebne,
Że wdzięczny za nie jestem
Nawet wilczym oczom!

Ciepłe źródło

Współczujący.
Spotyka się takich.
Zwłaszcza w mroźne zimy:
Rozbiegani strażacy,
Którzy szybko rozmrażają
Wodę
I lecą,
Przerażeni, że wybuchł pożar!
A tam
Bije
Ciepłe źródło.

Płacz

Gdzie iść?
Czy jest takie miejsce…
Jakim dla rzeki jest morze?
Trudno mi
Poruszać się
Po szachownicy ulic:
Wciąż zagrożonemu,
Aby zagrażać.
Jak znieść to wszystko ?
Mam tego dość. Już nigdy
Nie mogę być całością:
Oto ja,
Rozpadam się na krople!

Jak najdalej

Morze: wielkie przestrzenie dla wściekłych okrętów.
Czemu ciemne stada rekinów stają się ich cieniami?
Ironia wody starczy za odpowiedź.
O, ileż zburzonych Kartagin, ileż piasku!
Zostaje im ledwie nadzieja – w dzieciach:
Dzieci, źródła, które wyruszyły ku morzu –
Brzeg jest jedynie miejscem, gdzie bardzo starannie
Historia dokonuje swego wyboru według szybkości.
A wtedy – jak najdalej od owacji fal!
Widzimy przecież, co dzieje się nieustannie:
Nawet jałowe kobiety topią się rozmyślnie,
Chcąc pokazać światu swoje brzuchy!

Wyspy

Uderzając o głowy, kamienie rozsypały się w piasek,
i teraz zapanował spokój. Lecz gdzie jego korona?
Chcę być jego poddanymi.
Jak żyje się za tą krętą niebieską granicą?
Jak dobrze, to będziemy tu ich podobieństwem.
Z brzegu chcę tam zajrzeć: ciemnieje mi w oczach,
lecz oto
ciemność znika i widzę wreszcie wasze królestwo, o wyspy:
mędrcy rzucają mewami!

Kukułcza przędza

Ten dzień nie jest oznaczony według kalendarza.
Tak ciepło już od świtu, że jest nawet możliwe,
Iż zamiast słońca wzejdzie sama naga prawda.

Wszystko czyni już przygotowania i mówi tylko o niej:
Wmontowanymi rękami mózgi rysują jak oszalałe
Równoramienne trójkąty, będące jej sobowtórami.

I widząc to, serce się kurczy i drży, całkiem już małe,
Że jeśli w końcu przyjdzie, to gdzie się ją zaprosi.
Lecz mimo to… niechby przynajmniej gdzieś się pokazała!

Jednakże, gdy serce czeka, coś gdzieś się oddala,
Nie zbliżywszy się nawet, przerażone polem –
Porośniętym od końca do końca kukułczą przędzą!

Wstrząs

Leżałem,
Odmówiwszy niebu
Swoich oczy na lustro:
Rzeczy wielkie niech szukają odbicia
Gdzie indziej.

W pobliżu
Trawka podawała mi swoje listki,
Aby wywróżyły,
Czy trzeba
Powiedzieć już… Gdy wtem

Podskoczył
Mój dom i inne domu; w słońce
Uleciały szyby,
Rozbiły się
I stały szkłami okularów:
Widziałem struchlały, jak gdzieś daleko

znów ktoś
zdecydował się na wszystko –
pięścią
uderzył o ziemię!

Strach

Kiedy nadejdzie ten straszny sąd,
Będę sądzony
Wraz z innymi.
Nigdy dotąd nie oddzielałem się od drzewa,
Choć piłem
Jego jadowity sok –
Bo wzięto by mnie za trzaskę
I wrzucono do ognia!

***
Niedobrze mi – z jedzenia.
Do reszty obrzydło mi włóczenie się po odpustach
i patrzeniem jak kobziarz gra na brzuchu,
aby móc się najeść.

Sztuka poetycka

A cóż tam jest w głębi poety?
Woda – by płakał, lawa – by wybuchał? Nie widać
Niczego
Oprócz zasuniętych okularów: waha się krytyk,
Ale czy odważy się zjeść w dół, aby je zobaczyć?

Dopóki się zmagasz, by odpędzić samotność
I nadać temu, który wieje, imię „wiatr”,
Jąkała może poprawiać błędy ortograficzne –
Ale ty nigdy nie możesz pisać z pamięci.

W nocy

Wokół waga z szalami z dwóch ciał,
I płeć utrzymuje je w równowadze. A ten tam
Nad książką się miota, wschodząca gwiazda
To jego pępek:
Pewnie narodzi się z siebie!

Mrok

Mrok…
Gdyby nie było miłości:
Wielkością
W wytężonym daltonistycznym wzroku,
Wyobrażającym sobie barwy!

Spotkanie

Wyruszywszy
Z dalekich ściernisk
Ku morzu… wewnątrz… w głąb,
Tam, gdzie
Tak niesamowicie
Przyciąga tonący ląd,
Chwyciwszy nastroszoną słomkę –
Jakże mogę
Zatrzymać się,
Skoro
Strasznie jestem spragniony lądu,
Który uchwycił się kropli!

Dialog

Ciało twoje zostało stworzone, żebym mógł je ujrzeć szesnastoletni
I porównać potem we wszystkich pozostałych sytuacjach
Z nim samym, nie mogąc powiedzieć o nim nic szczególnego!
Otula się gęsta mgłą, która przyśpiesza mój oddech,
Kiedy jest blisko, i swoją krwią szuka pełnej odpowiedzi,
Pytając o miejsce dla siebie pośród tylu innych rzeczy wokół mnie.
Jeśli o nim zapomnę, pochłonięty bez reszty własnymi myślami,
Ono poszuka, niczym Ofelia, współczucia tylko u ryb.
Cokolwiek bym powiedział, zaraz odpowiada tym samym
(dlaczego więc jestem poddanym mego echa?).
Wciąż mi się zdaje, że ciało twoje jest cerkwią wysoką i pustą,
W której chciałbym być jedynym świętym – to moje marzenie,
Ale dookoła niej pozostaną obłudne spojrzenia diabłów –
Jakże więc mam wierzyć ślepo i jakże na zawsze w niej pozostać?
Coś mnie powstrzymuje, nie wiem, co powiedzieć, pozostaje
Więź najsilniejsza: wchodzić samemu i wyjść w kilkoro.

Nic dziwnego

W te dni, którym nadano imię imperatora,
W te wściekłe
Sierpniowe dni,
Jakaś,
Dopiero co
Narodzona, wichura
Uniosła się nad światem,
Zawirowała
I prosi do tańca,
I sunie
Wszędzie obok mnie…
Tak to jest
I nic dziwnego, jeśli przejdę
Przez życie swoje
Z wichurą.

To niezbyt mało, skoro nazbyt wiele

Dla miłości był gotów na wszystko. W końcu
nawet dereniowe wrzeciono ściął dla niej w lesie.
Nic nie pomaga, nic nie pomaga, nie ma nawet
Choćby pozornie uprzędzionej nitki!…
Lecz nocą zjawia się wampir z krosnem.

Przeciwko nieobecności

Moje życie jest zawsze jakimś odległym miejscem.
Państwa, choć z sobą walczą, stykają się granicami.
Wśród gwiazd jest o wiele gorzej:
Chodzi o nienawiść!
Bowiem dla nieobecności nie znajdują innego imienia.

Zaufanie do człowieka, który już przezwycięża
Ogrom, wiedząc, w jaki sposób być ponad
Moim monologiem:
Strzeż się wszelkiego złego!
Bowiem śledzony jesteś, i wiatr naumyślnie staje się niewidzialny.

On, który z pewnością jest apostołem miłości.
I jestem więcej niż pewny, że gdy zakonnik
Ustawił swój teleskop –
Nie wiedząc o tym,
Ktoś inny gdzieś też patrzył!
Albowiem tylko odległość jest przyczyną – nic poza tym.

Codziennie

Wszystkie ranki przychodzą, aby sprawdzić, czy jeszcze tu jesteśmy.
Ktoś odszedł w ciągu nocy, nie wstawszy nawet z łóżka.
Noc zostawiła swą barwę na ubraniach wszystkich żegnających.
I pyta każdy z osobna w milczeniu, skąd wzięły się łzy na trawie.
Dlaczego ścięta i pogrzebana w ziemi wierzba już zmartwychwstaje?
Zmiany dookolne są zazwyczaj ledwo dostrzegalne niestety.
Dusze by je dostrzegły, gdyby unosiły się zewsząd nie palcach.
Ale cóż, ich punkt oparcia przemieszcza się coraz wyżej
i ranki unoszą je codziennie na wysokość obłoku południa!

Życie

Powitany mlekiem
I żegnany łzami,
Czy przez lat sześćdziesiąt kilka
Podkułeś
Konia bez kopyt?

Pole bitewne

Dowiedzione zostało to, co długi czas przypuszczałem
o miejscu zarosłym dzikimi, twardymi orzechami.
Niespodziany błysk światła z chmury odmienił pejzaż –
Przede mną roztaczało się pole bitewne. Ktoś krzyknął!
Bies pewnie albo człowiek, a może bies w człowieku.
Grzmot dobiegł w niezręcznej pozie zwiastuna:
Pójdź zaraz moim śladem, błyskawica ubiegła cię tym razem –
I wróg twój leży martwy! Mój wróg? Zgnębiony, ledwo słyszałem:
Cały skostniały stałem przed zimnym już ciałem.
Tak, to był on, spod znaku Skorpiona. Lecz doprawdy nie wiem,
Czy błyskawica ma również prawo zabijać?

Zdumienie

Postawiony
Między złem a dobrem,
Między dwoma biegunami zimna –
I wreszcie
Między człowiekiem a człowiekiem,
Przyglądam się
I nie rozumiem:
Jak życie łączy te skrajności?

Goście

Okno otworzyło się i do pokoju wtargnęło jakieś czerwone światło. Uciekłem w kąt, dla dodania sobie odwagi zacząłem liczyć: zjawiły się jakieś trzy postaci bez wyraźnych konturów. Nie bój się – powiedziały – przybywamy z twojej gwiazdy. Co ci jest, dlaczego twoja dusza jest mroczna? Od kilku dni gasną w niej nasze promienie…
Opowiedziałem im o wiatrach, które powstają z oddechów innych; uznałem że właśnie tam tkwi przyczyna (o wszystkim nie chciałem się rozwodzić). Długo kląskały ich serca, długo myślały: postanowiły zrobić mi operację!
Okazało się, że ona – moja dusza – przypomina rybi pęcherz. Schowałem go, a one odleciały, machając na pożegnanie promieniami…
Teraz, po tej przysłudze, nadymam balon – balon z pęcherza: unoszę się i potem opadam. Według własnego widzimisię pędzę sobie żywot niebiański i ziemski.

Potwierdzenie

Wciąż jeszcze nie ma potwierdzenia słów,
Że pochodzimy z ziemi.
Ale słowa te zostały napisane.
Tytuł lekcji na tablicy: nauczyciel
Znikł w tajemniczy sposób,
Nie dokończywszy wykładu.

Powiedz, kopaczu głębokich studni,
Kogo tam spotkałeś
Oprócz wody,
Oprócz śmierci i oprócz ziemi;
Powiedz,
Czy potwierdzeniem jest
Jeleń, na którym rośnie krzak?

Bułgaria

Niekiedy nawet i słońce po deszczu
Na zawstydzonym niebie zjawia się podwójnie,
Ale tyś zawsze jest jednym krajem
I innym nigdy nie będziesz…

Nie mogę określić dokładnie, czym
Jesteś, mimo tylu mych słów pierworodnych:
Jak anioł nie jest człowiekiem ze skrzydłami,
Tak i ty nie jesteś takim sobie zwykłym miejscem!

***
Matko, bez której po dziś dzień
Nie urodziłaby nawet Bogurodzica!

Wszystko wokół na oślep śpi,
Tylko woda ma otwarte źrenice.

O, jak mam narysować głosem
To, czego niczyj słuch nie widzi?

Nie powinnaś z tego powodu
Szukać we mnie podobieństwa z bohaterem.

Choć ja umieram przez całe życie,
On – tylko przez chwilę, nie opłakuj nas…

***
Konstelacje oraz tu i tam samotne
Gwiazdy. Straszny ból we mnie wzbiera!
Ale przywykłem już zawsze przegrywać,
I ten ostry moment mnie nie przeszywa.

Obelgę rzuć mi w twarz bez procy,
Abym nie musiał potem wypluwać kamyka.
Jeśli chcesz, mogę ci powiedzieć,
Jak przychodzi niespodziana radość:

Ten gołąb tam, który imituje
Ducha świętego, dziobnął właśnie
Moją gwiazdę, i w chwilę potem
Poczułem, ze rodzę się powtórnie!

***
To nie wiąz z lat dziecięcych zabaw
– nogi już uginają się pod tobą.
Nawet zając staje na uszach,
gdy mu każe sumienie. A ty ani słuchać nie chcesz:
rozdzierasz na sobie szaty. Skóra tez jest ubraniem,
zapomnij o niej. Doprawdy, spośród wszystkich
jesteś tylko ty, jeśli krzyż to rozgałęzione drzewo,
na które nikt nie wchodzi!

***
Kurczymy się z napięcia:
Byk z tego na tamten świat
Przeniósł na rogach krowiarza.
Widzieliśmy, ale niezupełnie –
Nie możemy być tu i tam.
Każdy tam, gdzie jego miejsce:
Jedynie lunatyk może
Zgwałcić rusałkę.

***
Mógłbym być nawet goły.
Moja droga powrotna do raju
Biegnie przez zakłady krawieckie.
Niebiosa są całe w łachmanach –
Podążam ubrany odświętnie.
Abym jednak mógł przekroczyć próg,
Moje ubranie musi najpierw
Stać się wycieraczką.

***
Sterczące rżysko przypomina
Głowę więźnia i znosi błagania
O choćby odrobinę cienia – pustelnik
Wyrzekł się wolności raz na zawsze.
Zapomniawszy nawet o oddechu, stąpam
Tylko po powietrzu, znając istotę cudu:
Albowiem spotkać ciebie to tak,
Jakby spotkać ważkę w czasie suszy.

Raptem

Jeśli piękno kichnie raptem,
Czyż nie obejrzysz się za nim ?

Dwa dziewicze kolana w słońcu
Przytaiły w sobie mrok.

Stawszy się kielichem cierpienia,
Odchodzisz przepełniony.

O, to czego nie da się opisać,
Można jedynie przeżyć!

***
A szabla – to długi język
Ślepego niebytu.
Zlizuje on tu ciągle sól,
A my jesteśmy solą tego świata.

Piramidy promienne w kurzu łez.
Monumenty potopów.
W głośnym imieniu mężczyzny
Słyszę pseudonim kobiety.

A tam, na dnie naszego życia,
Brzęczą muszelki małż.
Ktoś sypie kobietom solą w oczy,
Chcąc otrzymać perłę.

***
Skoro gwiazdy ze szczytami zaręczają się wieczorem,
To dlaczego góra staje się mroczna jak teściowa?
O, groszorób traci tylko cenny czas,
Gdy ja zaczynam się z każdym twoim krokiem.

Okno kroczy sobie spokojnie pod rękę
Chłodem, lecz w żyłach krew przestaje płynąć:
Twoja twarz, wymierzywszy we mnie z dwururki,
Odkłada salwę na potem – będę cię kochał do grobowej deski!

***
To po to, abyś nie wiedziała,
że gdyby nawet ładny
był ten wzór sweterka,
Do twarzy ci w nim będzie tylko wtedy,
jeśli komuś się spodoba..

Wokoło tak bezludnie,
Jak po wielkim tłoku.

Dobrze, że mnie nie było,
Kiedy powiedziała:

Nie uda wam się nic wyprosić z moich skarbów –
Dopóki jestem goła, nich żebrak przywdziewa łachy !

Nigdy

W ogromnej nawałnicy tylu wielkich uczuć
Świat dwojga zakochanych został pomniejszony.

Teraz, kiedy jestem sam, to jakby wszystko
Było ze mną, lecz sił mi brak bez ciebie.

Byłabyś gwiazdą, gdybyś nie była tak przyziemna
Dla uczucia, do którego nawet nie zajrzałaś.

I nigdy nie zgłębiłaś jego głębi –
Choć jesteś latarnią w samym środku morza!

***
Musiałoby nie być słów na książce
I mnie nad nią pochylonego:
Mnie – mostu między brzegiem i przepaścią,
Skrzypiącego zawsze piórem.

Dzień najdłuższy ze wszystkich nadepnął
Nocy na ogon:
A demon ognia wysławia lipiec
Postacią swą nieogarnioną.

Wszystkie słowa pogrzebano w kretowinach
W czterech świata stronach:
Z charakteru pisma dróg wyczytałem,
Że jest to równina.

Kaprysy dziwią oczy moje

W przygranicznych strefach nieskończoności
Wciąż jeszcze nie ma incydentów. Lecz tu są spory.

To, co widzimy jak na dłoni,
Wyjaśniamy nieomal skrzydlaci pięściami.

Zielona trawa tak hipnotyzuje
Nalaność, że ta nie może słowa z siebie dobyć.

Skąd jednak wziął się latający dywan?
Poezja wznosi równinę na wyżyny.

***
Chcąc wskazać drogę wiatrowi południa,
Dotarłem Az do bieguna północnego.
A potem rynna przypisała sobie
Pionami moich liter ta zasługę.

Spadały tam, gdzie bolało najbardziej,
Z jej księgi prosto we mnie.

Od dziś zasiedlać będę swoje myśli
W miejscach innym nie znanych.
Zboża płyną falami od końca do końca,
Lecz między nami konieczna jest miedza.

***
O zmierzchu horyzont nerwowo się wygiął
Od tysięcy losów, i to samych ciężkich.
Gdy ciało zarzuci już swój sień na siebie,
Staje się sylwetką o niebywałej wprost sile.

I niezliczonych muskułów wysiłkiem
Splotły swe gałęzie wszystkie drzewa.
Bądź szlachetny: cięcie mojej szabli
Rozcina węzeł nie uprzędzionych nici.

***
Zwierciadło jest płaską otchłanią dla rzeczy:

Jeśli sięgniesz do torby cierpiętnika,
Wyciągniesz jakiś morał.

Pustce chodzi zawsze tylko o jej imię:

Ptak, który śpiewa – wie,
Że swymi skrzydłami wypełnia wszystko.

***
Osa użądliła mnie i dziecięcy balonik:
Spuchłem w jednej chwili, a balonik opadł.
Czyż nad tą różnicą nie powinienem się zamyślić?
Lecz ja przez całe lato nie byłem przeciw życiu.

Niebo rani swe wodne ziarnko różańcowe
I wchłonęło pewnie w siebie jego mądrość,
Rżysko to zaświadcza: dni zostały skrócone!
Nie mogę sobie przyobiecać , ze nie umrę.

***
Woda u zdroju gra wieczorem na fujarce –
Czyżby powracały stare dobre czasy?
Za lat sto strużka na sto procent
Przebije drogę choćby i przez granit.

Jednakże dokąd potem płynie,
Z pewnością ona sama nie wie.

Pytając nasłuchuj odpowiedzi:
Czy świat istnieje na tamtym świecie?
Śmierć nigdy nie mówi wprost
I tylko dlatego żyjemy długo.

Kamień

Cokolwiek się stanie, nic cię nie poruszy.
A ja uległy jestem zawsze sile uczuć.

Jeśli widzę gwóźdź, nie przybijam się nim,
Choć byłbym wtedy blisko ukrzyżowania.

Wiedząc, żeś niezmienny, jesteś stopem czasu.
A my jesteśmy w ruchu jako ci, co przemijają.

Niebawem

Nocą światy wymieniają się gwiazdami spojrzenia
Na naszej ziemi, która nie zna spokoju…

Ktoś widząc szpital myśli, że to dworzec,
A mimo to nigdy nie chce odjechać.

I podszeptuje czule stalowa natura:
Już czas, by maszyna mogła począć!

Jak ma, powiedzcie, wyrazić się prosto, gdy
Zimą czapka jest dla głowy rękawicą?

Jestem zmęczony i pewnie ucichnę niebawem.
Spokojem na mym ziemskim prochu: zamieć słów!

***
Słuch wyruszył i dotarł już do ucha,
Po czym skierował się ku ustom.

Kameleon zaczął zmieniać
Barwy wyblakłej przyrody.

Ja nie stanę się tym łysym typem, który uwierzył samemu sobie, że przetrwa i że włos u z głowy nie spadnie – w chwili gdy wszystko spada.

Ty, któryś jest całym wszechświatem,
Zatrzymaj mnie w moim zakątku.

Serce nie narodzonego bije w bęben weselny,
Aż zda się, że pęknie wszystko, co żywe!

Głośna ryba

Długość brzegu udaje chyba, że nie słyszy,
A woda, mając krotką pamięć, jest tak cicha,
Że nie mówi się o takiej głośnej rybie.

Lecz ja widzę, jak jeżą się ciemne jej łuski,
Jak skrzela otwiera, i pozostaje tylko usłyszeć,
Jak wykrzyknie straszliwie nad trzydziestoma lądami…

Jej głos rozerwie bębenki uszne koni,
I woda w ich sercach tak cwałować zacznie,
Aż znów dojdzie do wniosku, że jest niema.

Po prostu

Dzięki spadającym w nocy gwiazdom
Niebo już otrząsa się z koszmarów.

A potem, uwolniwszy się od nich,
Nawet nie musi być widziane.

Ja także tracę zarys siebie
I nie ma przede mną znaków zapytania.

Przed nikim ziemia się kręci,
Jak psi ogon przed swym panem!

***
Czy to grał żywy klarnet, czy wąż w nasłonecznionych miejscach,
Co legły już przy sobie w miejscach zacienionych:
W ślad za zbożami, tą złotą rzęsą lądu,
Pośród babiego lata rozpełzła się żółtaczka.

I tak jest piękna na portrecie zmarła,
Aż zapatrzony w nią , na zawsze rezygnuję z życia:
Deszcz wodą popędza skrzydło wiatraka,
Które jest zwichnięte i nie rusza się z miejsca.

Niewyrażalne?… Toż to mój imiennik,
A mimo to podpisuję się ziołem na bandażach:
Poezja może być wszystkim innym, ale i wypędzeniem
Złych duchów, którymi w tym wypadku są cierpienia.
Kolęda
Pod dachem teraz także jest przytulnie.
A zwłaszcza gdy się widzi, ze za oknem
Zamiast kolędników drzewa mają czapy.

W ich chór wsłuchany, czym nie godzien sławy?

Wiem, że jestem potrzebny, choćby odrobinę.
Pozostawiony na gałęzi, aby się przewietrzył,
Mój kożuch beze mnie trzęsie się na mrozie!

Róg myśliwski

Ja nigdy nie pójdę
I nie zamierzy się nigdy ma ręka
Na mnie podobnych w przyrodzie.

Nim rozpierzchną się strzały,
Wołaczu łowców, zagraj donośnie zbornego,
Aby zostali oczarowani.

Życie jest taką muzyką
I brzmi bardziej wzniośle, gdy
Róg jest na zwierzu!

Szlachetnie

W skoku zwierza zostawiwszy swą wściekłość,
po ludzku powiedziałem to wszystko,
co tylko chciałem powiedzieć.
Echo oczyszcza się z szumów
po tylu moich słowach i w ciszy, j
ako rzecz ostatnią, to tylko zaczyna powtarzać:
każdy ma swoją łabędzią pieśń, lecz nie chce jej usłyszeć…
Dziś rano ujrzałem nieoczekiwanie, jak szlachetnie
podążyły statki pirackie w ślad za tonącą wyspą!

Wspieram się o śreżogę

***
I stwardnieje woda: potem ktoś podpali lody. Koniec jest tak blisko, że nie wiem, skąd zacząć.

***
Nie ma dla nas ratunku. Ta szybkość podobna jest raczej do ucieczki: w noc. Zewsząd nadjeżdżają na zgaszonych światłach – ale to nic! Anie słowa tam o niepamiętnych czasach… Śmierć ma teraz klakson, ale i tym razem z zęba żmii.

***
Kiedy krople spadają gwałtownie w dół, do jeziora, i porzucają obłok, w którego formie były formami, nie wmówisz mi, że nie toną!

***
W ciszy, by mógł wyobrazić sobie także czyjeś inne losy, samotnik słyszy daleki głos smoka: rodzina jest człowiekiem wielogłowym…

***
Przesłoniliśmy sobą tyle rzeczy. Która kobieta powie do mchu: okrywaj kamień, aby się nie przeziębił!

***
Biada prześladowcom: wiedzą, dlaczego kule świszczą głośniej niż orły!

***
To pewne, że wszystko stało się w raju: przestraszyli się własnego wyglądu, a potem widząc, że żmija się wije, zrozumieli, że obrali właściwą drogę: poszli!

***
Nawet bezlitosny myśliwy gotów byłby nosić przy kapeluszu pióro nieśmiertelnego ptaka.

***
Mówi o tym poczwara, ale tylko wtedy, gdy śpiącej Turczynce wlano do ust truciznę: porzuć dom choćby z jedwabiu, jeśli usłyszysz, że los cię wzywa! W haremie są tysiące fontann. Bukiety wody, lecz dla kogo?

***
Dlaczego urodziłem się, by współżyć, skoro zagraża to memu życiu: współżyjąc, mam zawsze pewność, że nie ma bezrękich katów.

***
O ty, nieba podporo, nie upadaj na duchu! Albowiem studnia mówi z dołu: żyj sobie w swojej głębi!

***
Dopóki sława króluje, samolot bombarduje. Twoje zdolności, oczywiście.

***
Naj-, naj-, naj! Słucham zwróconego w górę spojrzenia: co za wysokość z krasnoludkami na szczudłach.
Jeśli chcesz być sobą, oszalejesz.

***
Zanim codzienność chwilę wieczności przekaże, co się zdarza? Czy świat, tak szeroki w rozwartych oczach, naprawdę się zamyka? Milczymy zaciskając zawsze wargi i zaciskamy wszystko przymrużonym wzrokiem: w morzu, jeśli trzeba aż morza, naszą kotwicą staje się tonący.

***
Morze. Żyję tu sobie spokojniutko o soli i wodzie jako jego zalew. Po co ta panika, skoro ono nie ucieknie wraz z odpływem?

***
Chwała Bogu, że przynajmniej zabawy dzieci nie rosną.

***
To oczywiste, przy tysiącach studni upiję wody z wiadra dziewczyny.
Zazdrośnie strzegę teraz dzikich miejsc nawet przed własnym spojrzeniem.

***
Czy rzeczywiście wszystko jest jednością? W jastrzębiu spada meteor, który gaśnie w ofierze.

***
Wszystkie odcięte języki przeszły tej nocy przez miasto. Echem twardego rytmu rozbrzmiewała defilada, jakby była pulsem świata. Z przebudzonych oczy lały się łzy na kąpiel solankową. Maszerujący krzyczeli w transie:
Niech żyje Morze Martwe!

***
Żądać litości, zamiast ja odrzucać: klęczący wykonał skok w najwyższy wszechświat!

***
Cokolwiek się powie, mimo wszystko liczymy na cud. Niemowie śni się nocą, że świat go słucha.

***
Wodzianką z wody i kontynentów jest nasza planeta, jeśli na nią spojrzeć. I człowiekowi przyjdzie ją wysiorbać.

***
Jedną z największych nienawiści jest nienawiść słońca do wołu, tego z gwiazdką na czole. A wszystko dlatego, że maja różne plamy. Ale jest to raczej idylla, nawet gdyby wyjściem miała być kałuża.

***
Wspieram się o śreżogę. Można by pomyśleć, że w tej chwili ziemia wydaje swe ostatnie tchnienie, ale woda wymachuje chusteczka: chcę przeliczyć krople i wrócić!

Nie można powstrzymać gęślarza

***
Z wiatru i mgły poczętego, jakże można powstrzymać gęślarza, gdy on, nim dotrze do słońca, zdąży okryć się cieniem.

***
Nie pokazuj się zbytnio wydarzeniom, dziejącym się wokoło. Schowaj głowę do torby i zapomnij nawet o drodze.

***
Miotany dotychczas niepokojami, zapragnąłem osiągnąć równowagę: w ośle z biesagami dojrzałem świat i siebie na wadze.

***
Ileż kropli się stoczyło, nim słońce wstało… I mimo to nikt nie może mi powiedzieć, dlaczego płakała jutrzenka.

***
Jest tak z woli Najwyższej: dotykajcie się, lecz pamiętajcie, po co macie ręce ― są orężem waszych serc.
***
Przez płot z rzęs spogląda na mnie ta, która zażąda, abym płakał jej oczami, a ona ― śpiewać będzie moimi ustami.

***
Choćbyśmy nie wiem jak chcieli, nic wydarzyć się nie może. Ją kocha skrycie smok, a mnie znów kocha smoczyca.

***
Daleki od istot podwójnych, musisz jednako być koniem i jeźdźcem: gdy razem cwałują, nie czują, że jest ich dwóch w tej chwili.

***
Ozięble zwracają się do siebie skały w skrytych myślach. Głową jednej ze skał staje się oderwany głaz.

***
Mówię zawsze taką prawdę, jaka jest, bo wiem, że chleb rzuca się wróblom, a człowieka bestiom.
***
Czymże są nasze życia w porównaniu z losem męczennika? Straszna szubienica świadczy wymownie, że wiszą one teraz na włosku.

***
Co stoi przede mną, trucizno? Skoro ząb żmii jest twym źródłem, przeto wypiwszy za swoje zdrowie, patrzę, jak zmora cię męczy.

***
Człowiek jest wprawiony w taki ruch, ze mam ochotę powrócić do łona, w którym dziecko kopiąc nie wymierza kopniaków.

***
Choć wciąż jeszcze nie można osiągnąć wiecznego braterstwa, wszędzie dociera mama, chcąc usynowić wszystko.

***
Bluszcz, ulistniona żmija, pełznie, dopóki nie ukąsi cię niebezpieczna radą, byś pośród wszystkich sam był sobie bliźnim.

***
Czy żebrak z wyciągniętą ręka nie jest dla ciebie studziennym żurawiem? Kładąc mu dłoń jałmużnę, zaspokajasz własne pragnienie.

***
Człowiek dokonałby cudu, ale obserwuje sam siebie. Przeszedłbym przez ścianę, ale uwiera mnie własne spojrzenie.

***
Gdy jatagan z największa wściekłością w kość moją uderzy, kość pęka z trzaskiem pierwszego wystrzału i bunt jej echem się rozlega.

***
Postawiony pośród niezliczonych znaków tajemnych, pytam siebie nieustannie, a tymczasem jaskinia jest jamą ustna tajemnic.

***
Obraz niewidzialny musi być zawsze niewidzialny. Wraz z pojawieniem się Boga może zniknąć jego stworzenie.
***
Nie mogę być tylko tu i zawsze pochylać głowę na myśl, ze moje spojrzenie jest pępowina łączącą mnie z bezkresem.

***
Nie bójmy się znaków na niebie! W przestrzeni SA sami swoi. I ziemia wydaje się jajkiem, doglądanym z lotu ptaka.

***
Ja nie ustaję, noc mnie zastaje pośród najskrytszych myśli i moje dni przez noce długie wyciągają na jaw świty.

***
O, oświecenie przychodzi, gdy wszystko inne odchodzi: wschodzący promień jest pierwszym siwym włosem mroku!

Ballada fragmentaryczna o Hewsurze

***
Hewsurowie w górach Kaukazu, na dachach świata mieszkają, gdzie słońce wschodzi wcześniej, a człowiek odchodzi późno.

***
Z tego szczytu ledwie widać morze, nie większe od błękitnej kropli wodospadu, która musi tam być z woli Najwyższej. Nasze Zycie nie jest koszmarne i sennik jest nam niepotrzebny.

***
Bezsilna jest moja prawica, która pisze nieustannie… To, co się staje, nie zostaje. Człowiek ma swoje pory roku ― jedynie śnieg jest wieczny.

***
Wszechświat jest zbyt duży, bym poznał jego imię własne. Meteor tunguski uniknął mej przestrzeni wewnętrznej.

***
Dziecko wierzy, że leci do nieba latawcem. Nie ma przednich zębów, toteż nie nachodzą go jeszcze wsteczne myśli.

***
Nie zastałem w domu wnuczka i powiedziano mi, abym się nie martwił… Tak, wiem, jak rzeczy stoją. A jednak jedna z nich jest nieobecna.

***
Dżygit nigdy nie poddaje się rozpaczy. Wierz w to, że jesteś. Skoro nawo narodzony nie wiesza się na pępowinie ― ty też nie powinieneś.

***
Czyż kradzież żon nie jest przypadkiem sprawka nienasyconych sił, które kiedyś będą chciały ukraść nam góry?

***
Wchłonięci jesteśmy przez las do środka aż po wilczą gardziel. Historia może robić, co jej się żywnie podoba ― my jesteśmy Hewsurami!

***
Żyjąc w naszym surowym klimacie, widzę bezbłędnym wzrokiem tych, którzy zgrzeszyli ― ale Bóg mi świadkiem, że ich nie osądzam.

***
W młodości miotałem się rozpaczliwie, by odkryć, kto dokąd zmierza… Z dala od ludzi, pustelnik najbardziej zbliżył się do człowieka.

***
Nie miałem brata, który mógłby zginać. Dlatego też nie zabijałem z zemsty i mimo to powiem: honor jest czymś więcej niż wszystkim!

***
To, co jest, jest najwyższe. I żadna modlitwa nie sięga wyżej wznoszącego się kwiatu, którym rozkwita skała.

***
O, dzieciństwo! Byłem taki psotny, że dopiero teraz rozumiem wszystko: to ja wznieciłem kurz, rozsypany wszędzie na motylach.

***
Po drodze widziałem taka jasnowłosą kobietę ― ze swą nieziemska uroda wyruszyła z jasnych zaświatów ku ciemności, dokąd i ja zmierzam.

***
Kolei naszego życia nie da się przewidzieć. Zagwizdałem w poczekalni dworca i cała ma istota w tejże chwili ruszyła, wierzcie mi, bez torów.

***
Czy dlatego nie potrafiłem dociec, w jaką aferę zamieszane jest ciasto, ze wielu na Ziemi skazanych jest na śmierć głodową?

***
Antena podobna jest niekiedy do rozstawionego tu, złożonego parasola, i pewnie z tej okazji na tamtym świecie pada.

***
Omen nie pomaga, by Zycie obróciło się na opak: widziałem raz coś spadającego ― okazało się, że był to grzbiet kota!

***
Wzniosła możliwość: nie odpowiadam na razy. Jestem tak spokojny, że aż pod skórą mam otwarte rany.

***
Ja wiem, że ziemskie wspomnienia SA martwymi resztkami życia. Czyżbym był Az tak bardzo, że nie mogę sobie wyobrazić, ze mnie nie ma?

***
Śmierć nie bierze się z kindżału, lecz z nakazu myśli… Jeśli zgasnę, będę po prostu tym, kto stracił z oczu meteor.

***
Jestem wolny w ciszy. Dawno temu z całym spokojem zrzuciłem z siebie łańcuchy, które dzwoniły w mych ustach.

***
Dopiero mając sto lat, zrozumiałem księżyc ―że jest on ujściem dla duszy. Wypiłem swój róg do dna i w górze widzę jego jasny cień!

Jedynie błyskawica może być moim cieniem

Pryszczaci ogrodnicy żyją długo
Serca na gałęziach: strzelający pakami
kwiecień jest wskrzesicielem życia.

Postęp zapuścił sondę głęboko
Ale wylatujący z tunelu pociąg
jest ekskrementem Ziemi.

Gdy wszystkie drogi zostaną zamknięte
Śmierć przyjdzie właśnie tedy, gdzie
na prawej nodze rozszerza się żyła.

Jeśli stanę się kwiatem narodu
Wtedy zwinięty w kłębek jeż
będzie dla żmii dmuchawcem.

Historia znów jest bez serca
Nadmorskie miasto, wybrukowane jak długie
kamieniami z nerek Argonautów.

Niewinny pewnie nie wie
Księżyc jest uchem Ziemi,
oberwanym kiedyś za karę.

Nie przestawaj z obłąkanymi
Popatrz, jak świetlik noc w noc
triumfuje: mój puls jest światłem!

Gdy uważniej przyglądam się pejzażowi
Za każdą wierzbą płaczącą kryje się
czyjaś gęba roześmiana od uch a do ucha.

Próbuję być twoim przyjacielem
Ale twoje odbicie kąpie się
w rzece, która robi się mętna.

Odkąd gołąb grzywacz wyraził mą radość
Moje serce nie może nic innego,
jak tylko postawić wielokropek…

Wobec tej różnicy cały drętwieje
Orzech sam przez się wypada z łupiny,
a ktoś strąca gwiazdy kijem.

Wiąz umiera tak powoli
Że podejrzewam nawet, iż jest zauroczony
przez czyjeś wytrzeszczone, pozaziemskie oczy.

Nasz wielogłowy wiek wyjadł wszystko
I Słońce jest kapeluszem słomkowym
przyrody, której ścięto głowę.

Ludzkość czeka na swą wiosnę
Automat kłapie zębami
łudząc się, że jest jej bocianem.

Skoro nikt nie jest u siebie prorokiem, to…
Obłok opuszcza niebo, nie wieszcząc,
że zmartwychwstanie trawa.

Woda nie ma dokąd pójść
Skoro w wydmę uwierzył Beduin
sądząc, że to pierś całej pustyni.

Podług tego widać co innego
I jeśli jest gdzieś dom cyklopa,
to z pewnością ma on jedno okno.

Nie chodzi o to, aby być ostrożnym
Ale ptak, cokolwiek stać by się miało,
nie wysiaduje piskląt w gnieździe żmii.

Słowa, ja wierze w waszą moc tajemną
Rżysko: po tylu babskich przekleństwach
cała okolica podpiera się słomkami.

Jeśli postanowię pójść z czystą miłością
Droga staje otworem: ty dosiadłeś już konia,
a ja mam spętane nogi!

Poeto, wątpię, czy zdołałbyś wyjaśnić
Dlaczego mówisz matczynym mlekiem,
skoro wszystko idzie po maśle i miodzie?

Jeśli ściemni się od deszczu, człowiek pozostaje jasny
Jego parasol stał się okrągłym nietoperzem,
i on jest jego kwadraturą.

Tak, każda suka rodzi ślepe szczenięta
Ale od lat żyjące we mnie wiersze
długo jeszcze nie ujrzą świata.

Gdy sprawy stoją niedobrze
Nigdy nie zaprzedaję swej duszy, choćby
sam Bóg chciał kupić a nią kromkę chleba!

Lwia paszcza jest niegroźna, pachnie…

***
Czytelniku, przed wyruszeniem w podróż z niecierpliwości kręci ci się w głowie. Zanim dostaniesz koszulę na drogę, kartkowany tomik już zaczyna kroczyć. I dotrze tam – gdzie ty powinieneś zapytać: dlaczego niewiasty bielą płótna, gdy drukuje się książkę?
***
Powróciłem z nów do lat dzieciństwa, gdzie dni są długie tylko latem. Nie boję się nawet odry: tak pachnie już bodziszkiem, że polana jest blizną po szczepieniu w lesie.
***
Czerwona pępowina zwinęła się przed nami w czarny węzeł. Jesteśmy tak słabi i zezowaci, że możemy jedynie dojrzeć, jak strzykasz piersią na sklepienie, pierworódko. Wytyczasz druga Drogę Mleczną, po której powróci twe niemowlę…
Przyjdź do siebie: świat jest tutaj.

***
To takie trudne: zbierać stąd źródło, a stamtąd wodę, aby pili za ti-ri-ram i ti-ri-rim. Jeśli każda rzecz ma swoje miejsce, to gdzie jest moje? Wszystko jedno, nikt nawet palcem nie rusz. Ale wszechobecny zmieni miejsce.

***
Czyż może być przelotne uczucie, a słowo bez polotu? W tym, co chcę ci powiedzieć tego wieczoru, chodzi o to, że nie wiem, dlaczego ptak nie może lizać sobie ran.

***
I gdy ja, ogarnięty miłością do świata, mówiłem wykrętnie, że to sprawka kretów, anioł powiedział mi niemal szyderczo: „ Ależ to ja tędy przeszedłem i wszystko przyprawiało mnie o wymioty!”.

***
O, przyprowadź lisa, abym pogłaskał go za jego odwieczną przezorność! I abym mu powiedział, że nawet w skafandrze zostanę tu nadal dziczyzną. Stał się już podobny do komety. Jeśli jest to tylko podstęp, spontaniczność została zachowana.

***
W krótkich okresach ciszy modlę się o bezpieczeństwo. Wytrzymuje wśród trzasków. W kruszącym się niebie z czarnej kredy: błyskawice! Fotografują mnie z kosmosu. Nie jestem w ogniskowej – trzęsę się ze strachu. I tym razem wyobrażenie o mnie nie będzie dokładne. Szkoda, taka skala!

***
I znowu o miłości, która zawsze odmawia obecności w rozmowie i dlatego rozmowa nie ma sensu. Doprawdy, dlaczego nie odbywa się w milczeniu?
Kobieta sprzedaje się także za słowa – mówi niemy.

***
Podejmując się głoszenia wiecznej chwały, moja pieśń jednako odnosi się do ciała i do duszy: dwóch kręgów, z których wewnętrzny jest większy!

***
Ziemia zeskoczyła nagle z wagi w zieloną lekkość i możne dostrzec, że na obu biegunach jest wiosna. Jest tak pięknie, nawet jeśli się wie, że dzwony będą echem kukułczego głosu!

***
Co ma się stać, to rzecz wiadoma: cholera wszystko weźmie, lecz nie jego. Koźlątko, niczym rajski mechanizm, podpowiada, że i tym razem starzec przeskakuje kładkę!

***
Nie, teraz nie czas na ciszę, a i długo jeszcze wspominać będziesz, jak w tej niezapomnianej chwili szlag się trafiał na piski klarnetu.
I kiedy będziesz chciał pomilczeć, to mimo najlepszych chęci, zawsze będziesz słyszał zewsząd granie swego sobowtóra, muzykanta!

***
Nikt nie umarł jeszcze od światła. Jeśli jest go za dużo, zawsze znajdzie się wyjście: wchodzisz sobie pod chmurę i nic cię już nie obchodzi… I choć można być w cieniu tylko wtedy, kiedy jest się w ruchu, przykuty cierpi na brak słońca.

***
To prowadzi donikąd, zwłaszcza że i cisza nie chce nawet o tym słyszeć… Tchórz, któremu odstąpiłem siebie, szepcze nieustannie: „ Jeśli stracisz głowę, historią ci jej nie zwróci!”.

***
Powtarza życiu bez przerwy, gdzie tylko i kiedy tylko je widzę: nie chcę od ciebie żadnych przywilejów, chcę tylko, byśmy byli sobie bliscy…
Spogląda na mnie znacząco, ale dotąd nie otrzymałem odpowiedzi. Udaje niemowlę, a ja śmieję się w jego i swoim imieniu!

***
Nie mógłbym być tak niewinny, gdyby nie ten błękitny ranek, w którym – czyżby ktoś poprosił o dzieciątko, by godzinę wcześniej zbudziło nasze myśli ?
O, szczęście, gdy się obejrzeć: sądząc po mgle tam na horyzoncie, dzień ma jeszcze mleko pod nosem!

***
Jeśli twój głos nabiera wysokości, nie może zostać powstrzymany: ale zniżajmy go, by mógł usłyszeć niedorostek…
Czy zatem słowa są coś warte? Puchacz stanął o świcie właśnie tak, by słońce było jajkiem przez niego zniesionym.

***
Dam upust łzom – niech mi ulży… Choć płacz jest tylko przelewaniem z pustego w próżne, to jedynie łzy są pocieszeniem. A gdzieś, w to ciche popołudnie spadając, rzeka zaniosła się kaszlem.

***
Badawcze oko nieba obserwuje nas teraz uważnie: spójrz, jak wyniosłe drzewo cień ukrywa – nie do twarzy mu z nim…
Każdy postępuje podług swego zwyczaju w rozżarzonym do białości upale: rzuć ptakom ziarna, a będą skakać jak prażona kukurydza!

***
Nawet dziś, choć wyrosłem z zabaw, chcę odnaleźć siebie tylko w nich, zamiast walczyć. Rówieśnik wiąz został powalony przez mojego rówieśnika i chyba posłuży rówieśnikowi na trumnę. Spójrz, kula szklana jest sztucznym okiem kogoś, kto czeka chcąc zobaczyć koniec.

***
Pod koniec roku przyroda jest błaznem: liść wypuszczony na próbę oznacza początek. A słońce wędruje po coraz większej pochyłości, będąc jabłkiem danym mężczyźnie przez kobietę – wtedy, gdy ich nie ma.
Kiedy dni stają się prostackie, nadchodzą święta.

***
Z dawien dawna wie się od babek, co nam zawiązywały pępek, że nie ma wyjścia, że trzeba brać, co się komu trafiło: każdy rzucił już gdzieś swoją kotwicę – moja wciąż jeszcze jest w locie…

***
Jakiż wspaniały spokój nastał! Lwia paszcza jest niegroźna, pachnie przyszłością, która wyleczy nas z gnuśności. W niczym nie przypominasz zachodu, o chwilo słońca – rozdzielonego równo przez dzień i noc!

Posłowie

Nikołaj Kynczew nie jest w Polsce nieznany. Jego wiersze ukazywały się w antologiach i czasopismach, zwracały uwagę i intrygowały, ale mała ich ilość nie pozwalała zapoznać się bliżej i dokładniej z jego poezją. Zresztą drukował bardzo rzadko, a przez wiele lat nie opublikował żadnego wiersza. I oto, po wydaniu w 1980r. dwóch tomików, poeta ten zaczyna być uważany ze jednego z najciekawszych twórców bułgarskich i ma wszelkie dane, by zdobyć sobie większe uznanie i rozgłos poza granicami Bułgarii.
Urodził się w 1936r. we wsi o pięknej, poetyckiej nazwie – Biała Woda. W Sofii studiował filologię bułgarską i w 1957r. zadebiutował na łamach prasy literackiej. W ciągu ponad dwudziestu lat, które upłynęły od momentu debiutu, wydał cztery zbiory wierszy. Pierwsze tomiki to: Obecność (Prisystwije,1965) i Niczym ziarno gorczycy (Kołkoto sinapenoto zyrno, 1968). Po bardzo długiej przerwie ukazały się dwa dalsze: Posłanie od piechura (Posłanije ot peszechodec, 1981) oraz Wspieram się o śreżogę (Osłanjam se na maraniata, 1980). W tym też okresie wydał Kynczew kilka książek dla dzieci, pisał lirykę humorystyczną i tłumaczył wielu poetów, między innymi takich, jak: Rene Char, Pierre Jean Jouve, E.E. Cummings, Kenneth White, Henri Michaux, Marina Cwietajewa, Nikołaj Zabłocki, Tycjan Tabidze… Przygotował także antologię poezji gruzińskiej. Na wiele języków tłumaczono także jego wiersze, ale w wydaniu książkowym ukazują się one poza granicami Bułgarii po raz pierwszy.
Czy istnieje jakaś jedna formuła, która zawierałaby w sobie kwintesencje poezji Kynczewa? Trudno oczywiście przyjąć, że znalezienie jej okaże się w pełni zadowalające, że będzie ona pojemna dla tych wszystkich różnorodnych, wynikających z jego poezji treści. Chodzi jednak tylko o to, by pozwoliła ogarnąć wyróżniające postawy i myśli, by stanowiła ich wspólny mianownik. Wydaje się, iż wyrażałyby ją trafne słowa – „przeciwko nieobecności”, w których mieści się zarazem element buntu wobec klasycystycznie pojmowanej wizji świata i odpowiadającej jej poezji, ale także cały dramatyzm, będący rezultatem tak rozumianej postawy. Być obecnym – znaczy dla Kynczewa – mieć do świata stosunek aktywny i dialektyczny, a nie sankcjonujący i apologetyczny. Taka postawa winna cechować przede wszystkim poetę, którego zadaniem jest nie dostarczanie rozkoszy estetycznych, lecz nazywanie i przybliżanie tego, co „niewyrażalne” i „odległe”, niejako skracanie odległości, albowiem w poznaniu świata „tylko odległość jest przyczyną, nic poza tym”. Być obecnym dla Kynczewa znaczy jeszcze jedno – być „niczym ziarno gorczycy”. Chcąc głębiej i silniej ukazać rozterki współczesnego człowieka, dać wyraz dramatyzmowi jego sytuacji egzystencjalnej, tworzy poezję ironiczną, posługując się groteską, paradoksem i oksymoronem. Stawia nas wobec zagadek i tajemnic istnienia i poznawania, ale usiłuje dawać odpowiedzi. W jego wewnętrznie udialogizowanej poezji spotykamy najczęściej pytania i one właśnie pozwalają nam stać się jej aktywnymi współuczestnikami. Pytania te sprawiają, ze poezja Kynczewa nie jest zadufana, lecz sceptyczna i powątpiewająca, skłaniająca do refleksji i zastanowień.
Oczekującym od poezji ckliwości i wzruszeń emocjonalnych wiersze tego poety mogą wydawać się zbyt wyrafinowane i zintelektualizowane, oschłe, bo pozbawione sztafażu dekoracyjnej poetyckości. Jest to liryka zdecydowanie refleksyjna, oparta na medytacji i aforyzmie, idąca śladem pewnych uniwersaliów poprzez bardzo osobiste i głębokie przeżywanie. Jeden z krytyków określił ją jako poszukiwanie realizacji wewnętrznej, dla której odniesieniem jest zewnętrzna harmonia w świecie. Powinnością poety jest zatem także działanie zmierzające do tego, by po każdym dramacie, jak po burzy, na czystym niebie zaświeciło słońce. Chcąc wyrazić tę myśl słowami Kynczewa – poezja „może być wszystkim innym, ale i wypędzeniem złych duchów, którymi w tym wypadku są cierpienia”.
Tak więc zawartością tej poezji nie jest akceptacja założonych a priori ładu i harmonii, lecz dążenie o ich osiągnięcia. Na prowadzącej ku nim cierniowej drodze spotykamy rozmyślania i medytacje Nikołaja Kynczewa, noszące zawsze bardzo osobiste piętno i wywodzące się z bardzo osobistego przeżycia. I dopiero ich sens i treść wyzwalają w nas doznania emocjonalne, wynikające z uświadomienia sobie, że oto dotknęliśmy głębokich prawd o sobie, o świecie i o twórcy, który umożliwił nam ich dostrzeżenie. Nie jest to poezja nastrojowo-emocjonalna, upiększona poetyckimi ozdobnikami. Emocjonalność, której brak próbowano Kynczewowi zarzucać, jest wynikiem treści intelektualnych, podporządkowanych osobistym przemyśleniom i odczuciom, a także wynikiem sposobu ich wyrażania. Decyduje to o autentyzmie i prawdziwości poszukiwań intelektualnych, w których niemałą rolę odgrywa kształt wyobraźni poetyckiej – agresywnej, ironicznej, pseudonaiwnej, wydobywającej z mowy wielorakie znaczenia i zagęszczającej je w zwartej i pełnej napięć strukturze języka poetyckiego, który czerpie wiele z potoczności i folkloru, ale także z Biblii. Za sprawą wyobraźni słowa uzyskują magiczną moc potrzebną do ukazania świata i prawd o nim i o nas, poprzez prawdę poety.

Wojciech Gałązka

. . : : M E N U : : . .

Przekłady i Publikacje

. . : : L I N K I : : . .