Niewidzialne skrzydła

Autor: admin. Kategorie: + Niewidzialne skrzydła. Antologia; Przekłady poezji .

Prezentowane tutaj przekłady pochodzą z Niewidzialne skrzydła. Antologia poezji bułgarskiej (Od IX wieku do roku 1944), wydanej przez Wydawnictwo Literackie w 1987 roku.

Dimityr Kantakuzin

Modlitwa do Bogurodzicy

Wszechkróla i Boga, Matko najsłodsza,
Wszystkich stworzeń Stwórcy, Matko jedyna,
Wszystkich żywocie, Dobroci najlepsza,
Wszystkich cnót i łaknień, Okolico spełniona!
Od czego mam płacz swój począć, Dziewico?
Od czego mam modlitwę począć, Najsłodsza,
Od jakich słów i głosem jakim, Przeczysta?
O, z jakimż sercem i językiem jakim?
Całym pokalan i nieczysty, ja, przeklęty,
Całym cuchnący i w grzechu, gorze mi!
Całym odtrącon jest jako nieprawy,
całym w niewoli grzechu do dziś od zarania.
Z wyznaniem spowiednym przystępuję do Cię,
Ze wstydem i ukorzonym przed Tobą sumieniem,
Ze łzami, jękiem i westchnieniami,
Z nadzieją jeno w Tobie.
Wszystko, co w Prawie i Ewangelii,
Wszystkom przewyższył grzechów mnogością,
Wszystkie szatańskie pokusy niecne,
Wszystkie występki, gorze mi, gorze!
Bardziej zbłądziłem niźli marnotrawny,
Bardziej występnym niźli nierządnica,
bardziej niż celnik i takoż rozbójnik,
Bardziej niż Safir razem z Ananiaszem.
Jako Kain brata, duszę swą zgładziłem,
Jako Ezaw pokalany jestem i nieobuzdany,
Jako Sodomici czekam na ogień piekielny,
Jako wszyscy grzesznicy grzech upodobałem.
Jakich podłości nie uczyniłem przytomnie,
Jakich grzechów nie popełniłem z wolnej woli,
Jakich gnuśności nie dokonałem pożądliwie,
Jakiego zgorszenia z lubieżności nie posiałem!
Co mam rzec lubo przemówić, nie wiem,
Co mam uczynić, nieszczęsny, nie odgadnę,
Co mam Sędziemu odrzec najwyższemu, nie wiem,
Co pierwej z boleści mych wypłakać, nie wiem?!
Wypłakać mamże żywot mój rozpustny?
Wypłakać mam od przysiąg odstąpienie?
Wypłakać mamże krzywdy swe i nieprawości?
Wypłakać mamże smutek swój i rozpacz?
Wyszlochać mam li mnogość swych pożądań?
Wyszlochać mam li przemądrzałość pyszną?
Wyszlochać mam li próżność swych zamysłów?
Wyszlochać takoż czas swój utracony?
Płacz, duszo ma przeklęta, płacz,
Płacz me serce z całym łonem, płacz!
Płaczcie me oczy, płaczcie bez końca,
Płaczcie członki moje wszystkie, płaczcie!
Jam jeden tylko od Boga mego odpadł,
Jam jeden tylko cnoty chrześcijan utracił,
Jam jeden tylko pożądaniu diabła się oddał,
Ja jeden zdążam do piekącego dna piekieł.
O, moje nieprzymuszone zatracenie,
O, śmierci niechybna, która mię czekasz,
0, straszne duszy z ciałem rozłączenie,
O, wieczna męko, która nadchodzisz!
Pomyśl, o duszo, jaki nastąpi koniec,
Pomyśl, jako że żałość i męka ci sądzone,
Pomyśl o strachu i boleści w chwili onej,
Pomyśl, i zadrżyj, i się lękaj!
Anioła nielitościwego przyjścia czekam,
Anioła karzącego za żywot mój występny.
Anioła niełaskawego, anioła nękającego,
Anioła ognistego i bezlitosnego.
Nie wiem, czy już posłany mię pojmać,
Nie wiem, w którą godzinę przybędzie,
Nie wiem, czy nie bieży już mękę mi zadać,
Nie wiem, która noc śmiertelną mi będzie.
Nie masz wtenczas pomocy przyjaciół i bliskich,
Nie masz od braci, od dzieci i rodziny.
Natenczas oczy swe błagalnie zwracasz,
Natenczas język niemy nagle się staje,
Natenczas ogień bierze cię we władanie,
Natenczas niemoc sił ciału ujmuje.
Śmierć potem przychodzi sroga i koniec,
Śmierć i męka duszy z ciałem rozłączonej,
Śmierć prowadząca w zaświaty nieznane,
Śmierć w noc wiodąca jako nocny złodziej.
Mroczny byłem i w mrok piekła zstępuję.
Mroczny mój los związałem z diabła dziedziną,
Mrocznych bowiem aniołów sobie umiłowałem,
Mrocznym będąc, mrok ciemny wybrałem.
(………………………………………………………………….)
Przemijające i próżne nasze życie,
Przemija i wartko a rychło upływa,
Przemijające i z ludzi sobie drwiące.
Przemijający jest bowiem kształt świata.
Po cóż ja na świat ten się urodziłem?
Po cóż, wyszedłszy z łona, żyć począłem?
Po cóż zetknęły się moje kolana?
Po cóż, na światłość ślepy, nie zostałem w grobie?
Nie przeżyłem życia swego w prawości,
Nie żyłem w obfitości cnoty.
Nie oczekuję śmierci dobrej i cichej,
Nie czeka mnie po śmierci pokój.
Do kogo, przeklęty i plugawy, się ucieknę?
Do kogo westchnę z głębi serca swego?
Do kogo zawodzenia wzniosę głosy?
Do kogo przybiegnę, prosząc o zmiłowanie?
Do Ciebie, Jedyna Ucieczko grzesznych,
Do Ciebie, Cicha Przystani spragnionych,
Do Ciebie, skora Pocieszycielko strapionych,
Do Ciebie, Wzniosła Uzdrowicielko ułomnych.
Nie odtrącaj mnie, o Królowo Najwyższa!
Nie brzydź się plugawą gnuśnością moją!
Niech Ci nie będzie wstrętna ma modlitwa!
Nie odwracaj się z gniewem ode mnie!
Komu z nadzieją mam się oddać w opiekę,
Komu ufnie uwierzyć prócz Ciebie, Przeczysta?
Komu skruchę serdeczną pokornie wyrazić,
Komu, łez już nie mając ani też lekarstwa,
Abym mógł odbiec tak złego szatana,
Abym wiecznych męczarni uniknął,
Abym łaski przebaczenia dostąpił,
Abym kiedyś otrzymał szczęśliwość wieczystą?
Raz jeszcze Ciebie z lękiem i miłością wzywam,
Raz jeszcze wołam do Cię głosem wielkim,
Raz jeszcze do Cię przemawiam pokornie,
Raz jeszcze bez nadziei, o Nadziejo Wiernych!
Czy grzeszni mogą dostać przebaczenie?
Czy pokalani otrzymać zmiłowanie?
Czy i nieczyści, czy i odtrąceni,
Czy nienawistni będą wybawieni?
Niechaj nie będą próżne me błagania,
Niechaj przybycie me nie będzie odtrącone,
Niechaj otrzymam nadzieję zbawienia,
Niechaj nie odstąpię wstydem pohańbiony.
Wybaw mnie od śmierci niechybnej, Dziewico!
Wybaw od diabłów plugawych obliczy!
Wybaw od wszelkich męczarni wiecznych!
Wybaw od ognia, i piekła, i Lucyfera!
Anioła pokoju cicho duszę rozłączającego,
Anioła łagodnego racz tedy zesłać, Królowo!
Anioła w ony żywot niebieski wiodącego,
Anioła świetlistego ześlij mi, Najsłodsza.
Życie moje przywiedź ku lepszemu,
Życiem niepohańbionym w niebie mnie obdarz,
Życiem w radości i z nadzieją w Tobie.
Życie mnie przywiedź do żywota wiecznego.
(…………………………………………………………………..)
Tyś, o Pani, całą mą nadzieją,
Tyś ufnością mą oraz schronieniem,
Tyś orędowniczką mą i wybawieniem.
Tyś ostoją mą, ucieczką i obroną.
Dzięki Tobie przebywam pomiędzy dobrymi,
Dzięki Tobie trwam między prawosławnymi,
Dzięki Tobie pośród najprzedniejszych stanę,
Dzięki Tobie owoców ogrodu rajskiego skosztuję.
Tobie wszystkom, Królowo, złożył w opiekę,
Tobie, Dziewico, wszystek się oddałem,
Tobie i opatrzności twej jeno zawierzam,
Tobie, która przed hańbą mnie ustrzeżesz.
Ty opatrznością swą nade mną czuwaj,
Ty zaszczyć mnie udziałem prawych, Błoga!
Ty jeno Synowi swemu mnie polecaj,
Ty z gorzkich mąk wiecznych mnie wybaw.
Oto, wyznanie swoje do Ciebie zanoszę.
Oto, wołanie błagalne przed Cię wylewam.
Oto, słowem pochwalnym sławić się ośmielam.
Oto, co w mocy mojej, daję. Radości moja!
Przyjmij, o Pani, racz wszystko przyjąć.
Przyjmij i nie odtrącaj, i nie okaż wzgardy.
Przyjmij, jakeś Boga naszego przyjęła do łona.
Przyjmij, jak wdowy dwa grosze marne.
Obdarz mnie darem godnym Twej dobroci,
Obdarz mnie łaskawością mego Boga,
Obdarz mnie przebaczeniem i cnót rozkoszą.
Raduj się, bym do Cię zawołał radośnie:
Raduj się, wielkich i małych Królowo!
Raduj się, Najradośniejsza i Najczystsza!
Raduj się, jako że Bóg jest z Tobą!
O, Maryjo Dziewico, oświeć duszę moją,
Pomroczoną okrutnie ziemskimi rozkosze.
Gołąbku Czysty,
Niepokalana Owieczko,
Baranka i Pasterza Matko!
Amen.

Georgi Rakowski

***

Ach, czy zrodzi się w Bułgarii
starych czasów mądry czciciel,
z pęt ciemnoty nas wyzwoli
ten ojczyzny nauczyciel.

Zasłony mroczne odkryje,
zasłony odwiecznej doli,
gdzie nasza przeszłość gnije,
zdradą oddana w niewolę.

Słońce bułgarskie zaświeci
sławą raz światu daną,
pradziadów czyny święte
trwałą ostoją się staną.

Dobri Czintułow

Wiatr zawodzi, Bałkan huczy,
junak sam na koniu
trąbką wzywa swoich braci:
Hej, wszyscy do broni!

Czas już, bracia, i co żywo
ze snu przebudzeni,
zrzućcie pęta i kajdany.
Hej, wszyscy do broni!

Kto ma jeszcze mężne serce
i bułgarskie nosi imię,
niech przypasze cienką szablę,
sztandar niech rozwinie!

Najden Gerow

Dedykacja

Nie potom uwił bukiet kwiecia,
by twą urodę nim umaić
i drzwi otworzyć twego serca
tym starym ludu obyczajem.

W miłości swej natchniony wielce,
w duszy sadzałem cię na tronie
i oto ślę ci z głębi serca
tę smętną pieśń w pokłonie.

Zwróć na mnie swoje oczy jasne,
serce łaskawe ku mnie skłoń
i niech nas złączy pieśń radosna
w drodze ku szczęśliwości dniom!

Petko R. Sławejkow

Leniwie nam czas upływa

Leniwie nam czas upływa;
w mijaniu życia kolej…
Dojrzewa już młódź urodziwa
z nadzieją przyszłości nowej.
Nas zmogły losu niedole –
wy trwajcie biedom na przekór…
Znużenie podcięło wolę,
żywi – niech stawią opór.

Wstydu nie ma, kto się żali,
Że intruzem w świecie jest –
Chwała temu, kto wytrwale
Umie z bronią w ręku stać.
Czemu starzy nie sprostali,
młodzi dotrzymają kroku…
Znużenie podcięło wolę,
żywi – niech stawią opór.

Jakże mi śpiewać

Jakże mi śpiewać. I któż śpiewać raczy
w tych czasach, które wielki smutek znaczy!
Jakże mi śpiewać pieśń minionej chwały
tam, gdzie dziś żywot toczy się ospały?
Jakże mi sławić dawną mądrość, dostatki,
tam, gdzie dziś marne jeno ich ostatki?
Śpiewałbym ja pięknie i wiersze bym składał,
ale komu? Milknie ma lutnia nierada,
skoro nie ma kto słuchać, pojmować,
co ja śpiewam, co na lutniej wygrywam?
– Kiedy piewca za trud nie ma nagrody,
Pieśń umiera i fantazja zawodzi.

O, próżny starych wspomnień wysiłek,
by uczynić pieśni moje przemiłe.
Już o pieśni dawna przeszłość nie pyta,
teraźniejszość – woli lutnię rozbitą…
Zapomnieli pieśni chwały potomni:
godni pieśni dawno w sławie pomarli,
żywi – zda się nie żyją, tako marni,
nieczuli, obojętni, nikczemni…
– Naród głuchy, niewzruszony na pieśni,
w niepamięci żyć będzie, umrze w pleśni.

Któż ma słuchać? Śpiewy moje smutne,
czas zawiesić swoją niemą lutnię
gdzieś w bezwodnych, pustynnych dolinach,
na bezpańskich, cierniowych krzewinach…
Niechaj wiatr jej strunami potrąca,
niech dobywa głos skargi bez końca,
aż narodzi się z sercem gorętszym
naród nowy i czas pieśni godniejszy.

Wygasła ma zawziętość

Rzekłem sobie: dość próżnej żałości
nad ciężkim losem narodu mego!
Zawzięty, nie miałem dlań litości:
„Niech cierpi – słońce nie dla ślepego!”

Bo naród taki niegodzien żyć inaczej
jak jeno w jarzmie, cierpieniu i biedzie.
Ten naród ciemny, sługa głupi, śpiący woj,
nagrody chce za życie, które wiedzie?

Za takie życie, w ziewnięciu żałosnym,
co wlecze się daremnie dzień za dniem,
jarzmo dlań było odkupieniem znośnym,
odzewu nie znalazło, nie wzruszyło mnie…

Lecz słysząc, matko, jakeś umierała
nękana i prześladowana za mój grzech,
pojąłem przecie, jak niewinnie żeś cierpiała
za to, żem twych synem. Bo czyż nie?

Myślałem o niebodze mej nieszczęsnej,
co czyni z dziećmi wyklętymi z życia,
bez ciebie i beze mnie, w morzu nieszczęść,
jak cierpi pośród serc nieczułych skrycie!

I w śmierci twej, i w mej udręce
odkryłem, co jest jarzmem twego ludu –
i stare rany jęły jątrzyć serce
niespełnionego oczekując cudu.

Wygasła ma zawziętość w bolesnej rozpaczy,
oczy łez pełne, przeklęły złość mą usta –
złość, która czyny bezmyślnością znaczy:
bo dumnym i zawziętym być, rzecz prosta.

Przekląłem tych, co godni są przekleństwa,
co wstyd, sumienie wdeptali w błoto ziemi,
sprawców wszelkiego u nas bezeceństwa,
a z nimi wraz przekląłem także siebie.

I jąłem słuchać… z bliska i z daleka
ten tylko głos dobiega: „Ratuj, ginę!”
Westchnąłem, poznawszy głos człowieka:
„Gdzie Bóg? Czy Bóg nie widzi? Nie widzi?…”

Epilog

Tak czuję ja, i widzę cień,
zmęczony uporczywą walką –
życia mojego jasny dzień
wchodzi w godzinę ostatnią.

Przeszłości dawnej żywy świat
w myślach pociechę niesie –
tęsknie o wiośnie marzy kwiat,
gdy skwar okrutny rośnie.

Ciąży mi świat i ja ciężarem
Jestem mu; jak żyć mam, mów…
Przebyte szlaki obranych dróg,
Wyschnięte źródła wielkich słów.

Konstantin Miładinow

Tęsknota za południem

Niechby mi orlich skrzydeł przybyło,
poleciałbym ja nad stronę miłą!
Odwiedzić pola tak serce drogie,
Stambuł obaczyć, Kukusz pozdrowić,
zoczyć, czy słońce także i tam
ponuro świeci jako i wam.

Jeśli jak ongiś mnie słońce przywita,
jeśli znów mroczne na niebie zaświta,
w drogę daleką ruszę ile mocy,
gdzieś w inne strony dalekiej północy,
gdzie słońce jasno w niebie zaświeci,
gdzie rój gwiazdeczek niebo wyzłoci.

Tutaj ponuro i mrok mnie otacza,
mgła ciemna ziemię przesłania oczom;
mrozy i śniegi, złe wiatru wieją,
fujawy biegną dziką zawieją,
mgły wkoło gęste i zimno ziemskie,
mróz piersi skuwa i myśli ciężkie.

Nie, dłużej nie mogę już tutaj usiedzieć,
nie, dłużej nie mogę w zimnej żyć biedzie!
Niechby mi skrzydeł lotnych przybyło,
poleciałbym ja nad stronę miłą,
odwiedzić pola tak sercu drogie,
obaczyć Ochryd, Strugę pozdrowić.

Jutrzenka duszę tam opromienia,
słońce za lasem szuka schronienia;
tam wszelkich darów natury siła
obficie wokół nie poskąpiła:
widać jezioro, co w dali bieleje
i bystre w wietrze wciąż niebieścieje;
na pola spojrzeć lubo wniesienia,
wszędy bożego krasa stworzenia.

Niechbym tam z serca grał na fujarce,
a kiedy słońce za lasy zajdzie, i ja z nim zajdę.

Stojan Michajłowski

Spóźniona zemsta

Próbuję czasem zgłębić mocą wiedzy,
dlaczego mąż niewinny płacze, a grzeszny triumfuje –
dlaczego bywa tak potężny ten, kto nienawidzi,
a kto potrafi kochać, wnet w jarzmie pokutuje…

Próbuję ja niekiedy sens zgłębić tych tajemnic:
dlaczego mędrzec łachman tylko ma grzbiecie,
a stroje przyodziewa zbrukany krwią nikczemnik –
czemu wieczne jarzmo dźwiga ród człowieczy…

i przypominam sobie, co mówi wiara nasza
o Sądzie Ostatecznym… że w dzień ostatni świata
najwyższy sędzia nad sędziami przybędzie w roli kata

i całą tę dolinę łez przemienić ma w ruinę!…
– Nieszczęśni! W jarzmie niewoli jedno pocieszenie
macie: owo dziwnie dalekie i spóźnione pomszczenie!

Nasi luminarze

Profesorowie – społeczność takie dała im przezwisko,
profesorowie wszelkich nauk oraz sztuki,
wszechwiedzy – i niewiedzy – w todze uroczystej;
a także Kolumbowie jakiejś tam azbuki…

Ci ludzie wiedzą, co to rozum i sumienie podług Kanta –
potrafią w wieńce stroić łajdaków i opryszków,
a także zwinnie pełzać – zaś inne ich talenta
to trwanie w równowadze pod gradem policzków.

Ci ludzie wiedzą, co to moc i siła, za Spinozą
autorów starożytnych cytują wierszem oraz prozą –
i kąsać też umieją – od tyłu i z ukrycia…

Ci ludzie wiedza, co to duch i wola podług Locke’a,
i gdyby podłość na tym świecie nie była odkryta,
odkryliby ją – tak wielka jest ich mądrość i głęboka.

Wracając z pogrzebu

Nie są zmarłymi ci, których
na marach niesiemy w żałobie –
ani też ci, którym nie dane już
oglądać ziemi w słońca ozdobie…

Umarli to są ci, co wiodą
swe życie w okowach sromych,
ci, w których duszach nie tli się
żar wiary niewzruszonej.

O, ich sadyba bardziej mroczna jest
i duszna niźli trumna umarłego;
niźli marmuru płyta kryjąca grobowiec –
noce zimniejsze od dnia najzimniejszego.

Nieszczęśni, żują, jakoby nie żyli,
zaślepieni obrazem ponurym,
jakby się w górze nad nimi rozścielił
złowrogi cień grobowej tui.

Robaki cmentarne, czymże wy
wobec rozpaczy strasznej, która
wiecznie, bezlitośnie i bez przerwy
żywemu serce zżera?

Lutrze! Tyś wyrzekł słowa wielkie,
przechodząc kiedyś pośród grobów:
„N i e m ó w c i e: Umarł! – o u m a r ł y m –
T o t y l k o s m u t e k j e g o u m a r ł!”

Śródnocne rozpamiętywanie

Już północ. Pora ułożyc się do snu.
Pomyśl chwilę – co z sobą przyniósł
miniony dzień… Lichwiarz zdarł skórę,
pokąsał wściekły w szmatławcu pies.

Nazwał mnie stary partyjny trybun
„człowiekiem krnąbrnym, gadułą czczym”,
mowę o wolnym duchu miałem, więc dworak jeden
plugawość stwierdził w języku mym.

Wysocy dygnitarze nie taili złości,
bom chciał w umysłach siać niepokój…
…Zgaszę już świecę! Marzenia o nowej
ludzkości, ześlijcie mi błogi spokój!

Bóg wysoko, car daleko

1.
Bożeczku, Boże,
ty mi nie dawaj
uciech haremu,
seraju sławy.

Nie dawaj ty mi
pękatej kiesy,
konia rączego,
w winie uciechy.

Nie dawaj ty mi
owsa, pszenicy –
żony rozumnej
i krasawicy.

A daj mi, Boże,
raba cierpliwość,
bawolą daj mi
niepopędliwość.

Bym złość mógł ścierpieć
bez urazy,
bym podłość znosił
bez odrazy!

2.
Carze, mój carze,
nie dawaj ty mi
dostojeństw w państwa
carskiej świątyni.

Nie dawaj ty mi,
carze nadobny,
ni szat, ni władzy,
co złotem zdobne.

Nie dawaj ty mi
sutej zapłaty,
sług i niewolnic,
pysznych pałacy.

Nie dawaj, carze,
daj miłościwie
jakąś daleką,
dziką pustynię.

Bym nie doświadczał
ludzkiej podłości,
bym nie oglądał
ziemskich marności!

3.
Prośba daremna!
odzewu nie ma!
Bóg nie wysłuchał
i car oniemiał.

Bóg za wysoko,
a car – daleko…
Głuche ich uszy,
ślepe ich oko!

Poezja myśli

Przybywaj, przybądź, bym w mowie wiązanej
dał ci, poezjo myśli, cudne pomieszkanie!
Niechaj złaknieni cielesnych rozkoszy,
poznają piękno, które rozum nosi!

I niechaj ci, co sycą swoje rytmy
rzężeniem namiętności wybujałej,
ujrzą, ile mocy jest i światłości
w prostocie Sokratesa wiecznotrwałej.

Varia

*
Chcąc bohaterem sławnym być –
poetą czynu zostań!
A chcąc poetą sławnym być –
herosem słowa zostań!

*
Jak odróżnić, kto sędziowie, a kto kaci –
skoro jednako są nielitościwi?
Okrutnym być w sprawiedliwości? – znaczy
być niesprawiedliwie sprawiedliwym.

*
Rozum tylko tym się wzbogaca, co przyswaja,
serce zaś wzbogaca się tym, co rozdaje.

*
Niewolnik wyzwolony –
Sięgnąwszy władzy, tyranem bywa rozwścieczonym.

*
Potęga, nauka, talent, geniusz –
niedorzeczne słów wyliczanie!…
Bóg nie raz wiedzę mocy pozbawia
i bywa, że sile wiedzy nie staje,
i jeno sercu dane przyzwolenie
miłość swą szerzyć nieskończenie.

Lama Sabachtani!

Ciąży mi, Boże, okrutny krzyż życia…
Duszę osacza czarny smutek, ginę…
I widzę cię na wyżyn twej Golgocie,
twe słowa szepcę w ostatniej godzinie…

Wśród tłumu żyłem sam – nierozumiany.
Co we mnie piękne i co dobre było,
rozdałem. Mało tego – duszę ograbili,
zostało jeno czarnej męki ziarno.

Posiałem miłość, zebrałem wstyd i żałość.
Porzucam już jarmarczną świata małość
i w tobie poszukuję schronu…

Tak jastrząb strzału celnego trafieniem
powalon, w samotni szuka ukojenia
wpatrzony w oko nieboskłonu.

Pejo Jaworow

Pieśni hajduckie

I.
Dzień w dzień – w gęstwie mrok się czai,
noc w noc – ścieżki niewiadome;
Nie mam ojca ani matki –
ojca do łajania,
matki od szlochania…
Oj, ty góro,
Pirinie-olbrzymie!
Hej, mój czarny smutku
w carogrodzkim winie.

Z wrogiem wrogo – miarą podług miary,
z błogim błogo – nie poskąpię wiary;
nie mam brata ni siostrzycy –
brata, by pochwalił,
siostry, co użali.
Oj, ty moja,
ty cięta szablico!
Hej, odryńska
luta śliwowico.

Bogu boskie – niech sobie wiekuje,
Car ma carstwo – wiecznie li króluje?
Nie mam miłej, kochaneczki,
by na mnie czekała,
by po mnie płakała…
Oj, ty strzelbo,
ognista rózeczko!
Hej, strzelista,
soluńska dzieweczko.

IV.
Sen wyśniłem, oj, nierad ość,
oj, przeklęta młodość,
grób w pustkowiu, grób sierocy
gdzie gęsta gęstwina.

A na grobie, oj, nieradość,
oj, przeklęta młodość,
krzyż bukowy – krzyż junacki,
na krzyżu ptaszyna.

Z rana ptaszę, oj, nieradość,
oj, prz3eklęta młodość,
śpiewa rzewnie, opłakuje
sierocą niedolę.

A wieczorem, oj, nieradość,
oj, przeklęta młodość,
śpiewa rzewnie, wyśpiewuje
junacką swawolę.

Sen wyśniłem, oj, nierad ość,
oj, przeklęta młodość,
sen wyśniłem, sen proroczy,
śniłem o grobowej nocy.

Prześliczne twoje oczy

Prześliczne twoje oczy. Dusza dziecka płocha.
W dwojgu prześlicznych oczach – muzyka – promienie.
Nie pragną i nie obiecują kochać…
Dusza ma błaganiem,
dziecko,
dusza ma błaganiem!
Niemoc i pożądanie
jutro zarzucą na nie
zasłonę wstydu i grzechu.
Zasłony wstydu i grzechu
nie zarzucą na nie
niemoc i pożądanie.
Dusza ma błaganiem,
dziecko,
dusza ma błaganiem…
Nie pragną i nie obiecują kochać! –
Prześliczne twoje oczy. Muzyka. Promienie
w dwojgu prześlicznych oczach. Dusza dziecka płocha.

Ja cierpię

Ja cierpię. I w samoudręce – w trudzie,
i w samozagładzie – w spokoju –
w ziemskiego bytowania znoju,
i w marzę nieziemskich chłodzie –
gdy padam, gdy do lotu ruszam,
cierpi ma dusza.

Gdy się podnoszę – wznoszę, pode mną
przepastna otchłań zionie;
a kiedy spadam znów w przepaści ciemność,
dusza ma pragnie jasności nieskończonej.
To w przód, to w tył – nie znam już pokoju…
Jam wiecznym niepokojem.

I cierpię. Wyrzekłem się
radości życia. Cierpi moja dusza
w niebie jasnym – w mroku piekła,
dokądkolwiek ruszam
cierpi ma dusza.
I szukam. I życie w cierpieniu zmarniało,
w szukaniu – jakby mi cierpień wciąż było mało.

Do Łory

Dusza moja jękiem. Dusza ma wołaniem.
Bo jako ptak w swym locie ustrzelona:
śmiertelnie dusza ma zraniona,
śmiertelnie zraniona kochaniem.
Dusza moja jękiem. Dusza ma wołaniem.
Powiedzcie mi, co znaczą miłość i rozłąka?
A ja rzec mogę: jest piekło i udręka –
i w udręce kochanie!

Miraże takie bliskie – droga do nich wielka.
Dziwnie beztroskie są życia radości
w ślepej i żądnej młodości,
ciała omdlałość i zwiewna mgiełka.
Miraże takie bliskie – droga do nich wielka:
Bo oto nagle w blasku swym ożywa,
ożywa, lecz nie słyszy, kto woła, kto przyzywa –
ona – ucieleśnionej zjawy mgiełka!…

Kocham cię

Kocham cię – zwiewnie bezcielesną, młodą,
niczym anioła błogi sen,
i jesteś snem wróżącym cichą radość
na krętej drodze mej,
i pierwszy raz wyznaniem w sercu woła
dobro i grzech,
i oto dzień – i głuchy mrok dokoła.

Kocham cię, gdy płyniesz tak w półmroku
swego niepoczętego dnia,
że tyś jest Nią! – że na cię czeka
dusza jasności twej spragniona,
i błądzę w mgieł bezkresnym oceanie
w twój obraz zapatrzony,
i oto – sięgnąłem już otchłani.

Kocham cię, kiedy się uśmiechasz – uległa
wobec bezlitosnego losu,
i nikt nie słyszy – łódź w dal pobiegła –
ostrzegawczego głosu,
i nie powstrzyma mnie (bo kocham szczerze!)
ni prośba, ni ból ciosu –
bym siebie i ciebie nie złożył w ofierze…

Przyjdziesz w bieli

Przyjdziesz w bieli – z gałązką oliwną
niby anioł w śnieżnej szacie…
Dziś myślę: świat przegniły złem
nie jest, jeśli on twoją ojczyzną.
I spragniony wiecznego przymierza,
zwątpieniu – nie zawierzam.

I ufny wyciągam ramiona,
wpatrzony w ukochane twe oczy.
i cichy, gdy mnie jasność zauroczy,
spiję jak nektar świetliste promienie.
i wtedy znów odwrócę się olśniony,
by ujrzeć świat rozpromieniony.

I niechaj on ruiną się okaże!
(Czyż raz się potykałem o ruiny
zbłąkany w mroku wymarłej krainy?)
ale i wtedy ze skorup i marzeń
świat nowy mocą serca uczynię
dla nas dwojga – i świat, i świątynię.

A ty umierałaś…
Dzień rodził się w zgiełku, a ty –
a ty umierałaś: on w zwiewnych szatach
przedrannej mgiełki,
ty w wonnych nadziejach
niewinnego ciała. Ty, sama
w świecie, w duszy mej – umierałaś złamana,
dlaczego? – Umierałaś, bo zostałaś zrodzona.

Dusza łkała; struna
napięta nad tobą w oczekiwaniu,
Łkała – jedyna –
czekała – jedyna – by znów cię pogrzebać.
Pod twym oddechem napięta struna,
dusza łkała tak mile, czekała tak
tkliwie, chciała i ciebie,
chciała i siebie, poślubiwszy ciebie, martwą pogrzebać.

Rodził się dzień: ostatni raz
widziałem dzień; nie zgrozę nieobjętą
za dnia beztroskim obrazem,
lecz dzień bezchmurnie wypiękniony,
toczący się odwiecznej drogi koleją…
Dusza łkała tak mile, czekała tak
tkliwie, chciała i ciebie,
chciała i siebie, poślubiwszy ciebie, martwą pogrzebać.

Cienie

Ciemnej nocy pora. Widzę najwyraźniej
dwa ciemne cienie: tam, za białą zasłoną,
gdzie lampa płonie, w światła promieniu
dwa nocy cienie… Jeden przed drugim,
jeden za drugim w pragnieniu i bezsile,
tam – cień mężczyzny i cień kobiety stoją.

Z trudem głowa ku głowie się chyli –
Coś powiedzieli: pragną i nie mogą.
A może szepcą – czegóż by się bali?
Z wysiłku drżąc, ręce ku rękom biegną
I znów się nie spotkały. Pragną i nie mogą…
I znów niezmiennie przed sobą i za sobą stoją.

Być może szepcą, a może wołają,
być może krzyczą – lecz nie usłyszą się wzajem,
dwa nocy cienie, w takim światła płomieniu…
Ani się usłyszą, ani się spotkają,
przed sobą i za sobą w pragnieniu i bezsile,
wciąż – cień mężczyzny i cień kobiety stoją!

Geo Milew

Luty
Tysiące kominów fabrycznych zaciskają lazurowy widnokręgu krąg. A czarne smoki – z iskier i sadzy – rozwiewają ogromne rozczochrane skrzydła nad szarymi przedmieściami.
Gdzie lazurowy uśmiech Boga? Świat jest bez nieba. Świat jest bez miłości…
Złość. Nienawiść. Pod czarnymi skrzydłami gniewnych smoków z iskier i sadzy. Bezlitosne morderstwo lazuru.
A wieczorem, gdy tysiące syren ślą straszne wycie daleko ku czarnym polom – o, czarne ręce trudu, drżące ze złości i nienawiści…
O, gniewna pieśni czarnych rąk!
Otwórzcie lazurowy widnokręgu krąg! Oddajcie nam niebo.
Niebo! Niebo! Niebo!

Wezwanie

Bij! Bij! Bij! –
bębnij
grzmij
dzwoń
– budź!
Wybuchnij wśród wiru trwogi, serce żywiołu!
Szalonymi rękami rzucaj w serca, w głowy
głownie zachwytu
bomby buntu
purpurowe kule zamętu
– szalone księżyce i słońca!
Zmartwychwstań jaśniejący w wielkim dniu
człowieka.
Łazarzu, powstań!

Apokalipsa
(fragmenty)

Marzenie wyrosło przed nami z przeraźliwą twarzą meduzy.
Huragan jesienny uderzył o ściany deszczem, liśćmi i szarym gradem. We krwi brodziły paradnie maszerujące buty. Zadzwoniły szable, uderzone o czerwone czaszki. Granaty wybuchły wśród niezżętych zbóż. Wzdłuż tonących w błocie dróg wyrosły nieme szubienice. W oddali – płonące wsie.
Szalone przebudzenie.
Noc zapadła czarna jak grobowa płyta. Pole ucichło rozpostarte szeroko – usiane stożkami świeżej ziemi. Bez krzyży
Niskie topole splatają nagie gałęzie.
Rozbłysnął projektor i rzucił na ciemny ekran nieba portret premiera.
Sumienie zaklaskało złowieszczo.

Bądź gotowy!

Towarzyszu, czekaj tylko na sygnał!
Teraz możesz już stanąć:
zatrzymaj maszyny, zgaś rozpalony piec;
niech opustoszeją zakłady, magazyny,
warsztaty, fabryki, dworce, garaże:
towarzyszu, czekaj tylko na sygnał!
I na zegar patrz uważnie,
kiedy wskazówka pokaże
XII.
Wtedy
– tego dnia –
oddaj się
– cały i płomienny –
płomienny, wielkiej prawdzie:
stań z siekierą, parabellum, karabinem
– cały płomienny –
gdy nadejdzie dzień gniewu.

Wrzesień
(fragment)

I
Jesień
pobiegła
dziko targana
piskiem, wichrem i nocą.
Burza stoczyła się
po mrocznych szczytach
– mrok i blaski
i stado kraczących kruków –
krwawy pot
wystąpił na grzbiet ziemi.
W grozie i strachu skuliły się
każda chata i dom.
P o g r o m!
Grzmot
przebił sklepienia niebieskiego dno.

II
Wtedy nastała
rzecz straszna:
wściekle rozkołysany
uderzył w duszach trwożny dzwon
– dzwoni, bije, grzmi…
Noc zstąpiła tak nisko –
głucho i okrutnie zamknięta
ze wszystkich stron.
Śmierć
– krwawa wiedźma wciśnięta
w każdy mroku kąt –
zapiszczała,
i oto porywa
pośród nocy wzdłuż i wszerz:
swoimi suchymi łapskami
– długimi, nieskończonymi –
chwyta i ściska
za każdą ścianą
po jednym przerażonym sercu.
O, nocy bezimiennych tajemnic!
– tych jawnych, tych tajemnych:
place raz jeszcze karminem skrwawione.
Krzyki śmiertelne w podciętym gardle tłumione.
Łańcuchów złowieszczy dźwięk.
Więzienia pełne ludzi.
Na dziedzińcach
koszar i więzień
salw komenderowanych jęk.
Drzwi zaryglowane.
Łomocą ponurzy goście.
Syn z rewolwerem w ręku
leży martwy na progu.
Ojciec powieszony.
Siostra zbezczeszczona.
Ze wsi porwani chłopi,
za nimi – żołnierze:
ponury konwój.
Niechaj zostaną rozstrzelani:
Komenda: stój!
„Ognia!” –
Zaterkotały karabiny:
Ku –
Klux –
Klan –
salwa
– jęk.
Z brzegu
dziesięć trupów
chlupnęło ciężko
w martwe, mętne wody Maricy.
Porwała je skrwawiona
żałobna, ojczysta rzeka.
Orkiestra wojskowa gdzieś daleko
na opustoszałych ulicach
grała
„Szumi Marica”…
Skrwawiona…
W stratowanych niwach
cierniowych
pośród ostów i wysokich traw
toczą się czerwone głowy
o pociętych, oszpeconych twarzach.
Szubienice rozpostarły czarne ramiona
(przywidzenia w martwej mgle).
Rozlega się nieustannie straszny marsz siekiery
uderzającej o kość. Płonące wsie
Oświetlają daleko ziemi krąg.
Popłynęły wody.
Zapłonęły stosów kłody,
świętokradzkim językiem oblizały
święte podnóże
bożego tronu.
Żywego mięsa rozniosła się woń.
Przerażeni w wysokim niebie
wydali okrzyk
błogosławieni mieszkańcy raju
– Bogu okrutna Hosanna –

Kres.

Ustał huragan,
wicher
ustąpił nareszcie:
spokój
i cisza
nastały
w całym
kraju.
Krwawa uczta bogów.

Nikołaj Marangozow

Pierwsza wiosna

O, dziś –
Coś na czasie,
Ku czemu
Oczy nowo poczętych
wznoszą latawce admiracji:

słoń słońca!
Oto:
powoli,
ociężałym krokiem,
przystępuje
po wyjściu
z dżungli
elizejskich
lasów,
teraz kroczy,
wygina
blachę
błękitnego nieba,
pełną trąbą pije
z wymion
deszczowych obłoków
i obficie
polewa nas
płynnym złotem;

o, wesoła słoneczna kąpieli duszy!
Poranne pociągi wesołości
wiozą ku przedmieściom
rozkwaterowaną nudę na wywczasy –
na stacjach i stacyjkach
defiladowo
salutują
słupy
telegraficzne –
pola
i lasy
defilują
w takt triumfalnej
mszy wiosennej;
kolonie dzieci
kolonizują polany poziomek;
stada samolotów
unoszą młodożeńców
w podróże poślubne –
duży procent ślubujących
bałwochwalstwo –
idą w górę akcje słońca!

W tej fatalnej chwili
samobójca
spostrzega rewolwer z czekolady –
i go zjada –
z zachwytu
bohater dosiada Pegaza
i cwałuje na nim
ku Drodze Mlecznej…

Lato

Słoneczne.
Maluje gdzieś w raju.
Łabędzie płyną w milczeniu.
Nie czekam na ich śpiew
w takich chwilach:
o. Dobra Nowino
niebieskości. Białości. Złocistości.
Nie widzę pełnego spektrum barw.
Opium nie trzeba.
Wszak widzieliśmy płaskość?
Drzewa kołyszą soczyste owoce.
Niebo – złoty owoc słońca.
Chwila topi tę słodycz
w moich ustach.
Chciałoby się śnić
o Drodze Mlecznej.
Płynąć rzekami zachodu, co niosą moją krew przelaną –
niegdyś na polach bitewnych nieba.
O, któż przypomni?
Ten, kto dyktuje mi epitafium?
Łamię swoje pióro.
Słoneczne.

Zima

Zielony zimowy bezgwiezdny błękit.
Mróz.
Żelazny.
Na szybach
wazony,
rozkwitają
hiacynty i róże,
w łożysku ziemi
ziarno wzywające
i żmije śpiące w swych łożach.
Potwory posyłające pozdrowienia
poprzez potworne półmroki.
Szybka jazda witeziów
w cukrzanych pancerzach.
O, zlodowaciałe jazy
zachwycającej roztoki!
Nad pustymi zlewiskami jezior
brązowe łzy zachodu.
Moim znużonym źrenicom
zima ukazuje zwiewny znak beznadziei.
O, rezygnacjo!
O, dźwięku bliskiego groźnego zewu!
O, nierozerwalna więzi współdźwięczności:
ja i zima…

Zwierciadło w stylu rokoko

Kiedy mój język
Pieszczotliwie przeżuwa
o, Milkschokolade:
każdy dzień jest
widokówką z pozdrowieniami
i płaczliwym, i miłosnym poetą
o, bynajmniej nie naiwnym
i nudnym!
A każda kobieta jest
madame
lub Ylajali,
a jej spojrzenie
kluczem do raju.
I marzeniem są
podróże Byrona:
gorzkimi żalami
za czasami
bohaterów!

A w zwierciadle wciąż
Moja twarz jest
Paterą świeżo zerwanych owoców
I wciąż
Moje meble
Uśmiechają się w stylu rokoko –
jestem więc
galijskim kogutem tańczącym
kokoko kokoko kokoko
i noc jest za oknem
w cienkim księżycowym Cricot
a księżyc
to żadne – przykładowo – oko –
zoperowane
lub szczerbaty monokl
lub czerep chorego
na łysienie – lecz po prostu
„zaczarowany księżyc”
pod którym stoją pary
śpiewające w sentymentalnym duecie:
zakochani!
Ale jam też bohaterem:
pewna patronka pensjonatu
raportuje wiernopoddaństwo
Morfeuszowi –
Kapitańska córka Puszkina
to moja ukochana dziewczyna –
jej podarowałem album wierszy
a ona zaśpiewała mi razy trzysta
pieśń
trilalalim!
O, puchowa poduszeczko wspomnień!

Łamar

Poemat

Batalion!
Batalion!
Bataliony!
Krupposchneidery! –
Trupy
w zielonych błotach złowonnych,
na chimerycznych granicach,
gdzie człowiek z ulgą kładzie
kości zbolałe i ciężki plecak,
syty już błota
sucharów
popiołu
i przekleństw feldfebla!…
———————————————
Pamiętam, kiedyś
wracaliśmy
z pola
z ojcem
i matką
boso,
na drzwiach naszego domu
zastaliśmy pieczęć z wosku.

Matka
zrzuciła kądziel z krężla
i krzyczy w obejściu przestronnym:
– Pójdźcie! niech słyszą wilki i ludzie!
zrobię z niej supły i węzły,
zetrę jak chebd i pokrzywę! –

Teraz rozumiem,
przyszedł tam wtedy poborca,
by ojcu zabrać ziarno ze skrzyni:
(matka wołała: idzie zaborca)
– Płać swą daninę, baj Marinie! –
Siedem lat długich minęło!
Ojca zrobili żołnierzem.
I mnie bagnet dali, a jakże,
bym życie oddał w ofierze…

Batalion!
Batalion!
Bataliony!

Huraa! – ile ognia wypluły serca!
ile miedzi, żelaza zasialiśmy w bruzdy!
łój w nas się stopił, zgarbiły plecy,
lecz hojna ręka wręczyła nam krzyże.

Dusze nam wzięto na paszę,
o, dusze bezkresnych taborów! –
koń i wół przeorały kopytem
ziemię – koleinami wozów.
Na statkach stalowych płynęli ludzie
na morza, na tundry i lądy,
zasklepił się duszny przestwór nieba
i głodu nóż nas dosięgnął.

Pożarliśmy zboża stuletni zapas
i nie masz żelaza na lemiesz,
lecz dalej nie przestają pytać
o konia i ciepła derkę na wierzch.

Wróciliśmy do wsi krwawi,
przeklęliśmy świat i tułanie,
poborca był jednak pierwszy:
– Płać swą daninę, baj Marinie!

Hajducy

Moi bracia
junacy
w czarnych powici
powiciach!
Białogrzywy Bałkan śpiewa –
powstańcie
powstańcie
junacy!
Ran w duszach wolność nie koi:
pijemy, lecz śpiew niewesoły;
w żale stare wplatamy
bułgarskie pieśni stare:
Lesie, mój lesie,
mój bracie!
Liściu zielony
bukowy!
Ptak czarny w dali zakrakał –
niewiasty wdziały strój wdowi!
Moi bracia
junacy
w czarnych powici
powiciach!
Białogrzywy Bałkan śpiewa –
powstańcie
powstańcie
junacy!
Tabuny spieniły
Dunaj – :
żywiołem był
bunt
oszalały.
Burza
i ogień
i bunt
przeciw carowi i Bogu,
hajducy!
Stare i posiwiałe są góry,
płacze osierocona dziatwa!
okowy i jarzmo rwać przyjdzie
krzemieniem i berdankami.
Żniwo szaleje na polach,
nie ma kto sierpem machać!
susza spękała ziemię
i żebrze o chleb biedota.
Lesie, mój lesie,
mój bracie!
Liściu zielony
bukowy!
Ptak czarny w dali zakrakał –
niewiasty wdziały strój wdowi!

Stary list

Dość już się żyło i zna się
szał i heroizm ulicy; –
odzieramy kozę ze skóry
bez krzty litości!

Chodź tu, stary ogrodniku
w portkach zakasanych po tyłek,
a przekonasz się – poborcy
zborgowali ci długi, pożyjesz! –

Żyjemy jak drzewa iglaste: –
pysk czerwieniej nam z zimnie
i Bóg nas wzywa imiennie
w te śnieżne dni i godziny.

Jak renifery w śnieg brniemy
i drzewa trzaskają od mrozu;
mały kryształek rozbłysnął
z tyłu buta za nami.

Myśliwi, jak ciernie zielone,
z herbami pałaców i zamków,
z chartami ciętymi przy nogach,
zbolałe szpikują nam serca.

Staniemy na szczytach, w górze,
gdzie zimą mrą kuropatwy,
i dożyjemy lat wielu,
gdy inne życie rozkwitnie.

Pieśni

I
Niech biją bębny w wąwozach,
niech pęknie fujarki gardło!
Hadżi Minczo nigdy nie wróci,
hajdawerów złotem nie napełni.

Inna pieśń zaległa w narodzie –
przy ogniu w łańcuchy skowana,
tylko nocą się niesie przez pola
niczym wiatr, i niczym legenda.

Leci hyżo przez knieje, ugory,
przez kominy i furty się wdziera,
budzi ze snu serca zgnębione
męką ciężką, zgryzotą niewoli.

Znają pieśń tę nasi dziadowie,
zżebraczeni niewolą, daniną –
dzieci na świat z nią przychodzą
jak jagnięta rześkie i młode.

Ona przetrwa przez długie lata
w dzieciach wszystkich pokoleń –
aż rozpadnie się wszechświat
mocą wolności spełnionej.

II
Zbierzcie okiełznaną werwę
Na mityngu i na strajkach,
By przestwór przebić na wylot
Swą pieśnią, tkacze smagli!

U wrzeciona śpiewają dwie panny,
że kamieniarz złamał im serca,
i czółenka ptakom podobne
ulatują przed szczękiem naszym…

Nad biednym przedmieściem zmierzcha
i mgła wytłumia odgłosy;
zbierzcie wszystkie siły do marszu,
pieśni bólu wykrzyczcie w niebiosy!

U wrzeciona dwie panny płaczą,
kamieniarza wsadzili do turmy,
a młot jego – ptak na skale –
martwym okiem patrzy w chmury.

Poezja bez dna

Czym była – czułością naszą!
Dzieci uczą się geografii,
a ja – jak epitafium
przy jej korycie bezbrzeżnym.

Mydło wypełnia morze
cichego naszego szczęścia;
od sody dudni nam serce
niczym spłoszonej jaskółce.

Przybądźcie, lata cierniowe,
a powiem wam, kim jestem!
z parabellum rozstrzelam,
na strzępy was rozerwę.

Kto wysłannikiem Boga –
lirykiem – niechaj drze szaty:
agitatorze na placach i w izbach,
przybądź, ogłoszę: – Tyś Bogiem!

Wystarczy zmrużyć oczy –
grosz cię ogrzeje do rana,
lecz grzbiet nie stanie się wolny
od poszturchiwania.

Czułe te lata cierniowe –
jastrząb spada na wołu: –
jest jeszcze, babo, dno
pod żerdzią i pod powałą!

Awiator

Jak wiatr – zły wiatr –
– awiator,
na skrzydłach wiatru
w czeluściach świata
– awiator,
w gwiezdnej bezdni
z motorem żelaznym
O, awiatorze! –

rze – w przestworza
gó pnij się
rze – ku ponad ludźmi
gó z milionową
rze – ku szybkością
gó mewo
ku uskrzydlona
motorem! –

Wypijaj Dunaj, Morze Czarne! –
Bałkan wieczerza, z burzą –
rzeki ssą piersi jego jędrne…

śpiewają ludzie czy płaczą? –
oby żniwa nadeszły w porę!
Niech długo patrzą do góry
biali żniwiarze w polu,
jak pędzisz, o, awiatorze,
na białej kobyle w przestworza!
ty słyszysz w bolesnej udręce
puls ziemi – motoru serce:
twój ojciec jak żywioł oszalały
ciągnie za sobą na pasie góry.

Do
do
łu – do
do
łu – do
do
łu – w dalekich
rzek łożyskach
i liście rozwiewa
na jeziora, na wzgórza
i ludzkie siedliska…

Nad chatami dojrzewają czereśnie
i lśni już sierść na jagnięciu;
powiedz, czy spotkałeś człowieka
nad zieloną wodą Osmu?

Zawyj ponad pustką pól głuchą,
przetnij rykiem ciszę ich martwą
i przybywaj, i powiedz co rychlej,
czy już czas zacząć złote żniwo…

Jak wiatr –
zły wiatr! –
– awiator!
na skrzydłach wiatru
nad bezdnią i ognia czeluścią! –

Nikołaj Chrełkow

Pogoń

Stara matka tylko zapłacze,
straszny smutek zamknie w swej duszy…
Wyjcie, szare psy, i szczekajcie,
wyjcie, chcę swą rozpacz zagłuszyć!

Życie nigdy mnie nie głaskało,
bym się dzisiaj czuł nieszczęśliwy:
chciałem ścigać je, lecz umykało,
jak umyka zwierz przed myśliwym.

Ustępuję: już zaniecham pogoni.
Czy żałuję, czy jest czego żałować?
W obnażonych gałęziach się modli
wiatr o spokój nad moja głową.

W oznaczonej godzinie mnie strąci
z wysmaganej gałęzi na ziemię
i psia zgraja przyczai się, słysząc
mego konia dalekie rżenie.

To dlatego już kruki tam kraczą –
kraczą, ale ja się nie oddam w niewolę.
Koniu piękny, bułany, skaczmy!
Przeskoczymy wysoko nad grobem.

Ballada o trzech siostrach

Nocą było, czy się stało,
z wyciem wiatru uleciało,
czy czekały do świtania
trzy siostrzyczki – trzy kochania?

Noc spływa
nad wioskę Kryn.
mrok wioskę Kryn
okrywa…

Czarna noc, mrok gęsty wokół
i ogromny, duszny spokój.

Pierwsza – Wrzecionokręciła –
głosem głuchym przemówiła:
– Gdzie dzikie, nieznane strony,
mój miły śmiertelnie raniony!

Noc spływa
nad wioskę Kryn.
mrok wioskę Kryn
okrywa…

Tak kręciła, nie skończyła,
śmierć ją płaszczem otuliła.

Druga – Płótnotkała –
głosem smutnym się ozwała:
– Twego i mego miłego
jeden zabójca pogrzebał!

Noc spływa
nad wioskę Kryn.
mrok wioskę Kryn
okrywa…

Długo tkała, nie dotkała,
Zła gorączka ją złamała.

Trzecia – Kądzielsplatała –
głowę chyląc, wyszeptała:
Gdzie cię, miły, gdzie
okrył śmierci cień?

Noc spływa
nad wioskę Kryn.
mrok wioskę Kryn
okrywa…

Nocą było i się stało,
z wyciem wiatru przyleciało,
jak czekały do świtania
trzy siostrzyczki – trzy kochania?

Noc spływa
nad wioskę Kryn.
mrok wioskę Kryn
okrywa…

Czarna noc, mrok gęsty wokół
i rozdarty krzykiem spokój.

Christo Radewski

Wieczorna chwila

Cicho śpiewa wiatr wieczorny, młody,
i tanecznie igra z wierzby warkoczami.
Liście kukurydzy głuche dają tony,
tak brzęczą szable bitwy odgłosami.

Rzeka pierwotnym językiem wybija
marszowy takt.
Dokąd ona kroczy?
Po niebie czystym w tej wieczornej chwili
dźwięk lekko trąconych czyneli się toczy.

Dyszy śpiewnie ziemia, w jej śpiewnym mroku
Gdzieś coś mnie zda się mamić.
Ulegam mu powoli jak magii uroku
i coraz śpiewniej pędzi krew żyłami.

I razem z krwią tajemne pędzą słowa
i każde z nich melodią ucho pieści.
Oto jest prawda prosta, choć nie nowa,
że pieśń się rodzi z pieśni.

Chwila

Nad nami gwiazdy migocą.
Cisza.
Noc jest jak twe pieszczoty czuła.
i jak w kołysce nas księżyc kołysze
w złocistej sieci, i do snu utula.

Lipy nurzają się w swym rozpachnieniu
i jak koronki ścielą krągłe cienie,
zda się, splecione w wielkim uniesieniu
rąk zakochanych cichym rozmodleniem.
Wszystko tak piękne jest, aż trudno
uwierzyć, że to nie ułuda,
i ten cudowny wieczór, i to,
że będąc tak we dwoje
przeżywamy cuda.

Życie tak mało ludziom nieba przychyla,
lecz dla nas okruch mały przeznaczyło.
Weź, co niesie ci teraz ta chwila,
by nie żałować, że się nie zdarzyła.

Mój wiersz

Nie w mistyce –
gdzieś na Parnasie –
tyś się urodził w zgiełku ulicy.
Tu, gdzie w burzliwych dni naszych czasie,
życie z barykad wzlatuje na szczyty.

Karmię cię czarnym i krwawym trudem,
zaszczepiam miłość do uciśnionych.
Oddychasz chłopskim potem i brudem,
niewinnie patrzysz onieśmielony.

Wierszu kochany, szorstki, uczciwy,
Trwasz utrudzony niczym w okopie,
bądź mężny, twardy, nieustępliwy!
Mścij
ludzkie jęki i nędzy zgryzoty!

Bliskie dni walki i ogień pożogi.
Walcz jak bohater! I jak on zgiń!
W tej świętej sprawie nie zbaczaj z drogi!
Umrzyj, abyś przez przyszłe wieki żył!

Największe zło

Spytano kiedyś pewnego proroka
(to było dawno, w starożytności),
co on uważa na świecie
za zło największe:
zbrodnie, rozpustę,
zdradę czy oszczerstwo?

Zmarszczył wiekowe oblicze
i – jakby na pytanie czekał –
rzekł mądry starzec:
– Władzę w rękach w prostaka!

Mładen Isajew

***

Białe, białe nocy księżycowe.
Żółta jesień. Czarna śmierć.
Nad Ogostą, pod wierzbami,
świeżych krzyży gęsta sieć.

Nocą, nocą. Matki w czerni
idą na brzeg, co do nieba się wspina,
przymierając w bólu niezmiernym
po zabitych zdradziecko synach…

Białe, białe nocy księżycowe.
Żółta jesień. Czarna śmierć…
A na polach nieprzerwany
hord krwiożerczych wściekły bieg…

Czas

Borysowi Angełuszewowi

Nie wiem, czy zdoła zagłuszyć
łoskot nocy w mdłym próchnie lęku
głos udręczonej mej duszy,
to wiem – umierać trzeba bez jęku!

A wy, co po nas przyjdziecie –
czy posądzicie nas o bezduszność,
niczym drzewo skruszone zamiecią
i wichurą niesione w przyszłość?

O, wy, nienarodzone dzieci
czasów jasnych i niebywałych,
co o wieku tym się dowiecie,
w którym serca bić przestawały;

jaka radość, ból jaki i smutek,
jaka miłość i złość nas żywiły,

gdy służbie wierni i ufni w skutek,
każdy ból żeśmy w sobie tłumili…

to prawda, że nasze dusze
nie śpiewają dziś w poematach –
ból, rozpacz i radość wzruszeń
dzisiaj z czasu łoskotem się splata.

Przyszłość

Tak chciałbym na wskroś przejrzeć dale,
by dojrzeć koniec długiej nocy,
w dzieci słonecznej piosnce – fale
chciałbym usłyszeć jasnej wiosny.

Ja wiem, że jeden haust powietrza
i promień twej jasności
ożywia krew dawno zastygłą
w zatrutej, złej ciemności.

Lecz ciągle wielka niewiadoma
przed tobą, przyszłości, ciemnieje…
O tobie pieśni śpiewamy radosne,
lecz czy twój obraz kiedyś zajaśnieje?

A wtedy, gdy rękami promiennymi
zapukasz do naszego zatrutego życia,
może już będę z ustami spękanymi
spał pod bezdusznym błękitem…

Lecz jeśli jednak będzie życie we mnie,
i jeśli kiedyś usłyszę twe przybycie,
ostatni mój wiersz płomienny
poświęcę tobie – przyszłe życie.

Opustoszałe miasto

Tyle w wierszu mym prozaizmów –
Nie dla waszych uszu on kuty;
Lecz słuchajcie:
na ulicach żołdackie buty
naruszają błogi spokój.

W oknach już blask wesoły –
kwiatów i oczu dziecięcych – nie nęci.
Nastały straszne wieczory
Śmierci!

Z domów pustką powiało zimną.
I okna zamknęły oczy.
Idzie noc. I mrok. I syren
trwożne wycie nad miastem się toczy.

I mózg strachem jak lodem skuty.
Z ciemnych kątów ziąb wieje wokół.
I te ciężkie, złowieszcze buty
naruszają wciąż błogi spokój…

Nikoła Wapcarow

Fabryka

Fabryka. Nad nią dymu chmury.
lud prosty,
życie – ciężkie, nudne. –
Życie bez maski i fryzury –
zęby szczerzący wściekły kundel.

I trzeba walczyć z trosk naporem,
i trzeba zmagać się z uporem,
bo z pyska wyrwać trzeba
temu wściekłemu
złemu psu
każdy kęs chleba.

W halach kląskają pasy,
transmisje pluskają w kątach.
i robi się tak duszno,
że dychać
nie da się spokojnie
pełną piersią.

A nieco dalej wiatr wiosenny
kołysze łany, pędzi chmury…
drzewa wspierają się
o niebo,
a cienie –
o fabryczne mury.

Jak egzotyczne są
I zbędne tutaj
te zapomniane, opuszczone łany!
Wrzuciła czyjaś ręka do śmietnika
idylle o lazurze ukochanym.
Bo chwila sentymentu, zapomnienia,
bo chwila, co roztkliwia serce,
znaczyłaby, że lekceważysz
żylaste
spracowane
ręce.

I w tym hałasie,
w pomruku motorów
trzeba, by głośno wciąż krzyczeli,
by mogły słowa
zrozumiale pokonać
przestrzeń, co ich dzieli.

Ja też krzyczałem długo –
wieczność całą…
Słyszałem krzyki innych –
maszyn,
fabryki
i człowieka
w najdalszym kącie
ciemnym.

I krzyk ten stał się stopem,
którym
okryliśmy życie jak zbroją:
kto włoży
łom w jej tryby –
połamie rękę swoją…

i ty, fabryko, mozolnie
tłoczysz nam
dym i sadze
w życia głębokie sztolnie.
Daremnie! Trwamy w tej walce –
ściągniemy
do nas słońce.

Fabryko, która nękasz
tylu ludzi
o osmalonych w czarnym trudzie
twarzach,
w tobie jedno serce niestrudzone
serc tysiącem bije i cię budzi.

Pieśń o człowieku

Spór wiodę
sam na sam z damą
na temat:
„Człowiek – epoka”. Dylemat

A dama wzburzona, no wiecie –
To tupie, to piekli się,
bliska jest płaczu.
Obrzuca mnie błotem
kalumnii
i gradem słownego ataku.

– Powoli – powiadam – powoli,
niech pani poczeka…
Ale przerywa wzburzona.
– Ach, skądże, dosyć!
Nienawidzę człowieka.
Niewart on pańskiej obrony.

Czytałam, że jeden
zarąbał toporem
własnego brata, człowieka.
Umył się,
poszedł do księdza
z pokorą
i… potem poczuł się lekko.

Zmieszałem się. Rzecz brzydka w skutku.
Ale że jestem
na bakier
z teorią,
zdecydowałem powoli,
bez złości,
po ludzku,
zmierzyć się z tą historią. –

Rzecz miała miejsce we wsi Mogiła.
Ojciec ciułał
pieniądze.
Syn je wyniuchał,
odebrał siłą
i tak ojczulka urządził.

Ale za miesiąc, lub
później może,
pojmano zbira i … sąd.
A gdy rzecz w sądzie,
nic nie pomoże,
więc wyrok śmierci stąd.

Zabrali potem złoczyńcę
tego,
zamknęli go jak zwierzaka.
Ale w więzieniu trafił na ludzi
i stał się innym
c z ł o w i e k i e m.

nie wiem, z jakiej on
gliny był ulepiony,
nie wiem też, co się w nim
mieści,
lecz los swój pojął
lepiej niż z księgi
z pomocą pewnej pieśni.

A potem mawiał:
„Ech, pobłądziłem
i oto masz –
szubienica.
Gdy braknie chleba,
złamie cię męka
i nagle wdepniesz w nicość.
I potem czekasz jak bydlę
w rzeźni,
wiercisz się, masz przed oczami –
błysk noża.
Ech, podle
podle
ten świat urządzony!
A przecież inny być może…”

I wtedy śpiewał
pieśń ulubioną,
śpiewał powoli i cicho.
życie mu zdało się
odmienione –
toteż
zasypiał
z uśmiechem…

Lecz z korytarza
echo powtarza
odgłosy kroków. Spokój.
Ktoś powolutku drzwi celi otworzył. –
Ludzie. Strażnik stał z boku.
Wtem ktoś z przybyłych
z lękiem i sucho
powiedział:
„Prędzej, wstań.”
Wszyscy patrzyli
tępo i głucho
w szare kwadraty ścian.

Więzień na łóżku
pojął, że życie
dla niego już kończy się,
i nagle
zerwał się, otarł pot z czoła
i dzikim wzrokiem potoczył dokoła.

Powoli jednak
się z losem pojednał –
strach nie ma sensu,
przychodzi śmierć.
I jakoś na duszy
zrobiło się lżej.
– Idziemy? – spytał.
– Wieszajcie mnie.

Wyszedł. A za nim –
tamci.
I wszyscy poczuli śmierci chłód.
Strażnik rzekł w duchu:
„Niech się raz skończy…
Nie masz co, bracie, liczyć na cud”.

A z korytarza
echo powtarza.
Mrok się po katach czai.
Zeszli po schodach, podwórze,
w górze
świt się jasnością jarzy.
Spojrzał ku niebu człowiek,
po którym
gwiazda blask jeszcze niesie.
I myślał o swym
ciężkim
człowieczym,
okrutnym,
ślepym
losie.
„Tak – ze mną – koniec…
Zaraz powieszą.
Czy jednak życie opuści
mnie?
Ono nastanie piękniejsze od pieśni,
piękniejsze niźli wiosenny dzień…”

Wspomnienie pieśni
ulgę przyniosło.
W spojrzeniu płomyk pojawił się.
Uśmiechnął się ciepło, promiennie i
prosto,
postąpił naprzód i podjął pieśń.

Jak pani myśli, czy
w tym się kryje
jakiejś histerii podniosły gest?
Niech pani sobie myśli, co zechce,
lecz
dzisiaj pani w błędzie jest. –
No więc, spokojnie, słowo
po słowie
odśpiewał głośno swą pieśń.
Tamci patrzyli
z zamętem w głowie,
ledwie taili strach.

Nawet więzienie zadrżało w posadach
i mrok zaczął szybciej biec.
Słysząc to, gwiazdy krzyknęły
ze swadą:
„Niech żyje człowiek!”

Co potem jasne. Pętla
ściśle
na szyi, potem
śmierć.
Lecz na skrzywione
w grymasie usta
wciąż napierała pieśń.

I tu, rzec można, zaczyna się finał.
A ty, czytelniku, co myślisz ty?
Bo ona, nieszczęsna dama, zaczęła płakać,
krzyczeć jak w transie:
„To straszne! Straszne! Pan opowiada,
jakby
pan tego był świadkiem!…”
Co w tym strasznego?! –
Człowiek śpiewał. –
Czy to nie wspaniałe przypadkiem?


Życie rybaka

To widać:
wydęte żagle,
księżyc na niebo wypełza,
i myślisz:
oto jest życie,
oto jest życia
poezja.
A w górze –
gwiazdy migocą.
Niebo –
lśni jak aksamit.
Od lądu
lekka bryza
pieniste
splata
warkocze.

Ech,
wolne życie rybaka,
tak opisane
w tylu poematach!
Na maszcie – biały żagiel..
Tak opisywać –
rzecz pierwsza. –

Wystarczy dodać „bezkresne morze”,
przyprawić z lekka
farbką
i wszystko wychodzi niezgorzej –
malowniczo
i gładko.
A to, że wilczymi zębami
wiatr lodowaty nas kąsa,
że niczym ciężkim
śrutem
sieką nas zimne krople?

Do domu wracasz
wilgocią przeżarty.
i łódka pustką zieje.
A w budce sternika
dwie ryby
w mroku bieleją.

Choćby sam Chrystus zstąpił
teraz,
z dwiema rybami,
co z nimi może?
Z boleści
oczy płoną,
piersi –
nienawiść tłumi.

Na dachu
w rzadkiej trzcinie
deszcz się powoli odcedza.
Zasypiasz.
A potem we śnie
wschodzi daleka nadzieja.

Ech,
czarne ludzkie życie!
Życie rybaka! –
n i e z n a n e..
Nie może stać się lepsze,
a tobie każą –
układać o nim wiersze…

Nie, teraz nie czas na poezję

Nie, teraz nie czas na poezję
ani rymy t tętniące radością.
Czyż przez gruby pancerz żelazny
do serc czułych zdołają dotrzeć?

Bierzesz pióro do ręki i oto –
zamiast rymu wybuch wyrasta,
niebo nagle rozświetla rakieta
i pożarem jarzy się miasto.

Cichnie nieco. Lecz w twoim notesie
zamiast słów aromatem tchnących,
nad kartkami, co bielą się śnieżnie,
wnet gromadzą się sępów tysiące.

Już pikują daleko gromadą,
wywęszywszy gdzieś łatwą przynętę. –
I spostrzegasz wtedy ze zgrozą:
krwią pisałeś, nie atramentem.

Nie, dziś nie na poezję jest moda
i choć chciałbyś, śpiewać się nie da.
———————————————

***

Walka jest okrutnie bezlitosna.
Walka, powiadają, jest epicka.
Padłem. Inny mnie zastąpi i …
już.
Bo cóż tu znaczy jakaś tam jednostka?!.

Salwa, a po salwie – robak.
To takie proste i logiczne.
Lecz w burzy znów będziemy z tobą,
narodzie, który zawsze kochaliśmy!

. . : : M E N U : : . .

Przekłady i Publikacje

. . : : L I N K I : : . .