Luben Petkow, Zielone krzyże

Autor: admin. Kategorie: Luben Petkow, Zielone krzyże; Przekłady prozy .

Luben Petkow

Z I E L O N E K R Z Y Ż E

I

Rozstając się z czymś drogim, stajesz się bardziej nieczuły. A jeśli przychodzi rozstać się z własną ziemią, wtedy nie masz już nikogo – ani przyjaciół, ani krewnych.
Granicą była ciemna rzeka. Do połowy bułgarska, od połowy turecka. To straszne, kiedy uświadomisz sobie, że za chwilę nie będziesz już stąpał po ojczystej ziemi i przyjdzie patrzeć na nią tęsknie z drugiego brzegu.
– Czekamy, Wojewodo!
Jeszcze wczoraj patrzyli mi prosto w oczy, a dziś związali i odgrażali się, że wydłubią mi oczy, że wrzucą do rzeki z kamieniem u szyi.
– Nie pójdę z wami!
– Pogadamy na drugim brzegu…
Walnąłem pierwszego z brzegu i jak mogłem przewidzieć – dostało mi się za swoje. Rzucili się na mnie. Rozbroili. Związali. Powalony na ziemię Piotr, gdy tylko doszedł do siebie, wyciągnął z onucy nóż i podbiegł, żeby zadać mi cios w twarz. Kopnąłem go i rozpostarł się na wodzie jak długi. Pozostali, słysząc plusk i zaraz potem wrzask Rezwaja, skoczyli do rzeki i wyciągnęli Petyra na drugi brzeg.

– Przeziębisz się, ojcze, chodź do domu!
Gęś jedna… Co ją to obchodzi.
– Kaszlesz. Chodź!
– Mnie tu dobrze. Daj mi święty spokój.
– Dość mam niepozbierańców, znowu położysz się do łóżka, słyszysz?
Nie odpowiem, nabiję sobie fajkę. Ja to wiem, synowa mnie nienawidzi. Z powodu męża, z powodu mojego syna Żelia. Z tej nienawiści nie wyleczy się nawet po mojej śmierci. Jak to człowiek potrafi się zmienić: kiedyś szalała za nim, ręce mi całowała, stała przede mną jak trusia. Teraz się mści. Ludzie nie powinni przyjmować pieszczot i czułych słów. Przychodzą dni, kiedy trzeba za nie zapłacić. Niech sobie gdera. Jak już nie ma do czego się przyczepić, to niech szarpie duszę. Moja dusza jest nieśmiertelna – starczyło dla innych, kiedy szarpali, starczy i dla niej. Jak chce, niech mi nawet wrzuci truciznę do jedzenia, czego dobrego mogę się od takiej spodziewać.
Ale teraz niech mi da święty spokój. Śpię – ogromny jeż i skurczone z zimna ciało.
Pada deszcz. Szoruje hałaśliwie jak rzeka. Pójdę za jego szumem do lasu. Ale gdzie się podziali wojewodowie? Oj, lesie, lesie – mój piękny i przeklęty lesie!
Kiedy znaleźli się na drugim brzegu, stali się jeszcze bardziej zawzięci. Strzelali do mnie wszyscy czterej. Skrwawiony ołów przyniósł ból. Znałem ten ból. Zatoczyłem się i głową zaryłem w zaspę. Kiedy się obudziłem, krew jeszcze się sączyła, zdruzgotane ramię przywarło do ziemi. Trzęsło mną – łykałem śnieg.
Omotany sznurem przez niedawnych przyjaciół, w końcu jakoś się podniosłem. Szedłem, odpoczywałem – po raz pierwszy moja zbójecka krew nie wiedziała dokąd mnie zaprowadzi.
Wszystko jedno dokąd, skoro nie chcą cię ani swoi, ani obcy. Samotność to najpaskudniejsza, najbardziej ponura śmierć – jestem skazany na samotność. Ludzie i zwierzęta mają podobne twarze, kiedy nie staje im godności.
Jakaś straszliwa siła przyciągała mnie do ziemi. Czułem tylko jedno – jeśli się jej nie oprę, będę musiał położyć się i umrzeć w tym śniegu.
Przez niezliczone dni i godziny nogi ryły zdartymi podeszwami śnieg, wspinały się po zboczu, dopóki nie straciłem przytomności: skronie – te czarne bębny, waliły jak oszalałe.
Majaczyli mi się najbliżsi.
Dichan: „Ty panimajesz co zrobiłeś z Chrabąszczem?” – popisywał się swoim rosyjskim akcentem Dichan. Żelio go tego nauczył niedługo po tym, jak przyjechał z powiatu organizować i uczyć młodzież. „W morzu dziura – powiedziałem – obciągniemy butelczynę?” Był trzeci czerwca – święto Konstantyna i Eleny. Przed ikoną w klasztorze podrygiwała w modlitewnym tańcu nestinarka, piłem – patrzyłem na nią, czekał ją ogień piekielny. A Dichan wracał do tego samego: „Jaka tam butelczyna, sprawa jest poważna, obiłeś go! – i prawie dźgał mnie palcem w oczy – wykłuje mi je kiedyś, pomyślałem sobie. „Jak masz mi brzęczeć z tego powodu nad uchem, to wynocha i nie psuj mi dzisiejszego święta!”. „Ech!… Nie, ja już nie mogę ci pomóc, chyba że złożysz podanie do spółdzielni”. Ogarnął mnie śmiech: „ A ja zawsze myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, że dojdziemy z sobą do ładu i składu”.
Mogliśmy dojść do ładu we wszystkim, w tej sprawie – to ja nie chciałem.
Dookoła zebrali się ludzie, przyglądali się nam, szeptali. Nestinarka stawiała już pierwsze kroki na rozpalonych węglach: drobiła, drobiła do przodu i potem szybko z powrotem. To pochylała głowę przed ikoną Konstantyna i Eleny, to znów podnosiła wysoko – tam, gdzie swój żar rozścieliło słońce.
„Iiiiich!” – wkręcało się jak świder w jej gorący oddech. – Iiiiich!”.
Patrzyłem zachłannie. Dichana posłałem do stu tysięcy diabłów, ale i o nim myślałem: przeciwko komu występował, dlaczego miał odmienioną twarz i głos? Wiedzieliśmy, o co mu chodziło – ale skąd bierze się to zacietrzewienie? Coś zmieniło się w Dichanie nie wiadomo kiedy. Przyjaźnić się z nim było trudno, przyjaźń go nie pociągała – myślał tylko o sobie. Pewnie Kostadin Tołuma to wyczuł , bo zbierał się uciekać do miasta. Mądry, zawsze mądry, psia jego mać. Mnie też namawiał: „Pora najwyższa Wojewodo, nadeszły nowe czasy, w mieście starczy miejsca i dla ciebie. Wczesny kogut – wcześnie pieje!”. Drwił sobie jawnie z moich zgryzot, ale ani ja, ani tacy jak ja nie myśleliśmy tak – dlaczego mielibyśmy pozbywać się ziemi i porzucać domy z powodu jakiegoś tam Dichana.
Było mi ciężko – palił mnie jakiś żar, spadał na mnie raz po raz z „Iiiiih!” nestinarki.
Czy kiedykolwiek zdarzało mi się zasnąć tak jak teraz, głęboko, z dala od swoich, z dala od obcych – na krańcu świata?
W półśnie usłyszałem trzaśnięcie drzwi i odwróciłem się. Nikt pewnie nie doznał większej radości z bycia żywym niż ja, kiedy poczułem, że jest we mnie siła, że żyję. Nie było jednak żadnych drzwi. Leżałem w opuszczonym szałasie z przegniłymi drągami, w pryzmie śniegu. Przez szparę widać było przytulny las, który wstrzymał oddech na czas mojego snu.
To piękno wyrwało mnie z odrętwienia i podniosłem się. A więc mogłem chodzić. Rozejrzałem się po szałasie. Nagle znów to trzaśnięcie i skrzypnięcie drzwi. Zmartwiałem: przez plecionkę szałasu zaglądały cherlawe pyski szakali. Kiedy napotkałem ich spojrzenia, przełknęły ślinę i cofnęły się. Byłem pewny, że będą czyhały na chwilę, kiedy opadnę z sił. Musiałem pogodzić się z ich obecnością. Przyroda ma swoje prawa, ucieszyło mnie to spotkanie. Ale nie dawała spokoju myśl, że gdzieś w połowie drogi mogą ściągnąć mi kierpce albo rozszarpać ubranie. Straszniejsze mogło być spotkanie z ludźmi, zanim dowlokę się do kryjówki – do opuszczonej kopalni pod Roszkowicą. Potrzebowałem szakali, miały uprzedzić mnie o obecności ludzi. Z pobliskiego wzgórza widziałem ich giętkie ciała przemykające między krzakami.
Jakże się myliłem. Głód jest większym potworem niż śmierdząca hałastra. Szakale stawały się coraz odważniejsze, zabiegały mi drogę. Niektórzy mówią, że nie zaczepiają człowieka. Ale drogi do zbawczej kryjówki nie ubywało – kto ich tam wie – spodziewałem się najgorszego. Jak bywa w takich razach, człowiek nie zdaje sobie lub nie chce zdać sobie sprawy z nieszczęścia, które go spotkało, myśli o jutrzejszych zmartwieniach, o wczorajszych goryczach i radościach.

Myślałem o Wasylu. Dzień wcześniej, kiedy stało się jasne, że Piotr ma zamiar przerzucić całą grupę przez granicę, opuścił nas cichaczem i więcej się nie pokazał. Może był w kryjówce i to właśnie on skróci moje białe dni, zrobi to, co chcieli zrobić inni. Nic nie powstrzymałoby ręki Wasyla.
Jego pojawienie się w Strandży było dla mnie największą niespodzianką. Już w dwudziestym trzecim przewodził komunistom. To kazało mi mieć się z nim na ostrożności. Poza tym nie pochodził z naszych stron. Mieszkał z rodziną w górach Kodża, blisko Warny.
Wąsaty jak ja, z gęstą brodą, nie mówił wiele, ludzie rozumieli go od jednego wejrzenia. Ale tu nie było wiele do roboty. Oprócz dwóch czy trzech zapominających się przewodniczących nowych spółdzielni, na których zasadziliśmy się i złoiliśmy im skórę, nie było tu nic do roboty. Moim ludziom tłumaczyłem, że jest łącznikiem z innymi zbiegłymi do lasu.
Któregoś wieczora zostaliśmy z Wasylem sami. Ciało wciąż jeszcze miał smukłe i głowę nosił do góry, wszystkiego był ciekawy, wszystko chciał widzieć. Nie szpeciło go nawet ucho, które faszystowski oficer obciął mu tamtego wrześniowego ranka: pozostał mu nawyk pocierania palcami różowej blizny. Zapytał, dlaczego zostawiłem rodzinę i poszedłem do lasu. W jego głosie był wyrzut.
Miałem chęć wykrzyczeć, żeby powiedział, co jego przygnało do Strandży. Przełknąłem. Ale podejrzenie, że jest człowiekiem Urzędu Bezpieczeństwa nie opuściło mnie. Mógł mnie zaskoczyć w każdej chwili, wyobrażałem sobie jak mnie wiąże i prowadzi ku uciesze całej wsi, ku hańbie mojego syna Żelja.
– A ty! – wybuchnąłem. – Czego szukasz u nas, bandytów?
– Milcz! – oczy zaświeciły mu w ciemności jak próchno.
– Wasylu, byłeś pierwszym człowiekiem, od którego już w dwudziestym trzecim słyszałem o braterstwie i równości – o komunizmie.
Ukrył zmieszanie, podniósł rękę do obciętego ucha:
– Mówiłem. Dalej mówię. Ale ty mi powiedz, co ciebie tu sprowadziło?
– Dobrze, powiem. – chciałem wypytywać dalej, ale rozmyśliłem się. Jego zdecydowanie odebrało mi pewność siebie.
I opowiedziałem mu, jak zmuszali mnie do wstąpienia do spółdzielni. Jak Czarny
Dichan polecił jednemu obibokowi, żeby wziął do spółdzielni moje woły, niby na dwa dni. I zamęczył je. W końcu dałem spokój tym opowieściom. Wydało mi się poniżające opowiadać o swoim bólu człowiekowi tak twardemu jak Wasyl.
– I to wszystko?
– Strzelałem do Dichana. Strzelałem…
Wasyl cofnął się nagle. W kryjówce zrobiło się pusto. Rzuciłem się w jego stronę, ale uderzyłem o belkę stropu. Zadzwoniły strącone menażki, ładownice…
– Wasylu! Nie chciałem zabijać. Zaszczuli mnie we wsi jak psa. Wasylu! – nie odezwał się. Opanowałem się, skuliłem na posłaniu z paproci. I nie ruszałem się.
Wasyl nie spał tej nocy w kryjówce. Znienawidził mnie. Nie wybaczy mi. Zamknąłem się w sobie i nie odzywałem do nikogo. Chciałem gdzieś zniknąć. Albo rzucić się w głęboki wir Baczkiji – woda tam aż się kotłowała, wystarczyło rzucić się z wysokości, wszystko skończyłoby się w jednej chwili. Krążyłem wokół wiru jak pijany. Moi ludzie, zaniepokojeni, zaczęli mnie bacznie obserwować. Słyszałem ich szepty: „Wojewoda zwariował!”… Ale dalej krążyłem wokół wiru jak pijany. Oni mają własne zmartwienia, nich i mnie pozwolą mieć własne. Nie prosiłem, żeby szli ze mną. Dwaj bracia, Piotr i Stojan, byli synami Georgiego Kechaji – trzy miesiące temu obili milicjantów i poborców, którzy przyszli zabrać im jagnięta z owczarni, bo nie wywiązali się z dostaw pszenicy i owsa. Dwaj inni pochodzili z sąsiedniej wsi. Oni też nie poszli do lasu dla jego urody. Poszli, bo zostali do tego zmuszeni. Kto nie miał nic, ten nie bolał nad majątkiem. Ani oni nie byli ludźmi zbijającymi nieuczciwie grosz, ani moja rodzina. W całej okolicy większość z nas to drobni gospodarze, nie było na kim się bogacić.
Bolesne było to, że zmuszono mnie do strzelania do bliskiego człowieka – krew ciąży. Jeszcze wczoraj było się razem z nim, na dobre i na złe, a dziś ten sam człowiek leży zabity przeze mnie. Śmierci nie można niczym odkupić. Zostaje przypisana do imienia zabójcy, do jego wnuków. I to jest najstraszniejsze. Najokrutniejsze. Ten zakuty łeb, który zamorzył moje woły, zasługiwał na szubienicę i zabiłem go. Wtedy mi to nie ciążyło.

Spałem w nocy tak, jak nie spałem od dnia, kiedy zaczęli mnie nachodzić, żeby zmusić do wstąpienia z całym majątkiem do spółdzielni. Gdy jednak usłyszałem nad ranem łomot do drzwi zrozumiałem, że nie trzeba było kłaść się spać po spotkaniu z tym bydlakiem. Sprawdziło się, że przyjdą robić śledztwo, jak uprzedzał Dichan. Kiedy wyszedłem do nich, błysnęły kajdanki. Mój Żeliu stał z tyłu. A więc on ich przyprowadził, gałgan – ideowiec.
Szarpnąłem się jak oparzony:
– Dlaczego? – powiedziałem.
– To nie wiesz dlaczego? Brudna opozycjo, zabiłeś naszego człowieka – wrzasnął mi prosto w twarz jakiś nieznajomy w cywilu.
– Zamknij mordę – poczułem się obrażony. – Zaraz ci powiem kto tu jest brudną opozycją.
On wyciągnął jednak kajdanki. Wtedy uderzyłem go w krtań. Nawet nie spojrzałem za siebie. Słyszałem tylko jak jego ciało uderzyło o ścianę i fikało kozły po schodach. Wpadłem do składówki po broń. Po raz ostatni spojrzałem na wnuczka, który wybałuszył oczy ze strachu, i wymknąłem się tylnym wejściem.
Gonili mnie. Tak pędzi się ze wsi wściekłego psa. Wrzeszczeli. Biegłem w stronę lasu, przez cmentarz. Pole było w końcu wsi. Wokół zboże było już zebrane, ale na moim polu, zasianym owsem, ziarno jeszcze dojrzewało. Szedłem obok. Trochę mi ulżyło. Pieściłem palcami kłosy, cieszyło mnie dotykanie ziaren. Miałem nawet ochotę położyć się i tak doczekać rana.
Znalazłem się jednak w pułapce. Przyczaili się w owsie. Pewnie wszystko widzieli, bo kiedy przykucnąłem, zawołali mnie po imieniu.
Przekląłem swoje życie – próbowali zabić mnie na moim własnym polu. Niedoczekanie wasze – podniosłem się i z wściekłością rzuciłem się w kierunku, skąd dobiegło wołanie.
Z lasu wypadli uzbrojeni mężczyźni.
Zawiązała się strzelanina. Gniew odjął mi rozum, jak na wojnie, człowiek naprzeciwko był tylko celem – złożyłem się do strzału i wypaliłem w pierwszego, który siadł mi na muszce. Tamten krzyknął. Znałem dobrze ten krzyk. Kilka lat wcześniej w Serbii i nad Drawą słyszałem jak krzyczeli Niemcy. Ale na wojnie za takie krzyki dostaje się ordery. Miałem order. A tutaj? Coś we mnie pękło, nie wiedziałem, co robić. Tamci ,wrzasnęli: „Na pomoc! Na pomoc! Zabili Czarnego Dichana!” Wtedy zakląłem – przecież nie kazałem Czarnemu Dichanowi włazić mi na muszkę z powodu tamtego bydlaka… Zniknąłem w lesie.

Zasnęli. Zapalę w spokoju fajkę, żeby naszła mnie drzemka. Przeciągam się, rozprostowuję na balkonie kościste ciało. Hej, gdzie ten las. Wieczór spuścił na morze ciemną zasłonę. Poznaję po gwiazdach, gdzie Roszkowica, gdzie owczarnia bacy Stanka, a nawet Równy Buczek. Wspaniale jest zamknąć oczy i wyciągnąć się pod drzewami. Słodki jest sen pod wysokimi bukami, powiewają ciemne i jasne proporczyki liści. Wtedy możesz sobie wyobrazić, że masz gdzieś przyjaciół, którzy są w potrzebie i potrzebują cię.
Nad kryjówką pod grubym bukiem jest źródło. Którejś nocy wyszedłem zaczerpnąć wody. Świecił księżyc. Siny, przeźroczysty księżyc – jaki zwykle świeci jesienią nad Strandżą. Kiedy zbliżałem się do źródła wyczułem, że ktoś mnie obserwuje. Nie było innego wyjścia. Schyliłem się, żeby napełnić kubek, a w wodzie cień człowieka. Broni nie miałem. Podniosłem kubek do ust i zerknąłem ostrożnie w bok. Stał zupełnie blisko, za grubym bukiem – jak mogłem nie zauważyć go wcześniej?
– Czego chcesz? – całkiem spokojnie spytałem nieznajomego.
– Daj mi pić – jego głos był także spokojny.
– Wasyl!
Wypił cały kubek. To jasne – skądś wracał, wracał z bardzo daleka.
– Jeszcze?
– Jeszcze.
Oddał mi kubek, usiadł. Grube nogi z pluskiem opadły w zimny strumień. Polał sobie wodą twarz, głowę.
Wszystkie uprzedzenia do niego znikły w jednej chwili. W samotności człowiek jest w stanie wyobrazić sobie wszystko, co najgorsze. Gdy wspomniałem moim ludziom o rozmowie z Wasylem, nie dało się uniknąć zwady. Toteż i teraz spodziewałem się najgorszego. Nawet ze strony Wasyla, niech mi przebaczy ten grzech: człowiek wielkiego serca potrafi przebaczać grzechy.
– Pewnie idziesz z gdzieś daleka.
– Z daleka, bracie.
– I co?
– Żyją jakoś ludzie. Nowym życiem żyją – męczą się, niełatwo im.
– Żałujesz, że jesteś w lesie, Wasylu. Poznaję ludzi po oczach.
– Nie jednemu sami jesteśmy winni.
Włosy miał bujne, złociste włosy miał Wasyl, złocistą grzywę. Pokręci głową a one falują.
– Masz rodzinę?
– Miałem córkę – w ciemności widziałem grymas cierpienia na jego twarzy. – I pewnie już jej nie mam. Wyrzekli się mnie. Mojego nazwiska, wszystkiego…
– Samotność jest ciężka – chciałem zmienić temat.
– Nie mam nikogo, Goranie. Byłem nauczycielem, więźniem politycznym – o wszystko chciałem się troszczyć, a zdaje się nie pomyślałem o najważniejszym.
– Jeszcze nie jest za późno. Któregoś dnia wszystko wróci na swoje miejsce.
– Nic nie wiesz. – Umilkł. – Ja też strzelałem do człowieka. Do komunisty. Żaden z niego komunista – Wasyl nie zapanował nad głosem, zdradził co go boli – do łajdaka strzelałem. I gdybym nawet zabił, nie żałowałbym.
– Czy to dlatego…
– Dlatego. To co powiedziałeś, kazało mi pójść i sprawdzić, czy jestem mordercą.
– Tak też myślałem. Ludzie, których łączą te same wady albo zbrodnie, nie znoszą siebie nawzajem.
– Nienawidzą się. Spotykają się, ale nienawidzą.
Nie chciałem go dłużej wypytywać. Był zmęczony drogą. Niech się położy. Powiedziałem mu to, skinął głową.
Został sam, wróciłem do kryjówki. Długo nie mogłem zamknąć oczu. Poranne powietrze i myśli spędzały sen z powiek. Nie mogłem spać i przez następne noce. Wasyl znów zniknął, ale zostawił mi swoje cierpienie, które musiałem zmieścić w rozżalonym sercu.
Któregoś wieczoru obudził mnie. Właśnie wrócił. Powiedział, że w najbliższych dniach chciałby odejść ostatecznie. Uśmiechnął się i każdy, kto potrafi czytać z uśmiechów zrozumiałby, że Wasyl postanowił coś tajemniczego, coś strasznego, o czym się nie mówi…
– Nigdzie nie ma sprawiedliwości – podjąłem ostrożnie, chciałem go odwieść od złych myśli.

– Wykorzystują władzę, bracie. Stara walka partyjna.
– Trudno mi znać wszystkie walki partyjne, ale błędem jest, że wszędzie chcą urobić chłopów na jedno kopyto. Szczególnie u nas w górach.
– Duszę Goranie, duszę we mnie zabili. A byłem człowiekiem twardym. Mówię temu sekciarzowi, żeby nie zmuszał ludzi, a ten do mnie: rzucasz kłody pod koła rewolucji światowej! Wyciągnął pistolet. A więc tak? Strzeliłem prosto w niego. Jakim cudem rozminął się ze świętym Piotrem, sam Pan Bóg wie! Poszedłem z własnej woli do komendantury… Ale oni bez sądu wpakowali mnie do obozu.
– Stamtąd przyszedłeś do lasu?
– A jak myślisz? Miałem czekać i umierać? W takich czasach będą wystawiać człowieka na pośmiewisko? Żeby odebrać mi chęć do walki, pozbawić mnie serca, zastąpić je jakimiś tam swoim!… Zwiałem pewnego dnia z obozu i – w las. Ale wciąż nie wiem: którzy są moimi przyjaciółmi, a którzy wrogami?
Potem długo milczeliśmy. Było to prawdą i nieprawdą: w myślach każdy jest odważny, w działaniu – bezbronny. Wszystkie ścieżki w górach kończą się nawet dla najlepszego wędrowca. Kule też się skończą. Myśli – te nie skończą się nigdy. Dla myśli nie ma wydeptanych ścieżek, nie ma wytchnienia.
Wasyl potarł ucho:
– A ty wiesz, którędy powinieneś pójść?
Niech wydaje nade mną wyroki. Niech i jemu będzie lżej.
– Nie jesteś ślepy, wiesz o wywiadzie tureckim i angielskim, który utworzył bandy i nie przestaje ludziom mącić w głowach.
– Masz na myśli Kuzo? – chciałem przez to zapytać, czy poszedł do lasu, żeby się właśnie do nich przyłączyć.
Moja nieufność rozzłościła go. Ucho zrobiło się czerwone.
– Komuniści zawsze powinni umierać z podniesionym czołem.
Mój uśmiech go zdenerwował.
Ja nie umrę z podniesionym czołem. I ty też nie umrzesz z podniesionym czołem, twardy człowieku. Nie ma takich ludzi. Ja przynajmniej o nich nie wiem. Ty jeden chcesz być taki. A i takiej śmierci nie ma. Powiedz to prościej. Ludzie się niecierpliwią. Nie chcą siedzieć w miejscu. Las zrobił się za mały. Dokąd iść, którą drogę wybrać? Wymyśl coś!
– Musisz być mądry, Goranie.
– Teraz wszyscy komuniści muszą być mądrzy! I dość o komunistach. Oni też są ludźmi. I gdzie ty, a gdzie oni?
– Oni są tu – Wasyl uderzył się w piersi.
Chciałem mu zaprzeczyć: w pojedynkę ludzie są słabi.
Powiedziałem o sobie:
– Nie jestem winny. To oni chcą na siłę zrobić ze mnie wroga.
– Widziałem gorsze rzeczy. Rozpuść ludzi.
– Jeśli ich nawet rozpuszczę pozamykają nas, zrobią sobie ze mnie pośmiewisko, jak już zrobili z ciebie.
Wprawiłem go w zakłopotanie. Pocierał ucho i łokciem zasłaniał oczy…
– Nie pozwól ludziom uciekać przez granice.
Łatwo było mu mówić. Ale moi ludzie byli jeszcze bardziej szaleni. Byli ode mnie młodsi.
Dziwnie na nas patrzył, stojąc pod dębem. My też nie byliśmy ślepi, żeby nie widzieć własnej bezsilności. Nie baliśmy się kul i agentów Urzędu Bezpieczeństwa., depczących nam po piętach. Brakowało sił. Znikąd nie spodziewaliśmy się niczego. Zbójecka krew kazała nam pójść do lasu, ale co dalej? Odszedł bez pożegnania.
A Piotr nie dawał za wygraną:
– Musimy iść.
– Kawą nas nie przywitają – odpowiedziałem spokojnie jemu i Stojanowi.
Powiedziałem, że błędem jest uciekać z Bułgarii.
– My też chcemy iść. Zabiją nas tutaj jak psy – wtrącili się dwaj inni z sąsiedniej wsi.
To prawda. Mogli nas nawet rozstrzelać. Przypisywano nam nie tylko nasze akcje, ale i całe zło, którego sprawcami byli przestępcy i kryminaliści wszelkiej maści. Dlatego właśnie nalegali, żeby uciekać. Nie chciałem rozstawać się ze swoją ziemią. To przecież dla niej poszedłem do lasu. Nie chciałem nimi dłużej dowodzić. Wtedy dopiero przypomnieli sobie o Wasylu. Zrobili się nerwowi. Różnie tłumaczyli sobie nieobecność Wasyla i każda minuta była dla nich droga. Nie było wyjścia, podporządkowałem się, ale spodziewałem się, że zanim stracą mnie z oczu, w każdej chwili mogą strzelić, żeby już więcej na mnie nie patrzeć.

Mimo wszystko byłem szczęśliwy. Samotny i prześladowany wlokłem się po śniegu. Wierzyłem, że przechytrzę głodne bestie. Dopóki nie powiał wiatr i nie rozpadał się deszcz zmieszany ze śniegiem. Ciemniało mi w oczach – myśli powracały do najcięższych zdarzeń życia: tych dawnych i niedawnych.
Dlaczego mnie przepędzili? – pytałem las. Dlaczego jesteśmy potworami? – krzyczałem do wiatru. Dlaczego tak ciężko jest żyć na tej przeklętej ziemi?…
Dlaczego zadręczali nas tymi spółdzielniami, skoro nie było żadnej mechanizacji i ładu? Przecież gdyby było dobrze – wszyscy poszlibyśmy tam natychmiast. Kto ucieka od tego co dobre?
„Ale to ty strzelałeś do człowieka!”
„To ty jesteś mordercą!”
Straszne głosy. Kto chciałby strzelać do krajana, do przyjaciela? Niech sędzią będzie moje sumienie i mój wnuk. Ale głosy nie chcą umilknąć, a ich wycie zlewa się z wyciem strasznych bestii, które podchodzą coraz bliżej, szarpią ubranie, opuchnięte stopy, kiście dłoni, gardło. To piękne uczucie, niech wiatry rozwieją po lesie moje siły: lepiej żeby szakale zjadły moje mięso, niż gdyby mieli rozszarpać je lub poniżyć żywi ludzie, lepsze to od szukania przebaczenia bez winy.
– Hej! – usłyszałem głos i wystrzał. – Hej!
– Hej – odpowiedziałem.
– Hej! – powtórzył głos, pewnie mnie nie słyszał. – Hej!
Skoczyły na mnie dwa duże psy, ale czując bliskość śmierdzących szakali, z wyciem popędziły w ich stronę.

Przemarznięte nogi bolały od ciepłej wody. Ciało i dusza wiły się z bólu, ale przed bacą Stankiem nie dawałem tego poznać po sobie. Razem pomagaliśmy w dwudziestym czwartym w Zelenkowie oddziałowi Todora Grudowa i Georgiego Janczewa, w którym był Wasyl. Powinienem podziękować staremu owczarzowi za dobre przyjęcie, ale zabrakło mi słów. Twardzi z nas ludzie, górale. Choćby nas obdzierali ze skóry, torturowali – cierpimy. I choćby spotkało nas wszystko co najlepsze – też słowa nie powiemy, ale przyjacielowi ślubujemy wdzięczność na całe życie.
Teraz spalają mnie inne myśli: nigdy nie umiałem znaleźć czasu, aby położyć rękę na głowie Żelia – abyśmy i on, i ja poczuli swoje ciepło. Brakło mi czasu, żeby go wziąć ze sobą na odpust, żeby zobaczył, jak można się weselić. Ciągle tylko praca, bieganina – wymówki, wymówki…
Ciepło rozchodziło się po ciele, świat wirował mi w oczach. Baca Stanko rozcierał moje kolana, stawy, ale wiedziałem, że nic z tego nie będzie – ciało było odmrożone i nic nie mogło mi pomóc. Nie rozumiał tego, gdyż wciąż ostrożnie dopytywał się o samopoczucie, jakby chciał powiedzieć, żebym sobie poszedł.
Czułem, że tracę przytomność: słyszałem gniewny głos sowy – przytomniałem, z dymu wychodziły wszystkie widma. Ogon dymu wił się wstydliwie i powracał jako tępy dziób sowy: w miednicy gotowały się moje stopy – rozgotowywały się, dzioby sów uderzały w gardziel komina, wydawały wrzaski i zakreślały przede mną krwawe kręgi.
– Dosyć – ocknąłem się, słysząc własny krzyk.
– Czego chcesz, Goranie? – poznawałem głos starca.
Nie domyślał się. Nikt się nie domyślał. Moje stopy gotowały się, rozmiękały w miednicy, a ja nie miałem siły je wyjąć, baca Stanko też nie domyślał się, żeby je wyjąć. I nikt, nikt…
Mokry od potu, podwinięty – lewy rękaw płonął w ognisku i ból stawał się już wyczuwalny. Przywrócił mi przytomność. Szarpnąłem się. Baca Stanko nie położył się jeszcze spać. Siedział przy ognisku z rękami na kolanach – drzemał. Nogi miałem owinięte czystymi onucami, były w nich pewnie leśne zioła. Ten stary człowiek mnie wyleczy, pomyślałem sobie, byleby tylko nie nadużyć jego gościnności. Postanowiłem: jak tylko pogoda trochę się zmieni, zejdę do starej kopalni pod Roszkowicą. Tam nawet zima jest lżejsza. I zostały zapasy. Człowiek samotny nie przebiera w jedzeniu: co jest pod ręką.
Powinienem o niczym nie myśleć. Sen najlepiej zabliźnia rany. Baca Stanko też nie spał. Zauważyłem, że przygląda mi się badawczo – szperał w moich oczach, do duszy chciał mi zajrzeć baca Stanko. Może nie miał śmiałości powiedzieć, że niebezpiecznie jest pozostawać u niego w owczarni.
Któregoś ranka, nakarmiwszy mnie i obejrzawszy stopy, zapytał:
– Spytam cię wprost, Goranie. O mojego wnuczka, który zniknął tej jesieni.
Nie rozumiałem o jakiego wnuczka pytał stary czaban. Ale on oczekiwał odpowiedzi. Z tego powodu nie spał po nocach. Teraz przestępował z nogi na nogę, zdejmował czapę i wciskał ją na głowę, zdejmował i znów… Po nim mam zwyczaj bawienia się czapką w ręku.
– Och, Stanczo. Powiedz mi prawdę. Ty ukatrupiłeś mojego wnuczka w lesie. Zobaczył cię pewnie i bałeś się, żeby cię nie wydał – nie było wyjścia. Powiedz tylko, prawda to?…
Jak nie miało to być prawdą, ludzie gadają. Ludzie powtarzają. Ale tym razem.
– Ty baco Stanku, nie wierzysz w szczere słowa.
– Na Boga, tylko się nie wykręcaj, mam cię teraz w ręku.
– Mówię ci tak, bo chcę przysiąc na wszystkie świętości.
– Ty i świętości. A kto zabił Czarnego Dichana?
Czekał z rękami z tyłu.
Wykrzyknąłem:
– A widzisz? Nawet wy, starzy ludzie, za nic macie już słowo honoru.
– Ty mi odpowiedz na pytanie – zwyczajnie, jednym słowem. Teraz nie czas na te rzeczy.
A prawda była taka, że jednym słowem nie dało się jej powiedzieć. Przypomniałem sobie to całe zdarzenie. Ale nigdy o nim wcześniej nie myślałem. Byliśmy wtedy bardzo zmęczeni. Próbowaliśmy się dostać w ślad za Wasylem w góry Starej Płaniny. Tego dnia zawracaliśmy po raz drugi. Niepowodzenia i ciężka droga zwaliły nas na ziemię, gdy tylko wdrapaliśmy się na Roszkowicę. Byłem ostrożny i obozowaliśmy czujnie. Skręcałem właśnie papierosa w gazetę, kiedy usłyszałem grzechotkę. Przeklęty osioł zwęszył pewnie ludzi – pędził z góry prosto na nas. Stanąłem za drzewem – chciałem go spłoszyć zanim chłopak nas zauważy. Ale osioł zarył przed nami i potrząsnął łbem, a wtedy moi ludzie, którzy spali jak zabici, poderwali się, złapali broń i zbiegli w dół.
Chłopak zauważył nas i też uciekał. Przywołałem ludzi. Jedni wrócili szybciej, inni później, a Piotr w ogóle się nie zjawił. W pewnym momencie grzmot wystrzału przeszył las. Pomyśleliśmy sobie, że Piotr daje nam znak i zapomniałem o wszystkim.
Teraz zrozumiałem, dlaczego Piotr najbardziej nalegał, aby przedostać się za granicę.
Baca Stanko patrzył mi prosto w oczy, bałem się. Spojrzałem na strzelbę. Ale ręce miałem poranione – palce spuchły od sznurów – kabłąk był za ciasny. Sprytne są starcze oczy: wszystko przewidział – wystarczyło, żeby wyciągnął nóż zza onucy, a przebiłby nim moją duszę – zdrętwiałem.
– Skoro nawet wojewodowie zaczęli łgać – nie ma już słowa honoru, miałeś rację przed chwilą.
Milcz, duszo, zaciskaj zęby: nawet wtedy, kiedy wbije w ciebie nóż. Ten starzec ulitował się nad tobą, wybawiając cię z pysków tamtych bestii.
– Którą ręką go zabiłeś, odetnę ją – baca Stanko porwał się na mnie z nożem.
Może krzyknąłem, może rozpadłem się na części – nie wiem. Poczułem tylko, że toczę się po śniegu.
Skoro nawet przyjaciele uznają mnie za mordercę – ucieknę od nich. Ucieknę choćby ranny. Jeśli ocaleję – dotrę do kryjówki, nawet gdybym musiał się czołgać.
– Goranie! – głos bacy był inny. – Jesteś ranny, nogi i ręce masz chore. Jak wyzdrowiejesz pomówimy o tym jeszcze.
– Nie – powiedziałem stanowczo. – Musisz mnie zabić właśnie teraz.
Starzec nie spodziewał się takiego obrotu sprawy i upadł przy mnie na śnieg.
– Nie wierzę. Nie wierzę. Nie wierzę, żebyś to zrobił, Goranie.
Więcej nie rozmawialiśmy o tym… Baca dał mi schronienie w szałasie, dopóki nie powiał biały, ciepły wiatr. Gościł mnie, wspominaliśmy młode lata, ale o swoim podejrzeniu nie napomykał. Cierpiałem z tego powodu jeszcze bardziej, gdyż czułem się winny śmierci chłopca i kto wie jakich jeszcze okropniejszych rzeczy, o których miałem się dowiedzieć później.
Było mi ciężko siedzieć w owczarni i jeść chleb starego bacy. Czułem się niepotrzebny, odrzucony i kosztowało mnie wiele sił, żeby nie krzyczeć i nie wypłakiwać przed nim żalów prześladowanej duszy.
Toteż, gdy tylko musnął mnie południowy wiatr, nie wahałem się ani chwili. Przy pożegnaniu prosiłem bacę tylko o to, żeby poszedł do Zelenkowa i odszukał mojego syna Żelia. Opowiedziałem mu, że miałem ochotę skoczyć do wiru Biczkija.
Pomiędzy dwoma głazami leżała pewnie wcześniej zaspa. Do niedawna jeszcze biała zaspa, a teraz mętna kałuża. Moje odbicie w niej było brzydkie: niekształtna broda, niekształtne ciało. A może rzeczywiście tak wyglądałem. Człowiek jest jak woda – jeśli się zatrzyma się na dłużej w jednym miejscu – zaczyna cuchnąć.
Czekając na Żelia, ściągnąłem ubranie, żeby je wyprać, żeby się wykąpać.
Woda była zimna i słońce było zimne. Południowy wiatr poruszał drzewami – wkrótce buki miały wypuścić pąki i miała zakwitnąć tarnina. Południowy wiatr wysuszał krople wody na poraniony ciele, ten wiatr leczył wszystkie rany – moje też wyleczy.
Broda mi urosła i nos, który się nie zmienił sprawiał, że twarz wydawała się niekształtna. Syn nie powinien zmartwić się moim wyglądem, ani też użalać się nade mną. Przez cały dzień ostrzyłem nóż na piaskowcu i pozbyłem się tej zbójnickiej brody.
Kociołek napełniłem pokrzywami. Synowie nie powinni wiedzieć o wszystkich naszych ranach.
Trzęsło mną. Od zimna i wiatru – krew wchłonęła zbyt wiele zimna. Próbowałem się rozgrzać, ale dreszcze nie ustępowały. Wiosenna gorączka jest najbardziej zdradliwa. Moją gorączkę przyczyniała wiosna. Spotkanie z synem też przynosiła mi wiosna. Nastawał nowy czas – człowiek zamyśla się w takiej chwili. Minęły święta – pożegnaliśmy je wesoło z bacą Stankiem, tak mi się wydawało. Ale kiedy ludzie wyjdą na pola, bydło wyruszy na pastwiska, a motyle i chrząszcze napełnią góry nowym życiem – dokąd pójdziesz ty, Wojewodo? Las jest rozległy, okna w koronach jego drzew są duże dla tych, którzy w nim żyją, ale dla tych, którzy tułają się po jego ścieżkach? Nie ma już ścieżek, którymi nikt nie chodzi: od kiedy powiał południowy wiatr – przybywało drwali, wyjeżdżały wozy i gnano bydło – czy to przyjemnie patrzeć na pracujących i wesołych ludzi, a samemu nie pracować i nie weselić się?
Czyżby coś trzasnęło? Od razu pomyślałem o kryjówce. W niej była strzelba. Chwyciłem ją, skuliłem się przycupnięty w zaroślach za grubym bukiem jak jeż: strzelbę położyłem na kolanach.
Trzask nie powtórzył się. Bulgotało źródło. Pewnie się przyczaili. Jeszcze chwila i zawołają. A jeśli już mnie spostrzegli – rzucą granat.
Woda wtórowała śpiewnie ptakom. Mała jest ta rzeczka, ale przedzieliła na pół ogromną skałę. Zieleń i krzaki falowały nad skałą, w szczelinach migotliwie trzepotała się na ciemierniku rosa. Wszystko wokół budząc się, prężyło się swobodnie i do woli, tylko ja skuliłem się z chłodnym metalem na kolanach, gotowy umrzeć od kuli i gotowy zabijać.
To był Żelio. Nie spostrzegłem, kiedy przyszedł. Klęczał przy ognisku – mieszał zupę z pokrzyw. Gdybym się mu nie pokazał, mógłby sobie myśleć, że właśnie przygotowuję się do spotkania z nim i spróbowałby zupę palcem. Mało to razy matka kazała mi go skarcić, złoić za ten paskudny nawyk…
No, i masz ci, niecierpliwe stworzenie – dobierał się, maczał palce w gęstej zupie. Nie oduczył się – że też nie poparzy sobie paluchów we wrzącym kociołku? Oparzył się w język, kręci głową.
Diabelskie nasienie, do mnie podobny – z długimi kulasami, szerokimi barami i tym krzywym nosem na pociągłej twarzy.
– Poznałeś, że zupę ugotowała ręka ojca – zaskoczyłem go, wychodząc zza skały za szerokim bukiem.
– Kazałeś mi przyjść. – Zdrowe nerwy miał Żelio, ani drgnął.
Nie mogłem nacieszyć się jego widokiem. Milczeliśmy, a mimo to rozumieliśmy się. Niech mi przynajmniej opowie o rodzinie, ja nie miałem o czym opowiadać.
– Gorczo urósł?
– Mamy z niego pociechę w domu. Tylko ciebie mu brak.
– Żartujesz – powiedziałem i zrobiło mi się tęskno za rodziną
– Wrócisz ze mną, ojcze.
Jak usta mojego syna mogły wyrzec takie słowa. Gdybym nie był tak stęskniony, rozerwałbym mu te usta. Nie chcę, żeby ktokolwiek wtrącał się do mojego życia.
– Masz przeze mnie kłopoty?
– Mam, ale znów mi wierzą. Przyjęli mnie na kandydata do partii.
– Naprawdę? Komuniści są siłą napędową. Ale skłóceni, nic nie są warci…
Żelio podniósł wzrok – czyżby w jego oczach był wyrzut?
– Był tu ze mną pewien wspaniały człowiek. Prześladowany, oderwany od rodziny. Pewnie gdzieś bielą się już jego kości.
– O śmierci mówisz jak o czymś najzwyklejszym.
Niezupełnie tak. Ale dlaczego się okłamywać?
– Przyjrzyj mi się, Żelio. Z tymi rzeczami nie ma żartów.
– Postanowiłem uczyć się dalej – powiedział – dlatego przeniosłem się do miasta. Dostałem takie polecenie.
– A synowa?
– Będzie mi pomagała.
– Oby twoje życie było lepsze.
Znów zaczęliśmy rozmawiać w milczeniu:
„Wrócisz, to cię aresztują…”
„A ty chciałbyś, żebym wrócił”
„Sam nie wiem co robić, ale wszystko idzie ku lepszemu.”
„Wiedziałem, że tak będzie. Wtedy popełniono błędy. I takich jak mnie przepędzono lub kazano nam się wynosić.”
Tęskniłem i za Piotrem, i za Stojanem. Bolało mnie to. A robak bólu – ta paskudna kreatura, nadepnięty – podnosi łeb.
Żelio westchnął:
– Mną też do niedawna pogardzali. Przecież jestem twoim synem.
– Twój ojciec nie jest zły, synu.
– Teraz jest inaczej. Musisz wrócić. Już dosyć głupstw…
Kąsasz. Wiesz, że jesteś mi drogi, że nie podniosę ręki na ciebie – wszystko sobie obmyśliłeś.
– Wiem. Myślałem o tym. Muszę dać sobie z tym spokój.
– Rodzina Czarnego Dichana nie oskarża cię…
Początkowo pomyślałem, że to przynęta. Co to człowiekowi nie przychodzi do głowy? Nawet samemu sobie przestaje wierzyć.
Może jest tak jak mówi. Ale już za późno. Nic mi nie pomoże, pomyślałem. I jeszcze: ze mną koniec. Z Wasylem też. I z innymi skrzywdzonymi ludźmi. Bo czy to, co przychodzi, pozwoli mi zapomnieć o ranach i poniżeniach? I co nowego przyniesie? Starzy ludzie niełatwo dają wiarę.
Zupa z pokrzyw była gorąca. Piliśmy ją prosto z kociołka. Jeśli Żelio zostanie do nocy, złowię parę raków – chciałem, żeby wiedział, że żyłem jak orzeł, jak to mówią. Ale on był dociekliwy i wciąż przyglądał się moim nogom – obnażonym stopom. Nie, nie spytał, nie poniżył mnie. Wiedział, że gdybym czegoś potrzebował, sam bym o tym powiedział.
Częstowałem go wiosenną zupą, on opowiadał mi o wsi. Było to pierwsze miłe spotkanie od długiego czasu. Gdybym w tej chwili umarł – nie żałowałbym… Przetrwam w tym, co jemu dałem z siebie, dopóki nie wyrośnie jego następca i nie przejmie dalej mego dziedzictwa. Tak wtedy myślałam. Czego to nie myślą mężczyźni, kiedy poczują się ojcami!…

Rzeczka szalała, wtórowała śpiewnie ptakom.
Nowa ciężarówka, traktory – wszystko, co słyszałem o spółdzielni cieszyło mnie, przyjmowałem to jako zwycięstwo moje i zwycięstwo Żelia. Nie posiadał się z radości, opowiadając o tym wszystkim. Nie podobało mi się tylko, że tak podstępnie nalegał, żeby z nim wrócić… Sam wiedziałem najlepiej, kiedy będę mógł wrócić. Czasy były jeszcze niepewne i mogliby mnie zdrowo przetrzepać. A nie miałem ochoty wrócić jak Wasyl – bez sądu, przejść przez obozy i więzienia. Byli jeszcze zaślepieni – wszelkie zło przypisywali takim jak ja.
Słońce zmierzało ku zachodowi, robiło się zimno. Znów ten dreszcz. Nie potrafiłem ukryć choroby. Żelio okrywał mnie wytartymi kocami.
Dreszczy nie mógł jednak zakryć.
– Zapal, dobrze ci zrobi.
Byłem posłuszny. Wydawało mi się, że jeśli w tej chwili powie: „No co, ojcze, idziemy!” – nie będę się wahał. Chciałem, aby byli przy mnie tacy dorodni i silni młodzi ludzie.
Nie poszedłem z nim. Las upomniał się o moją duszę. Nie mogłem wyobrazić sobie, że strzelbę będę musiał zawiesić gdzieś w piwnicy, a znękane ciało złożyć na górze, w drewnianym łóżku.
Po co się spieszyć, pomyślałem. Przecież kiedyś i tak wrócę: serce ciągnie do serca.
– Idź. Ja zostanę na tej skale.
Kiedy zagoją się rany – wrócę.
Żelio wiedział, że nie rzucam słów na wiatr. Ręka mu drgnęła. Wyczułem, że chciał ją podać. Zostawiłby mi przynajmniej jej ciepło.
Na zakręcie nogi mu się zaplątały, zachwiał się. Ledwie się powstrzymywał, żeby mnie nie objąć – nie zrobił tego jednak. Oparzyła mnie łza. Dotąd nie znałem jej ognia: Żelio przejął wiele z mojej duszy i nigdy już tego nie zapomni.

II

Odprowadzałem go wzrokiem dokąd się dało. W końcu, kiedy zniknął mi z oczu, wstałem, pobiegłem. Za zakrętem on też nie wytrzymał – rzucił się na ziemię. Nie mogłem od niego oczu oderwać. Nie ze wszystkiego zdawałem sobie sprawę. Wydawało mi się nawet, że coś wykrzykuje, jęczy jak ranny – czy Żelio mnie słyszał? Jego oczy też były pełne łez. Może zdawał sobie sprawę z cierpień, które on i jemu podobni przyczynili takim jak ja. Twarz miał wykrzywioną grymasem cierpienia. Zmoczył rozpaloną głowę w potoku. Jakiś duży rak zaczął się miotać na krzywych nogach.
Przestraszyło się głupie stworzenie, pomyliło miejsce w potoku. Potok płynie w dół, a ten odważnie woli iść pod prąd.
Uderzył go wierzchnią stroną dłoni. Czyżby przypominał mu mnie? Ja też nie lubiłem wytyczonych dróg, chodziłem zakosami, – zboczy ktoś z drogi, on zaraz za nim, mawiał o mnie Żelio.
Ruszył z zaciśniętymi ustami, które zdawały się mówić: jak przyjdą o ciebie spytać, dziś jeszcze im powiem, gdzie się ukrywasz.
Doprawdy, tego tylko jeszcze brakowało w tych zwariowanych czasach: zdradzić własnego ojca. Mógł. Mogli wrzucić mnie do jednego worka z bandziorem Kuzo, który zaprzedał się wywiadowi tureckiemu i niemało przestępstw popełnił w naszych stronach.
Żelio, widzę go jak teraz – szedł przez las na chybił trafił. Byle nie myśleć o niczym, o niczym. Ale czy człowiek może nie myśleć, kiedy ma zdecydować o zdradzie własnego ojca? Znałem młodych ludzi, którzy tak robili, pytałem siebie – czyżby byli tak bardzo zaślepieni? A może gdzieś w głębi duszy zdawali sobie z tego sprawę? Co by nie powiedzieć o tych czasach, przypominały mi przepastny dół, do którego schodził Żelio, a ja za nim.
Potok przyśpiewywał cieniutko. Co go to wszystko mogło obchodzić? Zielony wiatr rozczesywał korony drzew, jego powiew docierał do traw. Wiosna. Oto i czerwone, i żółte kwiatki o zamglonych oczach, nie mogące jakby uwierzyć, że wiatr je zbudził. Nieco dalej potok wciskał się lśniącym ciałem w leszczyny, chował się, ukrywał przede mną swą nagość.
Zapatrzyłem się na te uroki. Żelio, i on nie ruszał się z miejsca – oddychał głęboko, pierś jego falowała.
Zasłuchałem się: stada ptaków – śpiewnych kawalerzystów, pędziły nad rzeczką, las rozwijał zielone proporczyki…
Nie bardzo miał dokąd iść. Wkrótce miał zapaść zmierzch, w domu będą się niepokoić.

Masz ci go – młody jest, co on widział na świecie, a czoło pomarszczone, przygarbił się, a i myśli nie jak młody. Przewodniczący Czarny Dichan zmęczył się – wzywał młodych, żeby „pomagali sprawie”. Ale czy to był najlepszy sposób Dichanie?
Pytałem siebie o to w ciemnym dole i potykałem się o głazy.
Ponura robiła się dla Żelia wieś. Na pewno chciał z niej uciec, pójść do szkoły albo robić co innego, ale uciec. Jego kolega szkolny Angeł Kostadinow, pisywał do niego z miasta. Dodawał odwagi. Ale jak tu porównywać rozum zelenkowskiego kułaka – jego ojca – Kostadina Tołumy – z moim! Wszystkie dzieci cierpią za głupotę ojców.
Zamiast zadręczać się spółdzielnią, Kostadin Tołuma wcześnie zwąchał pismo nosem – sprzedał ziemię, dom i przeniósł się do miasta. A Żelio zamiast się kształcić, musi przekonywać upartych jak ja ludzi, wbijać im do głów, że życie w spółdzielni będzie lżejsze i bardziej dostatnie.
Zapadał zmrok. Światła Zelenkowa docierały do mnie jak rozproszone igiełki.
Kłuły mnie w oczy, wbijały się między zęby podczas nabierania tchu. Położyłem się na trawie, spojrzałem na dół, w przepaść – co mnie tam czekało, zło czy dobro, którego szukałem, a może pustka. Sam już nie wiedziałem, co to zło i dobro, i czego bardziej się bać, czego szukać.
Nade mną rozpościerała się głęboka i straszna otchłań. Im dłużej patrzyłem, tym bardziej światła nocy rozjaśniały mi wzrok. Choć byłem wysoko, poczułem się mały jak pyłek, nędzny, nikomu nie potrzebny. I jeszcze mocniej zabolała mnie młodość Żelia, zachłannie spoglądającego na to samo niebo. Skurczyła się moja dusza, w ustach poczułem gorycz, a było tak świeżo, zewsząd pachniało rozmokłą ziemią i trawami.
Po chwili poderwałem się zaskoczony. Zaczął śpiewać:
Czerniej, lesie, czerniej, bracie…
Wiatr uderzał w wypuszczającą pąki buczynę, zadrgał od jego głosu i poleciał dalej. Ale z wyciem. Zakołysał się cały las. Pociemniało mi w oczach, pobiegłem w kierunku syna, wołałem go po imieniu: „Żelio!, Żelio!”
Żadnej odpowiedzi: kto biegł nocą, wołając moim głosem? Nasłuchiwałem: serce biło, biło z bólu.
I znów poderwałem się na głos Żelia:
Twoje liście, lesie bracie,
znowu ci wyrosną –
moja młodość, lesie bracie,
nigdy już nie wróci.
Zagłuszył wszystkie głosy w lesie, ulżył swojej duszy, pewnie powtórzyłby pieśń. Ale nie wytrzymałem i rzuciłem się w jego kierunku. Żelio przestraszył się chyba czarnej masy, staczającej się z góry. Biegłem, a ziemia dudniła pod moimi stopami. Przeskakiwałem krzaki i wciąż biegłem do miejsca, skąd płynęła straszna pieśń mojego syna. Zgubiłem jednak ślad, pomyślałem, że pobiegł przede mną. I wciąż biegłem.
Naraz wszystko ucichło. Las oniemiał.
Wytarłem ręką czoło, uśmiechnąłem się dla dodania sobie odwagi, ale co tam odwaga – znów pędziłem przez zarośla – ziemia grzmiała pod stopami w ciemności i przyciągała mnie do siebie, w przepaść. Wciąż wołałem jego imię: „Żelio!, Żelio!”
Nogi mi się plątały, nie mogłem złapać tchu. Kręciłem się w kółko, nie mogąc znaleźć właściwej drogi do wsi. Przeklęte życie – przygryzałem wargi, przeklinałem brzuch, w końcu ujrzałem wieś na skraju lasu, koślawą i wątłą, i najbliżej położone pole ze stodołą. Nie skręciłem tam, ciągnęło mnie do syna i pobiegłem prosto – przez cmentarz. Drewniane krzyże pochylił czas i bieda. Dichan i Żelio powinni byli przychodzić tu częściej, żeby po grobach poznać, ilu bogatych i biednych jest w Zelenkowie, skoro wśród bogatych szukali wrogów.
Czy Keranka wiedziała o moim cierpieniu? Burzany panoszyły się na jej grobie, przeszkadzały cieszyć się tym małym skrawkiem, który przeznaczyliśmy dla niej na świecie – podeptałem je, podeptałem z wściekłością. W końcu dotarłem do wsi.
I tym razem wszedłem przez składówkę. Synowa i wnuczek przestraszyli się, słysząc że do domu zakrada się człowiek. Ale myśleli, że może to być tylko Żelio i otworzyli mi drzwi do dużego pokoju.
– Ach! – krzyknęła synowa, kiedy mnie zobaczyła i cofając się, wpadła na beczkę.
– Synowo! – wyciągnąłem ręce.
Patrzyła na mnie ze złością. Czyżby mnie nienawidziła?
– Synowo! – wyciągnąłem ręce także do Gorcza.
Ale ona krzyknęła, porwała dziecko i zamknęła się w pokoju.
Stałem z wyciągniętymi rękami. Przepychałem się między tobołami w składówce i gościnnym pokoju – wszystko było przygotowane na wyjazd do miasta. Potem zdjąłem buty i zasnąłem na ławie.
Zbudziły mnie ciężkie kroki na schodach. Przyszedł Żelio. Synowa i wnuczek przywitali go w progu. Byli przerażeni. Co się stało? Był Czarny Dichan? – spytał Żelio Synowa, ledwie żywa, jąkała się ze strachu, który ją dławił.
– Dziadek wrócił – ubiegł ją Gorczo.
Nie uwierzył.
– Śpi na ławie, widać go przez szparę… – cieszył się wnuczek, robiło mi się przyjemnie na dźwięk jego głosu.
Żelio popatrzył między deskami dębowych drzwi. Synowa zdążyła już dojść do siebie. Powiedzieli mu, że wróciłem niedawno. Nic więcej nie powiedziała, milczała, nie chciała mówić, że się boi. Jego poddawała próbie, czy siebie. Dotychczas żona Żelia zawsze mnie szanowała. Czyżby stała się rzecz najgorsza?
Żelio westchnął: pomyślał może o człowieku, który tam, w górach biegł przez zarośla. Pewnie sądził, że śledziłem każdy jego krok od samej kryjówki, bo ucieszył się. Ucieszył się i roześmiał na całe gardło.
– Co my teraz zrobimy? – była zaskoczona tym śmiechem.
– Dzień jest długi – powiedział.
– Byli tu po ciebie. Wczoraj też. Dzisiaj rano Dichan, przewodniczący, słyszysz?
Żelio nie słyszał. Stał dalej w szerokim rozkroku i śmiał się – musiał mieć wielkiego stracha. Słyszałem, że i Gorczo się śmieje. Wesoły dom. Brakowało, żebym i ja zaczął się śmiać. Spróbowałem, ale w piersiach był kopeć – odmawiały, a kiedy wysiliłem się bardziej – wychodził skrzek. Wyciągnąłem fajkę z szuflady pod ławą, wyjąłem zapleśniały tytoń z mieszka, zaciągnąłem się i wszystko stało się wyrazistsze. Byłem we własnym domu – w dużym pokoju, gdybym mógł się śmiać, zmusiłbym nawet ściany, aby zaraziły się ode mnie śmiechem, i słońce z drewna na suficie, i Kerankę z małej, drewnianej ikony Matki Boskiej.
Synowa syczała w sionce, syczała wściekle. Żelio próbował ją uspokoić. Wiedziałem, że odkąd wróciłem z lasu, złości się na niego, nienawidzi. To przeze mnie byli jeszcze w Zelenkowie. W przeciwnym razie dawno wynieśliby się do miasta. Nawet Żeliowi obrzydły ich kłótnie: Nie był głupszy od takich jak Angeł Tołuma.
– Co zrobisz? – synowa uczepiła się poprzedniej myśli.
Była drobna, ale zgrabna, miała mądre oczy, którym Żelio ufał często i nigdy tego nie żałował. Tylko ja wiedziałem , ile kosztowała mnie jego ufność.
– Damy znać Czarnemu Dichanowi!
– Co ty gadasz, zamkną go – sprzeciwił się.
Nalegała:
– Z nim już koniec. Co mogą mu zrobić?
– Mogą zamknąć, wsadzą do obozu. Nigdzie nie znajdę sobie potem miejsca…
– Ty nie chodź. Ja…
I nie czekając, zbiegła po schodach. Miałem uczucie odrazy i pustki – nie wiedziałem co dalej. Mój wnuczek Gorczo zaglądał do pokoju, pytał dziecięcym wzrokiem, czy Żelio zdolny jest uczynić rzecz najstraszniejszą?
– Nie! Nie! – przygarnął go do siebie i objął.
Wszedł do mnie i uprzedził, że Czarny Dichan przyjdzie niebawem i byłoby dobrze, gdybyśmy się spotkali. Przekonam się, że Dichan nie myśli o mnie źle.
– A ty jak uważasz, na dobre wyjdzie mi to spotkanie?
Milczał.
Nie wybaczę ci tego milczenia…
Nie ruszył się z miejsca. Poprosiłem o czyste skarpety, przyniósł mi swoje. Wziąłem wnuczka na kolana. Było mi przyjemnie. Ile to czasu marzyła o tej pieszczocie moja zgrubiała ręka!
I powiedziałem do siebie: Wojewodo, bardziej ci pasuje bawić wnuki, niż trzymać strzelbę i włóczyć się po lesie. Czyż władza nie jest nasza? Przeciwko komu występujesz?.
Dębowe drzwi otworzyły się z hukiem i w progu pojawiło się potężne cielsko Czarnego Dichana. Zadarta do góry czapka zawadziła o belkę i spadła bezszelestnie pod nogi – nie schylił się…
– Gdzie jesteś Wojewodo? – nie mógł mnie dojrzeć w ciemnym pokoju.
– Wyjdźcie! – machnąłem ręką.
Wyszli.
Ale Żelio był niespokojny. Synową i Gorcza zamknął w pokoju i przyłożył oko do szpary w drzwiach. Nie miał do zaufania żadnego z nas. Co on sobie myślał: że dalej będę się włóczył samotny i poniżany? I przecież dobrze wiedział – prześladowany i osaczany z zasadzek jak dzik. Spodziewał się po mnie wszystkiego, mimo że z Dichanem byliśmy starymi przyjaciółmi. Zła była moja nienawiść
Nie sprawdziły się jednak obawy jego i synowej.
Milczeliśmy obaj, a kiedy Dichan zrobił ku mnie krok, poderwałem się z ławy. Staliśmy chwilę. I objęliśmy się. Dalej staliśmy naprzeciw siebie. Milczeliśmy.
– Żelio! – krzyknąłem.
Żelio panował nad sobą. Aby nie zdradzić się, przeszedł na palcach do schodów, po czym tupiąc wrócił pod drzwi.
– Żelio! – krzyknąłem głośniej.
Nie czekał na trzecie wezwanie. Napełnił dzbanek rakiją, ukroił słoniny i posypał ją mieloną papryką.
Przynieś też kwaszonej kapusty.
Dalej nie odezwaliśmy się do siebie słowem.
– Ty też usiądź – powiedziałem do Żelia, kiedy wszedł do pokoju.
Usiadł.
– Wszyscy jesteśmy mężczyznami, dorosłymi, mądrymi – rzekł Dichan. – Ponimajesz, skończmy z tym wszystkim jeszcze dzisiaj…
Niby z czym mielibyśmy skończyć – podniosłem się.
Starzy z nas przyjaciele, Goranie. Strzelaliśmy do siebie. Chcieliśmy jeden drugiego zabić. Dosyć już tego…
– Coś jeszcze?
– Tak. Jeśli już nie dla dobra sprawy, której nikt nie przeszkodzi, to dla Żelia: dziś jeszcze musisz zapisać się do spółdzielni..
Złapałem dzbanek i walnąłem nim o ścianę. Skorupki rozsypały się, rozniósł się zapach rakiji. Przybiegła także synowa i … stanęła między nami. Żelio wyprowadził ją bez słowa. Tylko jej brakowało, a nie zobaczylibyśmy się już nigdy więcej.
– Usiądź, zrobił się z ciebie dzikus. Wot.
– Nie chcę, żebyście mówili mi o waszej spółdzielni, jasne? Jak będzie trzeba, sam do niej wstąpię.
– Nie, dziś jeszcze sam złożysz deklarację. Opiszesz ziemię i oświadczysz, że przystąpiłeś dobrowolnie.
Opadłem na poduszkę.
– Nie mogę uwierzyć, że to ty, Dichanie.
– To ja, popatrz, ja, panimajesz! Niech ci Żelio potwierdzi! Przewodniczący spojrzał surowo.
– Nie rób tego Dichanie! Mnie będziecie agitować? Nie chcę iść jedną drogą z wami i to wszystko! Źle – dobrze – to wszystko.
– Tym razem pomyśl: albo wieś, albo znowu las.
Dichan pośpiesznie wyniósł z pokoju swoje ociężałe ciało, ale już odwrócony plecami nie zapomniał powiedzieć, że dzisiejszego wieczoru muszę zdecydować, czy pójdę ze wsią, czy znów wyniosę się do lasu…
Dichan nie był człowiekiem prostym. Gdyby zdołał mnie nakłonić, odniósłby pełne zwycięstwo. Kto miałby jeszcze odwagę mu się opierać?
Stękałem, jęczałem przez cały dzień. Dobrze znałem Czarnego Dichana. Od dziecka, od powstania w dwudziestym trzecim!
I nie wiedziałem co wybrać – las czy wieś.
Żelio próbował mi pomóc. I prosto w serce: powiedział, że ma zamiar zapisać się na studia, a nie pozwolą mu ani na studia, ani piąć się w górę, jeśli nie zostanę członkiem spółdzielni.
Trafił. Skuliłem się. Nie wiedziałem co robić. Popatrzyłem na niego ukradkiem, podejrzewając o szukanie przebiegłych wykrętów.
– Powiedziałem ci, chcę się piąć wyżej, zastanów się, jeśli dalej masz zamiar trzymać się z boku.
Zasługiwał, żeby go obić. Czułem na każdym kroku, jak ciągnie pierzynę w swoją stronę, nie chciałem awantury, był mi jeszcze drogi. Pozwoliłem mu mówić, chciałem pogrzebać trochę w jego duszy.
– Dlaczego nie chcesz pracować razem z ludźmi? Nie wszyscy są nierobami i głupcami, nie jestem ślepy.
– Ślepy nie jesteś, ale widzisz jednym okiem.
– Nie masz racji – zaprzeczył Żelio.
– Nie mam? A ludzie od dobra uciekają do miasta?
– To obiektywny proces gospodarki socjalistycznej, to nie jest złe: przemysł socjalistyczny potrzebuje wielu ludzi.
– A wszystko mogło stać się normalną koleją rzeczy. Czego nam brakowało?
– Dosyć. Już to słyszałem…
– Ale zapomniałeś. A może cię zabolało?
– Nie mam ochoty słuchać.
– Ty mi tu nie wrzeszcz, nie okazuj, żeś słaby.
Poderwał się gwałtownie, oczy mu zaświeciły wściekłością – zaczął chodzić po pokoju.
Długo obmyślałem słowa, czekałem, żeby mi zaprzeczył. Miętosiłem czapkę, oparty o poduszki popijałem rakiję w dużym pokoju, rozgrzebywałem, rozdrapywałem stare i nowe rany, niekiedy uśmiechałem się, ale uśmiech nie był taki jak kiedyś, przylgnęło do niego zwątpienie, przebijała zza niego nieufność i strach, choć próbowałem to ukryć. Rozumiałem Żelia – pogardzał tym, co było, myślał, że to co nadejdzie, będzie lepsze.
– Oto, po Kostadinie Tołumie ty następny uciekasz do miasta. Może nie? Ale i ty, i jego syn dacie sobie radę! Ty masz już zasługi i szkołę. A on ma szkołę i sprytnego ojca z pieniędzmi. A inni ludzie? Dokąd pójdą? A ich dzieci – gdzie będą rosły? Jak będą rosły?
Żelio milczał, słuchał. Nie przestawałem mówić, czekałem czy mi zaprzeczy, szarpałem wąsy i mówiłem jakby do siebie. Żelio zdawał się nawet nie widzieć tak daleko naprzód, ale słuchał moich słów. To prawda, co stanie się z rówieśnikami Gorcza, którzy patrzyli jak nasi synowie nękają nasze dusze. Czyżby Żelio był ślepy: ten satrapa, Dichan, wiem przecież dobrze, unieszczęśliwił wiele matek i wielu starców obraził po wieczne czasy. Już dawno miałem chęć podnieść się i zmiażdżyć mu tę napuszoną gębę – jak ja nienawidzę napuszonych gąb – ale powiedziałem sobie – spokojnie, Wojewodo, patrz i nie zapominaj – na wszystko przyjdzie czas.

Pod wieczór poszedłem do gromadzkiej rady. Żelio nie słyszał o czym mówimy, ale Czarny Dichan niebawem wezwał milicjantów i kazał mnie aresztować. Zelio schował się, żeby nie patrzeć.
Dichan odszukał go osobiście, chciał przeprosić, mamrotał coś niezręcznie:
– Nie możemy działać przeciwko idei, mój chłopcze, on znów odmówił.
Żelio przełykał.
– Całą wieś się zbiegła. Patrzy. Odwieziemy go do miasta. Wot.
– Nie rób tego! Nie rób! – Zelio złapał go za roztrzęsione ręce i wykręcił je. Mógł to sobie darować.
Goniec gromadzki rzucił się na Żelia, a ten pchnął go z całej siły. Wtedy Dichan obłaskawił go łagodnym spojrzeniem. Twarz miał surową, ale oczy były łagodne i co najważniejsze, Żelio wierzył jeszcze ludzkim oczom.
Puścił Dichana.
Ten potrząsał opuchniętymi dłońmi.
– Silnyś, psia duszo…
Spojrzał mu w oczy.
– Twój ojciec też był mocny. Wiesz, jak zostaliśmy przyjaciółmi?
Wiedział, ale nie miał ochoty na pogawędki.
Przed gromadzką radą zebrało się całe Zelenkowo z dziećmi. Krzyczeli, przeklinali Czarnego Dichana, rzucali śliwkami w okna.
– Mówię ci to, żebyś uwierzył. Mam swój plan.
Rozległ się warkot gazika. Usiadłem między nimi, byliśmy gotowi do odjazdu, ale ludzie zagrodzili drogę – rzucili się na samochód. Nie pozwalali gazikowi przejechać, mimo że byli tam milicjanci i cała grupa partyjna, i mimo że nie żałowali pięści. Zaczęła się prawdziwa bijatyka.
Z przodu wdrapali się na samochód synowie ludowca Peja o dużych głowach i Stojan, brat Dichana. Stojan uderzył szofera, który trąbił nieustannie i dodawał gazu, potem stanął na masce i krzyknął strasznym głosem:
– Ludzie nie zostawiajmy Wojewody w ich rękach!
A ludzie tylko na to czekali.
– Na nich, bić ich – pomstowały kobiety na milicjantów.
– Krwi, krwi za Wojewodę! – krzyczeli co bardziej zapalczywi.
Samochód zakołysał się. Ludzie rzucili się w moją stronę. Mogło skończyć się krwawo, gdybym nie wstał i nie powstrzymał wzburzonych sąsiadów.
– Zostawcie ich, ludzie. Nie mam do nich żalu. Dobrowolnie jadę do miasta. Patrzcie, mój Żelio też jest ze mną. Uwierzcie, wrócimy razem…
Roześmieli się zgryźliwie:
– Jego Żelio z nim jest…
– Żmiję spłodziłeś, a nie syna… Żmija siedzi przy tobie, pilnuj się, Wojewodo.
Zatrzęsło mną zimno: ludzie pomyślcie o mnie, jestem ojcem…
– Wyciągnijmy choć jego z samochodu.
– Pozbądźmy się go. Wyciągnijmy tego bękarta.
A ktoś, kogo dobrze nie widziałem, wciąż powtarzał cienkim głosem:
– Dajcie, ja nim potrząsnę. Przy Wojewodzie niczego się nie boję, dajcie, psia mać. Wszystkiemu, za co świat mi obrzydł, winna jest ta żmija.
– Zamknij się tam – krzyknęli inni – najpierw podciągnij sobie gacie, a potem zabieraj się za naprawianie wsi.
Ludzie nienawidzili się. Czy można było wierzyć sobie w tych latach?
Ludzie z Zelenkowa też nie wierzyli. Ale moje słowa miały jeszcze posłuch. Ciążyły. Stojan zszedł z samochodu.
– Hej, towarzyszu przewodniczący – zwrócił się Stojan do swego brata – jak stanie się coś z moim chrzestnym, to ciebie, własnego brata, tą oto ręką uduszę.
Ludzie skupili się wokół niego, radzili głośno przepuścili samochód. Rad byłem z z ludzi. Byli nadal zwarci, trzymali się razem.
Gazik wymknął się z tłumu, zaryczał i zaczął kluczyć po chropowatym żwirze szosy. Do samochodu nie docierały głosy chłopów, Czarny Dichan oberwał od kogoś z tłumu pięścią i teraz policzek mu płonął. Szarpałem wąsy, przygryzałem wargę, ale nie mogłem stłumić śmiechu. Musiałem jednak udawać poważnego:
– Dokąd mnie wieziesz, Dichanie?
– Wiesz dokąd…
– Źle o mnie myślisz, Dichanie.
– Zły jesteś ty. Zmieniłeś się, panimajesz, i nie wiem, co o tobie myśleć.
– Ejże, ejże, czas pokaże, kto winien. A ty powiedz, gdzie mnie teraz ciągniesz.
Nic nie odrzekł. Skąpy zrobił się przewodniczący w słowach. Gazik kołysał jego otyłym ciałem i ktoś z boku mógłby pomyśleć, że podrygiwanie samochodu sprawia przewodniczącemu przyjemność, a sądząc z jego poważnej i zadowolonej twarzy, mógłby powiedzieć, że Carny Dichan wyruszył na spacer.
Żelia ponosiła złość – gniewnie zaciskał pięści. Może dlatego, że nie okazywałem żadnego zdenerwowania.
– Niech was obu szlag trafi! – zrugałem po cichu syna, gdyż myśli jednego i drugiego były mi nieznane. Miałem tylko pewność, że między mną a Dichanem w każdej chwili może dojść do zwady, że możemy złapać się za łby…
– Chcesz wiedzieć, gdzie cię wiozę, co? Oto, gdzie cię wiozę, wot – obrócił się chwilę później Dichan i wskazał duży dąb na szczycie wzgórza.
– Wieziesz mnie tam, żeby wypróbować, co?
– Tak, jeśli chcesz… Zatrzymaj! – Powiedział przewodniczący szoferowi.
Zaczęliśmy wspinać się pod górę w stronę potężnego drzewa. Ścieżka kluczyła, wiła się za nami. Szedłem szybko, a Dichan pochrząkiwał za mną jak prosię.
– Wiesz dlaczego ci ludzie leżą pod zielonym drzewem? – rzekł Dichan.
Usiadłem jak podcięty. Zdjąłem czapkę. Przed oczami zaległ mi ciemny mrok. Oni leżeli tutaj. Oczy mieli zwrócone na Karabair. Wciąż czekali, kiedy zapłoną trzy ogniska na szczycie. Cykanie kieszonkowego zegarka w rękach Wasyla zagłuszało bicie mojego serca – zagłuszało wszystkie dźwięki nocy.
Dlaczego już nie śmiejesz się ze mnie, Dichanie?
Mijała północ, znikąd żadnego odgłosu. Przyszli przede mną, uzbrojeni, gotowi rozpocząć powstanie. Księżyc obmywał w błocie swą pożółkłą twarz – rozsiewał światło na wodzie, lśniły trzciny, sterczące jak bagnety wielotysięcznego wojska.
– No, Wojewodo, przypominasz sobie, za co ci ludzie leżą pod tym drzewem?
Dichan był bliskim współpracownikiem Wasyla, powiedział mu, żeby mnie odesłał do domu – nie byłem jeszcze wtajemniczony, nie miałem doświadczenia, a nie było też wiadomo – czy zdarzyła się wsypa, czy może coś gorszego.
– Pamiętasz przynajmniej oficera, który obciął Wasylowi ucho? I jak mu się potem przyglądał?
Kazali mi oddalić się z wozem i wołami, ale niebawem od strony bagna gruchnęły strzały. Nie czekałem – biegłem z powrotem ze strzelbą w dłoni. Strzelali do nich jak do kaczek – padali z rozpostartymi ramionami w bagno, pozostałych łapali i wiązali, a ja wciąż biegłem przez las, przez trzciny, aż w końcu wycelowałem i grzmotnąłem w lśniąca odznakę oficera, posłałem go na tamten świat za pierwszym strzałem.
– Wtedy myślałem o tobie inaczej! I potem. A teraz?

Strzelałem, nie przestawałem strzelać. A kiedy zapadł zmrok, pozbieraliśmy martwe ciała. „Jeszcze? – ciągnąłem trupy i płakałem. Ach, gdzie ten rok dwudziesty trzeci: ”Jeszcze!”. Wasyl też ciągnął martwe ciało, i Dichan za nim, a Wasyl wciąż przechylał się na jedną stronę – oficer obciął mu ucho. Wciągaliśmy ciała na sama górę, na szczyt. Wasyl, opryskany krwią i błotem, ledwie trzymał się na nogach. Mówił do mnie: „Nasze cierpienia nie pójdą na marne, Goranie”. Byłem jak wpół oszalały. Widziałem mordujących się nawzajem ludzi. Nie wiedziałem, co powiedzieć – głowa mi pękała. „Dlaczego? Dlaczego? Kiedyś i tak zwyciężymy. Czas pracuje dla nas, przyjacielu” – mówił Wasyl i chciało mu się płakać. Boże drogi, co za człowiek – gdzie ja, a gdzie on. W kryjówce pod Roszkowica też był taki. „Oni są tutaj!” – powiedział. Uwierzyłem mu już w dwudziestym trzecim, od pierwszej chwili, kiedy usłyszałem jego głos, kiedy wyszedł m na spotkanie bez broni.
– Chyba zapomniałeś o Wasylu, to jest prawdziwy człowiek – z takimi trzeba trzymać, dopiero wtedy będziemy silni. Wot, i dlatego nie zatrzymamy się przed niczym, panimajesz! Całą noc grzebaliśmy ciała. To miejsce stało się święte, tu zbierał się oddział Georgiego Janczewa i Todora Grudewa, tu przychodziłem, kiedy chciałem spotkać się ze starymi przyjaciółmi, wszystkie moje drogi zaczęły się od tego drzewa na szczycie.
Celnie wymierzył we mnie Dichan. Głowa pracuje, pogrzebał w mojej duszy, teraz będzie chciał, abym podpisał deklarację – wydawał mi się taki śmieszny, jakby miał zaraz powiedzieć: „ W imię ich krwi i pamięci, w imię ich ideałów!”. Dalejże – powiedz. Zaniemówiłeś ty zakuty łbie, który wyrwałeś mi duszę – powiedz, nie zmuszaj mnie, żebym to zrobił sam.
Rozpoczął pierwszy:
– W tej bieganinie nie starcza nam czasu na postawienie pomnika, Goranie!
– Wszyscy zmierzamy w tę stronę!…
– To miejsce za wysokie dla wszystkich.
Nie wytrzymałem i skoczyłem:
– Po to mnie przyprowadziłeś?
– Usiądź. Przyszedłem zastanowić się, co z tobą zrobić…
– Nie musisz się zastanawiać. Prawie nic już ze mnie nie zostało. Zniszczyliście wszystko.
Odsunąłem się na bok. Machnąłem ręką i zacząłem schodzić w dolinkę. Było widać, że jest mi ciężko i Żelio zbiegł za mną. Przystanąłem. Czy poznał moje myśli? Coś popychało go ku mnie, zbliżyłem się. Podniosłem rękę, zanurzyłem ją w jego włosach…Nic nie powiedziałem, wydawało mi się, że wrosłem w ziemię, długi czas milczałem jak pień, ani drgnąłem. Nawet powieki mi nie drgnęły, a palce zesztywniały w jego włosach. Stałem ze spuszczoną głową, stałem nad synem jak kłoda: różne myśli przewalały się w głowie. I zamiast rzucić się w przepaść lub zdzielić Żelia po zakutym łbie, powiedziałem głucho:
– Daj, podpiszę!
– Nawet nie drgnął, stał przy mnie jak osłupiały.
– Przyłączę się do spółdzielni, ale od tego złe duchy nie uspokoją się.
I z wściekłością pchnąłem Żelia.
– Daj tę deklarację, którą mi ciągle podtykasz pod nos.
I podpisałem. Nie mogli uwierzyć, że tak od razu, ale podpisałem.
– Nie potrafię się cieszyć, Goranie. Późno dajesz zgodę. Zmartwiłeś mnie, człowieku.
Dichan mówił jak ktoś zmęczony, ale nawet w tym zmęczeniu wyczuwało się, że ukrywa radość z odniesionego sukcesu. Wyciągnął notes, wiedziałem, że prowadzi dziennik przewodniczącego spółdzielni. Zerknąłem:
„ Dzisiaj pokonałem jeszcze jedno wzgórze. Trudne. Padł Wojewoda”.
A ja zaciskałem szczęki i miąłem czapkę w szorstkich rękach.
Od wilgoci Dichan kaszlał, łapał się za brzuch. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że traci oddech od tego kawałka ołowiu, którym go naszpikowałem.
Wróciliśmy późnym wieczorem.
Ludzie nie rozeszli się jeszcze i na szerokim placu przed gromadzką radą, gdzie mieściła się kancelaria spółdzielni, napierali na nas.
Stłoczyli się wokół mnie. Każdy chciał mnie dotknąć, pociągnąć za ubranie, za rękę. Prześcigając się nawzajem, głosy moich przyjaciół docierały niezrozumiałe, zaniepokojone, gniewne, a ja stałem ze spuszczoną głową. Wstydziłem się. Wstydziłem się napotkać ich spojrzenia, wstydziłem się spojrzeć im w oczy. Od tego dnia stało się ze mną coś złego. Żelio powiedział ludziom, że jesteśmy zmęczeni, wymknąłem się bokiem i zniknąłem w mroku.. Zamknąłem się w dużym pokoju, napełniłem czajniczek rakiją, chciałem nie myśleć o niczym.

III.

Nie, nie byłem zmęczony. Brakowało mi spokoju. Gdzie się nie obrócić, wszędzie te wybałuszone oczy ludzi – przekłuwali mnie wzrokiem. Nawet teraz na balkonie, kiedy uderzają mnie krople deszczu, widzę je znowu, i kiedy obrócę się na brzuch i zacisnę powieki, wciąż tylko widzę oczy tych ludzi – zadręczą mnie.
A ty milczysz, Wojewodo, milczysz – przestraszyłeś się, uciekłeś, poszedłeś za Żeliem, który bez twojej wiedzy, już poprzedniego dnia spakował walizki. Z tymi myślami dowlokłem się do ławy. Położyłem się, ale czy można zasnąć, czując się obco we własnym domu? Co też nie przychodziło mi do głowy! Wiedziałem, że najlepszym oparciem jest dla człowieka wspomnienie – piękne, dobre wspomnienie. Ale samo wspomnienie nie daje ciepła. Czego mogłem oczekiwać od moich czasów – czego od syna, czego od przyjaciela, który wiele mi przebaczył, aby zabrać to, czego nie byłem przygotowany dać? Co będzie ostoją dla serca? Wszystkie moje prawdy i nieprawdy pochłonął czas, ten sam czas, na którego spotkanie przygotowywałem się przez całe życie. Chcieli mnie teraz przykuć do jednego miejsca, którego serce nie mogło przyjąć, chcieli zgodnie ze słowami i Dichana, i
Żelia, dać mi szczęście, ale za cenę czego? Siebie się nie wyrzeknę. Nie wyrzekną się także inni ludzie – oni też najbardziej kochają samych siebie. Umierając – człowiek i żmija kąsają śmiertelnie.
Spotkanie z Wasylem owego wrześniowego wieczoru skierowało moją młodość ku tej nieznanej wcześniej ziemi – największej – ku wolności. Tylko dzięki niej zmartwychwstała moja dusza i wcale nie wtedy, kiedy umarła Keranka, w kwiecie wieku, przy porodzie, razem z dzieckiem, nawet wtedy nie cierpiałem bardzo. Wszystkie dzieci Keranki umierały jak muchy, ledwo narodzone, jakby ktoś im powiedział, żeby nie otwierały oczu na ten biały świat. A kobiety są szczęśliwe jedynie jako matki. Zamiast się ulitować, robiłem jej wyrzuty – późno zwracamy twarz ku bliźniemu. Dziwili się wszyscy, nazywali mnie twardym człowiekiem. To prawda – nie cierpiałem wiele. Znalazłem usprawiedliwienie dla całego życia, dla Żelia, dla siebie i dla tych, powiadałem sobie, którzy nie poznali kuszącego ognia tej ziemi. Co takiego miała w sobie ta żarząca się ogniem i blaskiem ziemia? Czy wiedziałem kiedyś, czy wiem teraz ? Dichan dał mi wiele książek do czytania, spotkałem w nich głowy proste jak moja, które zaczynają od niczego. W lesie nieraz pytałem siebie, czy ja, zatwardziały chłop, jestem aż tak bardzo zachłanny na ziemię, jak wmawiał mi to Żelio, kiedy odżegnywałem się od wspólnej pracy? Czy aż tak zachłanni byli inni ludzie, że występowali przeciwko wspólnej ziemi? A może było w tym coś jeszcze, coś innego? I ciągle powracało pytanie: jak ty, Wojewodo, wyobrażałeś sobie wolność, jako prawdziwy raj czy folwark i harem w folwarku? Czy ta ziemia naprawdę należała do Dichana, czy tylko udawał, że tak jest i wymachując pistoletem ukrywał prawdziwe myśli, czego ja nie potrafiłem? Z jakiej gliny był ulepiony – przecież odkąd się znamy, jedliśmy ten sam chleb i znałem każdą jego myśl. A teraz, miotałem się jak zadżumiony, w gorączce, lekkomyślny i ślepy. Gdzie podziały się myśli o tym, co czyste, trwałe i dobre? Wyciągam rękę – przede mną pustka. Gdzie tu jaka myśl, o czym? Pustka z boku, pustka za mną.
Od podwórza dało się słyszeć dudnienie. Ktoś walił głucho w drzwi. Przestawał i znów się dobijał. Przyszli po Żelia, żeby uganiać się za czymś od nowa.
Odpowiadał im stukaniem i zrywał się, jakby tylko na to czekał.
– Jeszcze nie śpisz? – wtykał głowę do mojego pokoju.
– Śpię. Nie widzisz?
I dolewałem sobie rakiji z czajniczka. Mały piecyk buzował. Rzucał światło na ikonę Matki Boskiej z dzieciątkiem Jezus. Na niej zatrzymałem wzrok. Dobrze, że Żelio jej nie wyrzucił, kiedy mnie tu nie było. Miałem ją od Keranki. Przed nią klęczała i do niej modliła się za Żelia i za mnie, dlatego jest mi ona droga. Dlatego nie zastąpię jej niczym innym, a synowa i Żelio niech wieszają sobie na ścianach, co chcą. Może Żelio nie stracił rozumu do reszty, gdyż wiele opowieści o świętych powiedzieliśmy mu dzięki małej ikonie Matki Boskiej. Różnie nazywał moją miłość do drewnianej ikony… Pewnego razu nie wytrzymałem i uderzyłem go w twarz. Dzikus był z niego, uważał się za wszechwiedzącego. Chciał mnie uczyć co to religia, co to miłość. Dla niego nie była niczym więcej, jak tylko malowaną na drewnie świętą, ale dla mnie była czymś więcej i tak zostanie, dopóki widzą moje oczy i serce może kochać.
Podniosłem się i spróbowałem się przeżegnać, ale zgrubiałe palce odmówiły posłuszeństwa. Długo, bardzo długo tego nie robiły i teraz osuwały się niezgrabnie po piersiach. Było mi ciężko. Dusza nie potrzebowała niczego. Nie bolałem z powodu Matki Boskiej, bolałem nad sobą. Nigdy nie doszukiwałem się w niej niczego szczególnego, ale ona przypominała mi Kerankę, jej twarz zlała się z twarzą Keranki ze ślubnej fotografii nad łóżkiem, a oto, ja poddawałem się, nie potrafiłem oddać jej szacunku.

Tak zapadłem w drzemkę. Obudziło mnie znów dudnienie w drewniane drzwi od podwórza. Zbzikowali, oszaleli wszyscy. Przyrzekłem sobie wziąć któregoś wieczoru strzelbę i przepędzić ich, żeby więcej ich noga tu nie postała. Ale opanowałem się: od dziś byłem we wsi i musiałem znosić te dudnienia i wariactwa.
I naraz zrobiło mi się tak ciężko, Boże drogi, tak ciężko! Gdzie miałem szukać oparcia dla duszy, gdzie nabrać tchu? Wciąż tylko pytałem siebie: dokąd teraz, Wojewodo? Ziemi nie masz, dobytku nie masz, przyjaciół nie masz. A syna, czy masz syna, masz? A co to jest syn? Ten, któremu dałeś wszystko, co miałeś, co chciałbyś mieć. Czy go masz, Wojewodo? Tego, którego zabiłbyś bez skrupułów, gdyby postępował wbrew sobie, wbrew tobie, wbrew temu co nazywasz prawdą? Czy go masz? Tego, który odprowadzi cię na cmentarz, kiedy wyciągniesz nogi, zwyczajnie, z ran duszy, czy go masz? Tego, dla którego mógłbyś umierać nie raz, jak jest nam przeznaczone, ale wiele milionów razy – czy go masz, czy go masz? Co masz oprócz starej powłoki, zniedołężniały zarozumialcu? Zwiesiłeś nos na kwintę, w czajniczku wrze, kipi, podnieś się! Zmęczony własną głupotą, bezsilnością w wyborze drogi. A może i do tego nie chcesz się przyznać, bo zmęczenie skazuje cię w sam raz na cmentarz, zmęczenie jest dla martwych, dla czarnej ziemi.
Zniż się, niebo,
Zniż się, by usłyszeć…
Niebo zniżało się i chlustało mętnymi strugami w szybę, na mały komin spadały martwe krople – przez komin. Czajniczek kipi, Wojewodo, odsuń swoje zrogowaciałe stopy, dla których nie ma butów, i których nie ima się ani zimno, ani żar – złuszczone stopy, prowadzące cię coraz bardziej nieznanymi drogami. Jaka drogą poprowadzą cię tym razem? Jeszcze tego wieczoru? A może położysz je na pieńku i siekierą – ciach. Ej, szlochasz. Za takie myśli kiedyś byłeś gotów karać najsurowiej. A teraz? Przesuń chociaż czajniczek, para oparzy ci skórę. Zrób coś, zrób coś – niech coś powstrzyma ogień i ziemię, która odurza ci mózg, a rozklekotane kości nie mogą podnieść cię, abyś znów mógł ruszyć przeciw…
„Przeciw komu?”
„I dlaczego ciągle przeciw?”
„No więc, z kim ? Z synem, który jutro wyniesie się do miasta? Z Dichanem, który zapamiętał się i występuje przeciwko własnej matce i przyjacielowi?…”
„Poczekaj, Goranie – nie chodź nigdzie, rozejrzyjmy się, nie ruszaj się.”
„I połóż się”.
„Nie jestem zmęczony – nie orałem”
Czajniczek przekrzykiwał mnie, sapał, gwizdał, złościł się – gorąca rakija i dusza buntowały się – chciały wykipieć.
„Hej, Wojewodo, wykipi.”
Zadzwoniła szyba. Tam, gdzie niedawno migotały w niej płomienie, jest ciemny cień, kościste palce ludzkiej ręki.
Podnieś się szybko, Goranie. Jeśli masz odwagę, otwórz szeroko okno, niech wejdzie – kto został bez dachu nad głową, niech wejdzie – kto głodny, ogrzejesz go, czajniczek wrze – spragnionych napoisz.
Nikt nie odpowiedział – mokra ręka zamachnęła się, by wymierzyć mi policzek za wszystkie niewypowiedziane słowa.
– Czego chcesz? – obudził deszczową ciszę mój głos i gałązka pochylonej śliwy cofnęła się.
– To ja, Goranie!
Wysoki garb w czarnej sukmanie, z pasterską laską wyciągniętą w moją stronę:
– To ja, Goranie! – jeszcze teraz włos jeży mi się na głowie, kiedy słyszę ten głos.
– Giorgowico, to ty? Przecież, niech mnie diabli, przecież umarłaś, czego szukasz pod moim oknem?
– Nie do ciebie przyszłam, do swoich synów, do Piotra i Stojana przyszłam. I diabłami mnie nie witaj, nic ci nie zrobiłam.
– Nie ma twoich synów, idź sobie! – pchnąłem okno, ale garb podniósł się, błysnęły kocie oczy, chwyciła mnie laską za gardło. Jak koźlę.
– Wejdź, Giorgowico, wejdź do domu, tam wieje wiatr, pada deszcz, przeziębisz się – powiedziałem już bardziej łagodnie.
Zachichotała, chichotała chrapliwie starymi szczękami, zbierało mi się na wymioty, bałem się. Miałem ochotę ją uderzyć, żeby zatrzymać ten przeklęty śmiech.
Chciałem podać jej czajniczek. Niech usiądzie. Od drzwi wtoczyła się noc, przywlokła strugi wody w sukmanie Giorgowicy, szeleściła sukmana – obecność Giorgowicy nie niosła nic dobrego. Kto teraz przyjdzie do mnie w dobrych zamiarach? Przyszła zabrać moją dusze za swoich synów, których nie potrafiłem upilnować, którzy uciekli i ze strachu strzelali do mnie, do swojego wojewody – i jeszcze za to, co wyrwało ich z ciepłego snu i uczyniło mordercami, wygnańcami, odrażającymi i krwawymi skrzydłami ziemi, a ona ich zrodziła i żywi. Nie, Giorgowico, nic ci nie powiem – śpij spokojnie tyle nocy, ile jest ci dane, opiekuj się mężem i trzodą, zostawcie mnie w spokoju, nie chcę żyć tak, jak żyłem, odkąd pamiętam siebie, odkąd zacząłem ssać żółte i dalekie słońce – zostawcie mnie, bo inaczej skończę ze sobą jeszcze w tej chwili, roztopi mnie to żółte i piekące słońce, pochłoną mnie jego przestrzenie, jak ja pochłaniam i chciwie sycę się każdą minutą.
– Jak tu spać spokojnie i zajmować się mężem i trzodą, jeśli nie ma spokoju we mnie. Do świtu krążę po lasach i łąkach, wciąż mam ich przed oczami: „Chodźcie, powiadam, chodźcie, moi chłopcy, jestem przecież waszą matką, nie jestem dla was obca, przyniosę wam chleb, u mnie dostaniecie nawet mleka. „A oni uciekają, nie chcą przyjść – co za czasy nastały, Goranie – dzieci uciekają od nas, a my nie potrafimy ich powstrzymać, i może umierają z pragnienia na wygnaniu, a ich zimne oczy za nikim nie tęsknią. Bogurodzico, Matko Przenajświętsza, czy można żyć, jeśli nie chce się znać własnej matki. Dlatego, że jestem matką, właśnie matką, powiedz mi o nich, powiedz mi coś, Wojewodo.
– Mów dalej, Giorgowico, mów. Będzie ci lżej, kiedy będziesz mówiła, a mnie nic już nie ulży.
– Mówię, krzyczę, ale nikt nie słyszy. Jak pisklęta ich wołam, to tak – to siak, i będę wołała, póki mam głos i duszę, ale gdzie oni?
– Któregoś dnia cię usłyszą, jeśli nie przestaniesz wołać, wołaj ich, Giorgowico, póki nie wrócą.
– Łatwo ci powiedzieć „póki nie wrócą”, ale oni nigdy nie wrócą. Poprowadziłeś ich, stary niedźwiedziu, muszę to powiedzieć, czy chcesz, czy nie, ty poprowadziłeś ich do lasu, ale tobie wolno, a oni – są przecież młodzi i głupsi, oszukałeś ich. Gdzie leżą ścięte głowy moich synów, Wojewodo? Moich najukochańszych synów, Piotra i Stojana?
– Ja ich poprowadziłem?
– Ty. Oby ten grzech nie został ci odpuszczony. Teraz drwisz ze mnie. Ale gdyby moi synowie żyli, odszukaliby mnie. Pomieszałeś im w głowach, człowieku. Oby Bóg ci tego nie wybaczył, oby nie zapomniał o tobie i twojej wielkiej głowie, oby mrówki w lesie wyjadły ją miejsce przy miejscu tak, aby nawet rodzona matka cię nie poznała.
– Pleć Giorgowico, pleć, co ci ślina na język przyniesie. Ranisz mnie, a moja matka, wiesz najlepiej, leży niedaleko i proszę cię, nie wspominaj mojej matki źle – ja też kocham, ja też mam duszę…
Ale Giorgowica nie odpowiedziała. Powlokła swój garb zawinięty w czarną sukmanę, zdjęła laskę z mojego gardła i poszła w noc, nie napiwszy się rakiji, nie przymknąwszy okna i drzwi. Zachichotała jeszcze za drzwiami, otwarła w uśmiechu kościste usta i zachichotała. Błysnął uśmiech, błysnął i zgasł, miał przypomnieć klątwę, żeby mi nie przebaczył Bóg, Matka Boska, ani jej synowie Piotr i Stojan.
„Ej, Wojewodo, pójdź za nią, pomyślałem sobie, pociągnij ją za garb, zanim położy się do grobu – niech cofnie złe słowa, mało ci twoich własnych – pójdź, zatrzymaj ją. Powiedz wszystko, co wiesz o jej synach, o sobie – żeby ci ulżyło. Niech nie zrozumie cię Bóg, niech ci nie przebaczy, dogoń ją w deszczu, biegnij, wyjdź przez okno. Kto cię zrozumie lepiej, matka jest ci bliższa niż Żelio. Złego człowieka, powiadają, wszędzie można poznać – żadna matka nie jest zła, kiedy upomni się o synów, wiesz o tym, dogoń ją – biegnij w deszcz. Matka jest ci bliższa niż Żelio, niż Dichan – wasze cierpienia są podobne. Cierpienia tamtych są ci obojętne. To zaślepieni męczennicy i fanatycy, którzy do nędznego serca przyjmą wszystko i będą ślubować temu sercu w imię czegoś, czego nie widzieli, ani nie śnili, ani nigdy nie zobaczą. Tacy są niebezpieczni, tacy są straszni, bo nie są pewni niczego, co noszą w sobie i ziarna, które zasieją. Nie trać z oczu nieszczęsnej matki, oderwij wzrok od okna, ulituj się nad nią, biegnij mimo wielkich kropli deszczu, ale najpierw napij się jeszcze z czajniczka, niech zapali się język i zapłonie gardło, niech wykipi na żar gorzka rakija, nie trać z oczu Giorgowicy ani jej odrażającego uśmiechu, rozbłyskującego w ciemności i skrzypiącego jak piła na starych kościach – nie trać z oczu tej czarnej błyskawicy z garbem zawiniętym w czarną sukmanę, przygotuj się i wyskocz przez okno, uchwyć się jej sukmany, proś o przebaczenie za wszystko, a najbardziej za to, że jej synowie nie naszpikowali cię ołowiem, kiedy strzelali z drugiego brzegu, rusz się, proś ja o litość, aby zechciała zabrać cię z sobą, okryć czarna sukmaną i poprowadzić w głąb ziemi, gdzie śpią duchy wszystkich zuchwalców i nieszczęśników – ludzi przestraszonych i przegranych, pij teraz, pij, niech rakija spali ci wąsy, niech spocą się płuca, pij z czajniczka – dogadacie się z matką we wszystkim, przecież ci to gdzieś pisane.
„Zapłaciłem już za wszystko – nie obchodzi mnie, co mi pisane.”
„Nie obchodzi? A kto chciał dziś rano zabić własnego syna?”
„Nie dziś. Pamiętam dobrze. Przynajmniej tę sępią gębę Żelia, którą straszy samego siebie.”
„A jednak pokonał cię. Ukląkłeś.”
„Pokonał, a chce uciekać.”
„To prawda, to mnie zabija, z tym nie mogę się pogodzić. Rozejdą się plotki: przestraszył się syn Wojewody, uciekł. A ty go szanowałeś za upór, choć najczęściej nie miał racji.”
I pytałem siebie dalej: dlaczego Żelio ucieka, przecież wróciłem do jego świata i dla jego dobra. Teraz mnie porzucał, mój własny syn. Kiedy już wpakował mnie do spółdzielni, odchodził ze spokojnym sumieniem. Odchodził i ani ja, ani nikt nie powie mu, żeby wrócił. Nie poznałeś się na własnej krwi, Wojewodo, wydawało ci się, że go znasz, a tu – pierwszy załamał się Żelio, zaufał przebiegłemu rozumowi Kostadinowego syna i daleko nie zajedzie: diabeł żąda za wszystko najwyższej ceny.
„Pociesz się – dosyć. Są rzeczy gorsze od więzów krwi – czas.”
„A gdzie mój czas? Gdzie ja się podzieję?”
O to mi przecież chodzi. Gdzie? Rzadko kto bywa bardziej samotny ode mnie i żółwia.
„Obrzydłeś samemu sobie – przyznaj się.”
„ Nie, nie chcę być cieniem siebie. Chcę żyć tak, jak rozumiem. Dlaczego stanęliście mi na drodze? Chcecie, żebym się zabił, spalił? Mogę to zrobić tym czajniczkiem, drewniane słońce na suficie udzieli mi ostatniej komunii świętej – zrozumie mnie i weźmie moją duszę.”
„Grzech tak myśleć.”
„Mogę też wziąć za chwilę strzelbę i pójść, i skazać na samotność z bronią w ręku.”
– Sam jesteś, ojcze?
Dlaczego nie pilnujesz swoich spraw, Żelio?
– A z kim rozmawiasz?
– Żelio, przecież ona umarła, żona Georgiego Kechaji, ta wysoka i koścista Kechajowica?
– Kiedy byłem jeszcze dzieckiem. A dlaczego pytasz?
– Była tu przed chwilą, pytała o Piotra i Stojana. Powiedziała, żebym jej zwrócił synów. Powiedz, jak mam to zrobić?
Żelio zaciskał pięści. Nie mógł się opanować.
– Idź spać, dla twojego dobra ukryłem przed nią prawdę. Nic jej nie powiedziałem.
– Co masz do ukrycia dla mojego dobra?
– To, że wypędziliście jej synów. Wiesz, gdzie są?
– Oni mnie nie obchodzą. I nie rób ze mnie wariata, jeśli sam nim jesteś.
– Tak mi się odpłacasz za to, że nie wydałem cię ich matce?
Żelio nie mógł się opanować, porwał się na mnie. Udałem, że nie widzę i podałem mu rakiję.
– Pij z czajniczka. Prosto z czajniczka.
Wiedział już, co się ze mną dzieje i wycofał się za drzwi. Czy podglądał mnie przez szparę, nie wiem. Skrzypienia podłogi nie słyszałem, ale miałem ochotę iść i zabić tę szparę w dębowych drzwiach, a jeśli on tam jest, odpłacić mu pięknym za nadobne. Na własnego ojca będzie się porywał! Szybko o wszystkim zapomniał. A kto zaprowadził agentów i poborców do owczarni bacy Georgiego, on – młoda i wierna pięść Dichana, wnuk i syn Wojewodów. Kto to zrobił ośle patentowany, któremu jeszczem nie rozbił łba, aby z rozbitym łbem pojechał do swojego Angeła, syna kułaka Tołumy?
Wykręcasz się – odgrażałem się Żeliowi. Uciekać jest najłatwiej, nauczyliście się łatwizny, jak widać. Wszystko cię męczy, powiadasz, wszystko, czego byś się nie tknął. Czyżby zwycięstwo uczyło was złych rzeczy?
Niech tylko wstanie dzień.
Czułem w sobie wrzenie: pij z czajniczka, Wojewodo, prosto z czajniczka. Nie zawracaj sobie głowy Żeliem, spójrz na drewniane słońce na suficie, migocące zawsze w świetle lampy. Patrz na tańczące słońce i nie zapalaj światła – tak będzie lepiej dla Żelia, będzie mógł się bronić, kiedy złapiesz go za gardło. Łajdakom jest zawsze łatwiej w ciemności.
A teraz zapomnij o wszystkim. Wciśnij czapkę na dużą głowę, żeby nic nie słyszeć i ochronić ją przed elektrycznymi iskrami, które leciały na wszystkie strony, kiedy niszczyliście w lesie druty, przecinaliście je i nienawidziliście. Zaśnij, daj sobie spokój z leśnymi wądołami, wydeptanymi ścieżkami, spójrz przed siebie – już czas, czas.
„Przede mną jest mrok. Ciemno jak w worku.”
Jak w worku. A tam, za śliwką, ukryła się długa Giorgowica. Wystarczy, żebyś wyszedł, a złapie cię na laskę. Jak koźlę. I nakryje czarną sukmaną.
Jeśli się boisz – nie chodź.
Jeśli droga zawraca – też nie chodź. Chciej do góry, gdzie szemrze woda. I nie bój się czerni. I diabłów, i żywych widm, choćby nosiły laski i czarne sukmany.
A więc w drogę, znajdzie się jeszcze cos dla ciebie. Ale najpierw sięgnij po śliwki, stąd, z okna, nazrywaj i takie, jakie są, obmyte deszczem – zgnieć w ustach i zjedz jako zakąskę do rakiji – zielone śliwki z gorącą rakiją – prosto z czajniczka.
Na zdrowie.
I w drogę.
W drogę, ale najpierw trzeba zawołać Zelia. Powiedzmy sobie wreszcie prosto w oczy, co myślimy jeden o drugim – ojciec o synu i syn o ojcu, żeby nie miał mnie za durnia.
Uderzyłem pięścią w ścianę. Nie tak, jak jego ludzie – po cichu, po cichu. Uderzyłem, jak tylko mogła uderzyć moja potężna ręka – tak, żeby synowa się wzdrygnęła i żebym usłyszał krzyk przestraszonego Gorcza. Tak uderzyłem – i uderzyłbym jeszcze raz, a za trzecim razem rozwaliłbym ścianę – żeby pięść dotarła do głowy Żelia, do jego napuszonej głowy.
– Kto tam puka?
– Chodź tu, nie wrzeszcz – odrzekłem.
Wszedł. Spięty, ważny jak przed zebraniem spółdzielców. Krążył wokół małego piecyka, sapał, czuł, ze go obiję czy co, nie odzywał się, nie pytał.
– Usiądź – przykułem go do miejsca.
– Upiłeś się? Na idiotyzmy nie mam ochoty.
Zamachnąłem się i rąbnąłem go po zbójecku – w kark. Gdybym uderzył jeszcze raz, zabiłbym.
– Do ojca się tak odzywasz, bandyto?…
Od upadku Żelia zatrząsł się cały dom. Potężne kości ma Żelio, mógł zarwać deski i złamać belkę swoim ciałem. Za ścianą dał się słyszeć szum, synowa domyśliła się pewnie w czym rzecz i przywlecze się zaraz, a ona tez stała się dla mnie zmorą od rana. Nie była taka jak przedtem, zanim uciekłem do lasu. Patrzyła na mnie z góry, po Dichana pobiegła, nie wiedząc, jak może się wszystko dalej potoczyć. Usłużna się zrobiła. Jej tez trzeba pokazać, kiedy ma być prędka i usłużna, a kiedy stać z daleka, jeśli to nie jej sprawa. Jednak nadchodziła, drzwi w sieni zaskrzypiały. Żelio też usłyszał, potrząsnął głową rozciągnięty na deskach, nie miał czasu się podnieść.
– Co to za dobijanie się w środku nocy?
– Nie twoja sprawa – powiedział Żelio i spodobał mi się.
– Zabieraj się stąd, chcę cię o coś spytać – wezwała go synowa.
Ale Żelio oburzył się, powiedział, żeby zajęła się sobą i poszła do łóżka:
– Mamy do pogadania z Wojewodą.
Nie powiedział z „ojcem” i to też sobie popamięta za chwilę. Ojca łatwo nie zapomnisz, będzie z tobą nawet na tamtym świecie, skoroś go przez całe życie nie zrozumiał i nie zapamiętał.
Synowa wycofała się, zamknęła drzwi i przyczaiła się za nimi.
– Kładź się spać – przywołał ja do porządku – bo drogo za to zapłacisz.
W końcu zwróci się do mnie:
– Myślisz, że się ciebie biję? Szkoda mi rąk.
– Już je sobie zabrudziłeś. I nigdy nie będziesz mógł domyć.
– Widział go kto. Nie chcę ci tego mówić, ale zgłupiałeś. Czy występuję przeciwko ludziom i przeciwko tobie dla własnej korzyści? Dla was wszystko robię. Przecież i ty opowiadałeś mi kiedyś o tych czasach. A ja nie zasypiałem gruszek w popiele. Przygotowywałem się. Teraz, kiedy powinieneś mnie poprzeć, stanąłeś okoniem, stałeś się moim głównym wrogiem. Czego chcesz? Żebym wyrzekł się obranej drogi, żebym się poddał, wcześniej opluty przez ciebie i tych, którym przysięgałem, że będę z nimi.
– I postanowiłeś, że łatwiej wyrzec się własnego ojca, co? A jakiego ojca, tępaku, to dla ciebie bez różnicy?
– Staromodne sentymenty! Nie narzucaj się. Jesteś ślepy, nie widzisz nowego, ono nadchodzi, spróbuj je zatrzymać, jeśli nie ja, to pokona cię ktoś inny.
– Ale ty jesteś najbliższy, ty przyłóż mi nóż do gardła
– Choćby nawet. Powiedziałem ci już, miłość do ojca to jedno, a rewolucja i życie z nią idące, to zupełnie coś innego. A jeśli uczucie jest przeszkodą, odrzucam je bez zmrużenia oka, sam widzisz.
Już odrzuciłeś.
– Nie przerywaj. To mnie nie powstrzyma ani trochę. Kiedy zaczynałem, dostałem od ciebie błogosławieństwo, pamiętasz? Któregoś dnia uciekłem. Tak, uciekłem. Przestraszyłem się. Przyszedłem w środku nocy. Ucieszyłeś się, ale nie pokazałeś tego po sobie. Nawet nie przywitałeś się. Pierwsze twoje słowa były: „Dlaczego tak w środku nocy? Nakryli was?” Powiedziałem, że nikt mnie jeszcze nie goni, ale przyznałem się, że wiem o aresztowaniu przyjaciół w gimnazjum. Dalej nie chciałeś słuchać. Podniosłeś mi brodę, spojrzałeś strasznie w oczy, uderzyłeś w twarz. Nie zapomnę ci tego spoliczkowania. I na tym się skończyło, otworzyłeś mi drzwi, pokazałeś ciemność, powiedziałeś: „Wracaj natychmiast, przed świtem musisz być w mieście. Uprzedzić kolegów. Nikt nie powinien zauważyć twojej nieobecności”. Ale nie zapomniałeś – co za człowiek z ciebie – nie zapomniałeś dodać mi odwagi: „Masz obowiązek – wobec towarzyszy, wobec idei, a jeśli chcesz, nawet wobec ojca. Nie ma powrotu, trzeba było myśleć wcześniej, teraz musisz się trzymać – choćby cię rozdzierali, choćby katowali – musisz milczeć. Dla dobra towarzyszy, dla dobra wszystkiego, co jest ci drogie, najdroższe”. Tak powiedziałeś. I nie oparłeś się pokusie, pierwszy raz zapytałeś mnie: „A ojca szanujesz, kochasz?” Nie wytrzymałem, rozpłakałem się. Odesłałeś mnie natychmiast, nie chciałeś, abym widział, jak zżera cię ból. Wetknąłeś mi w rękę kawałek chleba i wypchnąłeś w ciemność. Poszedłem, padałem ze zmęczenia, wiedziałem, czym dla ciebie jestem, ale nie osłoniłeś mnie sobą, posłałeś w ich łapska. Chciałeś, żebym ostrzegł towarzyszy, i jeszcze jednego chciałeś – upewnić się, że twój syn może być godny ciebie. Jakże zaciskałeś zęby tamtej nocy, kiedy ja biegłem z twardymi kęsami chleba nocną drogą do miasta!
A wiesz, nie mówiłem ci dotąd – aresztowali mnie jeszcze tego samego dnia. Przyszli i zabrali. Gdybyś mnie wtedy widział, bladego jak trup, zmęczonego drogą, bieganiem po mieszkaniach towarzyszy, napięciem, czy wytrzymam. Ukryłem zmęczenie, znosiłem wszystko. Ciebie miałem wciąż przed oczami, patrzyłeś na mnie przyjaźnie i mówiłeś wzrokiem: „Tędy, mój drogi chłopcze, tędy prowadzi każda wiara i wszystkie drogi do wolnej ziemi”. Twoje wolne ziemie! Pozostałeś chłopem, małym egoistą, gotowym z chciwości zabić najlepszego przyjaciela, żeby tylko nie oddać majątku i ziemi. Twojej brudnej ziemi. Zabij mnie teraz, jak chcesz – masz mnie. Jestem, mogę patrzeć ci w oczy: przeżyłem różne okropności. Straciłem wiele, bo jeśli człowiek dostanie się w ręce kata, traci wiele z tego, co w nim najpiękniejsze. Ale najważniejsze: przeżyłem. W końcu nawet karcer nie był dokuczliwy, myślałem o tobie nawet wtedy, kiedy torturowali mnie, wieszając nogami do góry, i oddawałem mocz z osłabienia – przez dwa miesiące więcej myślałem o tobie, niż o swoich towarzyszach. Byłeś dla mnie wszystkim. Teraz wiesz dobrze, dlaczego wróciłem do wsi. Przyjaciele chcieli mnie zatrzymać i dali mi nawet pracę w powiecie, ale nie ciągnęło mnie tam. Po co ja wróciłem, pytam się od roku, po co? Twoje wolne ziemie… Ha! Dałeś mi to, co niewielu ojców daje synom w obawie, żeby ich nie stracić. A ty pomyślałeś, że mnie straciłeś i postanowiłeś zostać moim wrogiem, a to znaczy, że i wrogiem moich towarzyszy, którzy są mi bliżsi niż ktokolwiek inny. Kiedy zrozumiesz, dlaczego znikałem z domu w środku ciemnych nocy? Ciągle myślałem, że wiesz wszystko, że mnie popierasz, jeszcze nie dość silnego, ale gotowego na wszystko. A co się okazało? Byłeś jednym z pierwszych, którzy otwarcie wystąpili przeciwko mnie i moim towarzyszom, przeciwko moim, naszym ideom.
– Idee, idee! Mówisz, jakby to było Bóg wie co.
– Zabolało, zabolało cię, że nie ma cię w moim sercu, ale powiedziałem: byłeś. Byłeś na początku wszystkim. Później miałem cię za małego i słabego. A w końcu – za wroga.
Tu nie wytrzymałem – kopnąłem go, dałem mu odczuć, że nic nie jest wart. Bękart. Własnego ojca nazywa wrogiem, jakbym nic nie rozumiał z jego walki, z jego dobrych i rozpaczliwie gorzkich myśli. Był obrzydliwy. Nie miałem litości. Za dużo się nazbierało – nie mogłem mu wybaczyć.
Nawet powietrze stało się nienawistne – nie mogłem oddychać razem z nim tym samym powietrzem, nawet na dom, gdzie się urodził i gdzie wyrósł – tez nie mogłem patrzeć. Podpalę, żeby spłonęło wszystko, czego dotykał, żeby nie było mnie w przeszłości., żeby zniknął z tych strasznych lat, kiedy go kochałem, jego, własnego syna.
– Kopiesz, a nie pomyślisz, że i ja mogę kopać. Ale będę leżał. Bij, jeśli chcesz poczuć się ojcem. Ale zapewniam – ciebie bardziej będzie bolało. Każde uderzenie we mnie będzie potrójnym ciosem w ciebie! Bijże!
– Duszę z ciebie wytrząsnę, niewdzięczniku. Nie chcę twojego ciała. Duszę masz zarażoną i zatrutą, nie ciebie – ją ukarzę i oczyszczę. A jeśli i tego nie potrafię, zabiję cię – o jednego bandytę mniej na ziemi.
Żelio usiadł na podłodze, szczęki zdradzały napięcie. Ale uśmiechnął się, znalazł jeszcze siły i znów mnie obraził, powiedział, żebym mniej mówił, a więcej bił. Będzie leżał i czekał, aż dostanie za wszystko, za co według mnie mu się należało.
– Ty jesteś mi niepotrzebny, potrzebna mi tylko twoja dusza.
– Ja i moja dusz, czy to nie jedno?
Nie jedno.
– Nawet jeśli nieczysta – do mnie należy.
– Jeśli należy tylko do ciebie, to stój z daleka, nie wtrącaj się do ludzi. I do mojego życia też się nie wtrącaj, niewdzięczniku.
– Więc zabieraj ją jak najszybciej i oczyszczaj.
Żelio prowokował mnie i przykładał ogień do rany. Gdyby on potrafił zapanować nad sobą choć raz, ja mógłbym tysiące razy. Cierpiałem bardziej niż on. Oczy i serce wciąż jeszcze miałem zdrowe i kochające, zaczynała krwawić mała rana mojego syna. I jeśli on nie czuł tego jeszcze, ja czułem, jego ucieczka brała się z tej rany. Jak to możliwe, żeby taki młody człowiek porzucał w połowie drogi swoje dzieło? Zaciskała się, dusiła go pętla, którą sam sobie zarzucił, kiedy nie zdradzając się z tym zamiarem, przyprowadził agenta z kajdankami. Poklepywali go za to po plecach i zasłużył nawet na medal, ale wiedział, że ta sprawa skończy się inaczej. Zrozumiałem to owego dnia, kiedy wykręcił ręce Dichanowi w gromadzkiej radzie. Nie chciał, żeby znów powtórzyło się najgorsze, żeby na jego oczach wpakowali mnie do samochodu, a jemu kazali usiąść z tyłu jako ochrona. Nie wierzył nawet Dichanowi. I to, że siedzi teraz na gołych deskach i godzi się, abym posiniaczył mu plecy kopniakami, to także jest przeciwko takiemu Żeliowi, jakiego chciałem widzieć tego wieczoru. Bardzoś się złamał, psi synu, pamiętam każdy twój krok, zanim poszedłeś nocnymi ścieżkami oświecać ludzi. Na początku dobrym słowem, potem przebiegłością i gwałtem. I po co? Straszne jest pytanie: „Po co?”. Żeby jeszcze bardziej pomieszać ludziom w głowach, bo cel jest słuszny, ale potrzebni są ludzie, a ty uciekasz jak poszczuty pies. Może zaprzeczysz? Właśnie dlatego jesteś ostatnio taki wściekły. Tak dzieje się ze wszystkimi, którzy nie uzbroili się w cierpliwość, lecz liczą miesiące, lata, liczą mój czas i „dojrzewanie” takich, jak baca Georgi i jego synowie, a w tych rachubach zapominają , że postępując tak, szkodzą sobie: gniew ludzi jest bezlitosny, wystarczy go wywołać, a zgładzi cię. Wszystkie bunty, a po nich rewolucje, zaczynają się od głuchego, pokornego gniewu, który zbiera się, zbiera, aż w końcu spada na głowy jak lawina. Człowiek musi nie mieć serca, żeby nie słyszeć tego gniewu. Ludzie są niespokojni. Milczą. To pierwszy sygnał. Coś się czai. I Żelio pierwszy może stracić duszę w czarnej chmurze gniewu. Coś w ludziach zgrzyta. Słyszysz to, winisz siebie, ale nie masz sił albo też przestraszyłeś się i wybrałeś okrucieństwo zamiast dobrego słowa. Dlatego zdradziłeś ojca, dlatego uciekasz, nie obejrzawszy się za siebie, nie próbując skleić pęknięć zachwianej wiary. I komu pozostawisz to wszystko? Czarodziejskiemu Dichanowi, który samym tylko „ponimajesz” chce zrobić rewolucję światową? Dlatego właśnie będę walił twoją głową o deski, dlatego nie wypuszczę cię żywym po raz drugi. Przypominasz sobie dzień, w którym po raz pierwszy przestraszyłeś się, ale wtedy nie miałeś jeszcze szesnastu lat, grzechem było cię zatłuc. Miał ci kto przyłożyć i, jak sam powiedziałeś, oberwałeś zdrowo. Ale teraz nie ma kto. Naród tak nie bije – naród się wyrzeka, zaciera ślady i imię, jeśli jest straszne – w najlepszym razie zaśpiewa ci pieśń nad grobem – ale ja będę miał to imię wypisane na czole, i Gorczo po tobie, jako największy wstyd. Wyręczę innych, sam cię ukarzę. Pomogę, dobijając tego wieczoru. Twoja matka z ikony, która patrzy mi w oczy w ciemności i prosi, żebym cię oszczędził, żebym poskromił gniew w duszy, niech mi będzie świadkiem. Nie, nie doczekasz się litości. I czujesz to. Nie spojrzę więcej na ikonę.
Żelio podniósł się z podłogi. Nie mógł uwierzyć, że tego wieczoru zdolny jestem go zatłuc, pierwszego wieczoru od chwili, kiedy jesteśmy razem, pierwszego wieczoru od jego zwycięstwa nade mną, ostatniego wieczoru przed wyjazdem z Zelenkowa. I tu popełnił wielki błąd, bo jeśli nie teraz, to kiedy nadarzyłaby się okazja, żebym go, jak to się mówi, przepuścił przez ręce.
Odwrócił się, ale mój głos go zatrzymał.
– Nie zrobisz ani kroku, dopóki nie posolę ci drewnianej pały.
– Czego chcesz, wpędzić mnie w grzech? Nie będę stał z założonymi rękami.
Nie targuje się, nie mędrkuje, zrozumiał, co go czeka.
Słowa Żelia zawisły w powietrzu – tym razem zdzieliłem go obiema rękami, z drugiej strony – dwa razy w kark i w ramię, deski znów zatrzeszczały pod rozciągniętym ciałem . Żal mi było jego białych zębów, bo nie zostałby ani jeden.
Wyciągnąłem rękę, żeby podnieść go z podłogi, litowałem się, ale zaczął kłuć mnie pięściami w brzuch, zaparło mi dech, i celnym ciosem w twarz rzucił mnie na ławę. Nauczył się, nauczyli go bić – niebezpieczny jest ten krótki cios, ale jeszcze mnie popamięta, i kiedy zamachnął się, żeby mnie dobić, zdzieliłem go znów – tym razem w żebra, bez litości. Krzyknął, zatrzeszczały żebra i padł jak martwy. Świerzbiła mnie jeszcze ręka i zamalowałem go po gębie wielkimi łapskami: z lewej, z prawej, jeśli stracił przytomność, to niech odzyska, jeśli nie stracił – to niech straci. I znów odzyska.
– Bękarcie, ojca się wyrzekłeś, który nauczył cię chodzić i książki czytać. Teraz cię nauczę, jak przyprowadza się agentów z kajdankami do domu ojca, w którym te ręce żywiły cię od maleńkości i zawsze chciały od ciebie dobra. – Puść, drogo za to zapłacisz, puść mnie – zajęczał pode mną Żelio, ale nie puszczałem, okładałem go i nie myślałem w ogóle o pogruchotanych żebrach, jeśli były naprawdę pogruchotane.
A o teraźniejszości – żeby być z nim pod jednym dachem – nawet nie chciałem myśleć.
– Lepiej, żebyś umarł z mojej ręki, niż mieliby cię podziurawić któregoś dnia Piotr i Stojan, baca Georgi albo ktoś inny.
– Puść mnie, żeby cię diabli wzięli!
– Ani diabli, ani szatan. Przecież spałeś smacznie tamtego wieczoru, kiedy zdradziłeś mnie agentowi, a potem przepędziliście mnie ze wsi jak wściekłego psa. Przecież spałeś wtedy słodko?
– Mogli cię zabić. Nie pozwoliłem im.
– Czyżby? – czułem się bardzo skrzywdzony i mogłem , mogłem go zabić, tak go
okładałem – teraz już gdzie popadło, miałem krew na rękach, zapamiętałem się – rakija i szał dawały mi tę siłę.
W końcu znalazłem się pod ławą – czy się tam wczołgałem, kiedy, jak – czy ukryłem się tam ze strachu, w zamieszaniu – nie wiedziałem. Otworzyłem oczy – ciemność napierała z góry, ale odepchnąłem ją powiekami i rozbiegła się. Wtedy zobaczyłem Żelia. Zgiętego wpół, wykrzywionego, odrażającego. Nie mogłem zobaczyć dokładnie, więc dowlokłem się do niego, ale tym razem byłem ostrożny, potrząsnąłem go za włosy – nie ruszał się.
Odwróciłem go na plecy. Lampa naftowa też umarła. Żelio nie ruszał się, leżał zakrwawiony. Zrobiło mi się go żal i ogarnął mnie strach – jak to się stało, że nie wyciągnąłem noża z onucy? Mogłem go zadźgać, mogłem wszystko – mój gniew był straszny.
Ze ściany spoglądała Matka Boska z twarzą Keranki – potępiała mnie?
„Dalej Wojewodo, masz jeszcze czas, zbiegnij po schodach, skacz jak oszalały, wracaj szybko”.
Wbiegłem do pierwszej z brzegu owczarni. Trzymali tam spółdzielcze owce, zbierane każdego dnia od nowych spółdzielców. Złapałem po omacku jedno stworzenie, ukręciłem mu łeb na miejscu, zdarłem skórę i popędziłem do domu. Żelio wił się na podłodze, pluł krwią, ale gdy mnie zobaczył, zdążył przybrać maskę obojętności.
– Rozbieraj się – powiedziałem.
Nie opierał się. Ale był bez sił. Pomogłem. Potem owinąłem go w ciepłą skórę, położyłem na łóżku, przykryłem. Mogło mu przejść, jeśli zaśnie. Sam zaś zerwałem się i znów tylnym wejściem, przez składówkę, wyskoczyłem na podwórze. I nie zapomniałem o strzelbie.
Cieszyła mnie i dodawała sił.
Poczułem deszcz, gruby jak teraz. Zmoczył mnie, smagał, ale mogłem nie myśleć, a tylko iść. Dokąd? W którą stronę? Zewsząd nadbiegły psy, żeby odciąć mi drogę, ale cofały się i rzucały do ucieczki, urażone moją obojętnością na ten ich wściekły, psi gniew.
Przeszedłem przez wieś, przez parowy za wsią i znalazłem się w lesie koło klasztoru. Tam deszcz nie padał. Przystanąłem na chwilę. Serce dudniło z radości, było pięknie – przejrzyście. Czułem zapach leśnej ściółki, napływał zewsząd, łaskotał w nosie i miałem chęć znaleźć się jak najszybciej – w lesie, ale myśl o Żeliu zawróciła mnie do pokoju, w którym leżał owinięty owczym kożuchem.
Świecił księżyc. Najwięcej światła padało na nasz dom. Brązowe, łagodne, pełzało po dachu i przeglądały się w nim duże owoce dzikich śliw. Dymu z komina nie widziałem, mały piecyk spał, pewnie ciepło uciekło przez okno, przez szpary i Zeliowi mogło się zrobić chłodno – pogoda była wilgotna – nigdy nie miałem zaufania do pierwszych dni wiosny. Ale wrócić do domu, zamknąć okno i dołożyć drew do pieca nie mogłem – nogi odmawiały mi posłuszeństwa. I pomyślałem sobie, że skoro mnie nie chcą – usiądę w lasku, blisko wsi, zastanowię się, jaką drogę wybrać – wieś czy znów las, do czego prowokował mnie Dichan.
Ale nie mogłem myśleć – wciąż wydawało mi się, że dym, którego nie widziałem wydobywającego się z komina, wydostaje się z mojej skóry, a przede wszystkim z głowy – przez czapkę. Zdjąłem ją więc, żeby szybciej wypalił się we mnie ogień i zniknął dym, którego zapach i ilość dusiły mnie, przeszkadzały nie tylko myśleć, ale i widzieć. Położyłem się na wznak.
Nogi znów zaczęły wędrować przez parowy i osypujące się zbocza wzgórz, na stromiznach zagrzechotały drobne kamienie, rozpruwały skórę ziemi i jękliwie umierały na dole. Moje nogi wspinały się nawet po powietrzu, stąpały po obłokach – patrzyłem stamtąd na lasy i nagie wzgórza, na długie połacie szarej i zielonej ziemi, na ludzi wypełzających na nią z traktorami i pługami – z bardzo wysoka patrzyły moje oczy i nie przestawałem spinać ostrogami obłoku, a jeśli ten zatrzymywał się gdzieś, przeskakiwałem na inny i krążyłem dalej, wciąż szukałem wsi i pola na skraju lasu – wytężałem wzrok i widziałem wiele szerokich połaci ziemi i niebios. Ale pola nie widziałem – wydało mi się małe jak jesienny liść lub skrzydło motyla – nie mogłem go odróżnić i wtedy, kiedy byłem ponad wsią. Miałem ochotę zawrócić, zobaczyć, czy nie przesunęło się w inne miejsce. Przypomniałem sobie o polach spółdzielni, do których przewodniczący Dichan przyłączył dziś moje – ale choć serce tęskniło za nim, nadal nie mogłem go dostrzec. A nogi odmawiały posłuszeństwa, nie chciały stanąć na ziemi, podobały im się nieprzebyte szlaki, przemierzane po raz pierwszy.
W pewnej chwili zaczęły mi ciążyć, spojrzałem – buty były z ołowiu, między nimi strzelba – od tego ciężaru, przeszło mi przez głowę, spadam w dół, muszę pożegnać się z strzelba. Nie wahałem się – strzelba zadzwoniła gdzieś na dole, wydawała się igłą w przestworzach – pewnie nie odnajdę jej ani ja, ani wszyscy diabli. Ale nie mając jej już, nadal czułem, że nie unoszę się, lecz spadam w dół. Rozglądałem się, które miejsce wybrać. Mignęła mi przed oczami owczarnia bacy Stanka. Uciekłem stamtąd. Kryjówka pod Roszkowicą – uciekłem do niej. Na widok kryjówki zbierało mi się na wymioty i uniosłem się lekko, gdzieś w oddali dojrzałem linię granicy, ale oczy Wasyla patrzyły na mnie z wyrzutem. Zrozumiałem, pomyliłem kierunek – pędziłem jak szalony z powrotem, ale zniżałem się coraz bardziej. Miałem uczucie, że nogi mogą w każdej chwili zaczepić o wierzchołek jakiegoś starego dębu i zawisnę na gałęziach jak postrzelona kuropatwa. Boże drogi – miałbym wisieć na gałęziach, usychać się w wiosennym słońcu i tylko deszcze i poranna rosa miałyby mi zwilżać usta?
Spalało mnie pragnienie, wierzgnąłem z wysiłkiem, żeby zzuć ołowiane buty – zadzwoniły głucho w dole od strony wąwozu, skąd dobiegała ludzka wrzawa. Krzyknąłem, raz jeszcze nabrałem powietrza do płuc i krzyknąłem. Chciałem uprzedzić ludzi o ołowianych butach, ale oni sami je zauważyli i też krzyczeli – oby zdążyli uciec, oby mnie złapali, gdyż ciało pozbawione obciążenia i uniosło się znowu w górę, do czystego i jasnego nieba.
To właśnie z powodu pragnienia, które spalało mnie, wypalało, poddawałem się tej nieważkości i unosiłem coraz wyżej, oddalając się od ziemi. Płonąłem. To nie dym wydostawał się ze skóry i czapki, lecz języki ognia. Należało je ugasić, bo wzmagały się, stawały się dłuższe od promieni słońca, przypomniałem sobie, że to wieczór, więc od promieni księżyca, od jego światła, toteż skierowałem się w stronę potoku. Zamoczyłem płonącą głowę, zaczerpnąłem czapką wody i spryskałem plecy, nogi, brzuch – całe ciało. Usłyszałem czyjś głos – ktoś mnie wołał. Ogień był już prawie ugaszony. Tylko woda lepiła się jeszcze do mnie. Ktoś zawołał znajomym głosem, wyciągnął do mnie rękę.
Popatrzyłem na niego. Był podobny do mnie. Po co przyszedł tutaj ten chłopak z lat młodości, co chciał mi przypomnieć? Wpatrywałem się w jego oczy, patrzyły chłodno, potępiały, że położyłem się w mętnej kałuży, ja – stary człowiek, ja – Wojewoda, którym on chciał zostać. Patrzył tak przez jakiś czas, potem zaczął mnie wyciągać i dostrzegłem nogi owinięte onucami, zanurzone w wodzie.
– Powoli – powiedziałem – wyrwiesz mi rękę.
Nie odzywał się, stanął szeroko i schwycił mnie pod pachy, ale byłem przylepiony do błota i wody – leżałem jak wół, nie poruszywszy się nawet, jakby leżenie w wodzie sprawiało mi przyjemność, a tamten, którym znów byłem ja, ale z lat młodości, pochylał się, sapał i chciał mnie wyciągnąć.
– Powoli – powiedziałem – połamiesz mi żebra.
Nie odpowiedział, szarpał. Zabolało mnie to szarpanie i krzyknąłem jeszcze głośniej, żeby się odczepił i zostawił mnie.
A ponieważ nie rozumiał po ludzku, kopnąłem. Napiąłem nogi, skuliłem się i rąbnąłem go po rękach, ale dłonie zaciskały się nadal i szarpały. Płuca chciały mi wyrwać te zielone ręce. Krzyknąłem po raz trzeci. Głos rozdzierał mi gardło i usta, ale nie słyszałem nic prócz ludzkiej wrzawy, która dobiegała gdzieś z bliska, dostawała zadyszki na wietrze, potężniała i cichła. Otworzyłem oczy. Nic nie rozumiałem. Stoczyłem się z góry. Leżałem tuż przy potoku. Strzelbę miałem przy sobie, błyszczała w świetle księżyca. Płonąłem i piłem wodę z kałuży. Spałem. Jak długo? Od wsi dolatywały ochrypłe, gardłowe pienia kogutów – trwożne i dźwięczne. Wyciągnąłem się na wznak i zasłuchałem. Głosy kogutów dolatywały, orzeźwiały mnie, pozostawiały coś radosnego, toteż roześmiałem się. Na głos. Poczułem się tak dobrze, jak nigdy. Wydawało mi się, że pąki młodych dębów, krzaków jeżyny, liście dzikich śliw i trawy mówiły coś po swojemu, a ich głosy cichły wstydliwie, zaskoczone, że budzą się do życia, a zwłaszcza, że ożywają mimowolnie. Jak dziewczęta, które dojrzeją tej wiosny, pomyślałem. I zdałem sobie sprawę, że źródłem tych radosnych głosów jest rakija. Po śliwowicy, pitej z czajniczka, wciąż męczą mnie sny i myśli, które nigdy wcześniej mnie nie nawiedzały. Zasłuchałem się w szelest liści, w szmer wody: jak fale przybiegały wiosenne dziewczęta, chciałem je pieścić jak tarninę i fiołki, ale przypomniałem sobie o szorstkiej ręce i cofnąłem ją, aby ich nie spłoszyć. Patrzyłem tylko.
Ona także szła, także uśmiechała się wstydliwie, choć to ukrywała.
Sierpniowy piątek. Żniwa miały się ku końcowi. Pole moje i Keranki nie były daleko od siebie.
Tego dnia spotkałem Kerankę jak szła z dzbankami po wodę. Schodziła z góry. Napełniłem właśnie butelkę i miałem odejść, kiedy usłyszałem jej lekkie kroki. Schowałem się za krzaki. I zobaczyłem ją: długie rozpuszczone włosy, zaczerwienione od słońca, spalone ręce i falujące piersi, zdradzające gotowość do życia, jaką u kobiety widzi się tylko raz.
Zastygłem w miejscu. A ona zbliżała się, rozpychała powietrze rękami i piersiami. Potem nachyliła się nad studnią. Odwróciła się, żeby sprawdzić, czy ktoś nie widzi, piła prosto ze źródła. Widziałem jej biodra – Boże drogi – coś wspaniałego! Napełniła dzbany i zaczęła z hałasem ochlapywać się wodą. Ręce, twarz, piersi. A z przeciwka, z suchych gałęzi wysokiego krzaka, patrzyły na nią dzikie gołębie i też podziwiały. Spostrzegłszy je, Keranka zagruchała cicho, ale tak pięknie, że miałem ochotę wyciągnąć ręce i dotknąć jej rzęs i długiej szyi, zaróżowionej od upału i pracy, delikatnej i kobiecej.
Wtedy mnie zauważyła. Chwyciła naczynia, zaczęła biec, potknęła się i rozbiła jeden dzban. Pofrunęły dzikie gołębie. Odwróciła się, a na jej twarzy malował się taki przestrach, że zrobiło mi się jej żal.
– Hej, Keranko, czemuś taka smutna? – wyszedłem z ukrycia, ale udawałem, że spostrzegłem ją dopiero teraz.
Złapała nierozbity dzban, zbiegła po ścieżce.
– Mnie się przestraszyłaś? – dogoniłem ją, zastąpiłem drogę.
Broniła się.
I spojrzała na mnie. Spojrzała mi w oczy po raz pierwszy, ale pamiętam to do dziś, leżę i nie wiem, gdzie jestem: śnię, czy widzę ją naprawdę.
– Keranko, nie słyszysz? To ja, Goran Wojewoda, popatrz.
Ale ona nie słyszała, nie odpowiadała: stała oszołomiona i patrzyła ze zdziwieniem. Boże, jak ona wtedy patrzyła.
– Keranko, Keranko!…
Jakiś liść przyczepił mi się do czoła, drażnił w powieki, uderzyłem go potężną ręką tak mocno, że ocknąłem się i Keranka znikła. Kiedy się obudziłem, już jej nie było. Przy mnie, w wodzie, stał młody Goran, chciał mnie podnieść. Wyrywałem się, powiedziałem, żeby mnie zostawił – płuca i boki bolały od tego szarpania, zupełnie jakby okładał mnie pięściami.
W końcu odsunął się, poszedłem za nim. Kryłem się, ale widziałem wszystko. Zobaczyłem ją na skraju wsi. Przyszła ukradkiem, o zmroku.
To było właśnie tak: wcześnie załadowałem wóz drzewem. Chciałem sprzedać je w mieście, nakupić prezentów, a po powrocie, w niedzielę wyprawić wesele.
Była bardzo radosna. Pokazała się przy stodole na końcu wsi i gdy ją zauważyłem, pobiegła do lasu. Zostawiłem woły, wóz – i za nią. Biegła, śmiała się i nie mogłem jej złapać. Obiegliśmy cały las, zanim ją dogoniłem. Przycisnąłem do siebie, a ona wciąż się śmiała, szalona była Karenka, nie było na nią sposobu.
– Dlaczego tak uciekasz, tchu mi brakło, zanim cię złapałem.
Bladość przebijała na jej twarzy, omdlewała – ze strachu? Pomyślałem: ze strachu i słabości.
– Grzech tak mówić, przyjdzie się nam wstydzić.
– Gdybym był święty, nie kochałbym ciebie, Keranko.
I podniósłszy ją, położyłem na zielonej murawie. Zdjąłem z niej wszystko, co mi przeszkadzało, zdjąłem wszystko z siebie. Na szyi zabłyszczał sznur złotych monet – prezent od matki na zaręczyny.
– Potem zaniosę cię nad rzekę, na wielki kamień, gdzie zawsze pierzesz.
– Och, taki wstyd i grzech!
I chowała twarz we mnie. Topniała, ukryła się we mnie Karanka, ja ukryłem się w niej.
Czekałem, aż się obudzi.
– I żebyś nie zapomniał o dzieciach.
Nie od razu zrozumiałem.
– O naszych, głuptasie. – I kładła moją rękę na swoim brzuchu. – Słyszysz?
Nic nie słyszałem. Głupi byłem – przyłożyłem ucho.
– Zbliża się, Goranie, twój chłopiec, którego pragnąłeś, jest już blisko.
Zamknąłem oczy – nie mogłem tego wszystkiego pojąć. Czy to możliwe? Ja ojcem chłopca, który plącze mi się pod nogami. Brakło mi słów. Ja – ojcem chłopca, który plącze mi się pod nogami.
– Przygotowałem już wszystko do wesela, czekam tylko na ciebie.
– Keranko!
Nie mogłem się opanować. To było niepojęte – w niedzielę miałem zostać mężem Keranki.
Przytulała się do mnie, całowała po piersiach.
A ja nie wiedziałem, co robić, gdzie ją położyć, ciało drżało z miłości.
I znów usłyszałem tę wrzawę, tłumioną przez wiatr, przynosił ją z sobą i tłumił w szemrzącej wodzie, w niewidocznym biegu traw i pąków.
Myśl uciekała, dążyła do innej ziemi, do tego małego jej skrawka, w którym miała zmieścić się cała moja przeszłość i wszystko, co jeszcze miało znaczenie.
Czyniłem sobie wyrzuty, odpędzałem natrętną myśl, przyzywającą moje życie pod usypany z ziemi kopiec.
Odsuń się, młody człowieku, zostaw mnie – sam mogę się podnieść z mętnej kałuży, jeszcze mogę sam znaleźć miejsce dla posiwiałej głowy i podłożyć czapkę pod nią.
Przychodzisz za późno.
Wyjdź z wody w tych czystych onucach, zanim ich nie pobrudziłeś, zabierz te ręce, te twoje żelazne ręce, którymi mnie ściskasz i wyrywasz płuca.
Przychodzisz za późno – idź sobie.
Usłyszał, cofnął ręce i odszedł urażony, nie obejrzawszy się, nie spojrzawszy na mnie.
Otworzyłem oczy, żeby się z nim pożegnać, ale nie było już nikogo. Zamiast niego widziałem niewyraźnie dziesięciu starców i starą żonę bacy Stanka. Byli tam także inni ludzie, ale młodych nie widziałem, spostrzegłem tylko synów Peja – poznałem ich po dużych i potarganych czuprynach.
Szli prosto na mnie. Księżyc przesunął oko z mojego domu, świecił w oczy dziesięciu starcom i pozostałym, którzy z nimi byli, wyraźnie widziałem ich wąsy i zęby.
– Starcy, stójcie – zatrzymałem ich, żeby mnie nie stratowali.
– Wiedzieliśmy, że cię dogonimy, idziemy za tobą bardzo długo.
– Co wam po mnie?
– Całą noc stoimy pod twoim oknem. Wcześniej czekaliśmy na ciebie na placu. Nie zauważyłeś nas.
– Obraziłeś nas.
– Ciągle nie mogę jeszcze uwierzyć – powiedział mi jeden z nich prosto w oczy.
– Dosyć, niech jeden mówi – przekrzyczał innych niski starzec. Był to baca Georgi, ojciec Piotra i Stojana.
– Baca Georgi chce mówić.
– Najpierw powiedz, czy to prawda, żeś podpisał?
– Całą noc sprzeczaliśmy się o to, powiedz. Żelio i Dichan, wszyscy ci ludzie, biegali za nami przez całą noc. Coś się stanie, żebyś wiedział.
– Przed kim mam się wstydzić… Powiem wam: zgodziłem się i podpisałem.
– Naprawdę?
– Powiedziałem już.
– Dosyć! – znów rozległ się głos bacy Georgiego, a żona bacy Stanka zachichotała cieniutko.
– Prędzej – ciągnął baca Georgi. – Powiedz, żebyśmy mogli tu postanowić o tobie, o nas, o wsi, o wszystkim.
– Powiedziałem wam. Zdecydowałem się. Nie mam czego ukrywać i zabierać ze sobą do grobu.
– I ja nie mam – żona bacy Stanka wyjęła zza pazuchy pierś i ścisnęła ją – patrzcie, i ja nie mam. Niech przyjdą.
Tak witała poborców, kiedy przychodzili po dwa razy więcej mleka, niż mogły dać jej owce.
Baca Georgi nie zwrócił na nią uwagi. Pytał, jak to się stało, czy bili, chodziło mu o zemstę.
– Od twego powrotu do Zelenkowa ciągle myślimy nad tym, jak się zemścić.
– Na kim?
– Na twoim synu. Na Dichanie. A może Żelio stał ci się miły?
– Miły. Jako syn – miły. Ale jeśli dla wsi nie jest miły?
– Rozwydrzyli się – koniec z nimi, Wojewodo.
– I co zrobicie?
– Będziemy się bronić
– Mów, mów dalej…
– Każdy z was może mówić lepiej ode mnie. Ty baco Stanku, znasz mnie dobrze, i twoja żona, i baca Georgi, i młodsi, jak synowie Peja, też mnie znają. Nie byłem temu wszystkiemu przeciwny, żyję w czasach, których pragnąłem. I wy też nie jesteście przeciwni.
– Jak to nie jesteśmy? Jesteśmy wrogami. Tak mówią. Mnie i bacę Georgiego mają za kułaków, innych za średniaków, a jeszcze innych za nie wiem jakich.
– Zapłacą za wszystko.
– Kiedy już nas wymęczą, co? Kiedy wymuszą wszystko pistoletami?
– Dosyć! – baca Stanko mnie rozumiał, chciał usłyszeć, co mam do powiedzenia.
– Nie chcę, żebyście mnie zrozumieli źle, ale to są moje czasy, wasze czasy.
– Dobrze musieli tobą potrząsnąć, skoro za jeden dzień zmieniłeś twarz.
– Kto to powiedział? – uniosłem się. – Kto chce się bić?
– Daj spokój Goranie – pohamował mnie baca Stanko.
– Od kiedy zszedłeś z gór, co innego mówisz – mamrotał ktoś cichym, przygłuszonym głosem, przypierał mnie do muru, drażnił, i widziałem już ostrza noży w onucach, toczone długo na kogoś, a teraz, czyżby na mnie, bardziej osłupiałego od nich, bardziej przestraszonego tym wszystkim, co zaciskało mnie jak obręcz. Stań na nogi, Wojewodo, znajdź siły: twój syn leży w owczej skórze, starzy przyjaciele wymachują pistoletami i szukają wiatru w polu, a ci najstarsi i najgodniejsi warczą – rozsadzi ich to warczenie, noże same przebiją onuce, wbiją się w twoje plecy; prędzej, dźgajcie, a potem obracajcie różaniec z moich kręgów, z moich kości: lepiej, jeśli wy to zrobicie niżby mieli zrobić inni.
I podchodzą coraz bliżej, widzę jak teraz – przystępuje do mnie dziesięciu starców ze starą żoną bacy Stanka i pozostałymi, młodych tylko nie widać – młodzi są z Dichanem i Żeliem, innych, jak Piotra i Stojana, nie ma nigdzie, jeszcze inni w fabrykach, nie mogą występować przeciwko własnym ojcom, nie mogą też wytrwać z Dichanem i Zeliem.

Prędzej! Dlaczego nie wbijecie mi noża w plecy? Złożyłem deklarację, dobrowolnie odpisałem ziemię, niech Dichan triumfuje i niech poklepują Żelia po plecach. I nie zrobiłem tego dla nich, ta ziemia już nie jest moja, ta ziemia jest mi obca, oderwana od serca, nie chcę jej. Zabili ją we mnie kulami, opluli słowami – i swoi, i obcy. Nie chcę jej. Co innego mi już pisane. Sam wybrałem – tego tylko chcę od nich – położę się i powiem, żeby mnie dobili, żeby mnie wykończyli, żeby jak przystało na wiernych przyjaciół, dali mi to, co moje – chcę własnej śmierci.
A ci zbliżają się, nic ich nie powstrzymuje – krzyczą, otaczają mnie i wbijają wzrok w moje gardło.
Dlaczego?
Tylko ona zawsze będzie moja. Tylko moja. Nie, nie poddam się – ona jest tylko moja. Od zawsze – od zarodka, nie zabiję go w sobie: nigdy nie wiedziałem, kiedy nadejdzie, z której strony, kiedy i jak wzejdzie we mnie to szalone, dzikie, rozumne, wieczne nasienie, które wybrało dla siebie mnie w Zelenkowie, w środku lasu. Moje jest życie i będę je strzegł. Kto ma prawo zabijać najżywszą cząstkę przyrody, czekającą na mnie przez miliony lat, czekającą, abym przyszedł? Kto? I dlaczego?
– Dlatego! – krzyknąłem i cofnęli się. – Wszystko jest tutaj! – wskazałem na nich,
na siebie, na las.
I chciałem odejść.
– Dajcie mi przejść. Macie głowy na karku, sami decydujcie. Ja zapłaciłem już za
swoje.
– Jesteśmy z tobą. Wojewodo! Mów, co dalej.
– Ja zostaję.
– A my? A my niby mniej zmęczeni? Bokami już robimy z wycieńczenia.
– Do śmierci daleko.
– Oszukali nas. Co innego mówili w dwudziestym trzecim.
– I później.
– Jestem tylko człowiekiem, sami widzicie, osądźcie, darmo nie dam swojej skóry.
Przygniatają mnie do ziemi. Moje słowa giną samotne w tłumie, ich oczy błyszczą złowrogo. Czy to ja was oszukałem, ja zatrułem wam życie? Ja mam ponieść karę za wszystkie cierpienia? Nie bijcie mnie – mam strzelbę, nikomu się nie dam.- strzeżcie się.
A oni biją, nie słyszą mego wołania – ja też biję i okładam ich strzelbą – od narodzin do śmierci wszystko jest walką, uważajcie. Pękają głowy i kości. Nikt nie może powstrzymać mojej ręki i długich, kościstych rąk napastników.
Kto mocniejszy, kto bije i ciągnie, kto za Wojewodą, kto za sobą, kto z innymi? Stacza się po stromiźnie kłębowisko ciał, toczy się w mętną kałużę, siwe wąsy bacy Georgiego stają, się czarne od błota, parska kawałkami ziemi z szerokich nozdrzy, jęczą ranni, a ich zawodzenie naśladują trwożliwie koguty.
– Dogadajmy się – powiadają starcy.
– Już powiedziałem wszystko.
– Krew z ciebie wypijemy. Wojewodo, jeśli nas oszukałeś.
Niech się odgrażają, niech przeklinają,. zrobi im się lżej na duszy. Baca Stanko też się waha, nie wiedząc, którą drogę obrać.
Czy po to dzie1ił się ze mną chlebem? Przełyka. śmieje się odgniecionymi od fajki wargami. Nie słuchałem, ale wierzyłem mu.
– Schowaj ją pod kurtkę, może się przydać – zdjąłem z pleców strzelbę. Patrzy na nią, chce mu się płakać.
Umilkł.
– Idziesz?
– Nie powiedziałem. że zostaję.
– Dziękuję, Goranie.
Przeszedłem obok, przeskoczyłem dolinkę i znów biegłem, ale w stronę wsi. Zgubili mnie. Niełatwo mnie śledzić – krok mam koci, a pięść straszną. Przystanąłem. Wszystko żyło własnym życiem. Pachniało piołunem i pokrzywą, żyłem.
Dodało mi to spokoju: moi przyjaciele czekali. Na dobre, na złe – czekali. Uśmiechnęła się dusza do pobliskiej topoli – nie boi się już niczego: ani czasu, ani mnie – popłynęły do góry żywe strumienie soków, spłynęły w dół żywe strumienie żywej wody i moja dusza je nosi w sobie: niech się zmagają i przekazują s obie ciepło – przeszłość z teraźniejszością, żywe z nieznanym.
Nadlatywały ciekawskie muszki, by ogrzać się moim oddechem, by nabrać sił z moich oczu.

Gdzieś niedaleko ktoś uderzał: siekierą, psy mnie wyczuły. Błysnęły psie kły, rogi wam nie wyrosną z nadgor1iwosci i ziemi nie przybędzie więcej garbów, jeśli nie będzie nam podstawiać nóg na każdym kroku, na każdym kroku – tajemnicza i nieokiełzana.
Serce ciągnęło do domu, psy – też o nim przypominały. Nie uległem pokusie, nogi poniosły mnie w innym kierunku. Do lasu. Coś kazało mi iść do lasu, mogłem i jego znienawidzić, jego, zawsze tak wiernego. Wiatry mnie w nim posiały, ale czy muszę tam wracać, kiedy każdy chce iść do przodu i w górę? I znów pytałem siebie – dokąd idę, w jakim kierunku? I odgrażałem się. że posiekam tę moją duszę ostrym kamieniem. że powieszę na haku i wciągnę na najwyższe drzewo, żeby się suszyła na wietrze. Żeby się wybieliła i wywietrzyła. żeby się czerniła i wietrzyła.
Liście krztusiły się ze śmiechu – nie ze mnie, wiatry je łaskotały, obejmowały, pieściły pąki buczyny. Dniało. Kryjąc wiele myśli o jutrze, las otwierał się, oddychał głośno przywoływał obłoki, rozbierał je w bystrych strumieniach i wszystko. co żywe wyruszało boso po rosie i po osypiskach, gdzie pierwsze promienie słońca zatrzymały się na popas.
Pozwoliłem promieniom dostrzec mnie i wyciągnąłem się na rosie z bosymi nogami, jak teraz na balkonie.
Właśnie tak – niby śpię i drzemię, a idę pośród głosów i drzew – przez cały ranek. Budzą mnie motyle, krzyki murarzy z pobliskiej budowy, skrzypienie dźwigu i częste uderzenia… prawda, częste uderzenia siekiery. Serce woła ludzi, pragnie ich i słucham jego głosu, kroczę za nim, ale gdzie teraz jestem: na balkonie czy bosy na mokrej od rosy ziemi?
Na twarz spadały mi jakieś muchy. Były martwe. Podniosłem się, żeby zobaczyć. Nade mną, na drzewie, od rana rozpoczynała się walka: było tam gniazdo pszczół. W okresie największego głodu, kiedy nie było jeszcze co zbierać, zabijały trutnie.
Ale czy tylko trutnie?
Potężne owady uderzały mnie po twarzy i bosych nogach. Czy były to tylko trutnie? Nie ma celnych ciosów w zaciekłej walce: obok tych, co powinni umrzeć, padają często także najlepsi.
Szukałem prawdy.
Nie, tu nie było pomyłki. Pszczoły powaliły na ziemię garść potężnych trutni i walczyły dalej.
Odwróciłem się w drugą stronę.
W dole nad potokiem wycinano drzewa, nie poddawały się, ale człowiek jest bardziej doświadczony i bardziej okrutny, nie zna litości – wycina las, a on wykrzykuje całe swoje cierpienie w ostatnim ‚”och! ” i pada na wznak. Rozszalały potok bulgotał obok powalonych kłód drzew, opryskiwał je wodą chciał, je podnieść, powiedzieć, że ożywi je nowymi pędami. Na próżno. Krwawiły wczepione w ziemię grube ich żyły, którymi jeszcze przed chwilą do wysmukłych ciał płynęła krew – na co im teraz to wszystko? I nie słuchały głosu potoku, nie chciały, wytrzeszczały tylko oczy, cierpiały z oczami zwróconymi ku śmierci, która szła zamknąć powieki, potem zwęgli je czas i rozsypie w proch. I nikt już nie przystanie, nie zamyśli się nad nimi, Wojewodo.
Co stało się z ludźmi, człowieku? Czy odnajdziesz ich kiedyś, czy też zstąpisz w dół,
w bezdenne lasy?
Dusza odmawiała posłuszeństwa, szarpała się i czekała na właściwy moment, żeby wcisnąć się w ciemność listowia. Pozwoliłem jej czaić się, chętnie pozbyłbym się jej, ale kto może pozbyć się własnej duszy, uciec na złamania karku, wbiwszy ją wcześniej na cierń – ja nie mogłem i nie będę mógł. Nawet gdyby posłali mnie na tamten świat, wszędzie znajome twarze przywlecze z sobą – Wasyla, Żelia, Dichana i innych przyjaciół, jestem na zawsze skazany na jej łaskawość i gorycze.
W lustrze deszczowej wody szukam w sobie jasnych stron, ale taka we mnie gmatwanina, że rezygnuję. Chyba obrzydłem samemu sobie: samotność wysysa niepostrzeżenie z człowieka to, co najlepsze – do ostatniej kropli. I nadejdzie czas, kiedy nie będę już wiedział, gdzie we mnie żmija, gdzie dobry anioł.
W dole nadal wycinano las, umierające drzewa krzyczały, odcięte pnie połyskiwały niewzruszone, ściśnięte grubymi żyłami korzeni; potok złościł się na ludzi, pienił się w korycie, spryskiwał je wodą. Chciał oszukać siebie i ścięte pnie, dać im złudzenie życia. Ja jeden wiedziałem – czas wysuszy ich żyły i w końcu rozsypie je w proch.

IV

Słońca jeszcze nie ma. Mokre od deszczu miasto drzemie, dosypia. Z balkonu moja fajka wysyła obłoczki, gołębie rzucają się na nie, rozbijają skrzydłami, obłoczki stają się powietrzem – nie ma nic do plądrowania.
Jest mi radośnie. Niech ze zgryzoty siwieje synowa. Niech się wścieka. Martwię się tylko o tych, których zachowałem w sercu. Ona jest mi obca. Wszystko jedno, co powie. Od Żelia też nie spodziewam. się niczego dobrego. Odtąd mogę od nich oczekiwać tylko złych rzeczy – przeżywszy pół życia, ludzie. stają się źli. I niesprawiedliwi, mszczą się za swoje słabości i zmarnowane życie na najbliższych. A kto im najbliższy? Ja. Ja jestem ich ofiarą. I to właśnie okrutne: świadomość, że jest się ofiarą kata, a nie można podnieść głowy z pieńka.
Jeśli powiem głośno, co myślę, wydłubią mi oczy, pokażą siniaki na nogach i duszy, żeby udowodni6. że to moja wina. Dlatego trzeba działać mądrze. Najlepiej nie myśleć o niczym – jak chcą, mogą nazywać mnie wariatem. To taki kaliber ludzi – byle zagarnąć jak najwięcej dla siebie, pełnymi koszami, ale jeśli chce się czegoś od nich – choćby tyle, co pod paznokciem – potrafią żywcem obedrzeć ze skóry.
Synowa odgraża się, że wyśle mnie na szóste piętro, na strych. Ale to się nigdy nie stanie: za dobrze ją znam, nie pozbawi się trzydziestu lewów najmu, który bierze od dwóch lokatorów. O, już bardziej prawdopodobne, że wpakuje mnie do wilgotnej piwnicy. I tak zrobi. Skoro byłem głupi i ustąpiłem Żeliowi, sprzedając dom w Zelenkowie, gdzie teraz pójdę, pozostaje cierpieć. Stary człowiek nikomu niepotrzebny – na to wychodzi. Ale skoro nie umiera się od razu?
Tak sobie rozmyślam, a inny głos mi mówi: czy nie czekasz na swego Zelia dzień i noc, byle tylko zobaczyć jego oczy, żeby się w nich przejrzeć, wyczytać, czy nie ma w nich przebaczenia za to, że rozwaliłeś mu łeb o belki, że nie przyszedłeś do niego tak długo, lecz wyniosłeś się znów do lasu, do drwali, aby nie patrzeć na dom, na którego wspomnienie twoje złe serce łzawi, nie patrzeć na jego ściany i żeby twoje dumne ciało nie gniotło łóżek i poduszek wypchanych paprociami i koniczyną.
Ten głos ściska mnie za gardło – stój spokojnie, staruszku, pomyśl o sobie na stare lata. Człowiek zniesie wszystko – przyglądaj się uważnie.

Wczesnym rankiem pod balkon wciska się dzień. Docierają do mnie niebieskie opary benzyny.
Motocyklista wyskakuje na jezdnię – zaskoczony kierowca lśniącego samochodu uderza w błotnik jego motocykla. Pisk kobiety. Jakaś wywrotka podskakuje w miejscu. Kominiarz na rowerze z liną na ramieniu – jeden jej koniec wlecze się po ziemi – za nim inny rowerzysta, wystarczy, żeby skręcił nieco w bok, zahaczy o kominiarza, wpadną sobie w objęcia poza krawężnikiem albo pod oponami wywrotki, która jedzie za nimi. Potem będą przekleństwa, kłótnia i pewnie bijatyka. Kominiarz nie ustąpi – umieją się bić ci mężczyźni – oto on, czarny diabeł, spał taki pewnie obok żony, i w domu pełno dzieci, i z przyjaciółmi pije pewnie po pracy w najbliższej knajpie.
Pod balkon podjeżdża też wołga Że1ia. Żelio prycha już w łazience. Ubiera się w biegu i nawet nie powie mi „dzień dobry”. Unika mnie w milczeniu, boi się jeszcze, a może jakiś wstyd każe mu trzymać się z daleka? Jak potrzebował pieniędzy na mieszkanie, bez trudu znalazł drogę do Zelenkowa, wiedział. że wystarczy jedno słowo. Chciałem mieć wnuczka. W długie, samotne noce myślałem przede wszystkim o Gorczu, chciałem go mieć za wszelką cenę.
Starałem się przyzwyczaić – nie patrzyłem na ręce, którymi okładałem syna, przymykałem oczy nawet na wspomnienie tego dnia, kiedy wałęsałem się po bazarze i szukałem chętnego do rozmowy. Żelio szedł w towarzystwie hałaśliwych kolegów, ale zostawił ich, kiedy mnie zobaczył. Przystanąłem, ale nie odwróciłem się, ty1ko w oknie wystawy widziałem, że szedł w moją stronę – nareszcie sami pomyślałem, uściśniemy sobie przynajmniej ręce, zapyta mnie o coś. O cokolwiek. Niech pyta. Ale Żelio nie zatrzymał się. Sił nie starczyło, czy może jego serce było równie rozdwojone i tylko coś odległego i nieznanego pchało nas jeden ku drugiemu, aby uczynić jeszcze bardziej rozgoryczonymi, obrażonymi i niezrozumiałymi dla siebie?
Na rogu przyspieszył, żeby dogonić kolegów, ale czy mógł o mnie zapomnieć? Szedłem i przeklinałem dzień, w którym przekroczyłem granice miasta i próg jego domu. A serce coraz. bardziej krwawiło za lasem i pocieszałem je, że jeszcze za wcześnie, będzie czas przyzwyczaić się i wtedy będzie łatwiej.
Niech zabiera teraz do wołgi swoje” Dzień dobry”, moje oczy widzą, jak rośnie przy mnie Gorczo: my, ojcowie. ciągle chcemy przebaczać, kiedy wnuki dorosną. Przeglądamy się w tych człowieczkach jak w bystrej wodzie – na nowo odnajdujemy siebie, swoją młodość.
Czy człowiek w tym domu nie może nacieszyć się i porozmawiać z wnuczkiem? Te złe duchy nasłuchują wszędzie, słowa nie dają mi z nim zamienić. Chcą go ustrzec przed moimi grzechami. Tak to jest, kiedy rodzice tracą własne dziecko – stają się zazdrośni i okrutni wobec każdego, kto się do niego zbliży. A Gorczo poluje na mnie, nie ma w nim nienawiści, jak u synowej, szuka byle okazji. żeby spojrzeć mi w oczy, sprawdzić. na czym polega mój grzech. Dlaczego odwracam się od najbliższych i oni ode mnie. Co rano przychodzi na balkon, 1edwie ojciec zamknie za sobą drzwi. Czekam żeby się teraz pokazał, dopóki nie ma matki, potem pójdę sobie.
Trudno ci będzie, mój wnuku, zrozumieć duszę Wojewody. On sam jeszcze jej nie zrozumiał przez tyle lat. Chcę ci coś powiedzieć: wszystko, co ma się stać na tym świecie – staje się, trudno jest powstrzymać zło. Ale jedno jest twoje – młodość: ona. nie zapomina i nie przebacza nikomu i niczego.
Odegnam złe myśli.
Dusza zgorzkniała od benzynowych oparów i zaczepek synowej. Od tych oparów i nerwów, powiedział kiedyś Gorczo, można umrzeć na raka. Niech mu Bóg da zdrowie. Tego, kto przeżył sześćdziesiąt lat w lesie, nie ima się rak od oparów benzyny. Ale dzięki jego matce – o, dzięki niej wszystkie choroby mogą się do mnie przyczepić.
Uciszyło się trochę. Wywrotki wracają załadowane ziemią – dokąd ci dranie jeżdżą przez cały dzień? Bez przerwy wożą piasek, ziemię – to w jedną stronę, to w drugą. Kiedy jedzą obiad, kiedy odpoczywają – nigdy nie wiem.
Po drugiej stronie żołnierze palą ognisko – robią asfalt, po rozkruszonych kamieniach pełzają walce, huczy dźwig i betoniarka. Nabiję fajkę. Gorczo nie zjawi się Podniosę się z balkonu, rozruszam kości. Dopóki nie ma synowej, zatrzasnę i ja drzwi za sobą. To jedno mnie dręczy, że właśnie o tej porze wychodzą z domu tylko ludzie niezdolni do pracy i próżniaki.
Coś, co pachnie mi wstrętnie mieszczuchem i do czego nie przyzwyczaję się, choćbym miał żyć drugie sześćdziesiąt lat.
Szum, który tu dociera nie jest, szumem morza. W pobliżu jest dworzec autobusowy. Długie kolejki sięgają aż środka u1icy – komu zależy, niech jeździ.
Ktoś uderzył mnie batem po nogach, przerwał myśli.
– Pardon, obywatelu!
– Uh! – zdzieliłem go w twarz: to ten czarny diabeł, kominiarz.
– Obywatelu! Szukacie zaczepki.
– Ja ci pokażę, głupku, jak bije się ludzi na ulicy!…
Ech. te miejskie ulice, po których nie można iść po ludzku.

To dziwadło najuprzejmiej żąda przeprosin. Nie, nie uderzę go drugi raz, dla jego dobra, i jego dzieci – daj im Boże zdrowie.
– Dzień dobry, Wojewodo!
– To ty, Stojanie? – po oberwanym uchu z. daleka poznaję brata Dichana. Swego czasu uchodził za dobrego zapaśnika w Chasekiji – dla sławy stracił pół ucha. Wyciera chustką czoło, chce mnie wypytywać o wszystko naraz, dużo sam mi chce powiedzieć. Będzie mi robił wyrzuty, że nie wracam na wieś, że od niego stronię. Nie, synku, zbyt wiele serc poznałem, żeby na stare lata grzeszyć z ludźmi. Niechby mój rodzony syn miał twoje serce. Stojan nie lubi Żelia, kamieniami go żegnał w Zelenkowie. A mnie przyszedł prosić o przebaczenie. Potem byliśmy razem drwalami w górach, dopóki nie opadłem całkiem z sił i nie wróciłem do opustoszałego domu w Zelenkowie.
– A ty, Stojanie, bardzo posiwiałeś.
– Posiwieliśmy. Lata robią swoje. A i niemało przeżyliśmy, Wojewodo.
– Ładne rzeczy. A co ja mam powiedzieć?
– U mieszczucha skóra zawsze gładsza.
– Co ty gadasz. Teraz życie w mieście nie takie, jak dawniej. Tu, czy tam – wszystko jedno. I jaki ze mnie mieszczuch?
– Niezupełnie tak, ale dajmy temu spokój. Tu przynajmniej nie brakuje rąk do pracy. A na wsi – same baby. I tacy głupcy jak ja. Ale głupców nigdy nie brakuje.
Szuka kogoś w tłumie kobiet. Większość z nich to starsze kobiety w sukmanach, i dziewczęta w szkolnych :fartuszkach – żegnają swoje babcie. Kiedy widzę czarną sukmanę. przypominam sobie Kerankę. Nie danym jej było zmienić czarną sukmanę na sukienkę. Nie mogła też zobaczyć swego Żelia jako naczelnika w mieście. A i wnuczkiem by się chciała nacieszyć. Razem poszlibyśmy na dworzec, a i w Zelenkowie mog1ibyśmy zostać oboje: jak człowiek zostanie sam, to nic już po nim. Gorczo uciekałby na przerwach ze szkoły, żeby nas pożegnać, a latem włóczylibyśmy się po lesie.
Żona Stojana, kiedyś najładniejsza panna w całym Zelenkowie, w miejskim ubraniu nic się nie zmieniła. Tylko dwie zmarszczki przecięły czoło, ale nie przesłoniły łagodnych rysów twarzy.
– Dzień dobry, chrzestny. Zapomniałeś o nas.
Czerwieni się. Jeszcze nie może zapomnieć, że przyłapałem ich w stodole niedaleko zagonu z owsem. Spotykali się tam przez całe lato, zanim się jeszcze pobrali. I myśleli, że nic nie widzę. Jakże się mylili. Widziało moje oko, co dzieje się we wsi, ale krew we mnie zbójnicka, cieszyły mnie takie rzeczy: gotowy byłem nawet brać w obronę chłopaków z temperamentem i śmiałe panny, które przychodziły potajemnie kochać się na moim polu i w stodole, najlepszym miejscu na tajemne schadzki w całym Zelenkowie. Wtedy nawet sam się wystraszyłem. Pewnie słyszeli moje kroki, kiedy szedłem po naręcze wyki dla wołów. Nakryli się wcześniej wyką i zamarli. Dobrze. że widły były drewniane. Popełniłbym największy grzech w życiu.
Wspomnienie uśmiecha się skrycie w duszy: ile potem było strachu i wesołości. Przysięgliśmy nikomu nic nie mówić, a mnie wybrali na kuma.
Nie byłem ich chrzestnym. Właśnie wtedy przyszły tamte wydarzenia i musiałem schować to drogie wspomnienie na czas samotności w lesie. Ale nic przecież się nie zmieniło. Pozostaliśmy takimi, jakimi byliśmy.
– Ty, chrzestny musisz przyjechać na wieś. Twój chrześniak Goran już wyrósł.
– Przyjadę. Stojanie. I wezmę go z sobą do miasta.
– Mało masz kłopotów. Straszny z niego urwis.
– Dogadamy się. Wy też nie byliście jak baranki.
Żona Stojana czerwieni się jeszcze bardziej. Chyba przesadziłem. I chcąc zmienić temat, zapraszam ich do domu, synowa może mnie piorunować wzrokiem, jeśli chce. I może wściekać się potem nawet przez rok. Wymawiają się. Żona Stojana ma jeszcze wstąpić do sklepu po zieloną wełnę – po skończeniu prac w polu, chciałaby utkać kilim dla córki. I śmieje się uszczęśliwiona – za parę lat będą mogli zaprosić mnie na wesele. Patrzcie no, o jakich wielkich sprawach mówią, a kiedyś byli tacy niepoważni.
Wszystko bieleje w porannym słońcu. Przejdę się nad morze. Czego to mieszczuchy nie wymyślą, żeby wczorajsi chłopi i pasterze odwykli całkiem od rodzonej ziemi: najpierw wyłożyli asfaltem i kostką co się da, żeby ani jedna trawka nie zakiełkowała. Wznieśli wysokie domy z kamienia, żeby im zasłoniły widok na góry: niebezpieczna to rzecz – góry. Tylko niebo jest odsłonięte. Ale w tym największe kłamstwo: prawdziwe niebo jest ukryte dla chłopa przemienionego w mieszczucha. To niebo jest nieczyste, zaciągnięte chmurą sadzy i dymu – martwe.
Chrzęszczą pod stopami muszle małż, którymi fale zaścieliły brzeg. Woda bulgoce między kamieniami jak w głodnym gardle: nienasycone jest morze.

W górze odrywają się od skał kamyki – pluskają w wodę, robią kręgi, tańczą na wodzie. Tańczą na wodzie także liście ogromnego wiązu, który przez sto lat piął się mozolnie w górę krok po kroku, żeby zobaczyć, co jest po drugiej stronie brzegu. Na ścieżce, tam wysoko, ktoś wymachuje rękami i wpatruje się bez przerwy w oko słońca – czyżby czekał, że miód mu skapnie do gardła? Jest chyba w moim wieku, ale włosów wogó1e nie widać, stoi odwrócony do mnie plecami. Liczy coś po cichu, przyklęka i gapi się – połknie słońce. W końcu odwraca się nagle i nieoczekiwanie jak na jego lata, pędzi po ścieżce z zawrotną szybkością. Odwróciłem się, zdjąłem czapkę i ochlapałem się wodą morską. Klasnął tuż przy mnie w ręce, uderzył mnie po plecach:
– Wojewodo! .
Jak mogłem go nie poznać! To Tołuma. Trzeba było ulotnić się wcześniej. Nie zawsze człowiek ma ochotę rozmawiać z kimkolwiek, ale on polował na mnie od dawna – przesyłał mi przez Żelia pozdrowienia, przez synową – młode rodziny podtrzymują kontakty. Przecież jego syn Angeł też na wysokim stanowisku.
– Wcześnie wstałeś – powiada i nie przestaje ochlapywać się wodą, wystawiać zadowoloną twarz do słońca.
– Coś tak gębę na słońce rozdziawił? Leczysz się, czy co?
– Na gardło. Na oczy też pomaga. Angeł jest jogiem, on mi zaleca takie rzeczy.
– Jakim bogiem? – Tołuma zadziwia mnie do reszty.
– Jogiem. Hinduskim jogiem. To taka nauka. bardzo popularna i pomaga, żebyś wiedział.
Kiedy człowiek widzi, jaki z niego jeszcze osiłek, gotów mu uwierzyć. A i na młodych, którzy umierają z lenistwa, może podziałać. Jeśli Hindusi praktykują to już tak długo, jak zapewnia mnie Dinio, może jest w tym trochę prawdy. Zostawię go w spokoju, niech ćwiczy. Każdy ma swój sposób na życie. Komuś potrzebne bieganie po górkach i łykanie porannego słońca, mnie wystarczy pooddychać świeżym powietrzem i poczuć pod szerokimi stopami małże, piasek, wodorosty, przypominające swoim szumem i zapachem zbutwiałą ściółkę, którą wiatry jesienne zaścieliły las na wieki wieków.
– Dlaczego nie przychodzisz do nas, do Związku?
Tacy jak on nigdy nie umieją czytać w cudzych myślach…
– Przyjdę któregoś dnia.
– W klubie zbierają się najwięksi dowódcy. O tobie też mówimy.
Mówcie… Jak słyszeliście kiedyś moje imię, to portki wam się trzęsły. Tołumie, Tołumie, zawsze mogę nabić na pal twój kałdun, nawet mi nie zadrży ręka. Twój śmierdzący kałdun. A może zapomniałeś, jak szpiegowałeś oddział Georgiego Janczewa i Todora Grudowa w dwudziestym czwartym? Niewielu już takich, którzy o tym wiedzą, toteż, wymachujesz ogonem jak lis.
– Słyszałem o tobie. O wielkim polowaniu, na którym byłeś z wnuczkiem. Pewnie chodzi już do gimnazjum, co?
Na pewno i on próbował dzikich kaczek. Trafiło się – ustrzeliliśmy. Chyba nigdy nie było na jeziorze tyle dziczyzny, co w tym roku. Po burzach na Północy pozlatywały się ich całe chmary znad delty Dunaju i z jeszcze dalszych stron, od ujścia Dniepru i Dniestru. Przez trzy dni setki tysięcy dzikich gęsi budziły świt. Dopiero wieczorem, kiedy kładły się spać na wodach – nastawała cisza. Ale my wiedzieliśmy, w czym rzecz. Długo będzie się o tym opowiadać, bo wielu było takich, którzy pojedli sobie ustrzelonej przez nas dziczyzny.
– Co tak nic nie mówisz i stronisz od nas? Przyjdźże, zobaczysz jak ci się usta otworzą do śmiechu i do wspomnień.
Odsuwam się, żeby odejść, ale ten łapie mnie za rękę i przykleja się jak rzep.
– Przejdźmy się razem, Wojewodo. Wspaniała pogoda, co?
Zacząłem kaszleć, żeby ukryć myśli. To taki zły nawyk: dobrze, że nikt o nim nie wie.
Jak nachodzą mnie złe myśli, które chcę odpędzić, wtedy zaczynam kaszleć i przeklęty kaszel przyczepia się do gardła.
Zbliżamy się do falochronu. Od samego rana piszczą tam pogłębiarki, wciąż coś dłubią w tej przystani. Skrzypią dźwigi, ściskające w swoich imadłach ogromne skrzynie, wyładowywane z zagranicznego statku. Dźwigowa, młoda dziewczyna krzyczy coś w wirze zgiełku, ale oprócz wrzasku nic nie słyszę. Nie krzyczy do nas i nieważne, co krzyczy, sama wie najlepiej, skoro taka młoda, a wdrapała się na tak ogromną maszynę. Ten zgiełk tak mnie pociąga, że mógłbym kręcić się tu godzinami. Ani mnie głowa nie boli, ani nic. Przyjemnie popatrzeć na te cielska i flagi, które widziały tyle wiatrów i mórz. Stojąc na falochronie, mam ochotę któregoś dnia powiedzieć Gorczowi, żeby wszedł na takiego stalowego łabędzia i objechał. kraje, państwa – żeby i on zobaczył szeroki świat, bo kto widzi więcej i dalej, ten lepiej widzi wokół siebie.

Dinio wlecze się za mną i bez przerwy trajkocze. W szumie fal, w zgiełku maszyn i ludzi przynajmniej nie słychać, co mówi. Ale nie daje mi spokoju. Domyślam się, że mówi o stoczniowcach, o nowych hotelach, budowanych naprzeciwko.
– Czego człowiek nie robił, żyłował. się, to, tamto. Zwijał, się jak w ukropie, wściekał, ale widzisz, zbudowaliśmy podstawy socjalizmu.
Chce mnie, wystrychnąć na dudka – oczy ma załzawione, malują się w nich wszystkie osiągnięcia Bułgarii z ostatnich lat.
– A na wsi? Widziałeś, jaka maszyneria, jaki zwrot dokonał się w ciągu tych kilku ostatnich lat?
Dinio, Dinio, jak ciebie znam, ty nie tylko podstaw, ale i dachów komunizmu się doczekasz. I bez względu na ustrój zawsze znajdziesz sobie grunt, żeby się wczepić w jego wilgoć. Gdybym dostał cię w swoje ręce teraz, a nie w młodych i zielonych latach, miałbyś za swoje. Ale co robić? Tu jest miasto – nie las. Toteż trzymaj się ciepłej posadki, pilnuj synusia jogi, przyjaciela mojego Żelia. I to wszystko: komunizm ludzie zbudują nawet z takimi obesrańcami, jak ty.

Ludzie nie są tacy sami. Zmieniają się. Nawet woda się zmienia, nawet żelazo. Wszystko zmienia krew i skórę. Tylko to niewinne pacholę nic się nie zmieniło. Taki to już gatunek: bez włosów, bez kości. Nie zmienia się, ty1ko obraca zależnie od okoliczności. I nic się go nie ima – ani ostrze pasterskiego noża, ani kula zbójnickiej strzelby. Idzie to razem z ludźmi, przylepia im się do nóg, niekiedy ściąga w bezdenne przepaści. ściąga i obślinionymi ustami proponuje rozkosze i intrygi.
W młodości nie miałem czasu zabić tę żmiję. Mieliśmy inne wrzody, ale jak je przeciąć, rozmnażają się jeszcze bardziej, bo ich moc pochodzi od siły nieczystej. Kiedyś. nie wiem, czy szybko to nastąpi, moje prawnuki nie będą musiały przecinać wrzodów, zniszczy je młodość. Czy to będzie się nazywać komunizmem, czy słońcewizmem – nie wiem. Teraz młodzi zaczynają dopiero badać księżyc i Wenus – za wcześnie na słońce. Nigdy nie jest za wcześnie – czas nie usunie tego lepkiego smrodu, który za moich lat, nazywano faszyzmem, brudną wojną…

Nieraz pytałem siebie, gdzie mnie nogi niosą? Wreszcie wiem i rozumiem. Uciekają stare nogi, od rozumu – gorące stają się jego obręcze. I nie trzymają już tak jak dawniej. Wypaczają się i wtedy wszystko wydaje się wypaczone. I dokąd zaprowadzicie mnie, myśli? One wiedzą, dokąd, Dziś wziąłem rentusię. Zawsze to pieniądz, i daj Boże zdrowie Żeliowi. Inni niech się sami martwią o siebie, skoro nie mają takich synów, jak ja. Głodny nie będę. To prawda, gorzki jest ten kęs, nie smakuje mi chleb naczelnika, gorzknieje w rękach, które mi go podają. W takich chwilach mówię sobie: oby tylko wnuczek był zdrów i cały. I nogi, a wtedy choćby ślepy, znajdę drogę do lasu.
O tym marzę, nogi mnie jeszcze noszą i obiecuję sobie, że zaszyję się gdzieś daleko, póki trochę grosza w kieszeni, daleko od tych kamiennych ulic i wysokich, zimnych ścian, które przegnały nawet ptaki z ludzkich oczu.
Dinia nie wezmę. Niech idzie do klubu i ślini się przed innymi. Niech sobie biega po zdrowie ten zasmarkaniec i niech sobie wyobraża, że wznosi fundamenty socjalizmu, i już teraz, jak żywy cierń niech szuka miejsca i wilgoci w fundamentach komunizmu, które zbudują moje wnuki.

Pod drzwiami – morze ludzi, w środku – dwa. Piwnica nazywa się „Panieńska polana”.
Piękne dziewczyny w ludowych strojach uwijają się w „Panieńskiej polanie”. Wystarczy spojrzeć, więcej nie trzeba. Znają moje starcze słabostki i kręcą się koło mnie. Ech, żeby mój wnuczek Gorczo był tutaj! Albo Goran Wojewoda za młodych lat. Gdzie jesteś, młodości zielona?!
– Wojewodo…
Chłopcy przestali śpiewać. Kobziarz jest synem mojego kuzyna. Inni też mnie szanują. Jest tutaj jak niegdyś. Tylko przyjaciół nie ma. Jedni leżą trafieni kulą, drudzy zgnili w więzieniach. Żywych na palcach policzyć. Wasyl, gdzie on? Ej. lesie, lesie – piękny i przeklęty lesie. Wszystko najlepsze, co wydaje ziemia, porasta twoją zieloną młodością, ale dlaczego zacierasz to w pamięci, czarny lesie?
Sam leży młody wojewoda…
Śpiewa młokos, serce mi rozdziera. Dajcie mi ugasić czymś to cierpienie. Nie mogę znieść, że wojewoda sam leży w lesie. Sam, z popękanymi i krwawiącymi stopami. Własny ból mogę zapomnieć, ale twojego, młody Stojanie…
Stojana srodze ranili,
Stojana, młodego wojewodę.
Nikogo przy nim nie było,
kto podałby mu wody,
kto by mu zwilżył usta…
Wdzierają się w kobzę wiatry, głos fujarki niesie się echem z „Panieńskiej polany”.
Oto, gdzie Wojewoda. Samotny w nieszczęściu, samotny w czarnych ranach, zadanych przez wroga, z myślami o górach, o młodych dziewczętach, o przyjaciołach. Hej, lesie macoszy, gdzie moje dzieciństwo? Hej, lesie, gdzie moja młodość?
Wiatry wieją. I pędzie po górach trzysta koni… trzysta strzelb. A Wojewoda został sam. Koń krzesze przy nim rój iskier:
Kop, koniku, głęboko –
ody się dokop, głębokiej.
abym mógł zwilżyć usta…
Chwytam rakiję – niech ugasi wspomnienia, niech wypali myśli. Niech wszystko ucichnie – wiatry, echo i konnica. Zatrzymam się. Pod tym dębem zakopię rozpaloną głowę. Mam prawo do odpoczynku. Wszyscy się zatrzymują. Niektórzy pośrodku drogi. Inni na jej początku. Nikt nie może dojść jej kresu. Wybieram dla siebie korzenie starego dębu.
– Wojewodo…
Syn mojego kuzyna trąca się ze mną kieliszkiem. Powinienem wstać, ale coś mnie przygniata. Uniosę się tylko trochę. Zmęczyłem się, to od rakiji. Oprę się łokciem o dębowy stół. Młode serca nie powinny widzieć mojego zmęczenia.
– Już trzeci miesiąc, Wojewodo…
– Trzeci… prawda, jak to zleciało.
– Wszyscy dopytują się, gdzie się podziewasz.
– Gdzie mam się podziewać? – rozzłościłem się. – W domu, a gdzie!
– Jasne!… Ale dlaczego? Przychodź do „Panieńskiej polany”, żeby można cię było
zobaczyć.
– Tinko, masz rację.
Młody jeszcze, a oczy podkrążone – pewnie się nie wysypia.
I policzki podpuchnięte. To chyba od dymu i swądu z rożna. Pijemy i patrzymy na siebie. Ale co będzie ze mną, jeśli wypiję jeszcze jednego. Już teraz haftowane firanki nad drewnianą ladą wydają mi się to zielone, to podpalane czerwienią, albo powiewają błękitnawo w dymie. Wciąż mi się zdaje, że dziewczyny w strojach ludowych, roznoszące kieliszki i zakąski, śmieją. się i pokrzykują jak w tańcu.
Byle nie zapomnieć czapki. Niech Tinko włoży mi ją na głowę. A na odchodne niech mi zaśpiewa pieśń o Indże wojewodzie – o tym lesie zielonym, o górach Strandża.
Strzelby, amunicja, ogień konie: niech ich Gorczo prowadzi. Zrobię mu miejsce przy sobie. Ta bitwa będzie najkrwawsza. Nie ma już brudnych wojen – nie ma Wietnamu i Konga – zestarzała się ta broń. Gorczo wystrzeli w niebo rakiety z atomem. Teraz moja konnica tratuje Tołumę, żywy cierń, i wyłożone kilimami i papierzyskami miejsce zesłania Żelia: Tinko podpali je butelką rakiji, a tę głupią gęś – synową – wyciągniemy z domu, pokażemy jej słońce i las. Zamkniemy jej cień w czterech ścianach mieszkania. A lokatorów zwolnimy z trzydziestu lewów najmu. Zostaną dobrymi partyzantami – polecę Gorczowi, żeby nie zapomniał o tych chłopcach.
Od moich kroków walą się ściany. Zrobiłem się ciężki. A może to lata – nie wierzę, żeby te grube ściany mogły pękać i zawalić się od rakiji. Jeśli tak, to powinienem wypić jeszcze jednego, żeby zburzyć zimne, miejskie mury. Będą mieli z czego cieszyć się ludzie jutro rano: przed nimi prawdziwe morze z jego dziwami i wiatrami, a na południu – nieogarnione dobra, moje i moich dziadów. Oj, lesie, lesie, piękny i daleki…
Dzisiejszego wieczora synowa jest jak kukułka. Żelia nie ma. Pojechał na delegację. Któregoś dnia sam wystawię sobie delegację, żeby nie patrzyła na mnie spode łba. Gorczo przez cały dzień jakiś nieswój – ani nie je, ani się nie odzywa.
– Choruje! – synowa trzaska za mną drzwiami.
Wstrząsają nim dreszcze, silne dreszcze.
– Trzeba po lekarza – synowa zaczyna płakać.
– Nic mu nie jest.
– Jak to nic?…
Wykrzykuje mi prosto w twarz, jakbym jej otruł syna. Co z taką począć? Powiedzieć, że choćby przyszło stu doktorów, nic nie pomogą? Ale czy zrozumie? Stoją mu bez przerwy nad głową, kto by to wytrzymał? Widziałem wczoraj, jak odciągała go od balkonu: Gorczo czekał na mnie.
Zabiorę go jutro do lasu. Będziemy rozmawiać, włóczyć się samotnie, gdzie nogi poniosą. Opowiem mu o moich cierpieniach, on mnie zrozumie i kiedyś wyrośnie na takiego rozrabiakę, jakim ani ja nie byłem, ani Żelio.
Chcę ją uspokoić, ale przerywa mi ostro, czując zapach rakiji. A może i ruchy mam niepewne, bo zaczyna narzekać i wymyślać, nie przebierając w słowach.
– Stary puchacz, unieszczęśliwił mnie na całe życie…
Drepcze, lamentuje i dorzuca miejskie przekleństwa. Wie, że nie wytrzymam i wyjdę. I tak zrobię, a1e moje myśli są przy Gorczu, toteż najpierw otwieram drzwi do jego pokoju. Synowa zapomina języka w gębie na widok takiej bezczelności. Jeszcze się doczeka, ale nie wszystko naraz…
– Wynoś się z mojego domu, stary pijaku…
Gorczo leży w ubraniu i w butach na kanapie. Policzki ma żółte, wargi spierzchnięte. Ani nie spojrzy na mnie, ani nie zaciekawi się, kto wszedł. Nogi zwisają mu z kanapy, suche ciało i krzywy nos na bladej twarzy czynią go brzydkim. To nie jest twarz mojego Gorcza.
– Hej!…
Coś skręca mnie w środku i słowo zawisa w pół drogi. Wybałuszył oczy, nie rusza się. Przecieram powieki, bo może to rakija… Nie, ani drgnie.
– Gorczo!
Nie słyszy. Przykładam ucho do jego serca. Uderzam go po twarzy. Jeśli z niego taki głupiec i stroi sobie żarty, to ja – stary człowiek – zgadzam się być ośmieszony. Nadal nie rusza się, a dość zdrowo go klepnąłem po twarzy. Jeszcze raz przykładam ucho do serca – powoli, powoli, ale bije: Gorczo żyje!
„Hej, rozum mi odjąłeś!” – złoszczę się na niego, ale już wiem, że nie żartuje. Przykucnę przy nim jak matka. Choćby to zobaczył, nie przepędzi mnie. Rozgniewa się tylko.
I przetrę mu czoło mokrą chustką. Kiedy był mniejszy, śmiał się ze mnie, że mam orli nos. Może wydawałem mu się brzydki?
Ostatnio już o tym nie wspominał, bo po mnie odziedziczył i coś jeszcze – wysokie czoło, czarne, kędzierzawe włosy i – co ważniejsze – ruchy smukłego ciała. Która dziewczyna nie obejrzy się za takim chłopakiem? Która nie chciałaby iść choć kilka kroków u jego boku?
W pewnym momencie czuję przez sen, że ktoś mnie szarpie. Powieki mam tak sklejone – że jeśli ich nie przetrę, nigdy już ich nie otworzę.
– Wynoś się szybko z pokoju!
– To ty, synowo?
– Każdy ma łóżko dla siebie.
– Jestem tu potrzebny, zostaw mnie.
– On ma matkę…
– Nie jestem dla niego obcy. Wiem, co robię. Nie daje mi spokoju. Wciąż mnie szarpie. O, ty głupia gęś, tym razem nie dam się. To prawda, że każdy powinien wiedzieć, gdzie jego miejsce. Zaraz ci pokażę, gdzie jest twoje! I gdy ona szarpie mnie za rękaw, odwracam dłoń i twardą stroną uderzam. ją w twarz. Zapiszczała – przecie to baba, co jej pozostaje. Ale rękę mam długą, a do tego nie potrzeba rozumu, nie? Otwiera usta, żeby znów coś powiedzieć. Nie będę czekał: jeszcze raz z drugiej strony i wystarczy póki żyję, żeby patrzyła we mnie jak w świętość, bo rękę mam ciężką, a nie papierową jak Żelio.
Już teraz patrzy na mnie jak na świętość. Nigdy nie spodziewała się po mnie takiej siły, po starym człowieku, niech wie!
– A teraz idź, przynieś mi oliwy w dzbanku. I mleko, jeśli masz.
Poleciała. I nie tylko dla syna ma przynieść, ale i d1a mnie. Zmuszę ją, żeby przyniosła soki, które chowa dla siebie. Cytrynowy. Pomarańczowy. Potem wyślę ją do łóżka, a sam wyciągnę się na kilimie przy Gorczu.
Zatruliśmy go złymi myślami. Będzie nim trzęsło przez długi czas. Ale dobrze mi, kiedy tak leżę przy nim.
A synowa będzie latała dla nas po sklepach i aptekach. Gdzie jej tylko każę.
– Prędzej, co się ociągasz! – podnoszę głos, ale ona biegnie, przynosi butelkę oliwy i słoik mleka. Mleko dla mnie. Uderzyła mi do głowy ta bestyjka rakija – trochę ugaszę ją kwaśnym mlekiem. Stare lekarstwo. Niezawodne. Patrzy mi na ręce, kiedy rozcieram żyły Gorcza. Niech jeszcze popatrzy, dopóki nie przyjdzie pora na sok cytrynowy. Potem niech idzie spać – mimo wszystko trochę mi jej szkoda.

V
Lepka i samotna ścieżka pełznie między korzeniami dębów. Za mną został miejski skwar i zakurzona szosa. Bardzo długo te przestrzenie żyły tylko w snach. Teraz znów jestem w nich obecny duszą i ciałem, mogę zamknąć oczy – nie zabłądzi samotna ścieżka: ma własne oczy. Jeszcze chwila i wstanie dzień. Na wysokiej polanie rozpościera gałęzie wiekowy dąb. Czy ktoś odgadnie jego lata? Grube korzenie chciwie wczepione w ziemię, chciwie piją swoją krew i przesyłają, do najwyższych gałęzi.
Głęboko w lesie pobłyskuje czerwony płomień cegieł. Nową, nowoczesną fermę pobudowała spółdzielnia z Zelenkowa na miejscu dawnej owczarni Bacy Stanka.
Cieszę się. Wierzyłem w to, co nadchodziło.
Mam w torbie chleb i ser. Mam też pełną manierkę rakiji. Niosę ją dla przyjaciół. Wypijemy razem.
Głaszczę chropowatą korę i nie mogę uwierzyć, że ta sama ręka dotykała kiedyś najwyższego drzewa.
Mocna jest rakija. Pulsują po niej niebieskie węzły żył na dłoni. Pobrużdżonej i suchej dłoni. Czy zmarszczki robią się tylko ze starości? A może z rozpaczy i strachu? Uśmiecham się chyba też po rakiji. I z radości, że mogłem uciec z miasta i znów być wśród tych zielonych fal, gdzie mieszka moja młodość.
Jasne krople ściekają po brodzie Wojewody. Zlewają się ze srebrnymi nićmi mgły, która spóźnia się i rozczesuje włosy w dolinie.
Srebrny jest także strumień z manierki. Łyk za radość. Łyk za przyjaciół leżących pod zielonymi krzyżami. Potem oczy szukają miejsc drogich pamięci. I ran. Męka bezsilności jest najstraszniejszą, najbardziej bolesną męką. W kilka dni po owej wrześniowej nocy Wojewoda przyszedł z siekierą i w gniewie zaczął mocować się z ogromnym dębem. Chciał, żeby cała przyroda poznała jego zgorzkniałą krew. Chciał się na kimś zemścić. Wiekowe drzewo jęczało z bólu, dopóki młode ciało nie oblało się potem i nie ucichło ze zmęczenia. Czas zagoił ranę. Tylko krew Wojewody została na całe życie zmieszana ze łzami i goryczą, jak przewidywał kiedyś Wasyl…
Około południa Wojewoda rozpalił ogień. Usmażył słoninkę na rożnie, rozpostarł kolorową chustę, pociągnął łyk z manierki. Niby był radosny, ale kęsy nie chciały przejść przez gardło. Potem ujął twarz w dłonie i ukrył ją w miękkiej trawie.
Ostatnio myśl o śmierci często zjawiała się w jego wspomnieniach. Ukrył twarz w trawie i poczuł, że jakaś siła pochwyciła go i uniosła na najwyższe gałęzie dębu, kołysała i przynosiła duszy radość. a kiedy wracała mu przytomność, skłonny był uwierzyć, że nie ma prawdziwej śmierci.

Huczały fale. Nasilały się niekiedy, ale człowiek przywyka i nie spostrzega takiej zmiany. Z głębi morza nadbiegały najróżniejsze światła. Były podobne do gwiazd, które zniżyły się nad wodę. żeby zaspokoić pragnienie.
Jechałem i tak rozmyślałem, ale natychmiast uświadamiałem sobie, że są to tylko gwiazdy mojej wyobraźni. A naprawdę były to statki. Różnych bander, z różnymi „gwiazdami” na masztach. Z daleka rzeczywiście wyglądały jak ciała niebieskie.
Woły przeżuwały noc i wolno odmierzały kroki, wydłużały drogę aż do znudzenia. Do rana będziemy się tak wlec czarną drogą w drewnianym wozie.
Dobrze sprzedałem drewno na opał. Nie spodziewałem się tylu pieniędzy. Kupiec był jakiś nerwowy. Prosił, żebym zrzucił drewno jak najszybciej na podwórze i pojechał. Nie należę do leniwych, a wtedy byłem młody i sił miałem dużo. Chyba moja siła i energia odebrała mieszczuchowi rozum. Nie targowaliśmy się. Powiedział: „Wystarczy ci sześćset pięćdziesiąt lewów?”. Myślałem, że dostanę najwyżej pięćset, sześćset lewów. Wziąłem więc pieniądze i postanowiłem zaraz jechać. Ech, gdybym wyruszył natychmiast, widziałbym już Zelenkowo. Zatrzyma1i mnie handlarze.
Przyroda śpi. I kamienie, i drzewa. Śpią nawet wody morza. Ale ich sen jest zawsze dźwięczny, pełen pieśni. I gwiazdy śpią. Ale ponieważ poruszają się z dużą szybkością (tak opowiadał nauczyciel), zapalają nocą z przodu po jednej lampie – wszystko może się zdarzyć w ciemnościach!… Myślę o tym i wierzę, że tak jest: na przykład statki. Dlaczego nie może być tak samo z gwiazdami?
Nocą wszystko śpi. I ten wieczór jest taki jak inne. Tylko Keranka nie śpi. Czeka na mnie. Na pewno spogląda ku szczytom Kajraków. Gdyby wiedziała, co dla niej wiozę, wybiegłaby na szczyt i jeszcze przed niedzielą zostałaby moją. Od handlarzy kupiłem najpiękniejsze kolczyki. Wybrałem prawdziwe źrenice Keranki – o miękkim blasku, co zachwyca, cieszy duszę i w jednej chwili daje wszystko, czego pragnęło się w najśmielszych snach i w najcięższych chwilach. Ucieszą Kerankę także zapinki: wykuła na nich mistrzowska ręka zręczne ruchy żmij i całą bajkę o górach. I jedwab, i szale, i miejskie
ubranie kupiłem dla Keranki – bluzki, sandały. Cały kosz prezentów dla druhen, które będą jej towarzyszyły do ślubu. A dla swatów gęste wino – czarnomorską krew. Wydałem wszystkie pieniądze. Zostały mi tylko te, które wziąłem za drewno. Za nie wyprawię weselisko.
Sięgnąłem za siebie i wziąłem butelkę z winem. Dobre wino. Krew zaczęła krążyć szybciej i gniewnie wbiłem oścień w skórę Karamana. Zwierzę ani drgnęło. Krzyknąłem. Znów dźgnąłem. Przeklęte woły. Swoją ospałością mogą popsuć najpiękniejszą chwilę. Wymyślałem i biłem je z nienawiścią. Chciałem, żeby podzielały moją radość. Ale one myślały o swoich sprawach i tak się zamyśliły, że nawet nie drgnęły, kiedy gdzieś blisko morza zagrzmiało. Grzmotowi odpowiedział drugi grzmot. Błysnął ogień karabinu maszynowego. Co to mogło być? Las wyrastał czarną ścianą – widziałem go już. Gdybym tam dotarł, nie bałbym się niczego. Nabita strzelba leżała zawinięta w derki. Czy wilka, czy wroga – każdego mogła dosięgnąć jej kula.
Zaterkotały nowe strzały. Pośród armatnich grzmotów dobiegały od strony morza przerywane wystrzały z karabinu. Czego ludzie nie wymyślą! Ja jechałem do Keranki, a ci biegali i strzelali z wściekłością, statki na morzu spały, spało także niebo. Przynajmniej pogoda była jednakowa dla wszystkich: i dla tych, którzy nie biegali, i dla tych. którzy biegali. A o pasterzach nie mówmy. Najpiękniejsze dla nich dni – to dni jesienne. Kiedy byłem mały, pasłem stado ojca. Ale kiedy ojca zabili nad Czarną, pozbyłem się stada. Stąd mam pieniądze na wesele. I nowy dom pobudowałem tego roku. Byle tylko zdrowie dopisało, pójdę w przyszłym roku w góry – zarobię i na pole, i na stado. Niech widzą, i Keranka. i matka, jakim gospodarzem może być ich Gorczo.
Tak sobie wtedy myślałem…
Oddycha stary dąb. Wyciąga w górę ramiona. Jego gałęzie drżą od oddechu moich przyjaciół. Oddychają tam teraz wrześniową nocą. Niedługo i ja do nich dołączę. Byle tylko opuściły mnie złe myś1i. Na stare lata napływają z mściwą siłą – odgrzebują wszystko, co skrył czas, żądają zapłaty, przede wszystkim od mojej młodości. A moja młodość zaczęła się tamtej wrześniowej nocy tysiąc dziewięćset dwudziestego trzeciego. Zbiegła się z radością, którą dawała mi Keranka. Odwróciła bieg zdarzeń i od tej chwili nie mam spokoju. Gdzie jesteś, moja młodości? Czyś jest przekleństwem w moim rodzie, czy też każda młodość jest taka?

Nowy grzmot wstrząsnął powietrzem, znów od strony morza. Przed oślepiającym błyskiem cofnęła się czarna ściana lasu, której cień już rozpościerał się przede mną. Szakale i nocne ptaki zamarły. Wszystkie żywe istoty zapadły się w ziemię. Tylko ludzie zostali. Nie dlatego, że najodważniejsi – tego wieczoru postanowili wystawić się na próbę.
Ostry promień przekuł mi oczy. Machnąłem ościeniem, miałem ochotę wbić go w woły. Nie stanęły. Za słabe było to światło dla wolich nerwów.
– Kuli szuka! – zasyczał ktoś ze światłem.
– Stójże, głupcze!
– Stratuje nas, sukinsyn…
Poczułem silne uderzenie w plecy. Usłyszałem przekleństwa.
Ale że nie mogę znieść ciosów w plecy, odwróciłem się i oddałem łajdakowi pięknym za nadobne. Oścień zatrzeszczał mi w ręku. Tamten chwycił się za głowę i zachrypiał: „Zabił mnie! Zabił mnie!”.
Wtedy rzucili się na mnie wszyscy. Nie dałem się. Na wozie czułem się jak na własnej ziemi. Spytałem hardo:
– Co wy za jedni? Czego chcecie ode mnie?..
Zbiegli się, zaczęli szeptać. Kazali zejść z wozu. Nie miałem do nich zaufania. Powtórzyłem pytanie. Tamci znów naradzili się, szczęknęli bronią. Ale ja też namacałem strzelbę pod derkami. Przynajmniej jednego zwaliłbym z nóg, gdyby porwali się na moje życie.
– Posterunek wojskowy. Musisz słuchać naszych rozkazów.
– Mówcie od razu. Kto tu oficerem.?
– Chodź tutaj – zagrzmiał głucho ten sam głos – ja będę z tobą rozmawiać.
Był jedynym oficerem. Księżyc zdradzał dużą bliznę na policzku. Powiedziałem moje imię. Powiedziałem, gdzie byłem i dokąd jadę.
– Zawrócisz.
– Jakże to tak, panie naczelniku? Czekają na mnie w Ze1enkowie.
– Powiedziałem. Nie znam cię, może i ty należysz do nich.
– Nie, nie mogę się zgodzić. Żona na mnie czeka, rozumiecie chyba?..
Wybąkałem coś jeszcze. Roześmieli się. Podałem im dużą butlę wina. Zrobiło się weselej…
– A w tej baryłeczce?..
– Proch wiezie, panie kapitanie – mlasnął żołnierz, na którego głowie złamałem oścień.
Nic nie rozumiałem. Patrzyłem na ich ucztę. Przełykałem swoją mękę, ale nie wiedziałem. co robić. Przecież to władza – carskie wojsko. A i nie byłem sam – woły, wóz. kosz z prezentami na niedzielne wesele, baryłka pełna wina…
– Skonfiskujemy mu wszystko, panie kapitanie – całkiem poważnie powiedział żołnierz i zrzucił deski wozu.
– Co robicie?!
– Ty jeszcze tutaj! – wbił wąsy w moją twarz inny żołnierz.
Cofnąłem się jak ukąszony przez żmiję. Straszniejszego głosu nigdy nie słyszałem. Cofnąłem się, a ta żmija bezszelestnie popełzła za mną. Ścięło mnie z nóg. Siły mnie opuszczały, nie mogłem nawet krzyknąć. Złapałem się dyszla, przykląkłem. Żołnierz podn1ósł kolbę – pewnie chciał mi rozbić nią głowę, ale jego wzrok powędrował w stronę wozu. I kiedy inni śmiali się przy baryłce z winem, zrzucił kosz na ziemię, wcisnął do niego głowę i zaczął grzebać. Nie byłem zdolny się poruszyć, przerażenie trzymało mnie na uwięzi. Dalej nic nie rozumiałem. Ale oni też nie chcieli mi wyjaśnić. Wąsaty żołnierz napełniał pazuchy i kieszenie darami dla Keranki, nie odrywając ode mnie oczu – może bał się, że go zaatakuję.
Nagle wyciągnął karabin w kierunku wołów. Karaman zaryczał boleśnie, poleciał do przodu, wlokąc wóz, Karagioza i mnie na dyszlu. Wstąpił we mnie szał. A krew mam mściwą: ach, żeby tylko przejechać za czarną ścianę lasu, woły zostawię same z wozem! Wrócę i zemszczę się okrutnie: niech wiedzą, co to obrażać górala, dźgać jego wołu bagnetem. Krzyk zemsty dodał mi nowych sił.
Co to za droga, którą jechałem na oślep?
Ciemność zalepiała mi oczy, mieszała się z jeszcze ciemniejszą krwią pod powiekami. Chciałem odpędzić gniew, ale zapuścił korzenie w duszę, szarpał nerwy i myśli. Tej nocy poznałem inne oblicze ludzi – okrutne, zwierzęce. Poczułem w sobie jego trujące moce. I jednocześnie zrozumiałem, że przemówiła we mnie krew dziadów. Dla dodania odwagi zanuciłem pieśń dziadka – Żelia Wojewody.
Czułem dreszcze, zaciskałem szczęki. Góry nie znają straszliwszych praw od głosu zemsty. Nie pomszczony usycha. Żyje w nim znieważony duch.

Czarna ściana lasu zawisła na rogach wołów. Poczułem się w pełni sobą. Byłem w lesie i wiedziałem, że siła jest po mojej stronie: zemszczę się, zemszczę… Żeby tylko dostać się za wzgórze. Ukryję wóz z dala od drogi, w gąszczu. Wyprzęgnę Karamana i Karagioza. Wezmę strzelbę.
– Wio! – zawołałem, żeby jeszcze dalej odpędzić ciemność, która przyczaiła się w gałęziach, przeszkadzała myśleć.
Ale woły stanęły. Poganiałem je gniewnie, groziłem – ani drgnęły. Zeskoczyłem z wozu. Hmm, ktoś zagrodził drogę ściętym drzewem. Schyliłem się. Drzewo było świeże. Nie taki że mnie głupiec, żeby nie zorientować się, że to pułapka. Tym razem chyba bandyci. Spóźniliście się, uśmiech pojawił się na twarzy. W tej samej chwili usłyszałem w ciemnościach czyjeś kroki. To mógł być tylko człowiek. Rzuciłem się ku derkom. Ręce trzęsły się z gniewu, zanim zimne żelazo nie przelało spokoju do mojej krwi.
– Rzuć broń – z pobliskiego drzewa dobiegł czyjś głos.
Odwróciłem się ze strzelbą gotową do strzału.
– Nie marnuj naboi!
– Jak będzie trzeba, zabijemy cię pierwsi.- tym razem głos dobiegł z drugiej strony.
Odskoczyłem na bok drogi. Postanowiłem nie sprzedać darmo skóry. Wściekłość zagłuszyła wszystek ból: czyżby lasy pełne dziś były bandytów? Spojrzałem w górę. Na drzewach też byli ludzie. Może mieli zamiar skoczyć na mnie, przydusić powalonego na ziemię?
Przemknąłem między wołami i jednym susem zająłem dogodną pozycję za najbliższym drzewem. Odbezpieczyłem kurek – znak, że nie poddam im się, żeby zostawili mnie w spokoju.
– Ukatrupić go? – dał się słyszeć czyjś szept przez nos. Zdrętwiałem. Głos wydał mi się znajomy…
Pierwszy polecił coś zdecydowanym głosem. I znów cisza.
– Słuchaj no, przyjacielu, chcemy cię o coś zapytać.
Ton był pojednawczy. Coś kazało mi zaufać mu. I mogłem tak zrobić natychmiast, ale
usłyszałem także inny, znajomy szept.
– Nie jesteśmy bandytami – mówił dalej ten pierwszy.
– Nie bój się nas. Nic ci nie zrobimy. I jeszcze bardziej pojednawczo:
– Jeśli chcesz, żebyśmy porozmawiali spokojnie, stanę przed tobą bez broni.
Chce mnie przechytrzyć. Nawet głupi nie wierzy na takim odludziu. Mogą żywcem
obedrzeć ze skóry i nikt się nie dowie.
Pomyślałem sobie: niech się tylko zbliży, oddam mu za wszystko, co stało się tej
nocy, a potem niech się dzieje co chce. Niech mnie nawet żywcem obedrą.
Nieznajomy nie wahał się. Rzucił broń na drogę. Ruszył prosto na mnie. Jego śmiałość odebrała mi odwagę zabijania. Miałem ochotę rzucić się do ucieczki. Opanowałem się. Wstałem tylko, nie chciałem dopuścić go zbyt blisko. Tamci na drzewach zapomnieli o strachu przed moimi kulami, zbliżyli się do niego – gotowi w każdej chwili do strzału.
– Widzę, że dzielny z ciebie chłop.
– Mów, dlaczego mnie zatrzymaliście? – wycedziłem te słowa przez zaschnięte usta.
– Chcemy się dowiedzieć, czy jedziesz z miasta.
– Z miasta. Dajcie mi przejechać spokojnie!
– Chodź bliżej. Przyrzekam, że nic złego ci się nie stanie, jeśli powiesz prawdę.
– Pytaj !
– Nie jesteśmy bandytami. Podobnie jak ty, jesteśmy chłopami, ludźmi pracy.
– Widać, jacyście pracowici – powiedziałem.- Zatrzymujecie nocą spokojnych ludzi.
– Nie będziesz się tak wściekał, kiedy zrozumiesz, co zamierzamy.
Był mężczyzną mojego wzrostu. Najbardziej rzucały się w oczy jego włosy – bujne, gęste włosy, lśniące w świetle księżyca od rosy. To zauważyłem. I długie ręce, które nie mogły znaleźć sobie miejsca – wymachiwał nimi, zacierał dłonie. Niespokojne, ręce nauczyciela.
– Skąd jesteś?
– Z Zelenkowa.
– Z Zelenkowa? – odbił się od ciszy wyraźniejszym echem znajomy głos za drzewami. – A jak się nazywasz?
– Goro się nazywam. a ty coś za jeden?
– Syn Wojewodów?..
– Skąd wiesz? – wciąż nie mogłem się uspokoić.
– Jestem Czarny Dichan.
– Dichan? – nie ucieszyło mnie spotkanie z nim. Był z mojego rocznika, razem dorastaliśmy, ale wtedy nie zadawałem się z nim z powodu jego głupiego brata Dimitra. Dimityr wyklinał na wójta Peja, ludowca, w oczy mu groził, że powiesi go głową na dół, jak przyjdzie komunizm.
O Czarnym Dichanie nie myślałem źle. Nie był próżniakiem jak jego brat. W jednej
ławce skończyliśmy szkołę, zawsze byliśmy razem, daleko zaszedłby Dichan, gdyby uczył się dalej. Masywni, kościści byli z nich ludzie, i Dimityr i Dichan, i najmłodszy – Stojan: ich wąskie, pociągłe twarze przypominały pyski dzików.
Oburzyłem się wtedy na Dichana:
– Czego się mnie czepiasz, Czarny?
– Nie czepiamy się, Goro. Tylko tyś był zanadto wystraszony!
Większej obrazy nie mogłem się doczekać. Gdyby nie był z mojej wsi, rozbiłbym mu
łeb.
– Zamknij ten świński ryj – wściekłem się. I skląłem go.
– Wystarczy, Dichanie – wtrącił się nieznajomy człowiek.
Poschodzili się inni: około piętnastu, dwudziestu uzbrojonych mężczyzn.
Zwrócił się do mnie:
– Powiadasz. że jedziesz z miasta.
– Sprzedałem drewno. W niedzielę mam się żenić… – ale natychmiast przypomniałem sobie o carskich żołnierzach i oficerze, którzy mnie ograbili, i umilkłem.
– Wesele! – odezwał się Dichan. – W tych decydujących o wszystkim dniach wesele? – Jakie dni? – pomyś1ałem sobie, że znów zaczyna ze mnie drwić.
– Tej nocy cały naród bułgarski wyprawia wesele…
– Ejże, ejże, dobrze żeś powiedział.
Zaszemrali uzbrojeni mężczyźni. Poczułem, jak jedna wspólna myśl przetoczyła się przez krąg wokół mnie. Patrzyli jakby z politowaniem.
– Może i ciebie zaprosić? – spytał Dichan. Reszta nie czekała. Złapali butlę, w której był ostatek wina:
– Oby twoje dzieci miały same radości.
– Na zdrowie, młody Wojewodo!…
Słowom Dichana wierzyłem. Inni też wierzyli, że tej nocy dokonają czegoś wielkiego.
Głowa mi płonęła. Nieznajomy zapytał mnie jeszcze raz, czy nie zauważyłem jakiegoś ruchu w mieście. Opowiedziałem mu jak denerwował się kupiec, któremu sprzedałem drewno. I o
handlarzach powiedziałem, że opornie zgodzili się sprzedać mi drogie kolczyki, zapinki i inne rzeczy dla Keranki.
Najbarda1ej zmartwiła go wiadomość o posterunku wojskowym. Ale nie podzielił
się zmartwieniem. Potem powiedział, że tej nocy w całym kraju wybuchnie powstanie. Robotnicy i chłopi powstaną teraz razem. Zostanie zaprowadzona nowa władza, władza robotniczo-chłopska, jak w Rosji. I zapewnił mnie, że za chwilę o północy, wszędzie zapłoną wysokie ogniska – wezwanie do ogólnonarodowego powstania.
Wyjął kieszonkowy zegarek.
Wszyscy popatrzyli na wskazówki.
– Widać coś? – zwrócił się do kogoś dowódca.
– Dalej nic, towarzyszu dowódco – dobiegła odpowiedz z najwyższego drzewa.
– Ty także, Goranie, zobaczysz za chwilę trzy ogniska na szczycie Karabairu –
powiedział.
– To spotkanie z Wasylem pokrzyżowało moje plany zemsty. Spytałem go, czy
przyjmą mnie do oddziału. Nic nie odpowiedział. W milczeniu uścisnęliśmy sobie tylko dłonie. I uwierzyłem, że znalazłem przyjaciela na całe życie.
W szerokim wozie było dość miejsca dla wszystkich. Postanowiliśmy wziąć go ze sobą, kiedy pójdziemy rozbić posterunek wojskowy.
Ale północ minęła. Ogni wciąż nie było.
Do rana gorączkowali się uzbrojeni powstańcy. Słuchałem i wierzyłem ich słowom. Dlaczego m1elibyśmy nie zdobyć władzy? Dlaczego każdego dnia musimy zabijać się jak wrogowie? Głowę miałem pełną nowych myśli. I to, z czego byłem dumny, że ojciec zginął jak bohater nad Czarną – teraz bladło. Lepiej, żeby zginął w powstaniu preobrażenskim niż od kuli wroga, daleko od rodzinnych stron. Za kogo? Za mnie!… Ja dorosłem w ciągu zaledwie jednej nocy. Paru godzin.
Każdy ma w życiu takie godziny lub dni, kiedy wznosi się lub upada. Tej nocy znalazłem przyjaciół.

Leżę twarzą ukrytą w zielonej trawie. Wyraźnie docierają do mnie rozmowy z dalekiej, wrześniowej nocy. Widzę wszystkie twarze zwrócone do Wasyla. Słuchamy o wojnie, o rewolucji, o przyszłości. Wystarczająco długo są okłamywane nasze dusze, za jedną noc mogą uwierzyć w inna prawdę i pójść w nieznane.
Słońce napina łuk, ostatnie strzały wbijają się w żebra. Słońce za chwilę umrze, ale życie zostawi zapach.
Jest mi dobrze.
Rozpinam koszulę i oddycham łapczywie: czuję całe niebo w piersiach. Są suche, kościste: ich prochy rozwiewa wiatr po lesie. I krew też jest już cierpka i kwaśna, ale cieszę się: nie żyłem jak wąż – bojaźliwie, w ciemności.
Najbardziej cieszą mnie góry. I ziemia, którą kochałem jak własne życie. Ale brakowało mi już spokoju. Tamto spotkanie z powstańcami we wrześniową noc zwróciło moje oczy ku innemu światu. Rzucałem ziarno w bruzdę, ale serce drżało, kiedy popatrzyłem na las i zielony krzyż na szczycie. Tam zostali pogrzebani ludzie. Widziałem ich jak dzisiaj. I kule. I słowa. I przerażenie…

Lepka, samotna ścieżka pełznie jak żmija. Pod każdym drzewem – grób. Zielone krzyże, zielone krzyże – od niewoli tureckiej po dziś. Gdzieś tutaj trawa porasta prochy mojego dziada – Żelia Wojewody, po którym mam nazwisko.
– Jeszcze wyżej? – spytałem Wasyla chwytając oddech za martwego i za siebie.
– Jeszcze, na sam szczyt.
On także ciągnął martwe ciało, chwiał się pod ciężarem: oficer obciął mu ucho szablą.
Ponieważ ognie na Karabairze nie zapłonęły, powstanie upadło.
Wasyl odwołał mnie na bok. Powiedział, żebym szedł do domu. Nie sprzeciwiałem się. Noc zbladła, wkrótce miało świtać, a Wasyl i jego towarzysze nie wiedzieli, co postanowić. Iść bez podania hasła do miasta, czy rozejść się do domów. Sprzeczali się. Większość była za tym, żeby iść do miasta. Albo żeby doczekać dnia i pytać, podobnie jak mnie, innych ludzi. O zemście na oficerze już nie myślałem. Dzięki Wasylowi zrozumiałem, że zabić jednego, czy dwóch, to nic wielkiego. Ale jak zabić ich świat? To tylko się liczy.
Popędziłem woły. Ale nie zdążyłem jeszcze oddalić się zbytnio, kiedy usłyszałem strzały, śmiertelne krzyki. Pisk karabinu maszynowego i trzaski granatów.
Nie zastanawiałem się. Odwiązałem woły, ukryłem. wóz i popędziłem z powrotem. Ludzie Wasy1a opuścili las, a przy jeziorze, ukryte w trzcinie, zasadziło się na nich wojsko.

Z góry było widać, jak powstańcy uciekają, i z rozpostartymi rękoma padają, w jezioro. Oczy wszystkich skierowane były ku górom. Uciekali bezładnie, przerażeni bezlitosnym ogniem.. Wasyl zwoływał ludzi na wzgórze. Dotarło do niego siedmiu, ośmiu ludzi. Pozostali leżeli martwi w wodzie. Kule ryły ziemię wokół, wzbijały kurz. Pozostawało im tylko poddać się albo umrzeć.
Ktoś zdjął koszulę, zatknął ją na bagnecie. Przestali strzelać. Rozbroili ich. Związali razem i popędzili. Prowadzili związanych, bliskich mi ludzi, a ja stałem bezczynnie, skamieniały z przerażenia – po raz pierwszy patrzyłem jak zabijano ludzi. Widzę ich jak dziś – z posinionymi twarzami, zakrwawionymi koszulami.
Oficer rozkazał zatrzymać się.
Pobiegłem, dotarłem do bagna i dałem nurka do wody. Postanowiłem umrzeć razem z nimi.
Wiatr grał w trzcinach. Nie słyszałem wyraźnie słów oficera, zrozumiałem jedno: jeńców miano rozstrzelać bez sądu. Ścisnąłem strzelbę, namacałem nóż w onucy. Śpieszyli się. Wyciągnęli z szeregu tylko Wasyla. Oficer go znał.
– Nauczycielu – słyszałem – dzieci nasze uczyłeś, a sam co? Wasyl milczał. Z pewnością, cierpiał, że umrze ostatni. – Biłeś je, za uszy ciągnąłeś, jak nie słuchały.
Zaśmiał się brzydko:
– Wiesz co, teraz ja ciebie pociągnę za ucho, żebyś na przyszłość wiedział, jak trzeba wychowywać dzieci.
Nie tracąc czasu, wyciągnął rękę i złapał go za ucho, a drugą ręką machnął ostrą szablą.
Rozległ się krzyk. Straszny krzyk, którego nie można oddać słowami.
Oficer zbliżył do oczu krwawy strzępek, jakby pierwszy raz w życiu widział ludzkie ucho.
Wasyl upadł. Nie krzyczał, lecz tarzał się po ziemi jak zarzynany. Wtedy oficer przydepnął go i przeciął rzemień na plecach. Podniósł szablę i uderzył go płazem ostrza.
– Uciekaj…
Wasyl nie wiedział, co robi. Uciekał, wykrzykiwał imiona, padał znów biegł zygzakami. Zaterkotały za nim strzały, ale kiedy zniknął w lesie, dali mu spokój.
Zakrzątnęli się żołnierze, mieli jeszcze mnóstwo roboty. Na ich zemstę czekało siedmiu związanych, bladych z przerażenia mężczyzn.
Miotałem się w bagnie. Nie krzyczałem, ale dusiłem się w sobie.
– Czy nie ma Boga?! – krzyczał wójt Zelenkowskich ludowców Pejo. I zaczął płakać. – Bóg! – śmiał się oficer.
– Nic złego nie zrobiłem. Nie chcę umierać.
– Bóg karze dobrych, żeby dać przykład złym. Chodź tutaj!
– Nogi ugięły się pode mną. Zaczerpnąłem głęboko powietrza.
– Z mojej łaski umrzesz pierwszy – chichotał oficer.
I skierował parabellum w jego piersi. Brat Czarnego Dichana – Dimityr rzucił się przed Peja i od pierwszego wystrzału padł mu przy nóg. Nasz wójt zachwiał się jak podcięte drzewo.
Krzyknął:
– Las widzi. Pole słyszy. Nie ukryjecie waszej hańby.
I Pejo, którego Dimityr przed trzema miesiącami chciał wieszać głową na dół, padł przy nim.
Doczołgałem się na dogodne miejsce, musiałem przyjść do siebie. Wycelowałem w bliznę oficera. Zacisnąłem powieki: strzelba szarpnęła mną. Otworzyłem oczy, znów wycelowałem. Oficer drgnął gwałtownie, schylił się, chciał jakby biec – czy do mnie? Ale wydał z siebie tylko krzyk i obsunął się na zakurzone buty żołnierzy. Wszyscy osłupieli.
Nie mieli czasu rzucić się na ziemię. Posłałem jeszcze jedną kulę. I jeszcze jedną. Krzyknęli ranni: Zaczęli uciekać. A ja strzelałem i przedzierałem się ku związanym.
Uwolniłem ich, przed Dichanem i pozostałymi pobiegłem przez trzciny do lasu. Gorący ogień parzył myśli. Zrozumiałem, że w tym momencie nienawidzę nie tylko morderców, ale i własnego życia. Chciałem uciec od siebie samego. Biegłem, pamiętałem tylko, że muszę pomóc Wasylowi. Przeszukałem cały las. W końcu znalazłem go, położył głowę pod tym dębem. Przyciągnąłem go do pobliskiego strumienia. A kiedy oprzytomniał, powiedziałem mu o zabitych.
Przez całą noc z Dichanem i z nim nosiliśmy trupy. Grzebaliśmy pod zielonym drzewem ciała zabitych.
Leżę teraz na trawie. Jest mi dobrze. Może dlatego, że nie jestem sam.
Kiedy zapadł zmrok.? Ukołysała mnie zielona kołyska dębu, uśpiła.
Ogień przygasł: syczy czarno i brzydko w swym powolnym umieraniu. Robi się chłodno. Zaczyna wiać wiatr i uderza w gałęzie potężnego drzewa. Stary dąb, który zasnął razem ze mną potrząsa teraz ciałem: grube krople spadają w popiół na ciepłe głownie i głownie czernieją.
Robi mi się ciemno w oczach. Kości, i one zrosły się z ziemią, nie chcą mnie słuchać. Czuję ból, wspomnienia sycą mnie goryczą, nie mogę od nich uciec.
Prowadzą mnie stare nogi, dokądkolwiek zechcą. Muszę im zaufać: znają każde wzgórze, każdą, dolinkę. Bielą się w świetle księżyca buki, przypominają wyrastające z ziemi kości. Mrużę oczy, widzę tylko krzyże z zielonych drzew. Gdzieś prześwitują zapalone świece – to chyba jesiony.
Idę pośród tych mogił i zielonych krzyży. Oczami zapalam nowe świece. Nie boję się nikogo. Niczego. Ani tego, co było, ani tego, co będzie. I życie, i śmierć są moje, idą, w takt mego oddechu. Znajduję je w najgłębszej ciemności – i na niebie, i na Drodze Mlecznej.
Ścieżka urywa się na szerokiej szosie, jak żmija – zdeptana została jej głowa. Teraz idę bez celu, za mną kroczą buki w dolinkach. Dopóki się nie zmęczą. Potem idę z dębami po szczycie. Schodzimy w ciemne doliny. I znów na szczyt. Las jest mój i ja jego. Czy jest zatem ktoś silniejszy ode mnie? Z taką zbójnicką krwią, z tyloma młodymi dębami, które idą za mną krok w krok i przystają wraz ze mną?

. . : : M E N U : : . .

Przekłady i Publikacje

. . : : L I N K I : : . .