Emilian Stanew, Antychryst

Autor: admin. Kategorie: Emilian Stanew, Antychryst; Przekłady prozy .

    Tekst tej powieści przygotowały do umieszczenia na stronie moje wnuczki Ala i Ola

Emilian Stanew

 

 

Antychryst

Ja,Teofil Monach,

jestem synemTeodora Samołaza,

zografa carskiego,

i ochrzczonym imieniem  świeckim

Enio…                                                                   

 

I

     Nadzy mędrcy patrzą na Boga siedzącego w niebie na swym tronie, służą mu uniżenie, a modlitwami i kadzidłem przypochlebiają się diabłu, chcąc przepędzić go z tego świata, lecz nie widzą, że diabeł jest w ich krwi, w głowach i w sercach. A ty, nieszczęsny, widząc, iż wielkie słowo ludzkie jest bezsilne, czemuż sięgasz po pióro? Czyż objaśnił nim ktokolwiek bądź to siebie, bądź też porządek świata?

     Małoś to skór garbowanych, papieru i piór zmarnował i na te modlitwy anielskie, i na krotochwile zjadliwe, bawiąc ludzi po jarmarkach, targowiskach i oberżach ― i cóżeś zyskał? Mądrością się napełniłeś i w piekle się znalazłeś, albowiem powiedziane jest ― kto posiądzie świat, odziedziczy wraz z nim piekło. Wielka jest wszelako ożywczość ludzkiego wyobrażenia i tajemnicą niezgłębioną jest. Wszystkim nam przeznaczone jest godzić się z kłamstwem boskim i z niego bierze się moc człowieka ― jakżeby bowiem inaczej przetrwał człowiek ziemskie swoje bytowanie, gdyby nie nosił w duszy owej nigdy nie gasnącej światłości?

     Znalazłem tu cienko garbowane skóry zajęcze i jagnięce, inkausty i wszelakie pióra, pędzle i farby ― widać w celi tej mieszkał mnich-skryba, którego zabito lub który uciekł przed osmańskimi poganami gdzie oczy poniosą. Z maleńkiego klasztoru ocalało jedynie to nietknięte pożogą skrzydło z trzema celami obok nie dokończonej wieży. Jest nawet łój, ale łojówek nie palę, aby nie zdradziło mnie światło.

     Nie mając lepszego zajęcia, a i chcąc zapomnieć okrutną mękę, spisuje swój żywot. Obym tylko zdołał spisać go z odrobiną próżności, nie szczędząc własnej dumy, albowiem, choć w pokorze wielkiej nie zlęknę się najszczerszych wyznań, to zdarzy mi się tu i ówdzie zełgać, choćby po to, aby rzecz całą upiększyć. Cóż jednak począć, skoro wspomnienie sercu miłe, a umie ono w sobie tylko wiadomy sposób osładzać nawet największą gorycz… A dziś, gdy diabeł obrócił świat w piekło na zgubę chrześcijan, a ziemię bułgarską okrył zgliszczami i hańbą, ono tylko pozostało na otarcie łez…

     Jestem synem Teodora Samołaza, zografa* carskiego, a na chrzcie dano mi imię Enio, a matka moja, Prepija, była rodem z Ochrydy. Dom nasz stał u podnóża patriarszy, toteż od chwili, gdy oddzieliłem się od reszty świata i zakrzyknąłem: „Otom jest!” ― stałem się świadkiem wielu rzeczy i na dworze carskim, i wśród patriarszego kleru, i choć wówczas nie pojmowałem ich jeszcze, to jednak zapamiętałem. Ech, Teofilu, serce twe, któregoś niewart, mocniej bić zaczyna na wspomnienie pierwszych promieni świadomości, kiedy to albo diabeł, albo sam Sawaota ukazuje nam świat poprzez światłość i ciemność, poprzez barwy, odcienie i tajemnicze rzeczy, aż nieskalana jeszcze dusza dziecka, zniewolona pięknem, nie pojmuje, że wkracza na drogę wiodącą do piekła. Zawsze będę pamiętać, jak z okienka naszego domu po raz pierwszy zobaczyłem niebieski dach pałacu z powiewającymi na nim dwoma  proporcami, czerwone szczyty wież, a za nimi Jantrę*, nowiutkie klasztory na przeciwległym brzegu. Dzień był słoneczny, topniejący śnieg pienił się i skrzył na niebieskich dachówkach, a czerwone wierzchołki wież strażniczych wyglądały  jak kumański kołpak ojca, który zakładał zabierając się do malowania. Wtedy to, Teofilu, poznałeś światłość i ucieszyłeś się ― pewnie klaskałeś w rączki, śmiałeś się, gaworzyłeś w swoim dziecięcym języku, odkrywszy, że i ty znalazłeś się pośród cudów tego świata. Tak to jest, że dla nazwania rzeczy wielkich nie znajdujemy  prawdziwych słów ani w dzieciństwie, ani na starość i to, co widziałem wówczas i co widzę dziś pozostaje niezmienną tajemnicą. Wtedy też nauczyłem się  rozróżniać rysunki ojca i rozpoznawać w nich to, co mogłem zobaczyć na własne oczy ― wieże, krużganki, stoły biesiadne, wzgórza i niebo, rzeki i lasy. Długo, długo później światłość Ducha Świętego  spływając na Jezusa, gwiazda betlejemska, przywoływały z mej pamięci chwile, gdy światłość otwarła bramy duszy i poprowadziła ją ku świętości i czystości. Owa ziemia pełna była cudów. Z okienka patrzyłem nienasycenie na stada wron i czarne orły o postrzępionych skrzydłach, krążące ponad  cerkwiami, pałacami i wieżami ― rano i wieczór słuchałem kołatek i szumu Jantry, a najbardziej zdumiewał mnie głos dzwonu z patriarszej cerkwi na wzgórzu, gdzie ponad dzwonnicą skrzyły się odblaski wielkiego, pozłacanego krzyża. W izbie był kociołek wmurowany w piec i gdy matka rozpaliła ogień, woda zaczynała szeptać. Woda szepce, ja rozmyślam sobie o czymś, a ona przytakuje każdej mojej myśli i dziecięcemu marzeniu, dodaje odwagi i unosi gdzieś daleko, daleko, gdzie wszystko jest piękne, jasne i dobre albo też śmieszne jak kaprawa Frosi ― uboga wnuczka dostojnego bojara.

     Często chorowałem i z rozrzewnieniem wspominam szczerbatą plamę zimowego słońca nad łóżkiem, a raz, gdy szalała czarna zaraza przywleczona przez Tatarów, rozniosło się nawet, że umarłem. Dziś jeszcze mam przed oczyma czerwone pantofelki kobiet wokół mnie, opasane haftami dalmatyki i przetykaną złotem stułę diakona. Leżę na podłodze, na grubej derce, diakon modli się o moje uzdrowienie, a ludzie sterczą dokoła niczym wieże zamku i przesłaniają sufit z sękatą belką, skąd przymilnym szeptem przyzywa mnie chór aniołków. Spieszno mi było do nich, ale diakon i zgromadzone wokół kobiety nie puszczali. Aniołki, rzekłbyś śmierć, ulatywały i wraz z nimi ulatywał z mej duszy słodki spokój, przeto aż do łez nienawidziłem tych ludzi wokół mnie. Ech, świecie, świecie, w każdym twym nasieniu tkwi nasz grzeszność, dzieci przynoszą ją na świat  w żyłach z łona matki, toteż płaczą po nocach, zdawałoby się bez powodu, ale któż to wie, co widzą w swoich snach?

     Podobnego niepokoju doznałem i później, gdy po raz pierwszy znalazłem się z matką poza murami Carewca*, a potem powracaliśmy tylną bramą przez zwodzony most nad przepaścią. Wtenczas ja, mały człowieczek, oszołomiony przestworem bożym, poczułem, jak przytłaczają mnie straszne, zębate mury, wieże, żelazne bramy i olbrzymie, niczym kamienne zwalisko, wysokie budowle wystrzeliwujące ku niebu kolorowymi dachami i różnobarwnie malowanymi ścianami. Przypominały gigantyczne więzienie, w którym osadził nas wraz ze wszystkimi biesami świata występny czarodziej ― Szatan.

     Mocno ściskając rękę matki i tuląc się do niej, gotów byłem krzyczeć i uciekać stąd jak najdalej.

     Gdy tylko powróciłem do zdrowia, czcigodne damy mieszkające w sąsiedztwie orzekły, że skoro Bóg rozmyślił się i nie zabrał mnie do grona aniołków, tedy zostanę albo wielce świątobliwym mężem, albo wielkim grzesznikiem, wyzutym z miłosierdzia i bojaźni bożej. Wyszło na to drugie i właśnie za przyczyną miłości do Boga, któregom ukochał tak bardzo, iż nie potrzebowałem już nikogo…

     Zapewne dlatego, że w niezliczone święta zabierano mnie do cerkwi, a może dlatego, że oglądałem obrazy ojca, od najwcześniejszych lat miałem przed oczyma obraz Jezusa Chrystusa, który był najmilszy memu sercu. I dziś jeszcze, starając się to zrozumieć, powiadam sobie: „Albowiem począł się ze światłości, z tajemnicy tajemnic, która nawiedza nas wraz z przyjściem na świat. I choć każdy ją widzi, widzi różnie i dlatego też różnie wyobraża sobie Boga. Rzec można, z niewiedzą i z niewiedzy się rodzimy i tęsknimy do Boga. Ja zaś, chcąc to zrozumieć, na próżno ślęczałem nocami, wypalając tyle łojówek i świec. Gdy bowiem raz zbliżysz się do Boga, zaczynasz odróżniać we wszystkim dobro od zła, a świat i człowiek przepoławiają się na dwoje, aż w końcu wychodzi na jaw diabeł i zaczynają migotać ognie piekielne świecące złowieszczą jasnością. Dusza wzbrania się przed pokusami i grzechem, póki starcza miłości i wiary ― kala się i raduje w grzechu miast rozpaczać. Diabeł wodzi ją po świecie, szarpie, rozdziera, a ona zapiera się niczym wół węszący rzeź. Odkąd przejrzałem to, śmiech mnie ogarnia na myśl o tym ludzkim wędrowaniu i w piekle będąc, ku uciesze i kpinie wspominać o nim będę…

     Zbawiciel był w moich oczach piękny, bezcielesny, umajony rajską zielenią i jasny jak słońce na czystym niebie; widywałem go w snach i nie dziwiłem się, że na jego cześć wzniesiono tyle cerkwi, klasztorów i eremów, że wielbią go popi, diakoni i patriarchowie, że carowie i bojarzy biją przed nim pokłony. Gdy jednak przypatrywałem się ich brodatym twarzom i słuchałem ich śpiewów, ludzie ci wydawali mi się nieczyści i obłudni. Kadzili wonności, odprawiali modły i bili pokłony przed Jezusem Chrystusem ze strachu przed jego nieskalaną czystością i pięknem, lecz wszystko na próżno, gdyż nic już nie mogło uchronić ich przed zgubą. Moja dziecięca dusza miała wtedy wszechwidzące oczęta ― postrzegała wszystko, ale nie mogła tego wyrazić słowami. Od pierwszego wejrzenia rozpoznawała obłudę, pochlebstwo, fałsz, czy to z błysku oczu, z ruchu warg, czy też z załamania głosu i śmiechu, toteż od maleńkości drżałem ze strachu przed dorosłymi. Sam Carewec zaś swoim ogromem przypominał mi z jednej strony wielkie królestwo niebieskie, a z drugiej ― strasznymi wieżami i zębatymi murami przywodził na myśl królestwo Szatana. Zdarzyło się, że budził mnie nocą głos rogów obwieszczający zmianę straży i wtenczas trapiłem się bezradnie w myślach nad przerażająca zagadką świata.

     Lubiłem przepojoną zapachem farb izdebkę ojca, świętych, rysowanych węglem lub kawałkiem cegły, nie dokończonych aniołów z ognistymi skrzydłami wygiętymi jak tatarskie łuki i, jakżeby inaczej, Zbawiciela, którego ojciec rysował zawsze z jasnymi włosami, niebieskimi oczami i ryżą brodą, taką samą  jaką miał car Iwan Aleksander. Do Matki Boskiej i niektórych świętych nie żywiłem szczególnego szacunku, uważałem ich za sługi Jezusa, za swego rodzaju bojarów ― i zazdrościłem im. Mozoląc umysł nad wyjaśnieniem porządku niebieskiego, przyrównywałem go z takimż  na Carewcu i gubiłem się w sprzecznościach. Już wtedy pojąłem, że ludzie nie są jednacy ― jedni, do których należeliśmy i my, wykuwali, kopali, malowali, dźwigali ciężary i czynili tym podobne rzeczy, bądź to przyjemne, bądź nie, a drudzy, najbardziej dostojni, wielmoże, patriarcha, car, dowódcy wojskowi nie czynili zgoła nic, żyjąc w nieustannym strachu, niepokoju, czyhaniu na siebie i niezadowoleniu. Tych brałem za diabłów. Tak to okazywało się, że tu, na Carewcu, miast Boga władał Szatan i choć usiłowano przepędzić go modłami, kadzidłem, mirrą, zapalonymi świecami i nabożeństwami, ten zaparł się i nie ustępował. Przekonałem się o tym na samą Wielkanoc… Sławo tyrnowska i bułgarska, miniona sławo, nigdy już nie nacieszysz oczu wspaniałymi procesjami, które odbywały się w owe noce!

     Oko nasze postrzega niezliczone mnóstwo rzeczy i zjawisk powracających raz po raz w naturze i ludzkim bytowaniu, ale tylko niektóre wbijają się w pamięć, a wszystkie inne stają się dopływami wielkiej rzeki. Tak też słysząc słowo „Wigilia”, myślisz o tej tylko, która była najbardziej wigilijna. Stąd i ja zapamiętałem tę Wielkanoc nad Wielkanocami, w którą dziecięcy mój umysł upewnił się, ze diabeł zagnieździł się w mieście oddanym w opiekę Bogu. I jeszcze coś, co umyka rozumowi, pojąłem owej nocy.

     Gdy zmieniły się drugie straże i w strzelnicach wież zapłonęły łuczywa i beczki ze smołą, z cerkwi patriarchy zagrzmiał dzwon i wraz odezwały się zewsząd kołatki: z Trapezicy* i z miasta w dole niosło się przeraźliwe huczenie i niczym stugębny smok wypełniało dolinę Jantry, budząc strach i trwogę w duszach ludzkich, ukojonych postem i modłami. Zgroza mnie ogarnęła owej Wielkanocy i rozpłakałem się, gdyż tym przeraźliwym rykiem przepędzano diabła i przeciw niemu była ta wrzawa. Oby tylko udało się go przepędzić i powalić, jak Chrystusowi, który pozbawił go mocy własną śmiercią. Nie umiałem wytłumaczyć rodzicom, czemu boję się i płaczę, miast cieszyć, ale czułem i zataiłem w duszy obecność czegoś strasznego i niewidzialnego. Podobnie jak wtedy, gdy na miasto spadały nieszczęścia  lub gdy nadciągał wróg, tak i teraz wszyscy  wylegli na ulice i ciągnęli do cerkwi ― wokoło słychać było zgiełk i tupot, skrzypienie i trzaskanie drzwi oraz ujadanie psów od strony Dewingradu*, zza rzeki. Jak wspomniałem, ojciec mój był zografem carskim, przeto chodziliśmy modlić się do cerkwi cara lub patriarchy, gdzie w czasie wielkich świąt modlił się sam car wraz z wielkim primikeriosem*, kastrofilaksem*, protokeliotisem*,  protowestiariosem* i wszystkimi dostojnikami. Zaszczytu tego dostąpiliśmy z woli samego Iwana Aleksandra i choć wyznaczono nam najpośledniejsze miejsce wśród kleru, to jednak każda taka uroczystość przysparzała rodzicom mnóstwo kłopotów, należało bowiem przyodziać się dostojnie i godnie pokazać w cerkwi.

     Uspokoiłem się dopiero na widok żołnierzy z włóczniami, którzy pełnili straż u podwojów cerkiewnych pod kamienną arkadą. Rzekłem sobie: „Nie wpuszczą diabła”. Jednakże  uląkłem się cerkwi, jakbym widział ją pierwszy raz w życiu ― świątynia z ceramicznymi mozaikami, z marmurową kolumnadą przypominała mi otchłań piekielną, która pochłania dusze ludzkie. Nie wiedzieć skąd zalęgło się we mnie przekonanie, że świętość nie idzie w parze z uroczystym zgiełkiem, przepychem i gromką chwałą. Może stąd, że niebo, które dniem i nocą spogląda na nasze kamienne więzienie, zawsze jest ciche i nieogarnione, pozbawione tego przepychu, ale wypełnione za to wielką i bezcielesną obecnością Boga ― lub też z moich niewydarzonych rozmyślań w izdebce ojca, zamieszkałej przez świętych, anioły i sługi boże, wzięła się prosta mądrość i zdawało mi się, że przepych świątyni ubliża Zbawicielowi i mnie? Może zrodziło się w tych chwilach, gdy woda w kociołku szeptała i przytakiwała moim dziecięcym myślom i marzeniom ― albo też mądrość ta tkwi w umyśle ludzkim, aby nie godził się na zakłamaną wielkość i łaknął wielkości bożej?

     Gdy weszliśmy do cerkwi, na powrót poddałem się rozpaczy i rzekłem sobie, że na próżno straże stoją u wejścia, gdyż diabeł wśliznął się już był do świątyni przyodziany w drogocenne szaty, otoczony blaskiem i światłem, i oślepiwszy ludzi, ukrył się głęboko w nich samych. A gdy cerkiew wypełniła się wielmożami i sam Iwan Aleksander przeszedł po purpurowym kobiercu z ukoronowaną Żydówką Sarą, którą przechrzczono na Teodorę, i z całą rodziną, rozśpiewali się na całe gardło diakoni*, subdiakoni* i archimandryci* i jeszcze przeraźliwiej zagrzmiał dzwon, i zajęczały kołatki. Kurczowo chwyciłem się szorstkiej ręki ojca i zamarłem ze strachu. Straszny zdał mi się patriarcha: brodaty, z zapadniętymi oczami pod krzaczastymi brwiami, mimo całego blasku białości, który go otaczał, straszny mi się zdał z pozłacanym berłem i w koronie, która równała go z carem i wielmożami. Z patriarchy i kleru przeniosłem wzrok na Iwana Aleksandra i carycę, stojących nabożnie ― on u stóp tronu obok patriarchy, ona u boku cara, oboje w szkarłatnych odświętnych płaszczach. Złotem przetykane kołnierze z drogocennymi kamieniami, korony i diamentowe klamry zestrzeliwały i odbijały światła świątyni, odróżniając ich świecki majestat od pospólstwa. Iwan Aleksander był mańkutem i w lewej ręce dzierżył akakiję* przypominającą zwinięty rulon. Ta garść ziemi, mówiąca wszystkim, ze jest śmiertelny, wydała mi się symbolem poniżenia, którym obdarzył go brodaty i straszny patriarcha, toteż patrzyłem współczująco na szeroką, rumianą i dobroduszną twarz cara. Zgaszono świece i świątynia rozświetliła się czerwona poświatą lampek oliwnych przed ołtarzem. Pomyślałem sobie, że diabeł szykuje się właśnie do odprawiania jakichś czarów. Zdjął mnie wielki strach, zwłaszcza gdy rozwarły się wrota carskie i z czerwonawego półmroku wyłonił się w białych szatach patriarcha z dwu- i trójramiennym świecznikiem w rękach, zdało mi się wtenczas, iż z ołtarza zstępował w całym majestacie sam Lucyfer. Zaintonował donośnym, przejmującym i zgrozę budzącym głosem: „Zbliżcie się i przyjmijcie światłość wiekuistą!” Przyszło mi wtedy do głowy: „Czy może spłynąć ze świecy światłość wiekuista, owa światłość, którą jeno dusza rozpoznać jest zdolna? Czemuż dorośli się okłamują?” Ale oto i sam car przystąpił, aby zapalić świecę z rąk patriarchy, a w ślad za nim cała rodzina carska i dostojnicy. W końcu i my zapaliliśmy świece, ale nie od patriarszych dikirów*, lecz od świecy diakona. Cerkiew znów rozświetliła się światłami, subdiakoni i diakoni z krzyżami, chorągwiami i świecami ruszyli przodem procesji, a za nimi patriarcha w otoczeniu archijerejów*, rodziny carskiej i dostojników dworskich. Noc była cicha, kwietniowa, i tu, na Carewcu, wiał słaby wietrzyk, przynosząc z sobą  woń młodej zieleni i ogrzanej pierwszym wiosennym słońcem wilgotnej ziemi. Cała swoją istotą, oszołomioną i ogłuszoną modlitewnymi pieniami, biciem dzwonów i stukotem kołatek, uciekłem od tej wrzawy i zasłuchałem się w przytłumioną ciszę świata. A gdy procesja zatrzymała się na dziedzińcu, wyjrzałem przez niski mur, pod którym piętrzyły się strome skały, i zamarłem zdjęty wielkim zdumieniem. Trapezica naprzeciwko była jednym ogromnym, tysiącramiennym świecznikiem, który drżał i kołysał się w wodach Jantry wraz ze światłami Carewca , a żarzące się światełka szeptały owej kwietniowej nocy modlitwy tysięcy serc. Kiedy patriarcha obwieścił całemu światu, iż Chrystus zmartwychwstał, triumfalnie zagrzmiał dzwon, niosąc wieść innym dzwonom i kołatkom, które rozkołysały się w odpowiedzi, głosząc chwałę zmartwychwstałego Zbawiciela ― na wsze strony; z dołu i z góry, z Dewingradu i kapliczek świętych patronujących bramom miejskim, niosło się wszechpotężne dzwonienie. Metaliczny jęk dzwonów i procesje, niczym ognikami diamentowych naszyjników opasały cerkwie i porażony wspaniałością widoku poszukałem wzrokiem pociechy w cichym sklepieniu niebios i łagodnym blasku gwiazd. „Oto ― rzekłem sobie ― tam jest światłość wiekuista, która niby to miała spłynąć na ludzi z dikiru patriarchy. Światłość jedyna, światłość wiekuista” ― i tymi to słowy pokrzepiałem się w myślach ― całą skarbnicą świata, do której dociera tylko bezcielesna dusza. Czy tak było w istocie i czy tak wtenczas myślałem, nie wiem, ale wracając pamięcią do owej nocy, opowiadam o niej moimi dzisiejszymi słowami, bo jakże może być inaczej. Nigdy nie zapomnę maleńkich wiosennych gwiazd ― one dały mi oparcie do poszukiwania prawdy i wpędziły w wielką biedę. Nędzny człowiecze, gdybyś wiedział, czymże jest to, co z dobra nie przeistacza się w zło, rzekłbyś, żeś jest rozumny!…

     Wśród modłów i pieni okrążyliśmy cerkiew, procesja opasała ją wokół, a jej czoło dotarło aż do podwoi po zachodniej stronie. Drzwi były potężne, okute żelaznymi płytami niczym tarcza olbrzyma, a nad nimi widniało malowidło przedstawiające Wniebowstąpienie Pańskie. Nastała cisza tak wielka, że było tylko słychać skwierczenie świec i wtedy rozległ się władczy głos patriarchy: „Rozstąpcie się, wieczne podwoje, przed Panem wiekuistej chwały!”. „Kimże jest ten pan?” ― spytał głos zza drzwi, a jego grzmiące echo wypełniło aż po kopuły pustą cerkiew. Oto i diabeł, którego usiłowali przepędzić, znów jest w środku, a jakże. Patriarcha powtórzył jeszcze donośniej: „Rozstąpcie się, wieczne podwoje, przed Panem świata i Królem zastępów!” Jednakże diabeł nie raczył usłuchać. Wtenczas zaczęto łomotać i przeć na drzwi, zmagać się z diabłem. Strasznie zadzwoniły łańcuchy, zadudnił grzmot piekielny i tak przeraźliwy wrzask się podniósł, że nogi omal nie ugięły się pode mną. W końcu drzwi ustąpiły, ludzie wdarli się do środka, zaśpiewali „Chrystus zmartwychwstał” i w ścisku wielkim powlekli z sobą i mnie, małego człowieczka, który odchodziłem ze strachu od zmysłów i nawet płaczu nie mogłem z siebie dobyć. Dorośli pozdrawiali się, mówiąc „prawda zmartwychwstała”, całowali krzyż patriarchy i ikonę wyobrażającą Wniebowstąpienie Pańskie. Patriarcha błogosławił, a diakoni powtarzali chórem: „Pobłogosław, Ojcze Przenajświętszy”. Przyszła i na nas kolej, ojciec wziął mnie na ręce, abym mógł sięgnąć ustami chłodny metal krzyża. O mało nie wrzasnąłem, ujrzawszy tuż przed sobą brodate oblicze patriarchy, albowiem wciąż łamałem sobie głowę nad tym, kim jest diabeł, który zaryglował łańcuchami drzwi cerkwi. Wbiłem sobie do głowy, że jest nim sam patriarcha.

     Potem wszyscy kapłani stanęli pośrodku świątyni przed ołtarzem i zaczęło się uroczyste nabożeństwo, ale nic więcej nie byłem już w stanie zapamiętać. Trzymając się kurczowo reki ojca, stałem smutny i skupiony. Żal mi go było, że i on nie może dojrzeć diabła i nie może nawet pocieszyć się myślą, iż zna jego kryjówkę.

      W cerkwi zrobiło się gorąco od świec, zaśmierdziało roztopionym woskiem i w oślepiającym świetle twarze ludzkie odsłoniły kryjące się w nich tajemnice i wszystkie grzechy, które tak usilnie ukrywały i taiły. Strach mnie zdejmował, gdy na nie patrzyłem. Poszukałem wzrokiem matki, a potem zagapiłem się na anioły wymalowane na ścianach. Wszystko dookoła przygniatało mnie jakimś ogromnym ciężarem, przywodziło strach i popychało ku niepewności, a ta zaś wiedzie do zwątpienia…

     Świtało już, gdy wracaliśmy do domu, moje gwiazdy-pocieszycielki gasły, a ja rzekłem do ojca:

― Nie zdołali go przepędzić!

― Kogo? ― zapytał.

― Diabła. Został w cerkwi.

― Jakże to diabeł może być w cerkwi.

― Przeciem słyszał, jak zaryglował drzwi.

― To było tylko na niby… Chrystus zstąpił do piekieł, by uwolnić na trzy dni dusze potępionych…

     Umilkłem, ale pomyślałem sobie: „Nawet ojciec nie pojmuje. Aż dziw, jak dorośli okłamują się i jak chytrze ukrywa się diabeł. I czemuż powiedzieli, że podwoje są wieczne? Przecież wiodą do piekła, zatem jak mogą być wieczne?…”

     Bracia, któż  z nas nie pamięta tej chwili z dzieciństwa, gdy w umyśle zaczyna kiełkować wielka prawda, która nie opuści nas przez całe życie?…

II

     Być może skutkiem moich ówczesnych niedomagań wydoskonaliły się zmysły duchowe, albowiem gdy słabnie ciało, górę bierze nieśmiertelna dusza i istniejąca w nas dwoistość znika. Przyznaj, Teofilu, że gdyby jakiś czarodziej wrócił cię w lata dzieciństwa, rad byś oddać swą obecną plugawą mądrość za ową natchnioność, która jaśniała w tobie niczym car na wysokim tronie i bezbłędnie wyławiała ukrytą dla oczu niecielesność w naturze ziemskiej. I nie tylko postrzegała ją, ale potrafiła też odróżniać jedną jej rzecz od drugiej i żywić się strawą bożą.

     Modliłem się nie mniej, nie więcej, codziennie, mając powód albo i nie mając go w popełnionym grzechu, najczęściej w „izdebce bożej” ― tak nazywaliśmy pracownię ojca. Tu modlitwa płynęła ze mnie w największym natchnieniu niczym biały lipowy miód do czystego naczynia i słowa nie były dla niej przeszkodą. Błagałem boga, by wybaczył mi grzech i by pomagał oglądać niezmąconym wzrokiem skarbnicę świata ― jego niezgłębione myślą stworzenie ― cieszyć się i czerpać z niej nowe radości; by strzegł spojrzenia źrenicy mej duszy i dziękowałem mu za światłość i pobożność, które napełniały me serce cichym zachwytem niczym róża wspaniałą wonią.

     Modlitwa jest sakramentem i cudem. Otwiera bramy duszy do jej głębi i tam rozum staje twarzą w twarz z wiecznym i nieosiągalnym, w innym świecie, dla którego język ludzki zda się być ubogi ― w świecie nieskończonym i strasznym, po którym trudno jest się poruszać, albowiem oczy cielesne są tu ślepe, a rozum zwodniczy, plącze się i gubi niczym w ciemnym lesie, a serce spływa goryczą, cierpi słodko i oczyszczone zaczyna żyć z nowa siłą jak świeżo wykąpane dziecko. Niedostępna dla rozumu wiedza osiągana jest poprzez nią i w końcu nawiedza cię spokój i radość oczyszczenia. Ale nie oczekujcie, bracia, bym odsłonił ową tajemnicę i ludzką potrzebę! Przynależy ona czystej duszy dziecka, nawiedza stojących przed grobem i bliska jest sztukom, a jako taka kryje w sobie także obłęd.

     Do kogo się modliłem i czyj obraz sobie wyobrażałem? To pewne, do Zbawiciela, albowiem jego kochałem. „Stary Bóg”, jak nazywał ojciec Sawaotę, wydawał się stary i słaby. Stworzył świat, ale nie mógł sprostać diabłu, toteż zesłał swego syna, aby nas od niego wybawił. Ale mimo zmartwychwstania i przykładu Chrystusa diabeł wyszedł cało i niezwyciężony, dręczył ludzi oraz czynił ich głupimi i złymi. Tak to rozmyślałem w tamte lata i nie uświadamiałem sobie, że zaczynam wątpić w zbawczą tajemnicę wcielenia bożego, że bezpodstawnie oddzielam Jezusa od jego ojca i Trójcy Świętej i coraz bardziej upodabniam do człowieka. Nie mogłem bowiem wyobrazić sobie dwóch istot w jednej, jako i tego, że syn boży nie ma siły, by zetrzeć diabła z powierzchni ziemi. Zapytywałem siebie: po cóż były cierpienia duszy w imię ludzkości, skoro szatan króluje nadal i niezmiennie? Na próżno był ukrzyżowany Chrystus ― niemądra i niewinna ofiara, którą sam Sawaota złożył Szatanowi. I czyż można udręczyć, sponiewierać i ukrzyżować doskonałość, jeśli nie jest porzucona przez Boga? A to, że Chrystus został porzucony, sam przyznał na krzyżu. Ta ogromna i okrutna niesprawiedliwość gniewała mnie i pociągała zarazem ku czystości i skarbnicy świata, która także obiecywała mi piękno i dobro. Pamiętam kwietniowe i majowe poranki, gdy w dole nad rzeką widziałem, jak drży rosa na krzewach i drzewach, słuchałem słodkiego szeptu Jantry i widziałem też, jak ciemnieją kędzierzawo gęste, obsypane kwieciem, upajające cudowną wonią lasy, witające ranek pieśnią ptaków i radosną odpowiedzią echa. Zastygłe, sennie przeglądające się w rzece wieże i wysokie mury obronne odpoczywały niczym zjawy lub mary, a we fryńskim mieście* młody Wenecjanin śpiewał swą cudzoziemską pieśń i rozlegał się już cichy gwar. Jakże miałem ochotę wzbić się niczym orzeł w błękitne przestworza, ale było to możliwe tylko w modlitwach, gdyż jedynie na skrzydłach słów dusza obiega wszystkie światy. Szukałem najsilniejszych, najwymowniejszych słów w boskim źródle języka, aby przyoblec nimi myśli i uczucia. Niepostrzeżenie doskonaliłem się w dźwięcznych, wdzięcznie układających się zdaniach, w porównaniach zjawisk i rzeczy nieożywionych z ożywionymi, a wszystko po to, by wyrazić niewyrażalne, które jest niewypowiedzianą tajemnicą świata ―a ta, choć wypowiedziana, nie może być zgłębiona. W owym czasie uczyłem się już ze „Szkolnej Ewangelii” w przyklasztornej szkole chartofilaksa*, znałem na pamięć i „Azbuczną modlitwę”, i „Progłas”*. Była to szkoła dla dzieci carskich, bojarskich oraz wyższych dostojników i zostałem w niej umieszczony za wstawiennictwem wysoko postawionych sąsiadów i sąsiadek, którzy często wstępowali do nas, aby mnie zobaczyć i nacieszyć się moją pięknością, albowiem byłem pięknym dzieckiem, „pięknym chłopczykiem”, jak mnie nazywano. Do dziś pamiętam te wiersze „Progłasu”:

Wy, którzy szukacie piękna duszy,

kochajcie się i radujcie się;

wy, którzy chcecie wyzbyć się grzechu

i porzucić doczesność tego świata,

chcąc osiągnąć życie wieczne…

i tak dalej.

     Te wiersze wstrząsnęły mną wówczas, gdyż i ja pragnąłem tego właśnie. I próbując naśladować wielkiego Konstantego Presławskiego*, zacząłem układać modlitwy wierszem, najczęściej w „izdebce bożej”, ukrywając swe dzieła przed bliskimi i znajomymi. Upajałem się obrazami i słowami, nimi napełniałem duszę światłością i brzydotę przeoblekałem w piękno. Nie nawykiem, lecz wyższą koniecznością stało się dla mnie to upojenie i rozkoszowanie się pięknem. Myślałem sobie z dumą: „Poprzez ciebie, Enio, przemawia anioł Ducha Świętego, raduj się i wysławiaj go” ― i nie podejrzewałem, ile cierpień, nieszczęść i udręczeń spadnie na mnie za sprawą tegoż anioła…

     W szkole uczyła się także młodsza córka Iwana Aleksandra. Zapragnęła siedzieć ze mną, choć nasz nauczyciel, diakon Angełariusz nie był temu przychylny. Nigdy więcej nie spotkałem takiej szlachetności i tak ulotnego piękna. Nie z ciała, lecz z kryształowej czystości i aromatem tchnącej nieziemskości stworzona była córka carska, toteż gdy siadała przy mnie, wydawało mi się, że staję się nieziemski, jakbym był w siódmym niebie. A jaki miała uśmiech! Gdybym rzekł, że śnieżnobiały niczym świeży śnieg, gdybym rzekł, że rozkwitał na jej miłej twarzy niczym śnieżyczka, nie wyraziłbym słowem jego wspaniałości ani kojącego działania na duszę. Przyrównywałem go do białego promienia księżyca o świtaniu ― tak był nieziemski i niedosiężny. Na jej policzkach pojawiały się dwa dołeczki, ukazywał się równiuteńki sznureczek zębów i stamtąd na całą twarz wschodził biały obłoczek duszy, który napełniał moje serce zachwytem i siłą. Nie podobało mi się jej imię (ochrzczono ją imieniem babki, matki cara) i nazywałem ją dla siebie to Zornicą, to Ralicą, wciąż szukałem dla niej imion i nie potrafiłem znaleźć właściwego. Przychodziła co rano w towarzystwie olbrzyma Dragowoła, przybocznego sługi carskiego, który gdy schylał się, aby przekroczyć drzwi szkoły, wewnątrz robiło się mroczno. Kładł na ławie torebkę z pozłacanym piaskiem, rylec i odchodził, a na odchodnym kłaniał się nisko. Ja zaś układałem jej pod nogi czerwoną poduszeczkę, pomagałem nasypać pozłacany piasek do skrzyneczki i wygładzałem go dłonią. A pewnego dnia napisałem na nim prostym drewnianym rylcem:

Gwiazda Ralica na niebie złotym radłem orze,

  Królowa Ralica złotym rylcem słowa rzęduje*.

                                                       Szczęśliwe oczy, które oglądają te cuda!…

Przeczytałem, zarumieniła się, popatrzyła na mnie spod rzęs słodkim wzrokiem i powoli, powoli zmazała. Jak dziś widzę jej rękę, podobną do skrzydła gołębia, wędrującą po złotym piasku i jakby żałującą, że musi zetrzeć napis. Ja zaś najpewniej pobladłem cały, przerażony swoją zuchwałością. Od tego dnia zakochałem się w córce carskiej i modliłem się o nią w swoich modlitwach, dla niej je pisałem, z drżeniem i strachem upodobniałem ją do królowej niebieskiej i skarbnicy świata, błagałem Jezusa Chrystusa, by strzegł jej duszy i piękna. Radość miłości ogarniała mnie najsilniej wieczorem, gdy nad Carewcem wschodził miedziany księżyc i wszystkie oczy wpatrywały się weń, źrenice rozszerzały się w marzeniach i marzenia stawały się modlitwą wszystkiego, co żyło, bezgłośnym i donośnym chórem. Świerszcze zanosiły się smutnym dzwonieniem, słodko kołysały mrok nad rozgrzanymi letnim skwarem budowlami i murami, żaby wydawały przeciągłe, modlitewne rechotania, ryczało bydło, jakby i ono chciało przemówić, a w cerkwiach i kapliczkach migotały światełkami zapalone lampki oliwne. Wypatrywałem wówczas gwiazdozbioru Ralicy i myślałem o mojej Ralicy, jakaż też jest jej poduszka i carskie łoże, w którym wita noc, i niechaj światłość niebieska przyniesie jej szczęście j spokój. Tą to porą układałem nowe modlitwy-wiersze ― bardziej świeckie i miłosne. Miłość ośmielała mnie i coraz częściej pozwalałem sobie na moim zwykłym lub na jej pozłacanym piasku pisać dla niej czterowiersze. Początkowo peszyła się, potem sama zachęcała mnie spojrzeniem, a nawet słowami. A pewnego dnia powiedziała: „Enczo, przyniosłam ci wenecjański papier ojca, abyś zapisał wszystko. Chcę to czytać w domu.”

     Ukryłem papier za pazuchą i wróciwszy do domu, zacząłem zapisywać te pięć kartek, gdyż znałem wszystkie wiersze na pamięć. Spisałem je pięknymi literami, atramentem i cynobrem, przyozdobiłem ornamentami, ale z zawstydzenia i ostrożności wybrałem te tylko, które były najmniej świeckie. Trudziłem się tak przez trzy dni, a przez ten czas Ralica pytała mnie z niecierpliwością, ile już napisałem.

     Nadszedł dzień, kiedy miałem je wręczyć. Aby kartki się nie pogniotły, włożyłem je miedzy dwie deszczułki do oprawiania ksiąg, które znalazłem w pracowni ojca, i ukryłem za pazuchą. Rzekłem do niej: „Tu są. Potem ci dam, ale żeby nie widział diakon Angełariusz albo Dragowoł”. Jednakże ojciec Angełariusz miał kocie oczy. Dawno już spostrzegł, co dzieje się między nami, a teraz wiem, że ten szczerbaty diakon był zazdrosny o córkę carską, choć mogłoby się wydać śmieszne, że dorosły mężczyzna jest zazdrosny z powodu nieopierzonego chłopca. Zazdrość ta najpewniej i przed nim samym była ukryta pod obowiązkiem czuwania nad dzieckiem carskim. Toteż gdy szykowałem się oddać wiersze, czaił się już, gdyż był zauważył opięte szaty na mojej piersi i oczekujące spojrzenia Ralicy. Zabrał wiersze, przeczytał niektóre i obrzucił mnie przeciągłym, złym wzrokiem, który przeszył ma duszę jak żądło i po raz pierwszy wlał do niej truciznę nienawiści, albowiem dusza ludzka nie może ścierpieć, gdy narusza się jej tajemnice, jako też jej wolność. Miałem ochotę wydrzeć mu z rąk deszczułki z wierszami, ale nie miałem odwagi i stałem tylko zdrętwiały i blady. Wówczas Ralica uczyniła coś, czym zadziwiła mnie i zachwyciła. Wyciągnęła białą rękę do diakona, uśmiechnęła się tym władczym i zniewalającym uśmiechem, po czym rzekła słodko: „Nauczycielu, ja sama kazałam mu to napisać, gdyż ojciec wie, że on układa wiersze i chce je przeczytać”.

     I tak jak anioł boży lub królowa niebieska mają władzę nad czarnym diabłem i nawet do piekła schodzą, tak też Ralica wyciągnięciem ręki i tymi słowami narzuciła władzę diakonowi Angełariuszowi. Speszył się, ze śniadego stał się purpurowy, uśmiechnął się służalczo i podał wiersze z ukłonem. A olbrzym Dragowoł, który przyszedł odprowadzić carównę, nic nie pojął, stał pokornie i milczał jak zawsze.

     Udziałem człowieka jest pędzić niewinne życie na zabawach, błahostkach i wszelakich igraszkach za światem ducha i materii, by dusza była wolna jak letni obłok i jak on szybowała po przestworzach świata, dopóki nie nadejdzie dzień pierwszych rozgoryczeń, cierpień, gniewu, nienawiści i bólu, a wtedy staje przeciw sobie podobnym lub przeciw Bogu, szukając odpowiedzi na niesprawiedliwość i zło. A kusiciel tylko na to czeka i zakłada jej uździenicę. Zdarza się jednakoż, że w taki dzień splata się z sobą w węzeł wiele zdarzeń.

     Wracałem z rosnącym niepokojem i już w uliczce prowadzącej do domu przypomniałem sobie o szatanie. Pozazdrościł mi szatan przyjaźni z Jezusem i miłości do Ralicy, rozgniewał się, albowiem z całego Tyrnowgradu tylko ja jeden wiem, że zagnieździł się tu wszędzie. Znienawidziłem nauczyciela i on znienawidził mnie. Walczyłem teraz z nienawiścią, tą czarną mgłą oplatającą mackami duszę. Chartofilaks dowie się o wierszach i mogą przepędzić mnie ze szkoły. Nie zdziwiłbym się, gdyby i sam car je przeczytał i domyślił się dla kogo i dlaczego je pisałem. Dowie się ojciec i synowie wszystkich wielmożów, którzy i tak patrzyli na mnie jak na białego kruka.

     Gdy pchnąłem drzwi i wszedłem do domu, przywitał mnie przeraźliwy krzyk i wbiegłem po schodach na piętro. Ale ojciec zawołał, żebym wrócił. „Idź pospacerować na mury, synku. Twoja matka jest chora, na górze jest znachor i baba Wenta, która odbiera dzieci. Może Bóg da ci siostrzyczkę lub braciszka”.

     Wyszedłem prześladowany tym samym przygłuszonym krzykiem, poszedłem w stronę południowej bramy przy wieży Baldwina i nie zważając na straże, które stroiły sobie ze mnie żarty i dowcipkowały, siadłem, by porozmyślać nad swymi nieszczęściami i nad tym, dlaczego mama tak strasznie krzyczała, skoro sam Bóg zsyłał nam siostrzyczkę. Ale darujmy sobie małostki. Zdecydowałem, że i tu diabeł macza palce i rozum mój stanął wobec zagadki ― dlaczego istnieje szatan. Tego dnia urodziła się moja siostra Kalia, którą potem pohańcy wzięli w jasyr i sprzedali Wenecjanom w Kandii…

     Siła duszy tkwi w tajemnicy osładzania bólu! Ucieka od złych wspomnień, szuka światłości i radości. Wtedy tez pocieszyłem się skarbnicą świata, uspokoił mnie Jezus i nie wiedzieć kiedy, siedząc na kamiennych schodkach ulicy w cieniu południowego słońca, zacząłem układać w pamięci wiersze i nimi osładzać ból. I wiadomo, znów były one poświęcone mojej Zornicy, gdyż tylko jej i Chrystusowi mogłem powiedzieć wszystko.

     Tej samej nocy śnił mi się rogaty i nigdy nie zapomnę tego snu ― zwiastuna, że zasmakowałem już gorzkich owoców poznania.

     Lubiłem spać przy ojcu w jego szerokim łóżku w izbie na dole za schodami, sąsiadującej z pracownią. Pachniało tam farbami, a i ojciec był przesiąknięty nimi i zapachem spalonego wosku, pachniał cerkwią i usposabiał duszę do spokoju i skruchy. Nim się położył, owijał się w ciemności cienkim wełnianym pasem, wolno i starannie. Potem czynił znak krzyża przed ikoną i łaskotał mnie wąsami, mówiąc, że moja dusza ładnie pachnie. Owego wieczoru po domu roznosił się zapach krwi, mleka i porodu, przytępiał i dręczył rozum groźbami i wątpliwościami, toteż długi czas nie mogłem zasnąć ― słuchałem płaczu siostrzyczki na górze, kroków straży i jednostajnego ryku Jantry. Koło północy śniło mi się, że idę miedzą wzdłuż naszej winnicy, do której chroniliśmy się w czas upałów i spiekot. Było mi radośnie na duszy, gdyż czułem się tu bardziej wolny i szczęśliwy. Upajałem się śpiewem ptaków i zapachem kwiatów, niewinnym spojrzeniem podglądałem naturę, chcąc odkryć istniejący w niej sens. A i diabeł pozostał w Tyrnowgrodzie i nie niepokoił, nawiedzała mnie tylko straszliwa tęsknota za Ralicą, ale była ona niczym rana opatrzona miodem. Takie to uczucia błąkały się w mej pamięci otulonej snem, żywe były też niepokoje owego pamiętnego dnia, a za nimi ukrywał się diabeł.  I nagle na miedzy zjawił się ON ― szary, kosmaty, niepozorny ― i zawołał mnie do siebie jak złoczyńca zwabiający dziecko, aby je zgubić. A była w nim taka gnuśna pokusa i pewność siebie, iż poczułem, ze mu ulegnę, Dusza zadrżała z przerażenia i ze strasznym krzykiem, który zdał się ją rozdzierać, chwyciłem kamień i rzuciłem z całej siły w niego…

     Obudziłem się z płaczem, cały spocony, i nie powiedziałem ojcu, dlaczego krzyczałem przez sen, dlaczego drżę i przytulam się do niego.

     Następnego dnia po obiedzie przyszedł dziesiętnik straży carskiej ― Iwan Aleksander rozkazał, abym się przed nim stawił. W domu zrobił się zamęt. Ojciec pomógł mi się umyć i włożyć nowe szaty. Poszedłem za dziesiętnikiem, nogi uginały się pode mną i zasychało mi w ustach. Myślałem sobie: zgubi mnie rogaty, dopiero co śniło mi się, że wola mnie do siebie. Rozgniewał się Jego Wysokość za wiersze i ukarze mnie za zuchwałość.

     Pełen takich obaw i nadziei dotarłem do południowej bramy pałacu. Wchodzili przez nią Genueńczycy i Wenecjanie z towarami, jak również poselstwa. Straże przepuściły nas i na wpół żywy znalazłem się na dziedzińcu. Za dużym budynkiem przy cerkwi, w którym car przyjmował poselstwa innych państw i zwoływał radę bojarów, był niewielki daszek i winnica. Goniły się tam i skrzeczały pawie, a po dziedzińcu spacerował struś i biegał od jednej wieży strażniczej do drugiej, skąd żołnierze rzucali kamyki, zabawiając się jego łakomstwem.

     Gdy ujrzałem ozdobioną wizerunkami lwów i dwugłowych orłów paradną bramą pałacu, błogosławiącą Jezusa narysowanego nad nią obok zwycięskiego świętego Georgiego i Michała Archanioła z mieczem ognistym, carskie pokoje z jasnymi oknami i mozaikowymi ornamentami, ogarnął mnie jeszcze większy strach. Pałac carski zmuszał, by mu się pokłonić, ale dusza opierała się i sprzeciwiała rozumowi, który nakłaniał ją do uległości wobec tej wspaniałości i piękna. Wtenczas rogaty podszepnął jej pychę, porównując mnie do junaka, który wszedł do jaskini smoka ratować carską córkę, zbałamucił tą myślą duszę i strach zamienił się w pragnienie czynu bohaterskiego i gotowość zniesienia wszelkich męczarni dla Ralicy…

     W przedsionku przed niskim stołem siedział dowódca straży pałacowej ― wąsaty mąż w zbroi ― podniósł się ociężale, poszedł kogoś zawołać, ja zaś tkwiłem wystawiony na pokaz żołnierzom przy wejściu. Tu tez ściany pokryte były freskami wojewodów i świętych, czuć było palące się świece i sterczały dwa wysokie świeczniki z brązu oblane woskiem.

     Dowódca wrócił z zakonnikiem. Ten wziął mnie z sobą i powiódł przez sień z marmurową posadzką zasłaną kilimami, skąd prowadziła amfilada ku szerokim schodom. Z półmroku i ciszy, w której tonęła ta część pałacu, schody wyprowadziły nas na górę, gdzie było jasno, na długi krużganek z rzędem białych kolumn od strony Jantry. Po bokach były na krzyż kute drzwi z głębokimi niszami, zdobione malowanymi ikonami sklepienia i ścian ―różnobarwna mozaika obrazów, kolorów i barw, oszałamiająca i przykuwająca wzrok ― niektóre malowane przez mego ojca, gdyż pałac był odnowiony przez Iwana Aleksandra.

     Mnich zatrzymał się w przedsionku z krużgankiem z przodu i kazał mi zaczekać. Zajrzałem przez weneckie okno do środka, wydało mi się, że widzę tam ludzi, i odwróciłem się ku wymarłemu w południowym skwarze zielonemu światu Jantry, gdzie żółciły się wieże twierdzy Dewin. Oszołomiony wrażeniami, obawami i nadziejami drgnąłem, gdy drzwi za mną otworzyły się i mnich zawołał mnie do środka.

     Siedział tam car Iwan Aleksander z carycą, z trzema córkami i ukochanym synem Iwanem Sziszmanem. Purpurowe, niebieskie, żółte i fioletowe plamy zdobiły twarze, szaty i cały obszerny pokój, toteż wszystko wyglądało jak w zaczarowanym świecie. Jego Wysokość siedział na dużym krześle z oparciami na łokcie, na takim samym siedziała caryca, trzymając na kolanach tamborek, a córki i młody car Iwan Sziszman stali obok i przyglądali mi się. Miałem ochotę poszukać oczu Ralicy, wyczytać z nich, co mnie czeka, ale nie miałem odwagi. Toteż, jak pouczył mnie ojciec, pokłoniłem się nisko i nieśmiało spojrzałem na cara. Uśmiechnął się życzliwie, dalmatykę miał rozchyloną na piersiach, widać było śnieżnobiałą koszulę z cienkiego płótna rozpiętą pod grubą szyją i siwiejącą brodą. Trzymał perłowy różaniec w pełnej jak u władyki dłoni, a ja, mając spuszczony wzrok, widziałem i zapamiętałem grubą goleń jego nogi, czerwoną ciżmę i piękną kiść dłoni; cały był z takiego czystego, białego ciała, które budzi zaufanie i jest znakiem dobrotliwości ― z wiekiem już nie tak jędrnego, ale wciąż pięknego i przyciągającego oczy każdego, a zwłaszcza kobiet. A gdy zobaczyłem też jego dobrotliwie patrzące oczy, bystre i wilgotne, tym silniejsze miałem uczucie, że duchem i ciałem jest dobry i dobroć ta udziela się innym. Powiedz więc, co myślałeś później o tej wewnętrznej słodyczy i dobroci u Jego Wysokości? A może nie śmiesz tego wyrzec, by nie zmącić umysłów tych, którzy cię czytają, albowiem ład jest niezbędny rozumowi do poznania rzeczy.

     Jego Wysokość wypytał mnie uprzejmie o imię i wiek, ja zaś nie mogłem oderwać oczu od jego czerwonych warg. Mówił, że to godne pochwały i radosne, iż przybywa ludzi, którzy umieją wszelkimi sztukami sławić imię pana naszego Jezusa Chrystusa i z miłością odnoszą się do świętych i świętej cerkwi prawosławnej. Dzieła tych ludzi większą są dla carstwa chlubą niźli perły i drogocenne kamienie. Moje wiersze były miłe dla ucha i umysłu, toteż przeczytał je z zadowoleniem. To mówiąc, wyjął piękny grzebień, poczesał nim podwójną brodę i patrzył na mnie, wciąż tak samo się uśmiechając. A caryca, delikatnej urody i czarnowłosa, z dużymi czarnymi oczyma i różową twarzą, której nienawidziłem, gdyż żal mi było starej carycy, córki Besaraba, nie spuszczała ze mnie przez cały czas wzroku.

     Już miałem wyjść z pałacu upojony marzeniami ― car Iwan Aleksander podarował mi złote pióro i już chciał pozwolić mi odejść, ale Jej Wysokość wmieszała się i rzekła, że dobrze byłoby, aby patriarcha podstrzygł mnie na mnicha i abym został skrybą w pałacu. Mówiła po grecku, nie podejrzewając, że rozumiem ten język i umiem w nim czytać i pisać. Spojrzałem na moją Rylicę i ona spojrzała na mnie zmieszana. Ich Wysokości wiodły spór, jaką pracę mi przydzielić, a w tym czasie najstarsza córka cara, która była podobna do ojca i tak jak on rosła i rumiana, uszczypnęła mnie niezauważalnie w łokieć i rzekła zaczepnie: „Dlaczego przyrównujesz naszą Keracę do świętej Bogurodzicy? A może zakochałeś się w niej?” ― roześmiała się zjadliwie i myślałem, że zapadnę się ze wstydu pod ziemię. Ralica rozpłakała się i wybiegła. Jego Wysokość skarcił córkę, jednako wszyscy roześmiali się i śmiechem dali poznać, że znają moją tajemnicę.

     Nie pamiętam już, jak wziąłem szkatułkę ze złotym piórem, jak się pokłoniłem i czy podziękowałem. Przyszedłem do siebie dopiero, gdy mnich, który czekał na krużganku, wyprowadził mnie na dziedziniec. Tam ochrypłym, ale i rozkazującym głosem ktoś kogoś łajał i wyszedłszy z przedsionka zobaczyłem wysokiego, zgrabnego młodzieńca w wysokich purpurowych butach i w krótkiej dalmatyce, który łajał żołnierzy drażniących strusia. Był to Iwan Sracimir, najstarszy syn cara.

     Odwrócił się i popatrzył na mnie ze złością. Miał śniadą twarz, ostrą bródkę, a czoło wysokie jak jego ojciec.

     Szedłem do domu, a w uszach huczało mi tylko to jedno zdanie: „A może jesteś zakochany w naszej Keracy?” ― drążyło umysł i raniło mój honor, aż nawet Ralica zaczęła wydawać mi się obca. Byłem na nią zły, że zdradziła naszą tajemnicę. Wychodziło na to, że mnie nie kocha, a tylko przymila się i zabawia moimi wierszami. Na próżno ją wysławiałem, na próżno ufałem w jej czyste serce, na próżno przyrównywałem ją do ziemskich i niebieskich wspaniałości. Była ona przecież córką carską, a ja synem zografa, cóż więc sobie wyobrażałem? Dusza była urażona, goryczą przepełniona była najwspanialsza tajemnica miłości. I tak objaśniłem sobie swój sen: szatan zjawił się, by mi obwieścić, ze od dziś będę mu służył z woli cara… Ta myśl przywiodła mnie do rozpaczy, popadłem w przygnębienie, które brało się stąd, iż między mną i Chrystusem stanął nieczysty. W ten dzień rozstania przytłoczył mnie wielki ciężar smutku.

     Ojciec ucieszył się z podarunku cara, a ja pobawiłem się piórem i zostawszy sam, uległem nieodpartej pokusie, by pójść do którejś cerkwi, gdy nie będzie tam nikogo. Diabeł był w moich oczach tak żywy, tam, na miedzy naszej winnicy, iż nie wątpiłem, że ukaże mi się z pewnością w cerkwi, ale dlaczego tak bardzo chciałem go ujrzeć? Może udręczona dusza, modląc się do niego, miała nadzieję uwolnić się spod jego władzy? A może szukała go, gdyż była urażona w swej dumie? Do dziś nie mogę zgłębić tej tajemnicy, ale potem znów do niej wrócę.

     Przemknąłem się po kryjomu do bojarskiej cerkwi za pałacem, ukryłem się za kolumną i czekałem. Stałem za kolumną i czekałem ze strachem, aż zjawi mi się czy to w jakimś mrocznym kącie, czy też pod lampkami oliwnymi na ołtarzu, a strach przeszedł w zuchwałość i bezbożnictwo, w bunt i wyzwanie rzucone bogom, świętym, carom i władcom, życiu i śmierci. Włosy zjeżyły mi się na głowie, a pierś wyprężyła się, jakby rosła we mnie nadludzka moc i groziła, że zburzy dom boży, jak Samson zburzył niegdyś świątynię filistyńską. Wtenczas ocknąłem się, podbiegłem do ikony Pantokratosa i modląc się, padłem na kolana. Pamiętam tę ikonę do dziś. Na złotożółtym tle ciemnymi farbami namalowany był Zbawiciel ― łagodny, pokorny, z karminowymi ustami i krótką czarną brodą, która łączyła się z gęstymi włosami ― a za obrazem ― czerwony krzyż. Był taki ziemski i udręczony, patrzył tak bezradnie i błogosławił tak bez przekonania, że całkiem był podobny do Kosia, sługi bojarskiego i nosiwody, zawsze smutnego i zamyślonego dobrodusznie. Chciałem się modlić, ale modlitwa nie mogła przejść przez usta, a tylko sarkania i oskarżenia skierowane przeciw Bogu, który pozwolił władać czartowi, i zwątpienia, że dopuszcza do tego, albowiem jest bezsilny. I jakbym to nie ja wymawiał pochwałę złego ducha, a ktoś inny, nieznany, zamieszkujący mą duszę.

     Gdy pojąłem, że nie mogę się modlić i niczym Hiob szukam porachunku z Bogiem, wybiegłem z mrocznej cerkwi na biały świat w nadziei, że tam pozbędę się dumnego biesa, ale miast skruchy doświadczyłem ulgi, że uwolniłem się od czegoś, co było we mnie samym. Pycha człowiecza wezbrała jeszcze bardziej i napełniła mnie mocą diabelską: „Oto masz, Enio, małyś, ale potężny, na wszystko możesz spojrzeć bez strachu, a nawet ze śmiechem”. I pamiętam, spotkałem podczaszego cara, mnicha Sylwestra, i tak nań popatrzyłem, że aż się zdumiał, przystanął, żeby mi się przyjrzeć i wymamrotał coś pod nosem. A potem ogarnęła mnie niejasna tęsknota i chciało mi się płakać. Wtenczas zrozumiałem, dlaczego nie powiedziałem ojcu o swoim śnie.

     Nie tylko w Tyrnowgradzie, nie tylko w dorosłych, ale i we mnie był diabeł. Zwracałem się do duszy i pytałem ją: „Czego od niego oczekujesz, nieszczęsna, będąc wesołą i bezwstydną?”. I znów jakby miast niej odpowiadał ktoś inny: „Niczego, chcę zobaczyć, co  z tego wyjdzie”. I głowiłem się nad tym, kto się smucił, a kto triumfował, gdzie podział się dawny Enio, ukochane dziecię Chrystusa, czysty szesnastoletni chłopiec. Od tej pory wiedziałem już, że człowiek kocha diabła nie mniej niż Boga i nie może bez niego żyć, albowiem każda boskość niszczy jego dumę…

         

  

III

 

     Po trzech czy czterech dniach wszystko wyglądało jak w bajce, ale na świat legł niewidzialny cień z mojej duszy. A dusza, choć wiedziała, co się wydarzyło, nie chciała uwierzyć, albowiem umysł ją zwodził, ciało zaś, nabierając sił i krzepnąc, czyniło to samo. Tak więc, niby nic się nie zmieniło na zamku i u nas. Ralica dalej przychodziła do szkoły i siadała przy mnie, takie samo było niebo i Tyrnowgrad, taki sam byłem ja, ale gdzieś we mnie patrzyło jakieś inne oko ― patrzyło czujnie i czaiło się. Milczało, przemawiało tylko przez moje modlitwy, by dać wyraz zwątpieniu, lecz i szyderstwu, by skalać czystość wiary i jeszcze silniej rozniecić pragnienie Boga. Zacząłem ukrywać swoje wiersze i za nic nie zgodziłbym się przeczytać ich komuś, ale podobały mi się bardziej niźli wcześniejsze, prostoduszne i gładkie. To właśnie ta trucizna w nich niepokoiła mnie i dawała natchnienie. Tak więc, modlitwy stawały się coraz gorętsze, coraz szczersze, a rozmowa z bogiem coraz piękniejsza. Taka to już natura ludzka i taka jej sposobność. Czy już wtedy byłem świadom, iż patrzę na Ralicę innymi oczyma? Czyż nie zacząłem oddalać się od niej, bo jej ojciec był carem, a ja synem zografa? Czyż nie próbowałem nawet w niej doszukać się obecności diabła?

     W owym czasie tak byłem zajęty sobą, że nie dbałem, co dzieje się na świecie. Słyszałem, że mówiono o Kantakuzenie i o Turkach, o sułtanie Sulejmanie, o Janie Paleologu, o serbskim władcy Duszanie, ożenionym z siostrą naszego cara, o niejakim Marinie Faliero, Wenecjaninie, który bił się z Genueńczykami w Bosforze i widziałem nawet tegoż Faliero, gdy przybył do Tyrnowgradu. Ogromna ciżba zebrała się, by obejrzeć jego i całą świtę. We frynskim mieście zapanowała wielka wesołość wśród rodaków Faliero, gdyż Iwan Aleksander obdarował Wenecjan gramotą przyznająca im znaczne prawa kupieckie, a ci zaś wręczyli mu drogocenne dary. Mówiono też o wielkim trzęsieniu ziemi w Tracji, które zniszczyło wiele twierdz i miast, toteż Turcy zdobyli je łatwo i łupem ich stały się także ziemie bułgarskie. Pamiętam też złożenie w Tyrnowgradzie posolonych w trumnie zwłok cara Michała Asena zabitego w bitwie z Turkami. Z trumny kapała różowa woda, moczyła całun z wyhaftowanym herbem carskim i cuchnęła niemiło, toteż bez ustanku palono kadzidło i rozlewano pachnidła oraz wonie podczas egzekwii żałobnych. A jaki płacz rozległ się przy pogrzebie, caryca Maria zaś straciła przytomność i wyniesiono ją z cerkwi…   

     Ojciec przeklinał Kantakuzena i wielce się ucieszył, gdy rozniosły się słuchy, że obalono go z tronu i zesłano do klasztoru. Ale wszystko to działo się gdzieś daleko i niewiele mnie obchodziło. Co rano budziły mnie pokrzykiwania carskich i bojarskich sług, którzy dostarczali do twierdzy mięso, ryby, ptactwo, warzywa i owce, skrzypienie kołowrotów studziennych, trzaskanie drzwi, ujadanie psów i ryk bydła. W mieście już od świtu głosy kołatek prześcigały się z młotami rzemieślników, kożusznicy skrobali skóry w garbarniach, niewolni wozili na targowiska warzywa lub ryby, gnali tuczny dobytek na rzeź. Tłumy mnichów, przybyłych z pielgrzymką, wypełniały dziedzińce klasztorów. Przybywali też ludzie świeccy, chorzy i zdrowi, by pokłonić się relikwiom Świętej Petki, Świętego Iwana Rylskiego i innych świętych, którymi szczyciły się stołeczne cerkwie i klasztory.

     Zdarzyło się, że jakiś mnich zaczynał kazanie pod cerkwią lub na placu, ściągał tam tłum, by posłuchać o cudzie w klasztorze albo o żywocie pustelnika i kto żyw w całym Tyrnowgradzie tłumaczył sens cudownych znaków. Krążyły słuchy o czarowniku i jasnowidzącej, którzy przepowiadali, że Tyrnowgrad spłonie, a szatani będą mordować dzieci; ciągnęli przez miasto chłopi, którzy nie zapłacili daniny i stali się niewolnikami, wszelacy włóczędzy i zbiegowie. Na drodze do tego czy innego klasztoru pojawiali się czasem mnisi, którzy ślubowali milczenie i gdy spotykałem tych współbraci i uczniów Teodozjusza Tyrnowskiego*, który stał się później i moim patronem , a potem sędzią, wydawało mi się, że posiedli oni zbawczą tajemnicę, której nie chcą ujawnić, gdyż jest ona dostępna tylko wybranym.

     Padały ulewne deszcze, to znów nastawały upały i susze, jakich nie pamiętam nigdy potem. Nad stolicą gromadziły się stada orłów i jastrzębi ― one też wróżyły nieszczęścia, zaś nocą, gdy wszystko cichło, z wieży klasztoru Świętej Bogurodzicy Odigitrii jeromonach* Danaił wydawał przeraźliwy krzyk. Słyszałem, jak mówiona, że w tym czasie gotował się do walki z demonami. Echo niosło ten krzyk nad Jantrą, budziło psy, które ujadały wściekle, i kazało nam żegnać się w ciemnościach. Na drogach i w lasach grasowali rozbójnicy, latem strach było nocować w winnicach, a podróżować można było tylko wtedy, jeśli udało się przyłączyć do świty jakiegoś bojara lub drużyny carskiej.

     Dotarła też wieść, że Genueńczycy rozgniewani na naszego cara, iż czynił dobrodziejstwa ich wrogom, napadli na porty bułgarskie, zdobyli Sozopol i zażądali od mieszkańców okupu ― perperę* za mężczyznę, dukata za dziecko i dwie perpery za młodą kobietę. Przybywali też uciekinierzy z Romanii*, gdzie Turcy palili i siali spustoszenie, prosząc by dopuszczono ich do cara lub wielkiego logotety* i szukali pisarza, który napisałby im skargi, a ten żądał od nich dukata za usługę. Zdarzyło mi się raz być przy takiej kłótni i zgodziłem się napisać im skargę. Pieniędzy nie wziąłem, toteż ich primikerios, pewien starzec, pocałował mnie w rękę i pokłonił się do samej ziemi. Omal się nie rozpłakałem i uciekłem bez pożegnania. pytałem ojca, dlaczego car iwan Aleksander nie zwoła wojska, aby przepędzić Turków i Genueńczyków, a pozostawia to kefaliosom* i katepanom*, gdy ci są bezsilni i nie mogą obronić siedzib ludzkich. „Demosios* pusty i car czeka, aż klasztory dadzą mu pożyczkę. A kir* Miza ściska sakiewkę i nie chce już dawać.” Tak mówił ojciec, a wiedział o tym cały Tyrnowgrad i nienawidził Żyda wraz z całym jego rodem. Gdy teść cara przejeżdżał przez miasto lektyką w asyście straży, ludzie uciekali przed nim, aby nie zdejmować czapek, a niektórzy spluwali z pogardą. Nikt tez nie nazywał ni jego, ni synów imionami chrześcijańskimi, ani tez nadawanymi im przez cara tytułami bojarskimi. Każdy nazywał ich po żydowsku. Widziałem teścia cara, Mizę, ochrzczonego imieniem Dragomira, raz jeden tylko w cerkwi ― posiwiałego, ale z gęstymi, czarnymi brwiami ponad dużymi, smutnymi oczami. Poruszał wargami  i niezgrabnie czynił znak krzyża. Pomyślałem sobie, że ten człowiek ma sprawki z diabłem. Żona go odumarła, a najmłodszy syn ― Asa, którego zabiłem z rozkazu Szeremet beja, miał naówczas pięć lat…

     Zaczął rosić cichy, letni deszczyk, zrosił ziemię i wokół pięknie zapachniało. W celi zaś roznosił się swąd spalenizny, przeto obudziły się w duszy wspomnienia ― złe i dobre ― i splotły się z sobą niczym gołębie i żmije. Bracie, który czytasz mój żywot, wybacz, iż go przerywam. Czuję nieodpartą potrzebę odetchnięcia świeżym powietrzem niczym zwierz wypuszczony na wolność, ku pocieszeniu duszy…

     Złość wypełniła moje serce, a ono, miast wylewać łzy, że jej ulega, pyszni się cierpieniami, gdyż są mu drogie i przynoszą błogość. I tak jak przenajświętsza Matka Boża, będąc w piekle, chciała wstąpić w ogień piekielny, by cierpieć wraz z grzesznikami, tak i ja ulegam wściekłości i karmię duszę żółcią pychy. Odchodzi mnie ochota, by opowiadać, jakimi to knowaniami i zawikłanymi dla umysłu ludzkiego pokusami rządził diabeł światem, a nie było miesiąca bez nieszczęśliwych wydarzeń i klęsk. Modlono się żarliwie za grzechy, za które Bóg zsyłał Turków, genueńczyków i wszelkich grabieżców i nie pojmowano, dlaczego obecne grzechy są trudniej wybaczalne od poprzednich. Wpatrywałem się w skarbnicę świata ― była milcząca i nie dawała odpowiedzi ― czytałem „O prawej wierze”, „Historie”, różne pouczenia, żywoty i co się dało, by zgłębić tajemnicę, a umysł wciąż błądził i rozdwajał się. Prosiłem Boga, aby mi ją wyjawił, ale milczał. A przecież niby to poprzez Chrystusa połączył niebo z ziemią, by zadać cios pysznemu sprawcy grzechu. Czemuż więc nawet we mnie zamieszkał szatan?  I jakichże to grzechów dopuściłem się w swej kwiatami usłanej młodości? Łaknąłem skruchy, ale nie nadchodziła. Chciałem zamknąć to przeklęte oko, które patrzyło ze mnie, mówiłem sobie: „To oko diabła, Enio, oślep je!” ― lecz jak, skoro nie było cielesne? Przychodziło mi do głowy, że nasze zmysły i członki są sposobne przyjmować świat tylko fałszywie, albowiem sam Bóg zapragnął ukryć siebie przed nami, aby tym sposobem doświadczyć nas i sądzić. Prawda była okrutniejsza niż zło diabelskie!

     Dręczony takimi to niepokojami ducha spotkałem ojca Laurentego ― jasnowłosego mnicha z klasztoru Świętego Nikoły. Tenże Laurenty bywał u nas radzić się ojca w zdobnictwie ksiąg, gdyż nęciła go kaligrafia i zdobnictwo. Był wątły, chudy, skórę miał tak delikatną, że aż przeświecały przez nią żyłki, bródkę jak Chrystus i niebieskie, nieco wilgotne oczy. Łopatki sterczały mu pod habitem i można by rzec, że był to święty z pustelniczego soboru. Przypatrywał mi się ukradkiem i szukał wzrokiem, ja zaś czułem, że mamy z sobą coś wspólnego, co nas łączy, i im bardziej go unikałem, tym bardziej oczekiwałem. Jego spojrzenie ubliżało mojej duszy, ale dusza-rozpustnica przyzywała je. Kocha ona i pragnie tego, kto nad nią się pastwi, wsłuchując się lekkomyślnie w pokusy umysłu, tego złoczyńcy, który miast być sędzią sprawiedliwym i nieustraszonym obrońcą, staje się bezwstydnym i wstrętnym obłudnikiem, burzy jej zbawczy umiar i niczym ulewny deszcz, który zmywa tynk ze ściany, odsłania szczerzący zęby zimny kamień.

     Różne dusze przychodzi nam spotykać na tym świecie. Jedne przychodzą i odchodzą niezauważone, a inne lgną do naszej duszy. Zwodnicze to, gdyż dusza jest zawsze samotna i im bardziej pragnie miłości, tym bardziej niezdolna jest znieść przy sobie drugiej duszy, albowiem obie cierpią z osobna i każde zbliżenie między nimi jest jak dotyk grzeszników w piekle.

     Któregoś dnia zastałem Laurentego czekającego na ojca na ławce przed domem. Usiadłem przy nim, ale rynsztok uliczki cuchnął nieznośnie, toteż powiedziałem, byśmy wyszli ojcu naprzeciw carską drogą przez bramę północną. Był ciepły, cichy zmierzch, pora rozmyślań i tęsknot ― zda się, że w taki czas sam Bóg zamyślił się nad swoim stworzeniem. Zachodzące słońce oświetlało wieże i zmurszałe mury obronne, odsłaniając wszelkie liszaje i pęknięcia, gdzie zagnieździły się sokoły i wrony. W dole połyskiwały wody Jantry, a nad zacienionymi domami i cerkwiami grodu Asena unosił się prosto w górę niebieskawy dym. Laurenty zazdrościł mi, że zostanę malarzem tak jak ojciec, gdyż miałem na podorędziu wszystko co trzeba. Rzekłem mu, że malarstwo mnie nie pociąga i tak od słowa do słowa zwierzyłem się, że układam wiersze. Zapaliłem się w swej szczerości, ja, który tamtego wieczoru nie chciałem nikogo widzieć i z nikim rozmawiać. Był starszy ode mnie i chcąc mu pokazać, że nie jestem już młokosem, powiedziałem swą najnowszą wierszowaną modlitwę:

 Oświeć mnie, Najwyższy, abym nie mylił twego miłosierdzia

 z twoim okrucieństwem. Wznoszę błagalnie ręce, wzywam cię!

 Póki czas, wybaw mnie od knowań szatana,

 gdyż zło pychy okrywa duszę mrokiem

  i  szatan niemiłosiernie dręczy umysł…

      Ojczulek popatrzył na mnie, zamyślił się i rzekł: „Tak też myślałem, że nie jesteś pokorny duchem. Czyś nie słyszał, że szatan czyni dumnych aniołów biesami? A i sam Satanael w pysze wyrzekł się Boga i powiódł za sobą aniołów bożych? Młodyś, a takie myśli cię zaprzątają!”

     Zdumiałem go i by zdumienie było jeszcze większe, powiedziałem też inne modlitwy. Patrzę, a w jego czystych oczach zatańczyły ogniki ― otworzył przede mną serce i wyjawił swą tajemnicę. Był wyznawcą świętego i wielkiego męża Teodozjusza i właśnie ćwiczył się w pokorze, by przejść do ascezy milczenia, ale zdobnictwo ksiąg nie pozwalało mu skupić się duchowo. Tak więc wyjawił mi zbawczą tajemnicę wyznawców ascezy milczenia, o których w Tyrnowgradzie wiele mówiono.

     Zło wzięło się z grzechu pierworodnego i każdy rodził się grzeszny, albowiem grzech jest w nasieniu ludzkim i krwi. „Wcześnie ― mówił Laurenty ― stałem się tego świadom i nie pojmując jeszcze tej prawdy, głosiłem ją w swoich wierszowanych modlitwach. Żywa była bowiem we mnie prosta pamięć nakierowana na dobro, które Adam pokalał, jedząc z drzewa mądrości. Po grzechu pierworodnym stał się Adam z boskiego zwierzopodobny, z mądrego ― zbydlęcony. Jego nieposłuszeństwo zmąciło pamięć ludzką, z prostej uczyniło ją złożoną, z jednej ― wieloraką. I owa zmącona pamięć jest przyczyną wszelkiego zła. Jest w nas jednako wolna wola i z jej pomocą możemy nie poddawać się pokusom szatana, osiągnąwszy nie podlegającą zmianom stałość. To bezcenne bogactwo posiądzie człowiek nie poprzez modlitwy w cerkwi, lecz ścisły post, udrękę duchową i cierpienie. Dusza posiadała moc osiągania upragnionych dążeń i wytrwałość, lecz po grzechu pierworodnym uległa namiętnościom, a umysł, oddzieliwszy się od Boga, zaczął błądzić między złem i dobrem, gdyż stał się ich niewolnikiem. Najważniejsze, byśmy powrócili teraz do pierworodnej jedności z Bogiem, a wtedy opromieni nas światłość niebieska, która nawiedziła uczniów Chrystusa na górze Tabor… Nie każdy zdolny jest posiąść łaskę bożą, a tylko wybrani, którzy są błogosławieni i, rzec można, dostąpili raju…”

     Tak to, natchnionymi słowy i żarliwą wiarą, w ów niezapomniany wieczór, powierzył mi Laurenty tajemnicę hesychastów*, o której dopiero przyjdzie mi mówić, opowiedział mi moc czynów i znaków cudownych i zniewolił spragnioną duszę. Albowiem, bracia moi, jesteśmy jako oracze wiecznie oczekujący nowego zasiewu, narodzin i zmian, i zapładniamy się wzajem wszelkimi ziarnami ducha ― złymi i dobrymi ― i ruszają w świat nauki o zbawieniu ludzkim, wstrząsają nimi i rozdzielają ich ― jedni przystali do nowej wiary, drudzy są przeciw niej. A wtedy szatan, który tylko na to czeka, jeszcze mocniej obraca kołem swej chwały, a ludzie wierzą, że to chwała boża. Oto jakie ziarna siali na ziemi bułgarskiej ci niegodni mężowie w habitach ― każdy, jak mógł, szukał ratunku u Boga, gdyż niewielu pokładało jeszcze nadzieję w potędze carskiej i w orędownictwie cerkwi u Najwyższego. Ale Teofilu, czyś pojmował wtedy świat i ludzi? A i czym w końcu można oszukać głód, jeśli nie obietnicą zaspokojenia go?…

     Rozpaliła się moja wyobraźnia w nadziei, ze uwolnię się od tej przeklętej dwoistości, na nowo rozpostarły się  przede mną łąki niebieskie w rajskiej zieloności, jeszcze wspanialej zajaśniała skarbnica świata, życie ziemskie nabrało sensu i duch poszybował ku królestwu niebieskiemu z nową siłą, i nawet to czujne, surowe i niedowierzające oko, będące we mnie , okryło się ślepotą. I jak dereniowa gałąź, uwalniająca się od śniegu, tak też myśl poczuła się wolna, odetchnęło serce. Tego samego wieczoru napisałem wiersz na cześć łaski bożej, której wreszcie dostąpiłem. Mówiłem sobie: „Od dziś, Enio, znów zaczniesz życie anioła, przezwyciężysz namiętności i pokusy diabelskie i zawsze już szedł będziesz tą drogą, Az dane ci będzie stanąć przed obliczem Boga. A gdy to się stanie, nie będzie już w tobie wątpliwości ni pychy szatańskiej, ni strachu przed Szatanem”.

     Wierzyłem, że pojąłem zbawczą tajemnicę ascezy milczenia. Była ona we mnie, choć nie wiedziałem o tym ― i miłość do Ralicy popłynęła wartkim strumieniem jak woda z zatkanego zdroju, gdyż w takich chwilach dusza pragnie miłości, nawet gdy jest to miłość beznadziejna, albowiem wiara w nieśmiertelność unosi ją w inne, wieczne światy. Wyniosła mnie moja muza na siódme niebo. Cieszyłem się też z mocy moich słów ― nimi to skłoniłem ojca Laurentego, by popatrzył na moją osobę jak na równego sobie i słuchał z zapartym tchem. Pyszniłem się przed sobą i chwaliłem: „Jest w tobie, Enio, moc dana ci przez Boga, by jemu służyła. Sam car ją uznał. Jesteś wybrańcem bożym, przeto z łatwością wniknąłeś w tajemnicą hesychazmu”. Spostrzegłem, że w tych dniach każdy chciał zajrzeć mi w oczy i wiedziałem, że nie dla ich piękna, lecz w obliczu światłości duszy ludzie przystają przede mną zdumieni. A raz pewna staruszka, mieszkająca nieopodal cerkwi Świętych Czterdziestu Męczenników, wbiła we mnie wzrok z takich strachem, że obejrzawszy się, widziałem ją żegnającą się znakiem krzyża…

     Pochwal się, nieszczęsny, który nie śmiesz teraz spojrzeć na swe odbicie i pijąc ze źródła, przymykasz oczy!… Promieniałem pokorą i łagodnością, a wszystko wokół  zdawało mi się błogo mądre ― jakby świat cały oczekiwał cierpliwie końca wieków, by opuścić ziemskie swoje bytowanie i rozpocząć niebiańskie w dzień sądu ostatecznego. Wiele mówiono o końcu świata, o nadejściu Antychrysta i jego wędrówce po ziemi i nieraz ogarniał mnie strach, że tym Antychrystem mogę być ja… Za każdym razem, ilekroć przychodził do nas Laurenty, odprowadzałem go aż do bram, a on nauczał mnie nowej wiary. Pytałem, jak szatan dostał się do raju, by skusić Ewę. dziwiły go moje pytania i mamrotał coś niezrozumiale, toteż sam musiałem szukać odpowiedzi. A ponieważ każdy, ten nieuczony i ten oświecony ― dochodzi częstokroć do tego, że nie pyta już rozumu, gdyż ten nie znajduje odpowiedzi na wiele pytań, a dusza, przeklęta, milczy, przeto rozwiązanie tych zagadek rozumu pozostawiłem biegowi czasu.

   

Męczę się szybko, często odkładam pióro, by odpocząć i zebrać myśli, a i różne wątpliwości przywodzą mnie do rozpaczy ― któż będzie czytał mój żywot i komu on potrzebny w tych strasznych dla naszego przeklętego rodu latach? Pomyślałem więc sobie, że muszę być zwięzły ― nie zdołasz bowiem opowiedzieć słowami wszystkiego ani o świecie, ani o człowieku, choćby była ich moc tak nieprzebrana jak gwiazd nad nami…

     Tego samego roku Ralica wyszła za mąż za Andronika, syna Jana Paleologa. W maju, po Zmartwychwstaniu Chrystusowym, przybyli do Tyrnowgradu w swaty wysłannicy cesarza, a odjechali zabierając ją z sobą. Z radością przyjęto w stolicy ten ślub, który kładł ponoć kres niesnaskom pomiędzy Bułgarami i Grekami i wiązał ich w unię przeciw Turkom. Dzwoniono w dzwony, tańczono i śpiewano „Otwieraj, Kolio, wrota, bo jedzie car, śmiały junak”. Kler patriarszy z carem i dostojnikami carskimi, z najbardziej doborowymi drużynami rycerzy towarzyszyli Keracy aż za Starą Płaninę do Romanii, zaś Enio zwarzony szronem duchowym uciekł z Carewca, wałęsał się po okolicznych wzgórzach i pocieszał oczekującą go łaską bożą, której obietnice niosła mu nowa wiara. Zabrano mi piękną Keracę, ale ona i tak z carskiego rodu i żoną cara tylko być może, któż jednak może mi odebrać Pana Boga? I tu jest skarbnica świata ― raduj się, Enio, w smutku i czekaj zwycięstwa prawdy, która jest ponad patriarchami i świeckimi, ponad carami i ich podwładnymi. Teraz zaś, kiedy znam już cenę wielu rzeczy i wiele zagadek ludzkich, powiem tylko ― nie odbierajcie człowiekowi tego, co w nim piękne, albowiem jest ono ważniejsze niźli chleb powszedni, strzeże źródła nadziei, a my wyzbywszy się go z chciwości lub z pragnienia dóbr doczesnych, stajemy się bydlętom podobni.

     Tęskniłem za Ralicą i układałem dla niej wiersze, wyobrażałem sobie, jak podróżowała przez gorącą Romanię czy to w karecie, czy w purpurowej lektyce niesionej przez eunuchów, czy też w namiocie na grzbietach mułów lub wielbłądów, i jak przywitali ją Grecy w Carogrodzie*. Widziałem ją w myślach w pałacu: tam, eunuchowie-kubikolariosi* przebiorą ją, założą tunikę, złote szaty i kolorowy płaszcz zdobiony rubinami i perłami… A gdy padał deszcz i nocą szemrała spadająca z rynny woda zbierana w kotle do kąpieli, śniły mi się uroczyste msze bizantyńskie i w myślach byłem w ginekeionie*, gdzie córka carska siedziała otoczona gołobrodymi strażnikami przybocznymi, silenriarosami*, damami dworu i córkami dostojników. I słyszałem okrzyki tłumu podczas zaślubin: „Święta! Święta! Święta!…” Dość już, Teofilu, jeremiaszowego opłakiwania uprowadzonego anioła i opowiedz, dlaczego uciekłeś z domu.

     Uciekłem jesienią wkrótce po śmierci szwagra carskiego, Duszana, którego gorzko opłakiwano w Tyrnowgradzie, choć tenże król serbski przywłaszczył sobie wiele ziem bułgarskich. W owym czasie ojciec kończył malowanie fresków w klasztorze Przemienienia Pańskiego, który z polecenia cara Aleksandra został zbudowany przez eremitę dla upamiętnienia chrztu Sary. A ponieważ ukończyłem szkołę chartofilaksa, ojciec chciał, abym mu pomagał. Miał nadzieję, że zostanę malarzem, ale malowanie ani mi nie szło, ani tez nie pociągało. „Leniwyś ― mawiał ojciec ― uciekasz od pracy” ― i nie dostrzegał, że moja siła jest w słowie. Pewnego dnia znalazł wiersze o Ralicy i przeczytał. Był gniewliwy, przyziemny, choć duszę miał wrażliwą, i gdy się złościł, oczy stawały się jak brzytwy. Teraz wiem, że sprzeczności w człowieku są jak drewniane rusztowanie podpierające dom i pojmuję, co z niego był za człowiek. Przyziemność wybawiała go od szaleństwa duszy… Mówił, że na próżno traciłem czas na głupie marzenia, kochanie się w córce carskiej i filozofowanie. Nie wiem, jak wtedy się uśmiechnąłem, ale mój uśmiech go rozjuszył, gdyż wyczuł, że drwię sobie zeń. To prawda ― drwiłem, ponieważ znałem jego najskrytszą tajemnicę. A była ona taka: kiedy zaczynał malować anioła, Bogurodzicę lub służebnicę bożą, zawsze rozpoczynał tym samym obrazem pięknej kobiety. Najpierw przedstawiał ją po świecku z oczami jak gwiazdy poranne, z rzęsami jak promienie. Potem czynił stopniowo żywe piękno ziemskie bardziej oschłym i rumiana, słodko zaokrąglona twarz wydłużała się, stawała się blada, miała nienaturalnie zaokrągloną bródkę, cierpiętniczy wyraz i pogrubione brwi. Patrząc jak zaciera piękno, błagałem, by tego nie czynił i pozwolił nacieszyć się nim. Ojciec uśmiechał się i mówił, że tak się nie godzi, gdyż obraz nie nastraja duszy do pokory i modlitwy, lecz do grzechu. Pytałem przeto ― dlaczego rozpoczyna go w ten sposób? Dlatego ― odpowiadał ― że i święci byli wprzódy jako wszyscy ludzie, a potem odmienili się poprzez posty i cierpienia dla Chrystusa. A nie można osiągnąć świętości, jeśli nie ma się przed oczyma tego, co ziemskie. Spytałem go zatem raz jeden: „Czy piękno ziemskie jest dziełem szatana?”. „Nie dorosłeś do takich sądów. Nie zawsze piękno jest dziełem szatana, jednakże po dzień dzisiejszy Bóg i szatan nie rozdzielili go pomiędzy siebie, więc jakże mogą to uczynić ludzie”. Tak mnie pouczył, nie podejrzewając, że te pytania dręczą mój umysł.

     I oto, ubiegłego roku na świętego Iwana Brulię widziałem w cerkwi kobietę, której twarzą rozpoczynał ojciec malować świętych i Bogurodzice. Była to Marica, zona protostratora* Baldii. Nigdy nie przyglądałem jej się bliżej i dopiero wtedy dostrzegłem w rysach twarzy, noszących już ślady przeżytych lat, jej obraz w młodości i powiedziałem sobie: „A zatem, Enio, twój ojciec też kochał dziewczynę z carskiego rodu”. Albowiem Marica była potomkinią niezapomnianego cara Michała Sziszmana, którego Serbowie zabili pod Welbużdem.

     Wyczytawszy drwinę w moim uśmiechu, ojciec uniósł się gniewem i nalegał, żebym mu wytłumaczył, co to wszystko oznacza.

     ― To ― odrzekłem ― że i ty kochałeś kobietę z carskiego rodu, Maricę, i wciąż rysujesz ją taką, jaka była w młodości.

     Omal nie powalił mnie na ścianę uderzeniem w twarz.

     ― Szatan cię opęta, jeśli już teraz zaprzątają twoją głowę podobne rzeczy i wstydu przed ojcem nie masz! Od dawna ci się przyglądałem i wiem, co za biesy kręcą się koło ciebie. Precz mi z oczu, diabelskie nasienie, żebym cię więcej nie oglądał!

     Zdzielił mnie w plecy, aż uderzyłem się o  drzwi. Nie zapłakałem. Górę wzięła duma i jeszcze coś ― zobaczyłem jak ojciec patrzy na mnie strasznymi oczyma. Widział we mnie diabła, gdyż znał go i miał go w sobie, i z pewnością zmagał się z nim. I nikt nie wie, czy zdołał go pokonać, czy tez diabeł machnął ręką przekonawszy się, że ojciec nie ulega pokusom. Ale jak poznał, że jego syn jest diabelskim nasieniem? W czym widział we mnie diabła? Czy w tym, że zacząłem doskonalić się w ascezie milczenia ― mówiłem mało i krótko, chodziłem zamyślony, zasmucony ― sposobiłem się do ciężkich prób przed otrzymaniem łaski bożej. A może dostrzegał diabła w moich wierszowanych modlitwach, w miłości do Ralicy? Albo też przerażała go moja niezwykła uroda, którą uważał za źródło grzechu? Poprzez siebie osądzał mnie, jego oko widziało dokąd zmierzam i serce ojcowskie lękało się otchłani ducha, w którą, choć był artystą, nie chciał się wpatrywać. Zauważyłem tę jego surowość ― strach przed własną duszą; nieraz byłem świadkiem, jak unikał objaśnień prawd wiary, jak tłumił je w sobie i udawał wobec nich głuchego. A śpiewał pięknie i często dobiegały mnie westchnienia po cicho zaśpiewanej pieśni, i wyobrażałem sobie zawsze, że w takich chwilach stawał u bram piekła. Na matczyne strachy, wierzenia w cuda i ozdrowieńczą moc relikwii nie zwracał uwagi, pozwalał wierzyć, w co chciała i nie zajmował się niepokojami jej duszy. Pojmował Boga po swojemu, jednakże nikomu nie zwierzał się, bowiem pewnie trudno byłoby mu wyrazić to przed samym sobą. Oto jakim człowiekiem był zograf carski Teodor Samołaz, którego wszyscy w Tyrnowgradzie mieli w poszanowaniu i którego jedynie ja znałem najlepiej.

     „Diabelskie nasienie” podpowiedziało mi, jak widzi mnie ojciec, dotknęło i wzbudziło zawziętość. „Uciekasz od światłości Taboru, aby cię nie oślepiła, wszak nawet apostołowie nie śmieli spojrzeć na wznoszącego się do nieba Chrystusa. I straszysz nią syna, boś słaby duchem i wyrzekasz się go. Lecz Enio łaknie i będzie łaknął najwyższej łaski, która odsłania prawdy świata i zbliża do Boga! A będąc dzieckiem szatana, pragnie jej bezgranicznie, gdyż tylko ona może mu przynieść zbawienie”. Tak rozmyślałem i raz na zawsze odwróciłem się od ojca. I znów dusza osowiała, usłyszawszy o tym „diabelskim nasieniu”, wzmógł się strach przed szatanem, znów zaczęła mnie dręczyć okrutna myśl, że sercem jestem z Bogiem, umysłem zaś przy wiecznym kusicielu, a i na swą urodę zacząłem patrzeć ze strachem i podejrzliwością. Wyspowiadałem się Laurentemu, a ten: „Więcej pokory, bracie! Pycha jest w tobie. Musisz pościć i dążyć do ubóstwa cielesnego. I cierpienie, cierpienie w doskonaleniu się, aż okiełznasz grzeszne myśli, które błądzą między dobrem a złem”. 

     Dojrzewało we mnie postanowienie zostania hesychastą, lecz powstrzymywała mnie miłość do matki i młodszej siostry Kalii. Nie minął nawet tydzień, gdy z zamku zaczęto nalegać, abym został pisarzem carskim. Ojciec ucieszył się ― nic lepszego nie mogło mnie spotkać: bogactwo, dostojeństwo, uznanie i łaskawość carska. Będę mieszkał w pałacu, poznawał sprawy państwowe, pisał bulle i słuchał, z czym przybywają poselstwa. Może pojadę nawet do Konstantynopola…

     Popadłem w rozmyślania: „Czart znowu pokazuje rogi, by pojmać cię na sługę, Enio. Chce zdusić w tobie światłość, pozbawić łaski bożej. Jeśli ulegniesz, przyjdzie ci siedzieć całymi dniami w księgach, drapać się gęsim piórem za uchem i obrastać tłuszczem. Tam kusy uwił sobie gniazdo od niepamiętnych czasów. Toż tylko sługą carskim będziesz, z okna przyjdzie ci oglądać skarbnicę świata jak strażnikowi więziennemu. Nic z tego, ucieknę!”. Z drugiej strony nęciła mnie nadzieja ujrzenia Ralicy, cesarzowej Bizancjum, jeśli w istocie posłaliby mnie z poselstwem do Greków. Jednakże światłość Taboru wzięła górę nad moim beznadziejnym marzeniem i innymi pokusami. Tak też się stało i muszę wam wyznać, bracia, że ten drugi Enio, innymi słowy, ta niewidzialna, lecz władcza dusza we mnie, zawsze była górą w decydujących chwilach, odrzucała rady rozumu i przysparzała mi, szalona, wszelakich nieszczęść, biedy i cierpień. Ale nawet teraz, choć udręczony i zhańbiony jej lekkomyślnością, oddaję jej cześć, kłaniam się uniżenie i wielbię za najwyższą wszechmądrość, która nie zważa na wygody, dobra doczesne i sławę, ani też na szczęśliwość ogniska domowego. Jest ona bowiem syjońską jawnogrzesznicą i strzygą, ciekawą zaświatów, by poznać prawdę o sobie. Udręczyła ciało i zamroczyła umysł, żyję w piekle i dla niej otarłem się o raj i sam już nie wiem, czy niosę z sobą światło czy też mrok, czym diabeł czy strącony do piekieł Bóg…

     Wyznałem Laurentemu w czym rzecz i postanowiłem uciec, prosząc, by zaprowadził mnie jak najszybciej do Kefalarewskiego klasztoru i by tam mnie podstrzyżono na mnicha. Wziąłem wierzchnie odzienie i na zawsze opuściłem dom rodzinny. Był piątek, dzień narodzin Świętego Iwana…

IV

     Budzę się co rano z ciężkiego snu, wsłuchuję się w siebie i pytam duszę: „Co cię dręczy, tułaczko na niebie i ziemi?”. A ona uśmiecha się jak dziecko po płaczu i dalej czeka, złakniona nowych cierpień. I umywszy twarz przy źródełku, wracam powoli ścieżką i na czczo sięgam po pióro….

     Odkąd Teodozjusz Tyrnowski powrócił z Parorii i z woli cara Aleksandra zbudowany został klasztor Kefalarewski, wiele mówiono o sławnym starcu. Gościł go Tyrnowgrad, przeto i ja mogłem widzieć go z daleka. Jedni nie wierzyli w hesychazm i wraz z patriarchą Teodozjuszem ganili go, że jest uczniem patriarchy greckiego Kalista, a inni, zwłaszcza niższe duchowieństwo, czcili go za życia jak świętego.

     Wędrowaliśmy z Laurentym cały dzień i po drodze opowiedział mi, jakie zwyczaje są w klasztorze, co zobaczę i co mnie czeka. Do Kefalarewa dotarliśmy o zmierzchu i zanim wspięliśmy się na Mokrą, zapadła noc, toteż idąc przez ciemny las, żegnaliśmy się często ze strachu. Wreszcie w górze zaczęły ujadać psy klasztorne i ukazała się święta ławra ― prawdziwa twierdza z grubymi murami i wieżą ― a wokół niej trzy wysokie szczyty niczym stogi siana, a nad nimi diamenty niebieskie. Im mroczniejszy i groźniejszy wydawał się klasztor, tym jaśniejsze było niebo nad nim.

     Na próżno kołatał Laurenty do bramy. „Chodź za mną ― powiada. ― o tej porze nas nie wpuszczą” ― i poprowadził mnie przez las jakąś ścieżką. W pewnej chwili ktoś zawołał niezrozumiale, jakby nam wymyślał, i ujrzałem erem przypominający walącą się chatę. Ominęliśmy go z daleka, Ścieżka długo wiła się pod górę i cały byłem zlany potem. Spytałem Laurentego, dokąd mnie prowadzi. Szukał pasieki, w której moglibyśmy przenocować, „Skąd tu pasieka na tych szczytach ― powiadam. ― Sam nie wiesz, dokąd mnie prowadzisz”. Przyznał się, ze pobłądził i ogarnia go strach. I gdy tak błądziliśmy po ciemnym lesie, ujrzeliśmy naraz inny erem, większy i na bardziej odsłoniętym miejscu, z dwoma izbami, których okna wychodziły na wschód. Laurenty zastukał do drzwi, ale nikt się nie odezwał.

     „Wybacz, ojcze. Prowadzę nowego brata” ― powiedział Laurenty, lecz dalej było ponure milczenie i głębokie, czarne cienie, gdzieś płynęła woda i niczym duchy nieczyste pohukiwały puszczyki. Ogarnął mnie strach i zapytałem siebie: „I tu ma być światłość Taboru, w tym dzikim lesie i w tej ponurej twierdzy? Gdzież przywiódł mnie Laurenty?” a on obszedł erem z drugiej strony, pociągnął mnie za rękę i wskazał okno. „Przeżegnaj się ― mówi ― i módl się!”. Patrzę, z okienka wydobywa się światło, ale nie takie ze świecy czy lampki oliwnej, lecz szczególne. Laurenty zaś pochlipuje: „Stał się wielki cud, bracie. Święty, Święty się modli…” „Nie widzę go ― rzekłem. ― widzę tylko światło.” A ten popycha mnie bliżej. I wtenczas ujrzałem Świętego, z rękami wzniesionymi do góry, wpatrzonego w drewniany sufit, całego w blasku, który rozpraszał się po eremie jak świecąca mgła i niknął nieuchwytnie dla oczu. Straszny wydał mi się starzec w maleńkim eremie, jakby był zamknięty w klatce bożej. Posiwiałe włosy opadały na habit, twarz i ręce promieniały blaskiem…

     Laurenty uklęknął, przeżegnał się i szeptał: „On to jest, on… Panie nasz… Cud to wielki, Bóg zsyła błogosławieństwo”. Jęczy jak obłąkany i bije pokłony. Z oczu starca popłynęły rzewne łzy, spływały po brodzie i trwał tak w uniesieniu, jakby nie był tu, na grzesznej ziemi, lecz w niebie przed samym Bogiem. Poczułem wtedy, ze wstąpiła we mnie i wstrząsnęła mną jakaś moc, ogarnęła duszę i przygniotła niczym pokrywą. Zadrżałem cały, upadłem i ja na kolana. Wiem, że szlocham, ale uszy nie słyszą szlochu, strach i nieziemska radość zmagają się w mym sercu i czuję, że staję się jakby bezcielesny…

     Laurenty uderzył czołem o ziemię, zerwał się i pociągnął mnie za sobą. Nie należało dłużej podglądać starca, bo to grzech, lecz obudzić mnichów, by uderzyli w kołatki i odbyli nocne czuwanie. Powstrzymałem go jednak. Powiadam mu ― może inni tez dostąpili tego błogosławieństwa. Stój spokojnie, bo Bóg nie lubi próżnej wrzawy. I oddaliliśmy się od eremu. Nie wiedząc dokąd idziemy, znaleźliśmy się pod jakąś szopą i tam położyliśmy się spać, ale sen nie nadchodził. Laurenty rzekł: „Bóg cię kocha, bracie. Skoro tu przyszliśmy, to znak, że anioł wskazał nam drogę do eremu i na własne oczy widziałeś jak Święty rozmawia z Bogiem. Ja zaś przez tę przeklętą słabość do malowania już snadź pozostanę niegodny” ― i obejmował mnie i całował. Prześcigaliśmy się w czynieniu radosnych nadziei i w myślach bożych ― niczym zakochani, którym obiecano rozkosze niebiańskie. I zasnęliśmy o świcie na trzaskach i owczym łajnie…

     Obudził nas klasztorny koziarz z kozami, psy rzuciły się z ujadaniem, potem przyszedł mnich-zielarz i zaprowadził nas do klasztoru, do igumena*. Laurenty opowiedział mu, cośmy widzieli w nocy, igumen przeżegnał się i wciąż mi się przyglądał. I tak dostaliśmy się do ławry, gdzie przywitał nas szmer źródlanej wody ze studzienki i białe kolumny wspierające krużganki niczym świątobliwi mężowie. Wieża w rogu wzywała Boga, na dziedzińcu leżał chłodny cień, a nad wszystkim roztaczał się błękitny jedwab szat anielskich.

     Kazano nam poczekać, dopóki nie zawołają. Siedzimy z Laurentym na kamiennej ławie, spoglądamy na siebie, a z oczu naszych bije radosna tajemnica  i spaja naszą miłość. Czułem się rześki i czysty jak kwiat skąpany w rosie. I tylko myśl, że matka wylewa łzy, drążyła sumienie, ale cóż było począć? Czyż miłość do Boga nie stoi wyżej ponad każdą inną i co może być więcej warte od tej mojej radości i oczyszczenia? Czyż między mną i ojcem nie było nienawiści, a i niebezpieczeństwa, że zmarnuję duszę w pisarskiej izdebce na zamku? Czyż nie przemówił przeze mnie diabeł? Gdybym pozostał w Tyrnowgradzie, czy mógłbym przezwyciężyć namiętności? Wczorajszy cud potwierdzał moje myśli. Zwierzyłem się z nich Laurentemu, przyznałem się, że diabeł chce mnie skusić.

     „Od dziś będzie ci się ukazywał pod różnymi postaciami” ― powiedział i była to prawda z prostych najprostsza, ale później pojąłem, że Bóg nie posiada nawet połowy tych pokus i wcieleń, jakie posiada jego wróg. Ale o tym później, teraz zaś o Eutymiuszu i o tym, czym zmącił mój spokój ten znakomity mąż. Może  bojarską postawą i świeckim zachowaniem, niestosownym dla stanu duchowego, a może zdrowym wyglądem człowieka świeckiego, że aż chciało się zapytać, dlaczego posty i czuwania nie pozostawiły żadnych śladów ani na twarzy, ani na postaci jego? A może obraził mnie spojrzeniem, w którym wyczułem niedowierzanie? Przyjął nas w czysto wybielonej igumenarii*, stojąc, bez kamiławki*, wysoki, dostojny i obojętny, że wita nowicjusza. Dlaczego tak na mnie spojrzałeś Wasza Wielebność? Czy powstrzymała cię i przestraszyła moja uroda, ciebie, zakochanego w Świętej Paraskewie, twej niebiańskiej narzeczonej z najwyższego Jeruzalem, do którego mieszkańców zaliczałeś się i ty? Ty, żarliwy obrońca słowa i wielkiej mądrości, ozdoba i wcielenie wielu cnót najwyższych, prawodawca życia klasztornego, zwątpiłeś w moją miłość do Boga i niemal chciałeś ugasić moje pragnienie świętości, miast mnie wesprzeć i zachęcić! Dlaczego tak chłodno wysłuchałeś natchnionej opowieści Laurentego o cudzie, jakbyś nie wierzył, że to możliwe? Składałem ci wtedy w darze swą duszę i któż inny, jeśli nie ty, winien był wiedzieć najlepiej, co to znaczy? Duszę bowiem składa się w ofierze tylko Bogu, a ty byłeś dla mnie jego wysłannikiem. A może pomyślałeś sobie: „Przychodzicie tu, by zrzucić swoje grzechy na cudze barki. Nie dam się nabrać”. Nie, ty nie mogłeś tak pomyśleć, albowiem byłeś odważnym duchem, lecz, Wasza Wielebność, wierzyłeś nie tyle w człowieka, co w Boga. Ot i co. Kim byłeś dla mego czujnego oka? Ono też badało cię wówczas. Czy myślisz, że było mniej bystre od twoich oczu? Ty byłeś połączeniem wiary i woli, najjaśniejszego ducha i spętanego ciała, byłeś mądry, miałeś bogate doświadczenie, ale moja młodość cię zwiodła. Strzeżcie się, bracia, oczu i pamięci poety, tego, który teraz widzi i pojmuje, choć wysławia później! Patrzy przezeń duch mądrości świata, a jedno jego oko jest okiem diabła, drugie zaś okiem Boga, toteż dostrzega to, co ziemskie i nieziemskie.  I tak rozdwojony zwraca się często ku najwyższemu z zapytaniem: „Dlaczego, Boże, żądasz od ludzi, by się ograniczali i nie pozwalasz im być jako wezbrane rzeki, które choć niosą męty, to jednak grzmią na złe i na dobre, dlaczego nienawidzisz żywiołów w człowieku i przyuczasz go do pokory? Czy dlatego, że nie jest w zgodzie z twoim królestwem, a może dlatego, że jesteś bezsilny w obliczu swego rywala, Szatana?”.

     Człowiek świecki i bojar, którym byłeś, Wasza wielebność, obraził mnie, gdyż nie był podobny do tego, którego widziałem w nocy. Z pewnością Święty to zrozumiał i dobrze ocenił tę twą istotę ukrytą pod habitem, tobie powierzając troskę o braci i sprawy klasztoru. A gdy dusza napotka sprzeczność, zraża się i milczy zawiedziona. Ja też milczałem postawiony przed tobą i pozwalałem Laurentemu mówić za mnie, przyglądałem się i starałem się zapamiętać każde twe poruszenie, by później tłumaczyć je sobie, odtwarzając w pamięci i roztrząsając w duszy. I zdumiało mnie to połączenie bojara i świętego, później jednakże, gdy nagi leżałem w celi, a z lewa i z prawa napastowały mnie biesy, one właśnie pomogły mi znaleźć wyjaśnienie. A jeden z nich podszepnął mi o tobie: „Konieczna jest wielka duma i pogarda dla siebie, dla ludzi i świata, byś mógł stać się święty, a dumę tę musisz ukryć pod płaszczem pokory”. Pokora zaś to niezmierzona przepaść, Wasza Wielebność, i pogrzebałeś w niej swój bojarski blask i świecką dostojność, by zastąpić je nieśmiertelnym blaskiem świętego. Jednakże wielmoża żył w tobie, a wielmoża jest rozkazodawcą i wodzem także w królestwie Chrystusa. Kroczyłeś zapatrzony w rozkosze i wielkość wysokiego Jeruzalem, w imieniu którego rządziłeś i nauczałeś, a ponieważ oczy miałeś wpatrzone w Boga, nogi nie wiedziały, po czym stąpają. Chciałeś jednako kochać rodzonego brata na równi z Grekiem, Serbem, Wołochem, gdyż równymi czyniło ich wysokie Jeruzalem. Czemuż nie pomyślałeś, że jeśli to Jeruzalem jest kłamstwem, to oddasz żywe ciało swego narodu i jego krew innym narodom?…

     Ech, wielka ławro Teodozjusza, twierdzo duchowa i ludzka męczarnio! Byłaś klasztorem obłąkanych, czy też strażnicą na drodze do tronu bożego? Czyś była areną dla tych, którzy sięgali po nieosiągalne, czy może zbiorowiskiem niegodnych złoczyńców rodu bułgarskiego, szkołą oświaty, czy ciemnoty? Nie osądzam cię, bo któż może osądzać szaleństwa ducha w jego dążeniu do Boga?…

     Teraz, kiedy i ty, wielki kapłanie, spocząłeś na wysokim stosie ofiarnym, na którym naród bułgarski złożył tylu rycerzy prawdy i sprawiedliwości, tylu miłujących wolność, widzę cię jako górę opromienioną porannym słońcem i nie gniewaj się, że chciałem poznać twą tajemnicę. Poeta jest ciekawy i lekkomyślny jak dziecko i częstokroć sięga po to, po co nie powinien, aby zgłębić zagadkę świata i człowieka. A ona pozostawia w jego duszy piętna niczym rany i moja dusza także, bracia, pokryta jest takimi piętnami niczym garbowana skóra, która przeszła przez myto świata…

    

Przerwałem i ukryłem się w lesie, gdyż koło klasztoru ciągnęły bandy łupieżców, pędzono z Bogdanska ― wziętych w jasyr ― Wołochów i Węgrów, same młode kobiety, dziewczęta i chłopców. Ale, Bogu dzięki, przeszli…

     Tak więc, przyjął mnie Eutymiusz na ucznia. A w owym czasie kończono jeszcze budowę świętego klasztoru. W niektórych celach brakowało sufitów i podłóg, a i pieców, i schodów gdzieniegdzie, toteż ci z braci, którzy znali się na kowalstwie i murarstwie trudzili się, jak mogli, by ukończyć pracę przed zimą. Ja zaś usługiwałem im, sprzątałem cerkiew, myłem, nosiłem belki i usługiwałem każdemu prócz igumena. Eutymiusz trzymał mnie z dala od siebie ― usługiwał mu inny nowicjusz ― ale wiedziałem, że nie spuszcza mnie z oka i czeka aż jego obawy się sprawdzą. Dlatego też umyślnie starałem się być przykładny w posłuszeństwie, a nade wszystko w pokorze. Moja uroda zniewalała mnichów, więc starali się ulżyć mi w pracy i niekiedy nie ja byłem ich uczniem i sługą, lecz oni moimi. Udawałem jednak, że tego nie dostrzegam i nie skarżyłem się ― niech powiedzą Eutymiuszowi, że się myli, niechaj moje czyny rozwieją jego obawy. Wieczorem na wpół żywy kładłem się spać w izbie obok kuchni klasztornej, gdzie popielnice turlały po suficie orzechy, pachniało wiecami i mysinami. Modliłem się rzadko ― nie miałem na to ni sił, ni ochoty. Przed snem przebierałem różańcem, który zrobiłem z żołędzi, myślałem o rodzicach, o Tyrnowgradzie, o carycy Ralicy, przypominałem sobie jakiś dawny wiersz i robiło mi się lekko na duszy; niemoc ciała oddalała myśli i zasypiałem mocnym, spokojnym snem. A był to dopiero początek. Czyżby diabeł nie miał dostępu do świętego klasztoru? „Bogobojność, Enio, bogobojność i cierpliwość ― mówiłem sobie. ― Nie pusz się, nie pysznij, nie mów ktoś jest i jaki, milcz o swoich talentach i bądź pokorny duchem, sposobiąc się do wielkich spraw. Jeszcześ nie dostąpił wtajemniczenia i nawet cię nie podstrzyżono. Niech igumen nie wierzy w twoją pobożność. Przestraszyła go twoja uroda, tak jak przestraszyła twego ojca. A może on też zobaczył w tobie diabła? Tego diabła zostawiłeś w Tyrnowgrodzie i zapomnij o nim! Oto, w tej godzinie Święty znów pewnie przebywa z Bogiem. Ty też dostąpisz łaski, światłości Taboru, jeśli starczy ci wytrwałości”. Nie przestawałem myśleć o Teodozjuszu takim, jakim zobaczyłem go w eremie. Rzadko opuszczał pustelnię, by przyjść do klasztoru nauczać, doglądać robót i dodawać otuchy. Ale nawet w świetle dziennym starzec wzbudzał świątobliwy szacunek i gdy zobaczyłem go po raz pierwszy, jak wchodził na dziedziniec, podpierając się prostą laską, wolnym, spokojnym krokiem, w zniszczonym habicie ― blady i nieziemski ― wydało mi się, że wraz z nim wchodzi do ławry sama łaska boża. Gdy tylko się pojawił, zbiegli się natychmiast mnisi, stawali w dwu szeregach i kłaniali się do ziemi, a on błogosławił. Eutymiusz witał go, całował w rękę i wprowadzał do środka…

     Porównywałem ich ― starzec był dla mnie prawdziwym świętym, a Eutymiusz wydawał mi się jeszcze bardziej ziemski. Może dlatego, że był jeszcze młody, a ja będąc z Jego Wielebnością w walce, starałem się go pomniejszyć…

     Piękne były te jesienne dni w świętym klasztorze, karmiły duszę swym delikatnym światłem, napełniały spokojem, marzeniami i pragnieniami! Od świtu do zmierzchu nie miałem wytchnienia od mszy cerkiewnych i od wszelkiej innej pracy ― to byłem pomocnikiem cerkiewnym, to murarzem, to znów waliłem młotem kowalskim, to chodziłem po wodę do studni, ale duszę wypełniała radość. Od wczesnego rana zaczynały się psalmodie*, rozlegał się donośny, gruby głos ojca Dionizego, sławnego tłumacza i komentatora ksiąg bizantyjskich. Dyktował ponad dwudziestu przepisywaczom w dużej świetlicy, a ich pióra skrzypiały i szeleściły niczym jedwabniki gryzące nić morwy. Mijały jeden za drugim jasne, ciche i ciepłe dni, nad trzema kopiastymi wzgórzami wisiało łagodne niebo. Było tak piękne, że jego widok zapierał dech w piersi, a serce wyrywało z niej westchnienia, marząc o tym, by wzbić się wysoko, wysoko… Lasy stały nieme w oczekiwaniu na wiatr i płonęły ogniami jesieni. A wiatr, jak niewidzialny żebrak, zaszumiał lekko, wyżebrał od jakiegoś buka garść złota i znikał z bezgłośnym szmerem.

     Bywało, że w takie dni rozbrzmiewały w lasach klasztornych rogi myśliwskie. Car Iwan Aleksander polował ze swymi dowódcami, a ponieważ Jego Wysokość lubił wszelkie rozkosze duchowe i cielesne, psalmodie, uroczyste msze i widowiska, lubił tez polowania i trzymał wiele ogarów i chartów, dobierał je wedle gustu i rozkoszował się psią muzyką. Całymi godzinami słuchaliśmy odgłosów gonitwy i czekaliśmy, kiedy car przybędzie do ławry, aby się pokłonić. Działo się tak niemal zawsze ― wchodził przez bramę z odkrytą głowa, przez ramię miał przewieszony róg myśliwski zdobiony srebrem i perłami, a za nim wtaczała się świta. Psiarze z psami i chłopi naganiacze zostawali za bramą, skąd dobiegała wielka wrzawa. Młódź klasztorna biegła zobaczyć upolowanego zwierza ― jelenia z wywieszonym językiem i szklanym wzrokiem, sarnę lub dzika. Inni spieszyli przyprowadzić świętego męża z eremu do izby carskiej, w której Iwan Aleksander czekał z szacunkiem.

     Nazajutrz po bytności cara rozchodziły się słuchy o niesnaskach między Teodozjuszem i patriarchą tyrnowskim, których car pragnął pogodzić. Mówiono, ze patriarcha grecki oburzał się na naszego, iż ten nie chciał przyjąć mirry z Konstantynopola, lecz posługiwał się mirrą z relikwii świętego Dimitra i świętej Warwary, ze już to z powodu tych i innych rozdźwięków nie można było zawrzeć prawdziwej unii przeciw Turkom i tym podobne.

     Nie chciałem wiele wiedzieć o tych starych waśniach cerkiewnych i cieszyłem się skarbnicą świata bardziej niźli kiedykolwiek, gdyż w tym czasie krzepłem na ciele i mężniałem, a myśl powstrzymywana była posłuszeństwem i oczekiwaniem przyszłości. I pewnie doczekałbym tak zimy, gdyby nie przybyli do ławry moi rodzice. Przybyli konno i wkrótce przybiegł mnich, by mnie zawołać. Robiło mi się nijako, nie miałem chęci pokazać im się na oczy. Wybacz mi, Boże, że przez całe życie nie byłem uległym synem, ale przecież i ty wyrzekłeś się na krzyżu własnej matki, a o swym ziemskim ojcu nawet nie wspomniałeś. W igumenarii, gdzie z uwagi na wysoką pozycje zografa carskiego ojciec został przyjęty przez Eutymiusza, stanąłem pokornie przed rodzicami, wbijając wzrok w deski podłogi. Matka szlochała bezgłośnie, jej oczy zadają mi ból i błagają, chciałaby wziąć mnie z objęcia. Ojciec przygryza wargi, kipi z gniewu i oburzenia, a Moja Wysokość powiada: „Ojcze i ty matko, wiecie, że poświęciłem się Bogu i miłość do Pana naszego Jezusa Chrystusa silniejsza jest od miłości synowskiej. Kochacie mnie miłością ziemską i nie chcieliście dać mi błogosławieństwa na drogę. Na pisarza chcieliście mnie dać, abym został z wami. Uciekłem przeto bez pożegnania do królestwa Chrystusowego w wielkiej ławrze. I błagam was, nie mąćcie teraz spokoju mej duszy, bo popełnicie grzech ciężki przed Bogiem, albowiem to on wyznacza człowiekowi, kim ma być i nie pyta rodziców o zgodę, gdyż taka jest wola niebios, niedostępna dla rozumu ludzkiego. Odejdźcie w pokoju i miejcie nadzieję w Chrystusie i moich modlitwach”.

     Mówię i ukradkiem spoglądam na Jego Wielebność. A ten mierzy mnie wzrokiem ― zdziwił go snadź mój język, rozgorzały ogniki w jego oczach, na wysokim czole między brwiami pojawiły się dwie zmarszczki. Wysłuchał mnie i rzekł: „Odejdź, dziecko, ja sam pomówię z twymi rodzicami” ― i wskazał mi drzwi piękną ręką, na której wisiał różaniec z białych ziaren.

     Wyszedłem z igumenarii jak zamroczony i spytałem siebie: „Gdzie twoja pokora, Enio? Czyżby to kozionogi kazał ci tak przemówić, aby zadziwić Jego Wielebność? Czemuś nie mówił bez pięknosłowia i mądrości? Chcesz, aby Eutymiusz docenił cię jak najrychlej” ― i tak byłem wstrząśnięty swym postępkiem, że długo stałem zamyślony na dziedzińcu. Kiedy zobaczyłem ojca i matkę schodzących z przygnębieniem po schodach z drugiego piętra, gdzie mieściła się igumenaria, zrozumiałem, że jego Wielebność uspokoił ich i przekonał, by dali mi spokój. Ojciec pogodził się, objął mnie chłodno, niezadowolony, i po uścisku poznałem, że żegna się ze mną jak z umarłym. A matka, nieszczęsna, rozpłakała się, oblała mi twarz łzami i długo żegnała się wzrokiem, ja zaś stałem przy głównej bramie i patrzyłem w ślad za nimi jak niewolnik, który sprzedał sam siebie. Walczyła we mnie miłość synowska, najszczersza w tamtej chwili, z miłością do Boga i moimi wyobrażeniami o świętym życiu. A gdy rodzice zniknęli za zakrętem w dolinie, poczułem się jak sierota i rzekłem: „Człowiek jest samotny w swej skrytości i choć spotyka się i rozstaje z wieloma ludźmi, zawsze pozostaje samotny, dlatego też nie może żyć bez Boga”.

     Przyszedł mnich z poleceniem, bym szedł do Jego Wielebności. Wszedłem na schody, zadudniłem trepami po krużgankach i myślałem o tym, jak przyjmie mnie Eutymiusz ― wszak dowiedział się teraz o mnie wszystkiego, a przedtem nie wiedział nawet, kim jestem. I w istocie, spojrzał na mnie innymi oczyma, ale było to spojrzenie bardziej czujne niż kiedykolwiek. „Usiądź, dziecko ― powiada ― porozmawiajmy”. Patrzę, a na stole lezą kartki papieru ― zmiętego, pożółkłego ― i poznałem swoje rękopisy. Nie pomyślałem, żeby je zabrać lub ukryć, i oto, ojciec dał mu wszystkie. „Czemuż nie powiedziałeś mi, że układasz wiersze, dziecko, że posiadasz taki dar boży? Godna pochwały jest twa pokora, ale takiego daru nie należy ukrywać. Bóg obdarza nim, by nieść pokrzepienie i radość duszom ludzkim. Jest on wielką pociechą i siłą, jeśli chwale bożej służy, ale może też stać się trucizną, jeśli służy szatanowi i zwodzeniu ludzi, albowiem słowa są jak młot wykuwający kształt duszy i niczym znaki przewodnie pokazują, dokąd dusza zmierza. Przeczytałem twoje modlitwy i świeckie wyznania i uwierzyłem w twój dar. Nazbyt jednak młodyś, bym mógł osądzić, komu będzie służył ― diabłu czy Bogu. A może zatrzymasz się pośrodku, co by znaczyło, ze będziesz między piekłem i rajem. Wtedy dusza będzie cierpieć, bez wiary żyć będziesz i nie nauczysz człowieka ni dobra, ni zła, a tylko zwątpienia, które wiedzie do grzechu i piekła. Nie pisz na razie, dziecko, póki nie przybliżysz się do światłości Taboru. I bez tego nauka nasza wymaga od sługi bożego wstrzemięźliwości zarówno w słowach, jak i w piśmie. Jesteś gramatykiem i mógłbyś być pomocny ojcu Dionizemu. Postanowiłem jednak dla twego dobra, abyś został uczniem ojca Łukasza, naszego chorego brata w Chrystusie. I nie taję, że oddając cię jemu w opiekę, pragnę wypróbować siłę i stałość twej wiary. Ojciec Łukasz jest chory, dręczy go choroba i czyni złojęzycznym i gniewnym. Wiem, że nie będzie ci łatwo, ale czyż nie lepiej wypróbować pierwej twardość belki, zanim po niej przejdziemy? I o jeszcze jednym niebezpieczeństwie chciałbym cie uprzedzić; o tym, które bierze się z twej urody cielesnej. Bóg dał ci więcej piękna niż człowiekowi potrzeba i wzbudza ono w innych zawiść i grzech. Strzeż się go, i nie poświęcaj mu uwagi…”

     Wielki znawco dusz, któż, jeśli nie sam Bóg oświecił twój wielki umysł? Pokochałem cię od tej chwili całym sercem i oddałem ci wtedy duszę, gdyż ty jeden rozumiałeś ją najlepiej! Ty podałeś mi pomocną rękę i pokazałeś grozę piekła, które ukrywałem w sobie, ale czyż jest mądrość większa od przeznaczenia? I nawet wtedy, gdy wyrocznie przepowiadały, jakie nieszczęścia kogo oczekują i ostrzegały, jak ma się ich strzec, przeznaczenie spełniało się, albowiem, bracia, nikt nie może przed nim uciec, jak nie może uciec przed swoim cieniem. Jednakże wtedy, w igumenarii, ja młokos, czy mogłem o tym wiedzieć? Pocałowawszy piękną rękę ojca wielebnego, uklęknąłem, by mnie pobłogosławił. Tak to w imię światłości i prawdy wszedłem w straszny świat duszy, ale pozwólcie, że potem, potem o tym opowiem, a teraz o moim opiekunie duchowym.

V

 

     Nazajutrz, gdy wszedłem do celi, zobaczyłem starca o dużej głowie i złych oczach, siedzącego na pryczy. Brodę miał przerzedzoną i prześwitywały przez nią małe ranki. Cela była mroczna, a prycza wysoka, przeto starzec musiał wchodzić na nią po zydlu. Pokłoniłem się mówiąc, że od dziś jestem jego uczniem i sługą. Ojciec Łukasz uniósł brwi i przyjrzał mi się szyderczo.

     ― Jak cię zwą? ― powiada.

     ― Enio, dziadku.

     ― Aniołem powinni cię ochrzcić. Grek nie powiedział ci, kto jestem i jak żyję w wierze bułgarskiej? Grzesznik przy mnie nie wytrwa. Kto wie, czy nie jesteś wysłannikiem diabła. Takiś piękny, że grzechem śmierdzisz.

     Takimi to słowy przywitał mnie mój opiekun duchowy, niech Bóg ma go w swojej opiece.

     Stałem zmieszany, ze zwieszona głową. Na mojej duszy spoczęły złe oczy i pojąłem ― wybiła moja godzina i nie wolno dopuścić, by opętał mnie żyjący w tym człowieku bies. Wyobraziłem sobie Świętego, modlącego się w eremie, przypomniałem sobie rady wielkiego Eutymiusza, ku nim poszybowały myśli, toteż gdy podniosłem głowę i napotkałem znów wzrok starca, w oczach moich nie było odpowiedzi na zjadliwe słowa. Pokłoniłem się do ziemi i dotknąłem ręką brudnej podłogi celi.

      ― Jestem ― rzekłem ― tobie do posług, dziadku. Jego Wielebność nie pouczył mnie, jak mam ci służyć i czego potrzebujesz.

     ― Służ ― powiada ― jak ci rozum dyktuje. Masz oczy i uszy. I wiedz, że pożywiam się strawą z kuchni. Niech ją i wszystko co greckie pochłonie piekło i czarna śmierć! Umiesz łapać ryby?

     ― Nauczę się, dziadku.

     ― Kto cię wie. Oby, tak było, bo tylko rybą odstraszam rogatego, A ten, nie mogąc dręczyć duszy, która dawno uwolniła się od niego, dręczy ścierwo, żeby mnie poniżyć, nikczemny! Ale i tu znalazłem na niego sposób i jem ryby… Nie ma tylko kto ich łowić. Parteniusz, niegodziwiec, uciekł, zapodział się gdzieś. Sam jestem, dziecko, sam jeden się ostałem czysty w wierze bułgarskiej i żyję między Grekami, dziecko…

     Mój opiekun duchowy przemawiał do mnie to zjadliwie, to z rozrzewnieniem, a ja nastawiałem uszu, by zgłębić, czym nęka go szatan. To, że szydził i bluźnił nie było takie straszne. Najstraszniejsze, że popadł w rozpacz i było mu obojętne, czy ucieknę jak mój poprzednik, śmiertelnie udręczony nowicjusz, o którym dowiedziałem się, że opuścił ławrę i poszedł do innego klasztoru. Najstraszniejsze, że znęcał się nad swoją duszą, umartwiał ją i chciał tez zadręczyć mnie, gdyż był opętany przez biesa.

     Rozpaliłem ogień na kominku, zamiotłem cele, pomyłem naczynia, wyprałem, co było do wyprania, wytrzepałem pościel na pryczy. W celi czuć było odorem bijącym od starca ― cały miesiąc żył bez opieki, doglądany od przypadku do przypadku przez sąsiadów. Przez ten czas ojciec Łukasz siedział na zydlu z pnia, przesuwał różaniec i przyglądał się mojej krzątaninie. Gdy umyłem podłogę i zapaliłem zakopconą lampę, cela zapachniała świeżością, zajaśniała wilgocią, a pod sufitem i na ścianie pod ikonostasem zamrugały wesoło światełka. Miast wdzięczności i pochwały starzec odpłacił mi poniżeniem.

     ― Ładnie zacząłeś ― powiada ― ale zobaczymy, co będzie dalej. Nikt mnie nie zwiedzie udawaniem ― wszak nie tędy droga, żeby stać się aniołem. Znam wszystkie wcielenia diabelskie i sam Lucyfer kąsał mnie zębami. I nie ma już takiej postaci, pod którą mi się nie ukazywał! I jako anioł, i nawet jako prorok, i jako dziewica, i jako popadia, i jako igumen, tylko pod postacią Bogurodzicy nie śmie mi się pokazać, poganin jeden! Wszędzie widzę jego ogon. No ― powiada ― stań pod ścianą, żebym mógł lepiej ci się przyjrzeć. Przeżegnaj się i odmawiaj na głos „Ojcze nasz”!

     Uczyniłem, co żądał, ale ogarnął mnie śmiech, więc ojciec Łukasz wybuchnął gniewem.

     ― Nieczysty jesteś ― powiada ― skoro możesz się śmiać, czyniąc znak krzyża! Grek cię tu przysłał, byś mnie podsłuchiwał i oczerniał przed nim! Na mnie czekają już w raju, od dawna na mnie czekają i wznieśli mi tron męczennika, a Greków czeka piekło, to mu powiedz! Jestem z tobą, Jezu Chryste, weź mnie  do siebie czym prędzej i pozwól mi żyć w pokoju w tym wiecznym grodzie niebieskim!

     Starzec żegnał się żarliwie, z zamachem, wierzył z głębi serca, że jest męczennikiem, a ja stałem wstrząśnięty i nic nie pojmowałem.

     Nie dowiedziałem się, z jakiego przybył klasztoru, gdzie się tułał i skąd jest rodem. W owym czasie rzadko można było spotkać mnicha, który nie przebywałby w wielu klasztorach zwiedziony obecnością sławnych mężów Chrystusowych. Ale niekiedy, słuchając jego słów, zaczynałem podejrzewać, że prowadził żywot łotrowski. Któregoś dnia powiedział do mnie: „Wyjdź na dziedziniec i zobacz, czy nie przybył Chyłbio wyrznąć Greków do nogi” ― i uśmiechnął się chytrze. Innym znów razem zaczął śpiewać świecką pieśń i tańczył w celi na chorych nogach niczym junak. „Nadchodzą ― powiada ― Gogoj i Mogotoj*, których Aleksander Makedon* zesłał był kiedyś do Azji. Nadchodzą, by dopełnić końca świata. Nieczyste to narody i nikt im się nie oprze…”

     I teraz jeszcze zdaje mi się, że widzę jego siwiznę połyskującą w celi i słyszę gruby głos: „Nabijają sobie brzuchy i  powiadają, że to nie grzech! Chleb i wino nazywają symbolami! Okłamują cara, przeklęci Grecy! Nie kochają rodu bułgarskiego, Greków kochają i ich Boga.”

     Grekami nazywał i Eutymiusza, i świętego męża, i wszystkich mnichów hesychastów. „Nie dopuszczają mnie ― powiada ― do cara. Boją się, że opowiem o ich wszystkich pogaństwach i kłamstwach”.

     Po takich napadach szaleńczych słów i przekleństw wydawało mu się, że będzie umierał. „Odchodzę, wołaj kogoś, żeby mnie wyspowiadał i dał rozgrzeszenie” ― i kładł się na wznak na pryczy, szeptał modlitwy i żegnał się.

     Przeraziłem się, gdy po raz pierwszy usłyszałem jego życzenie. Poszedłem przyprowadzić ojca Kiriła żyjącego w sąsiedniej celi. Ojciec Kirił zajrzał przez drzwi i powiedział do niego: „Nie oszukuj Boga, bracie Łukaszu, nie strasz chłopca i nie przyzywaj Archanioła Michała, bo gdy nadejdzie czas, że przyjdzie ci przed nim stanąć, będziesz umierał w cierpieniach”.

     Mój starzec udaje konającego, ale ojciec Kirił nie zwraca nań uwagi i uspokaja mnie: „Nie wierz mu, diabeł go nęka” ― i opowiedział mi, jaką komedię odegrał mój opiekun duchowy przed rokiem i nabrał mnichów. Przyszedł spowiednik, przyniesiono też komunię, a starzec, miast wyspowiadać się ze skruchą, zaczął spierać się, co jest grzechem, a co nie, urągać i bluźnić Bogu, aż sam Jego Wielebność musiał go uspokajać.

     Przywykłem do tych udawań. Gdy przychodził mu do głowy pomysł umierania, stawiałem przy nim dzban zimnej wody i szedłem na ryby. Ileż ja się nacierpiałem z powodu tych jego ryb! W Belicy było ich pod dostatkiem, same brzany i klenie. Początkowo łowiłem rękami, marzłem w jesiennej bystrej rzece, ale potem pewien chłop nauczył mnie pleść kosze i saki i z ich pomocą było mi łatwiej. Ale zimą okrutna to była męka, bracia. Trzeba było kruszyć lód, brodzić w lodowatej wodzie, mącić ją i tym sposobem łowić ryby. Musiałem też je ugotować, gdyż ojciec Łukasz nie chciał nawet słyszeć o kuchni klasztornej.

     Podawałem mu żupę rybną pachnącą macierzanką, siorbał ją, a gdy się już nasycił, zaczynał mędrkować: „nasyciłyście się, przeklęte trzewia, i zwodzicie duszę na pokuszenie bogobojnymi myślami i skruchą. I w  Boga zaczyna mocniej wierzyć, i różnymi nadziejami się pokrzepia. Ogłupiają trzewia człowieka! Gdy w brzuchu pusto, wiara jest czystsza. I wiesz ty co, dziecko, śni mi się niekiedy mnóstwo gęb, gdzie nie spojrzeć, wszędzie rozdziawione z głodu gęby i świat wlewa się do nich jak kasza, a one jedzą i gryzą się, zaś dookoła niczym muchy podskakują malutkie diabełki…”

     Każdego ranka opowiadał mi sny. „Śniło mi się ― powiada ― że wspinałem się po żlebach i przepaściach, a rosły na nich tylko male trawki. Łapałem się takiej trawki, myślałem sobie ― wytrzyma, i wytrzymywała. Łapałem się innej, myślałem sobie ― nie wytrzyma ― i urywała się, a ja spadałem w przepaść. Od tego spadania i wspinania się, zebrało mnie na wymioty. Takie to już jest nasze plugawe życie ― człowiek wciąż upada i podnosi się! Ty, dziecko, nie lękaj się grzechu. Grzesz na tej przeklętej ziemi, by oko boże miało nad tobą pieczę i weseliło się, bo Bóg cieszy się z naszych grzechów jak ojciec z psot dziecka, i choć je bije, rad jest, że synek chwacki. Bez grzechów Bóg zasnąłby w swoim siódmym niebie, nie miałby nic do roboty i żadnych zmartwień… I im więcej nagrzeszysz, tym bardziej będziesz szukał Boga, a poprzez niego ludzi i nawet u nich będziesz żebrał o przebaczenie… Przez tych przeklętych paulicjanów* namnożyło się wiele grzechów, ale niech tam!… Oni i mnisi z zakonów żebraczych powiadają, że dzieci są mamonkami, toteż myślę sobie nieraz, że zgładzić dziecko nie większy to grzech, niż poderżnąć grdykę bojarowi. Każdy bojar to świnia i nawet na tamtym świecie świnią pozostanie i będzie smażył się w piekle, dziecko zaś będzie aniołem. A skoro tak jest, to znaczy, żeś mu uczynił dobro, wybawiając od świata szatana i posyłając prosto do raju… Tak czy owak, dziecko, grzech prowadzi człowieka do Boga”. Starzec patrzył na mnie rozgorączkowanym wzrokiem i szukał moich oczu. Milczałem i modliłem się za jego duszę, czułem, że ciąży na nim wielki grzech i wstrzymywałem oddech, by nie wyjawił przede mną tej strasznej tajemnicy. Nie przestawał jednak mówić: „Jeśli diabeł sam stworzył grzeszną ziemię i nas, ludzi, jak rozprawiają heretycy, to dlaczego ma mnie sądzić Najwyższy? Skoro pozwolił szatanowi stworzyć ziemię i wszystko na niej, to jakim prawem chce byśmy mu służyli? Ale człowiek nie może być wciąż z diabłem. Obrzydnie mu. Idź się przekonaj! Męczę twoją duszyczkę, dziecko, co? Słuchaj, co mówi Szatan, albowiem on tez wierzy w Pana Boga, bo jakże inaczej mógłby istnieć i czynić zło? Bardzo młody i nieskalany, jakże możesz mnie pojąć, aniele? Tutejsi Grecy też nie pojmują, Pochlebcy i obłudnicy! Powiadam im: jak staniecie przed obliczem Boga z waszymi sytymi grzechami z przejedzenia i picia? Trzeba wielkiego grzechu, by ujrzeć Boga! Czemu nie patrzysz na mnie, dziecko, coś spuścił oczy jak dziewczyna? Wiedz to ode mnie. Chyłbio schował tu gdzieś złote dukaty. Wypatrz je, zabierz i uciekaj z klasztoru. Po co marnować młode lata? Młodyś jeszcze, masz czas nagrzeszyć się i odpokutować. Pokażę ci kiedyś Chyłbia, kręci się tu w pewnym celu, ale nikomu ani słowa!…”

     Takich to rad i bluźnierstw wysłuchiwałem od starca, niech Bóg ma go w swojej opiece! Wysłuchiwałem ich w dzień i podczas długich jesiennych i zimowych nocy, przytłaczających klasztor taką czarną mgłą, że nawet rzeki nie było słychać i tylko popielice szurały na strychu i samotnie szemrała woda ze studzienki na dziedzińcu. Najmocniej wbiła mi się w pamięć jedna taka listopadowa noc, która przyszła z woli Boga, ale i ona minęła. Owej nocy płakałem przed Bogiem, wzywałem go, by wziął mnie w opiekę przed moim kusicielem, obdarzając światłością i silnymi słowami, gdyż diabeł znów dawał o sobie znać we mnie. Zwracałem się w myślach do Jego Wielebności i pytałem, dlaczego oddał mnie w opiekę złemu starcowi. Któż obarcza źrebię ciężarem, jeśli nie chce za młodu złamać mu grzbietu, i któż sieje dobre ziarna na martwej ziemi? Czyż Ojciec Wielebny nie wystawiał na próbę nie tylko mnie, ale i Chrystusa?…

     Dwa lata, bracia moi, żyłem jak w piekle, „gdzie robak toczy i ogień nie gaśnie”, znów otworzyło się we mnie czujne oko i tym razem jeszcze uważniej zaczęło przyglądać się światu i ludziom. Z jednej strony była światłość Taboru, a z drugiej ― rozpacz, Chrystus, a wraz z nim ― szatan. Co noc modliłem się w tajemnicy przed ojcem Łukaszem, którego nigdy nie widziałem modlącego się. Żegnał się tylko przed snem, mamrotał coś i zaczynał swoje bluźnierstwa i bezbożności.

     Nie ma bardziej niepocieszonej boleści od boleści młodego chłopca, kiedy przychodzi mu stawić czoła sprzecznościom, a umysł zaczyna zmagać się z zagadką świata i męczyć się nad jej rozwikłaniem! Oszczędźcie im tego, bracia, pomagajcie im przebyć tę straszną i odciskającą się piętnem na całym życiu drogę, którą zwiemy dorastaniem! Wszak teraz właśnie, gdy bisurmanie opanowali całą naszą ziemię, utopioną w krwi i zgliszczach, w nich jedyna nadzieja. Powinni być niezachwiani w wierze, nie zapominać wolności i dawnej sławy bułgarskiej, bowiem bez wolności nie ma ni narodu, ni Boga. A co postanowiłem wówczas? Postanowiłem, że nie mogę liczyć ani na Eutymiusza, ani na Świętego ― sam muszę się ratować prawdą, którą dyktuje mi serce, a o niej mówić trudno, jeśli sumienie nieczyste. Ona przywiodła mnie do ławry, ona była jasną źrenica duszy, źródłem radości i nadziei. Zamknąłem w sobie tę prawdę, pogrążyłem się w pokorze zewnętrznej, a co się działo we mnie, trudno byłoby wyrazić. Wiedziałem bowiem, że i w moim umyśle zagnieździł się rogaty i pamiętałem o swych przerażających myślach w cerkwi bojarskiej. I niczym wspinający się po skalnej stromiźnie chwytałem się wszystkiego, nie patrząc w przepaść. Dopiero ojciec Łukasz, którego świeckie imię było Witan, miast ugasić pragnienie światłości Taboru, rozniecił je jak wiatr roznieca pożar lasu, gdyż otchłań grzechu u starca przeraziła mnie. Tak to już jest na tym świecie, że nawet żmije stają się pożyteczne, gdy nazbyt rozmnożą się myszy, a im większy jest mrok, tym silniejsze musi być światło, by się rozstąpił. Idźmy jednak po kolei. 

     Zamknięta we mnie prawda miała dla siebie dość pożywienia. Piła radość tryskającą z wiecznej ziemi, która zakwita wiosną i latem, podziwem i wzruszeniem napełniał mnie ten ogród boży, pokrzepiał obietnicą dobra, odwagi zaś dodawała mi świadomość, że mam silną wolę i niełatwo ulegam złu. Z dnia na dzień czułem, że coraz pewniej i śmielej zbliżam się do dobra. Nie potrzebowałem już Ojca Wielebnego, ale ten wzywał mnie często do siebie i ostrożnie wypytywał o mego duchowego opiekuna. Odpowiadałem powściągliwie, nawet chwaliłem ojca Łukasza. Mówiłem, że bardzo cierpi i bluźni w chorobie; ważyłem każde słowo, a Ojciec Wielebny patrzył na mnie przenikliwym wzrokiem i uśmiechał się pod wąsem. Czyżby się domyślił, że oddalam się od niego? Przecież oddałem mu swą duszę! Dlaczego nie kochałem go już z takim oddaniem?  Może dlatego, że nie mogłem wybaczyć, że dał mnie w ręce złego starca i chciałem odpłacić się za cierpienia. Dusza jest dumna, bracia, jak dumny jest też Szatan, który skusił ją pychą! Toteż, gdy łaknie czystości i nienawidzi grzechu, nienawidzi każdego, kto ją wystawia na pokuszenie. Odkąd zamknąłem w sobie prawdę, pojąłem, że człowiek nie może zaprzedać sumienia nikomu, chyba ze zrzuci winę na drugiego i stanie się niewolnikiem cudzej woli. Taki człowiek oszukuje siebie i Boga, staje się nieczysty w umyśle i żyje w kłamstwie, a takich braci było wielu. Doszedłszy do tej prawdy, przeraziłem się i zadałem sobie pytanie: jak będę przestrzegał reguł klasztoru, jeśli pójdę własną drogą? Na opuszczenie ławry było już za późno. Ubrano mnie w białe szaty i mnisi spośród kleru śpiewali mi smutny tropar* „W objęcia boże”…; dawno już zrzuciłem z siebie habit nowicjusza i nosiłem znak ślubów ― czarny paraman*, innymi słowy, byłem po postrzyżynach i ślubowaniu. I naraz zamknięta we mnie prawda zaczęła sarkać przeciw kanonowi. Jak będę współżyć z braćmi i dokąd zaprowadzi mnie nieposłuszeństwo? Przecież, gdyby każdy chciał iść za głosem własnego sumienia, waśnie i niesnaski przepędziłyby z ławry wszystkich. Myśli tłukły mi się po głowie jak ryby o lód, diabeł nie przestawał kusić, nie przestawał też mój starzec.

     Na klasztorne święto Poczęcia Najświętszej Bogurodzicy z okolicznych, a i z odległych wsi i twierdz, jak również z Tyrnowgradu, ściągali do Kefalarewa chorzy i zdrowi, dobrzy i źli ― kupcy, handlarze, primikeriosi, poborcy dziesięciny i wszelacy inni. We wsi, gdzie każdy stawał na nocleg, zatrzymywali się ludzie carscy i wojsko, odbywał się wielki odpust z jarmarkiem ciągnący się przez trzy dni. Ustawały wtenczas wszystkie powinności,  carskie i bojarskie podwody oraz handel niewolnikami, naród mógł odetchnąć. Zaprzęgano woły i cienkonogie koniki do wysłanych derkami i kozimi skórami wozów i furmanek, zawieszano na nich torby, bukłaki i tabuny podróżujących pielgrzymów wzniecały tumany kurzu na wrześniowej drodze. Ciągnęli z nimi kobziarze, gęślarze i mnisi żebracy, siewcy herezji. Na łęgach pod klasztornymi młynami rozkładano stragany, rozstawiano namioty, słychać było beczenie owiec i ryczenie jałowych krów przyprowadzonych na rzeź. Wokół kopce arbuzów, worki z pszenicą, prosem i grochem, węgierskie skrzynie przywiezione przez kupców wołoskich, kufry, dzieże i koryta, a między straganami kwiczały prosięta i rżały źrebaki przywiązane do grubych pali. Mnisi z pobliskich klasztorów i z ławry sprzedawali ikony, krzyżyki i świeczniki, żywoty i damaskiny* oraz drewniane krucyfiksy z wyrzeźbionymi wizerunkami świętych. Nie brakowało też oszustów, sprzedających ludziom kawałki relikwii, i znachorów-zielarzy. Byli też zbrojni Tatarzy jako drabanci kupców, najrozmaitsi wróżbici przepowiadający przyszłość ze snów, godzin, ptaków i czasu urodzin. A dni poprzedzające niedzielę Podniesienia Krzyża Świętego były cudowne, czyste niczym oko położnicy niebo strzegło umęczonej ziemi. Było ciepło, bezwietrznie, a Belica, mająca już dość letnich skwarów, odbijała w ciemnych wirach pożółkłe szaty wierzb, wiązów i starych dębów.

     Młodzi mnisi byli przejęci, słysząc w dole piszczałki i bęben, zgiełk i śmiechy kobiet zakłócające szarą codzienność. Nieuniknione były w te dni pokusy świeckie, bowiem przybywali wielmoże z żonami, spodziewano się też rodziny carskiej, toteż już zawczasu szykowano świetlice dla dostojnych gości. Pierwszy przybywał kefalios Kanku, westiarios* carski. Ławra była także strażnicą pod jego rozkazami, on zaś był Wołochem, krewnym wojewody ugrowołoskiego i powinowatym cara ze strony jego pierwszej żony. Potem przybywali bojarzy, fundatorzy klasztoru i duchowni. Posługacze klasztorni biegali im usługiwać i umieścić w klasztorze, a my, mnisi, jeszcze niżej spuszczaliśmy czarne kaptury. Ja też byłem przejęty, spodziewając się przybycia rodziców i lękałem się spotkania z nimi. Po uroczystej mszy przy eremie Świętego zgromadzili się niewolni chłopi i włościanie ― mężczyźni i kobiety, chorzy i zdrowi, nieskalani na duszy i zwyrodniali. Ludzie czekali, aż pojawi się Święty, by uzdrawiać i błogosławić, a ja przyglądałem się „owczarni bożej”, pstrej niczym majowa łąka w odświętnej szacie, zgiełkliwej za dnia i nocy, cuchnącej grzechami, ale spragnionej słowa bożego i prawdy ― „owczarni”, żyjącej z ziemi i dobytku, wierzącej w rusałki, dziwożony, parki i potwory, a przy tym miłującej z całego serca Chrystusa. Ziemia bułgarska pełna jest różnych bogów ― trackich, słowiańskich, rzymskich, starobułgarskich, a miedzy nimi jest także Chrystus. Strach mnie obleciał na widok tego narodu, udręczonego przez złych panów, żyjącego w świecie innych prawd. Słyszałem, jak opowiadali, że u Turków w Romanii nie było danin i pańszczyzny, że nie budowano twierdz, a i Turcy nie byli tak okrutni dla pokornych. Byli wśród nich biedni, ale serce mieli czyste i wierne Chrystusowi. Przybywali do Świętego po to tylko, aby go ujrzeć. „Przyszliśmy cię zobaczyć, świątobliwy ojcze. Dzięki Bogu, zdrowie dopisuje”. Przynosili mu lniane ręczniki, konopne koszule zdobione haftami, ciepłe skarpety, orzechy, winogrona i kładli dzieci u jego stóp, aby pobłogosławił. Teodozjusz uśmiechał się swym jasnym uśmiechem, a uśmiech i dobre słowa dodawały otuchy, więc odchodzili pokrzepieni na duchu. Nie brakowało też różnych złodziejaszków, urzędników carskich, chłopów, rzezimieszków, włóczęgów i drobnej szlachty. Podczas jednego z takich odpustów stał z gołą głową pośród ciżby bojar na Łoweczu. Trzy dni tak stał, czekając aż Święty go przyjmie, ale Święty nie raczył, gdyż bojar ów pokalał się ciężkim grzechem i potem oszukał Boga. Ojciec Łukasz szedł ze mną przyglądać się ciżbie ludzkiej jako jej wielki znawca i mędrzec. Wskazywał kogoś i szeptał mi do ucha: „Popatrz na tego zbira, przewąchuje, jak okraść klasztor albo jakiegoś bogatego kupca. Będą teraz rozboje na drogach, oj będą!… A ta gruba, widzisz ją, nic tylko ma grzech na myśli. A za nią chłopina, pożal się Boże…”. W taki sposób objaśniał mi zamiary i pragnienia „owczarni bożej”, że wydała mi się straszną rzeką i ogarniał mnie strach. Wychodziło na to, że chcąc ujrzeć światłość Taboru, winienem stronić i uciekać od ludzi. Po to właśnie wznoszono klasztory, albowiem ludzie są grzeszni i grzesząc, stają się poddanymi świętych i ich uczniów! Pocieszałem się nadzieją, że w hesychazmie wszystko stanie się dla mnie jasne, ale czyż miałem spokój, by móc poświęcić się ascezie? Nie miałem kiedy oddawać się ascezie milczenia ani tez wsłuchać się w głos duszy. Jedynie nocą, gdy ojciec Łukasz zasnął, próbowałem się skupić, ale rozgoryczenia całego dnia brały górę w umyśle i w duszy, toteż płakałem w cierpieniu. Zacząłem życzyć starcowi jak najrychlejszej śmierci, prosiłem Boga, aby wziął go do siebie. Spałem na podłodze i słyszałem, jak chrapie i sapie. Serce ściskało mi się ze strachu, że obudzi się i zacznie mi opowiadać sny lub bluźnić przeciw Bogu. Zdziczałem w tych cierpieniach i udrękach i tylko msze cerkiewne, psalmodie, skarbnica świata i wiersze, które znów zacząłem układać, podtrzymywały mnie na duchu. Ojciec Wielebny, zajęty klasztornymi i carskimi sprawami (często wyjeżdżał do stolicy) zapomniał o mnie, a bracia podśmiewali się, widząc mnie takim przygnębionym. Łowienie ryb w rzece wycieńczało, woda wypiła siły, z dala już czuć było ode mnie rybą, toteż stroniłem od wszystkich, a gdy przybyli kiedyś rodzice, opłakiwali mnie niczym umarłego. Po cóż jednak opowiadać o spotkaniach  z nimi…

     Cierpiałem, zbierałem myśli, pełna boleści i umęczona było moja dusza i ze złością strzegłem jej przed cudzym wzrokiem…

VI

     Jeśli chcecie poznać świat i człowieka, stańcie się sługami! Owa prawda objawiła mi się w klasztorze, a wraz z nią i ta, że sługa jest bliższy prawdy niźli jego pan.

     Bies w moim starcu potęgował się z roku na rok. Coraz częściej krążył po krużgankach, by drażnić mnichów, mówił jak heretyk, wielbił diabła. Nakładano na niego pokuty, zamykano w celi, a nawet wtrącano do wieży o chlebie i wodzie. Trzeciego roku w wigilię święta klasztoru kazał mi wziąć muła, bo chciał pojechać na nim na odpust. Mnichom w nowicjacie nie wolno było tam chodzić za wyjątkiem tych, którzy sprzedawali towary klasztorne. Odmówiłem, ale ojciec Łukasz tupnął nogą: „Na siebie biorę ten grzech, a ty musisz słuchać. Idź, przyprowadź muła. Nie chcesz zobaczyć, co kusy wyczynia ze świeckimi, aniele? Wszak jesteśmy rycerzami Chrystusa, musimy iść i przepędzić diabłów!”

     Błagałem, byśmy nie szli ― nie pomogło. Zmusił mnie, ale po prawdzie pociągała mnie zdrożna myśl, że jeśli popełni i ten grzech ciężki, wyślą go na zesłanie do odległego klasztoru i tym samym uwolnię się od niego. A w nocy śniła mi się niewiasta w bieli o twarzy podobnej do Ralicy. Sen utkwił mi w głowie i pomógł przystać na żądania starca, gdyż wydało mi się, że na odpuście spotkam córkę cara Aleksandra. Niech będzie przeklęty ten dzień zrodzony z czarnych otchłani i przeznaczenia! Przeznaczenie popchnęło mnie tam z woli starca!…

     Gdy dotarliśmy do wsi, zobaczyliśmy zbiegowisko ludzi wokół pustelnika, który biczował się rzemieniem z wolej skóry. Ojciec Łukasz kazał mi zabrać pieniądze z drewnianej miseczki pozostawione przez chrześcijan, a gdy biczujący rzucił się, by je odebrać, mój starzec zdzielił go laską po głowie. Myślałem, że zapadnę się pod ziemię ze wstydu, ale co miałem robić, poprowadziłem muła dalej. Ojciec Łukasz zaś wygłosił kazanie z samary*: „Cóżeście się zebrali wokół tego głupca? Czemuż nie przylejecie mu porządnie, żeby nie musiał sam się męczyć? Zabrałem pieniądze, bo to wasze grzechy. Rozkoszowaliście nimi oczy, bezbożnicy! Szatan kazał wam patrzeć!”. Powiedział to tak przekonywająco, że nikt się nie sprzeciwił, a wielu przeżegnawszy się, odeszło w pośpiechu.

     Krążyliśmy po jarmarku szukając, gdzie sprzedają łapcie: ojciec Łukasz oznajmił, że pieniądze muszą jak najrychlej przejść w świeckie ręce, by nie brukały naszych. Chciał kupić za nie łapcie, by ogrzały jego chore nogi. „To nie chrześcijanie ― powiada ― to ciernie złej wiary, sługi Mamony. Skąd jednak wziąć pieniądze, jeśli nie z kupczenia i oszustw? A car bije je za podszeptem Mamony. Ławra kupczy i on kupczy, każdy z nas kupczy i oszukuje. Jakże bowiem inaczej żyć na tej ziemi wyklętej przez Boga…”

    Prowadziłem muła za uzdę, a mój ojciec duchowy wymachiwał laską i rozpędzał ludzi, żeby się rozstąpili. Nie wiedząc kim jest, rozstępowali się ze strachem. Kupił łapcie, uraczył się winem, zsunął sobie kaptur z głowy. Śpiewał tropar, a wychodziła z tego świecka pieśń. Chowałem twarz pod kapturem, pociłem się ze wstydu. W pewnej chwili trącił mnie laską w ramię i zawołał do kogoś. Stanęliśmy przed straganem z pierścionkami, zapinkami i kolczykami. Obok ujrzałem barczystego mężczyznę. Oczy miał przenikliwe, dzikie, na głowie włochaty kołpak nasadzany na długie jak grzywa, spadające na ramiona włosy.

     Starzec wykrzykiwał: „Znalazłem cie, bezbożniku! Uciekasz przede mną? Głupiejesz, głupiejesz! Greków się przestraszyłeś.” ― A tamten warczy coś, miota się i błyska zębami jak wilk.

     ― Zostaw mnie w spokoju, Witanie ― powiada. ― Idź stąd. Nie chcę, nie godzi się.

     ― Boisz się! ― wołał ojciec Łukasz i szturchnął mnie laską. ― Odejdź na bok, żebyś nie słyszał, o czym mówimy, dziecko. Grzeszne to rzeczy.

     Oddaliłem się posłusznie do innego straganu i bezmyślnie przyglądałem się ozdobom, nie bacząc, że nie dla mnicha to miejsce. Byłem jak nieprzytomny i nie spostrzegłszy nawet, stanąłem obok młodej kobiety. Że jest młoda nie widziałem, po zapachu poczułem, bowiem w czystym górskim powietrzu Mokrej mój węch, i bez tego wrażliwy, wyostrzył się jak u wyżła, toteż zaraz zwęszyłem zapach młodego kobiecego ciała. Och, wy boginie przeznaczenia, och, Szatanie kusicielu, cóżeście mi wtedy zesłali! Zobaczyłem czarne oczy, ciemne, aksamitne, słodkie jak śliwy, a w nich namiętność tajoną i smutek. Jakież to były oczy ―owalne studnie nieznanej duszy, która wyjrzała ku mnie z głębin, a moja jęknęła porażona, dech mi zaparło w piersi, a serce zaczęło walić jak młotem z radosnej męki i strachu. Spuściłem głowę, omdlały i półprzytomny. Czuję, że ta kobieta przygląda mi się. Opamiętałem się, odwróciłem do niej plecami i ruszyłem na oślep długim krokiem, a ona w ślad za mną ― słyszałem jej kroki pośród jarmarcznego zgiełku.   

     Minąłem kotły, w których gotowano baranie wątróbki i znalazłem się przy wozach z wyprzęgniętymi wołami. A gdy chciałem rozejrzeć się, gdzie jestem i gdzie jest mój starzec, kobieta przystanęła za mną. „Wszetecznica jakaś ― pomyślałem. ― Boże, ratuj i przebacz!” I już miałem się przeżegnać, lecz nim się odwróciłem, zsunęła mi kaptur z głowy, przytrzymała i przyjrzała mi się uśmiechnięta. Gdy zobaczyła moją twarz, uśmiech zniknął i jej śniada, piękna twarz okryła się zdziwieniem i zmieszaniem. Ochłonąwszy nieco, powiedziałem jej: „Czego chcesz, siostro, znasz mnie może? A ona: „Wybacz, ojcze. Jak cię zwą?” „Teofil ― rzekłem. ― Dlaczego idziesz za mną, czego chcesz ode mnie, sługi bożego?” „Nic ― powiada ― wzięłam ojca za kogoś innego. Nie wiedziałam, że to nie on…” I tak wypowiedziała ostatnie słowa, że pomyślałem sobie: „Chciała mnie uwieść, ale przestraszyła się mojego wyglądu. Niech Bóg ma mnie w opiece”. Zrobiło mi się miło na duszy, to spotkanie połechtało moją dumę. Z udawaną pokorą dziękowałem Bogu i myślałem o niej ― kim jest i co za jedna. Miałem nieodpartą chęć odwrócić się, by lepiej jej się przyjrzeć. Czy to zjawa, obraz tych świeckich kobiet, od którego ojciec zaczął malować Bogurodzice, czy też ciało z krwi i kości?

     Idę pośród zgiełku, szukam starca i rozpiera mnie radość ― poraziłem nierządnicę czystością chrystusową. Ale umysł się buntuje, bo pamięć była niezaspokojona ― pobieżnie i w pośpiechu widziałem jej twarz. Zapamiętałem tylko tajemnicę oczu i ona właśnie nie dawała mi spokoju. Ech, bracia, dlaczegóż miłość mężczyzny i kobiety miesza się z miłością do Boga? Gdyby były rozdzielne, mniej byłoby zła na świecie!…

     Potrącałem ludzi jak pijany, wciąż widziałem tylko te oczy i nie mogłem dostrzec starca wśród ludzkiego mrowia, toteż drgnąłem usłyszawszy jego głos: „Gdzie cię poniosło, aniele? Widziałeś Chyłbia? Nie słucha mnie już, psubrat. Chodź, wracamy. Obmierzła mi ta trzoda Chrystusowa, niech ją ogień pochłonie!”

     Poprowadziłem muła stromą drogą pod górę i nie słuchałem, co opowiadał ojciec Łukasz.

     Wzdłuż drogi rosły wysokie dęby. Zdawało mi się, że są moimi wspólnikami w ukrywaniu radosnej tajemnicy, kiwały brodatymi głowami i były mi drogie, one i góry wokoło, gdyż oto, nowa nadzieja wiła sobie gniazdo w mym sercu. Samotność kazała wybiegać myślami poza mury klasztoru, a teraz sprawiła to także kobieta spotkana na odpuście. A ponieważ byłem udręczony i poniżony, kobieta stała się moją pocieszycielką, jaką niegdyś była córka carska ― Ralica. Już po drodze zacząłem rozmawiać z nią w myślach, zwierzać się i dzielić rozterkami. Widziałem jej oczy, a ona sama wydawała mi się duszą kochającą i bliską. Zgroza i tajemnica, bracia! Czy sługa Chrystusa może wzywać wszetecznicę na pocieszycielkę i spowiednicę? Ale dusza szuka drugiej duszy i znajduje ją nie drogą rozsądku, lecz swych upragnionych dążeń, rozsądek zaś służy jej jako niewolnik despocie. Chciałem być sam, by pomyśleć, co się ze mną dzieje, ale starzec nie pozwalał mi zostać sam na sam z myślami. Opowiadał o Chyłbiu, którego uważałem za płód wyobraźni. „Chyłbio, moje dziecko ― powiada ― to rozbójnik, rabuś, a i ludzi mordował. Nie przyszedł tu w dobrych zamiarach, ale mnie oszukuje. Dawno temu razem grasowaliśmy. Za cara Michała Sziszmana wojami byliśmy, dziesiętnikami, ale potem poszliśmy na rozbój. Nic to, innym razem opowiem ci tę historią. A teraz, gdy dojedziemy do klasztoru, zaprowadź muła po cichu do stajni, aby Grecy nie poznali, że chodziliśmy na odpust. A nawet, jeśli poznają, wszystko mi jedno. Gdzie sto grzechów, tam sto pierwszy. Tak czy owak ze mną już koniec.” Jednakże w ławrze wiedziano już o naszej wyprawie i nałożono na nas kary ― musieliśmy zawiesić dzwonki u nóg i chodzić tak przez okrągły miesiąc. Ojciec Łukasz miał klęczeć w kruchcie podczas jutrzni i mszy, ja zaś chodzić za nim dziesięć kroków z tyłu. Nikomu nie wolno było z nami rozmawiać, a na obiad i wieczerzę mieliśmy żywić się resztkami… Wezwał mnie Ojciec Wielebny do siebie. „Kara jest ciężka, dziecko, ale i wina twoja niemała. Dlaczego nie przyszedłeś powiedzieć mi, co każe ci uczynić starzec? W przypadkach sprzecznych z regułą klasztoru, mnich winien zwrócić się do igumena…”

     Milczałem. Czyżby wielki Eutymiusz nie wiedział, jakim człowiekiem był ojciec Łukasz? Żarty sobie stroił, czy może podejrzewał już, co dzieje się w mojej duszy? Ech, dlaczegóż to nawet najświętsza wiara przymusza człowieka do kłamstwa i pilnuje, by przestrzegał reguł? Dlaczego żądamy jeden od drugiego poświeceń, cierpień nawet, jako dowodów prawości naszej wiary? Dlaczego nie pozwalamy człowiekowi, aby sam, w zgodzie z własnym sumieniem rozstrzygał, co jest grzechem, a co nie? To niemożliwe, niemożliwe, skoro łączą nas reguły, prawa, kanony, skoro wyznajemy jedna wiarę i jedną modlitwę, nawet jeśli to wiara Chrystusowa, odrzucająca wszelką przemoc! Człowiek zawsze będzie buntował się przeciw prawom i porządkowi, będzie je deptał jak swoich tyranów. Czyżby Ojciec Wielebny nie wiedział, ileż to już razy był karany mój starzec, a może chciał mnie zmusić, bym mówił nie o swoim dręczycieli, lecz o nas ― dlaczego go już nie lubię, dlaczego unikam, może chciał sprawdzić, co zmieniło się we mnie i jak przyjąłem karę? Wielki Orędowniku, zbyt chciałeś mnie pognębić! Zapomniałeś, żeś sam jest dumny i że ten, który rozgorzał światłością Taboru tez był nieludzko dumny, bo jakżeż inaczej mógłby promieniować światłością i przemawiać w imieniu Ojca Niebieskiego! Ty, światły, nie widziałeś, co dzieje się w moim sercu, albowiem uznając ponad inne tylko jedną prawdę, żądałeś od człowieka, aby był z nią w zgodzie i nie liczyłeś się z nim. Czy wiedziałeś, co zdarzyło się na odpuście? Czy wiedziałeś, że i w mojej pokorze była moc? Gdy tak stałem przed Toba, dumny duch z cerkwi bojarskiej znów dawał o sobie znać i oddalałeś się, a ja myślałem wtedy, że jesteśmy do siebie podobni. A ponieważ należało coś rzec, przeto pokłoniłem się i rzekłem: „Wola twoja, Ojcze Przewielebny. Ale wola ludzka jest jako żar w popiele i nie zawsze człowiek wie, czy to diabeł czy Bóg go rozdmuchuje. Wszelako to jedno jest pewne, że ogień jest światłością”.

     Zapamiętałem twoje zdziwione spojrzenie i zmarszczkę na wysokim czole, a po wyjściu z igumenarii uprzytomniłem sobie, że rozmawiałem z tobą językiem ojca Łukasza. Panie, zmiłuj się! Tamta kobieta przyciągała mnie wzrokiem, machnąłem ręką chcąc odpędzić jej obraz i założyłem dzwoneczki. Moje były małe, lekkie, nie dzwoniły tak ogłuszająco jak dzwonki ojca Łukasza, które były prawdziwie owcze i ciążyły bardzo. Starzec sam je zawiesił i przywiązał po bokach. „Niech dzwonią grzesznikom klasztornym jak kołatki. Staję się święty ― powiada ― bo pokutuję za grzechy”. Ucieszyło go też polecenie, bym chodził za nim o dziesięć kroków z tyłu niczym giermek za rycerzem. A gdy był już gotowy, wyruszył na krużganki drażnić mnichów. Ci uciekali od nas, a on rozkoszował się ich strachem. Goście i bracia wyzierali przez drzwi i okna, a mój starzec uderzał laską jak berłem i kroczył niczym bocian. Zabroniono nam chodzić po klasztorze, ale ojciec Łukasz urządził sobie spacer po dziedzińcu, dopóki się nie zmęczył i nie położył spać.

     Tak minął pierwszy dzień będący dla niego zabawą i świętem, ale nazajutrz w cerkwi było już źle. Kolana miał popuchnięte, ale mógł klęczeć. Zbuntował się, jęknął i zawołał na cały głos: „Anatema! Anatema nieprzyjaciołom Chrystusowym, którzy nie mają litości dla człowieka! Zaślepieni faryzeusze, obłudnicy! Wszak to o was rzekł Chrystus: <<Grobowce pobielone, dlaczego karzecie innych, a sami nic nie czynicie?>>. Oddajcie mi pieniądze, nie chcę waszego habitu!”

     Diakon umilkł, nastała cisza. Wziąłem starca pod ramiona, wywlokłem z cerkwi, a za nami wyszli hipodiakoni* i mnisi, żegnali się. Ojciec Łukasz wyrywał włosy z brody, ja ciągnąłem go do celi, dzwonki na nogach dzwoniły przeraźliwie. Msza miała się ku końcowi, należało wrócić, by zasiąść razem do obiadu, innymi słowy poniżyć się jeszcze bardziej. Gdy dotarliśmy do celi, upomniałem starca, że jeśli nie zejdzie do jadalni, to będzie musiał pożegnać się z ławrą, a kto go potem przygarnie i nakarmi? Leżał na pryczy, a ja czyniłem znak krzyża, by uszy nie usłyszały jego bluźnierstw. „Pieniądze im dałem, aniele, neseberskie dukaty i srebrne grosze, żeby mnie przyjęli na mnicha. Nie zejdę ― powiada ― nie zejdę, chory jestem. Nie zejdę, choćby mieli mnie wtrącić do wieży, choćbym miał zmarnieć, choćby mnie rzucali na kolana, dzwonki zawieszali, choćbym miał jeść ochłapy po nich!…”

     Poszedłem sam. Stanąłem w procesji obok ojca Kiriła i szepnąłem mu, że starzec nie może wstać z pryczy. Bił dzwon i dzwoniły kołatki, jerodiakon* Christofor wymachiwał przed ojcami dzwonkami, po bokach klęczeli pątnicy i goście, nowicjusze śpiewali tropar, trzymając zapalone świece. Powłóczyłem z tyłu nogami, a dzwonki u nóg wtórowały dzwonieniu jerodiakona i kołatek. Weszliśmy do jadalni, lektor odczytał modlitwę, bracia zasiedli, jedzą, a ja ― stoję pod oknem trzymając duży, czarny różaniec, przesuwam ziarnko po ziarnku i szepcę modlitwy…

     Nie patrzyłem na nikogo. Dopiero później spostrzegłem Świętego, który jadł oddzielnie. Więc to jest schizmatyk Teodozjusz, którego widziałem w eremie w świetle boskim? Nigdy nie widziałem go z tak bliska. Twarz miał zniszczoną, jakby Bóg starł z niej wszystko, co ziemskie. Ręce suche, przezroczyste, tylko długa broda i czoło przydawały mu świątobliwości, a poza tym przebiegły był z niego starzec, znał wszystkie tajemnice i milczał. Szukałem aureoli nad jego głową, ale nie mogłem dostrzec, przeto rzekłem do siebie: „Nie mogę, bom bardzo grzeszny. Niech tam. Grzesznik, jak powiada ojciec Łukasz, lepiej widzi Boga, lepiej go szuka…” „Bogurodzico, dziewico, raduj się…” modlił się lektor, a ja myślałem o kobiecie z odpustu. Miała oczy Bogurodzicy, ale będąc poza światłem łaski, pogrążona była w smutku. Ja też żyję w smutku, gdyż szukam łaski i oddalam się od innych. Święty też się oddala. Żyje w eremie, sam, albowiem stoi ponad innymi… A „trzoda Chrystusowa”, a naród? Żyje po swojemu. A ja z moim starcem? Kto wie czy wraz z wszystkimi swoimi grzechami nie jesteśmy bardziej niewinni od was, święci ojcowie, którzy każecie mi jeść ochłapy z waszego stołu jak psu…”

     Takie to myśli chodziły mi po głowie ― złe, gorzkie ― oddalałem się od klasztoru, szukając prawdy w tym wielce chorobliwym świecie. I wychodziło na to, że prawda jest poza ławrą i poza klasztornymi regułami, tam gdzie wolna myśl…

     Gdy obiad się skończył i wszyscy się rozeszli, wziąłem dwie kromki chleba i trochę sera, by zanieść ojcu Łukaszowi.

     Nie świętem, lecz żałobą było to popołudnie. Jakby w naszej celi był umarły. Czyżby Bóg umarł, czy może my umarliśmy dla niego? Mnisi i pątnicy odpoczywali, słońce oświetlało wieżę i dachy klasztoru, bieliło ściany łagodnym, jesiennym światłem. Dookolne szczyty zszarzały, a w dole, we wsi, biły bębny i niosła się wrzawa. Ponad lasem przeleciała sójka, zaskrzeczała i znów tylko cisza i zapach jesiennego lasu. Ojciec Łukasz lżył wszystkich, odgrażał się i co najdziwniejsze, stał mi się bliski, w Świętego zaś ― zacząłem powątpiewać. Wydało mi się, że zabłądziłem w pustym świecie, świecie bez nadziei. Nie ujrzę już żadnej światłości Taboru…

     Zmierzchało i odpust dobiegał końca. Czekano aż odjadą goście. Starzec kazał mi zamieść celę i nalać do lampy nowej oliwy. Uczesał się drewnianym grzebieniem, usiadł na pieńku i oparł się plecami o ścianę. „Niech mnie wypędzą ― powiada. ― odnajdą Chyłbia, a ten nie poskąpi mi kawałka chleba. Ale muszą mi oddać pieniądze albo niech się nie zdziwią, jeśli któregoś dnia ławra zajmie się ogniem, żywcem się spalę… Odkąd już namawiam tego głupca, żeby podłożył ogień…” „Co ty mówisz ― powiadam ― ojcze święty?” i żegnam się przerażony znakiem krzyża. A on: „Wiele, ― powiada ― myślałem o tym, jaki może być z Greków pożytek, o ich obłudzie. Niech lepiej nie oszukują ludzi, że widzieli Boga. Grzeszny jestem, dziecko, bardzo grzeszny, ale prawda jest po mojej stronie, niech mnie piekło pochłonie, jeśli jest inaczej…” Zatkałem uszy, wyszedłem z celi, żeby go nie słuchać. W pewnej chwili usłyszałem kroki i zobaczyłem, że sam Teodozjusz idzie po krużganku i postukuje drewnianym berłem.

     „Święty idzie” ― powiadam. Starzec popatrzył na mnie zdziwiony i wyseplenił: „Nie do nas idzie. Do eremu. Nie może to być. Nie otwieraj mu…” ― i przeżegnał się. Ktoś zastukał w drzwi. Otworzyłem. Napotkałem jasne oczy uspokajające łagodną pogodnością, bez odrobiny wyrzutu, bez nienawiści. Pobłogosławił i wszedł, jakby był u nas wczoraj, pokłoniwszy się uprzednio nisko. Ojciec Łukasz wbił oczy w podłogę, Święty zatrzymał wzrok na mnie, uśmiechnął się i stuknął lekko kosturem. Jak dźwięk dzwonka obiegł celę jego głos, spokojny, ale zarazem poruszający duszę. „Nie myśl ― rzekł ― że przychodzę cię karać, bracie Łukaszu. Z nakazu Chrystusa przychodzę, by prosić cię o przebaczenie, ojcze. Zawiniłem przed tobą, gdyż znając twoje sprawki, nie odwiedzałem cię i tym opuszczeniem obraziłem. Złączeni imieniem Chrystusa jesteśmy jak potężny las, w którym jedno drzewo podtrzymuje inne w czas burz i wiatrów. Ale ty, wiedząc, że nieustannie zmagasz się ze swymi grzechami, czemu nie poszukałeś u nikogo pocieszenia? Nawiedzany przez Boga, widziałem jak dusza twoja łaknie światłości Boga i raju, a umysł walczy z Bogiem i słucha szatana. Jeśli nie rozsądkiem, to sercem pojąłeś, że człowiek pragnie zgłębić tajemnice boskie, a pragnąc je poznać i niecierpliwiąc się, wyrzeka się Boga i popada w zło. Niecierpliwi, przecząc Bogu, sami rzucają się w otchłań piekła i wpadają w sieci szatana. Jako skazaniec przeczy prawu i sędziemu i nie żałuje swego czynu, tako i ty postępujesz. Czy zapomniałeś swoją spowiedź, gdy przyjmowaliśmy cię za naszego brata? Wiele z występków rozbójnika Witana ukryłeś, boś nie miał odwagi ich wyspowiadać, a teraz dręczą twą duszę. Czyżbyś nie znał słów Zbawiciela, które wypowiedział nakarmiwszy ludzi pięcioma chlebami i dwiema rybami? <<Są wśród nas i tacy, którzy nie zaznają śmierci, póki nie zobaczą królestwa niebieskiego>>. Nie ma człowieka, prócz tych, od których Bóg się odwrócił, który nie dostąpiłby w ostatnich chwilach przed śmiercią światłości bożej i świata wiecznego, kiedy światłość opromienia całe jego życie, by mógł ujrzeć, jak roztrwonił je na próżno. Jednych spotyka to wtedy, drudzy za życia osiągają jednię ciała i duszy za sprawą łaski bożej, dla której i ty przybyłeś tutaj, by znaleźć spokój duszy. Lecz ty, bracie, zapragnąłeś zrzucić szaty Chrystusa i w bogomilskich* bluźnierstwach szukać pocieszenia i przebaczenia ciężkich grzechów. Rozbójnik Witan nie umarł jeszcze do końca, ale święty ogień boży pali jego serce, nęka żyjącego w nim czarta i rozwściecza go…”

     Starzec padł twarzą na podłogę. „Odejdź ode mnie ― powiada. ― odejdź, święty ojcze. Nie jestem godzien, pogrążyłem się w bagnie i na próżno chcę się z niego wydostać, i nie wierzę, nie godnym przebaczenia…” ― sapie i kręci głową. „Pomóż mu wstać, dziecko” ― rzekł Święty. A gdy uniosłem go do klęczek, uczynił nad nim znak krzyża. „Niezgłębione są ― powiada ― drogi ku światłości bożej, jak niezbadane są drogi grzechu, toteż nie mnie cię sądzić, bracie Łukaszu. Niech sam Chrystus przebaczy i niech on nas osądzi. Przyjdź do mnie, kiedy zapragniesz. I ty też, Teofilu…”

     Tej nocy starzec rozchorował się. Stał się potulny, patrzył na mnie z czułością, oczekiwał śmierci. Troszczyłem się o niego przez całą jesień. Tęsknił i kochał mnie, ja zaś, gdy mnie wychwalał za dobroć, zaczynałem nim gardzić… Służyłem mu, ale przestał dla mnie istnieć…

VII

 

     Teraz, gdy mam mówić o światłości Taboru, o smutnej tajemnicy i o upadku swoim, pytam się ― jak znajdę słowa, by wyrazić to, czego wyrazić nie sposób, i proszę o nie Boga. Lecz modlitwa pozostaje bez odpowiedzi ― łaska boża nie nadchodzi, gdyż dusza żyje w rozpaczy. Czekam jednakże cierpliwie i z nadzieją, że pomoże mi wszechobecny, a niechby i sam diabeł, choć ten mówi przewrotnie. Wpierw jednak opowiem, jak odszedł z tego świata pewnej księżycowej nocy ojciec Łukasz.

     Po pokajaniu starca odbyło się nabożeństwo dziękczynne, a ojciec Łukasz dowlókł się do cerkwi ostatkiem sił i z moją pomocą. Sam Teodozjusz pokropił go święconą wodą i posadził po prawicy. Zapalono wszystkie świece i lampki, by pokazać, że światłość zwyciężyła. A Eutymiusz wręczył mu dar ― krótki żywot świętego Christofora.

     Każdy człowiek jest jako świeca omotana przędziwem namiętności i grzechów, a gdy jest ich wiele, zasłaniają bijące od niej światło. Wtedy człowiek jest nieszczęśliwy i nie masz dla niego radości. Tego dnia mój starzec zapłonął nowym światłem, albowiem opadły zeń przędziwa, którymi był omotany. Płakał ze szczęścia, bił czołem o zimne płyty. A wróciwszy z cerkwi do celi, legł bez sił, ale z poczuciem ulgi i dumy. Nagradzajcie człowieka, by zachęcić go do dobrego, oddawajcie mu cześć, niechaj diabeł przędzie nić jego żywota na innym wrzecionie! Któż wie, co lepsze ― zbawcze kłamstwo czy naga prawda? Albowiem nawet z najwspanialszym kłamstwem człowiek nie przetrwa długo, porzuci je, by szukać prawdy… Napisałem te słowa, albowiem ubodła mnie wtenczas wątpliwość, czy mój starzec nie został wplątany w wielkie kłamstwo. Oszukano go, aby porazić jego ziemski bezbożny umysł, by go upokorzyć i rzucić Chrystusowi do nóg. I po raz pierwszy zamyśliłem się nad uwielbieniem ludzkim dla tego, co niepojęte, co obezwładnia wolę i myśl, by uspokoić duszę. Wybacz mi, Boże, lecz skoro dałeś nam rozum, przeto dlaczego chcesz, byśmy od niego odstąpili i wierzyli, że mądrość w tym tylko jest, czego nie znamy? Dlaczego żądasz, by człowiek klękał przed twoją potęgą, sam przecież dałeś mu moc i władzę nad wszystkimi stworzeniami i rozum, by mógł cię poznać? Ukrywasz się przed rozumem, a objawiasz się w szaleństwie! Lubo też, skazawszy chrześcijan na śmierć, niewolę i pohańbienie, zwróciłeś ich myśli ku sobie, by w cierpieniach znajdywali pociechę? Jak skazaniec prowadzony na szubienicę drży i całym sobą gotuje się by przyjąć ból i śmierć, a myśl jego miota się i szuka oparcia, tak w tych strasznych czasach upadku władzy i najazdów tureckich, człowiek szukał oparcia gdzie indziej, w królestwie niebieskim, w magiach i czarach. Dusza zbroiła się, pocieszała się oszukiwaniem samej siebie i niczym pochodnie zapłonęły ludzkie tajemnice i szaleństwa…

     Mój starzec stanął na sądzie boskim w grudniu, gdy spadł pierwszy śnieg. Za dnia pokrył bielą góry i ławrę, mocniej zadymiły kominy, zagęgały żałośnie nad Belicą stada dzikich gęsi, które usiłowały przedrzeć się do Romanii, a wieczorem spoza wychudłych chmur wyjrzał księżyc. Nastała jasna noc, jakby biała ziemia została ukoronowana białą aureolą i porfirem niebios. W taką noc ogień jest czerwony i rozlewa się błogim ciepłem po celi. Starzec leżał na pryczy z jedną nogą spuszczoną na podłogę. W oczach miał pogodę i radość. „Odchodzę, dziecko ― powiada ― dziś w nocy umrę. Musisz wezwać spowiednika, otwórz drzwi, bym poczuł zapach zimy. Jutro ubiorą mnie w białe szaty, a Bóg zesłał śnieg, by okryć nim ziemię. Znak to, że wszystkie grzechy zostały mi przebaczone i kto wie, może Bóg przyjmie mnie do siebie” ― po czym mówił dalej, pocieszając się nadziejami. „No ― powiada ― podgrzej wodę, żeby mnie umyć, nim przyjmę komunię świętą”.

     Otworzyłem drzwi, wdychał śnieżne powietrze i uśmiechnął się ― pewnie przypomniał sobie coś, co miało miejsce w taką noc, i pobożnie położył rękę na piersiach. Dołożyłem do ognia pod dużym kotłem na trójnogu. „Rozpuść śnieg ― powiada ― wykąpiecie mnie w wodzie ze śniegu” ― i odwrócił oczy do ściany, sam na sam z Bogiem w ostatniej, zimowej rozmowie.

     Przyszedł spowiednik z dwoma ipodiakonami w pelerynach. Stoją pod celą i czekają. Ja zaś z ojcem Kiriłem rozebrałem starca, kąpiemy go z zamkniętymi oczami, by nie ulec pokusom ciała, ale w celi zrobiło się widno od żaru i lampki oliwnej, wiec gdy rzuciłem okiem na jego plecy, przeraziłem się. Całe upstrzone były bliznami po nożu i biczowaniu. Na prawej łopatce ślad po rozżarzonym żelazie jak jajko, a w nim koślawy napis ― „Witan rozbójnik, poddany Dragija”. Ojciec Kirił odmawiał pięćdziesiąty psalm: „Pokrop mnie hizopem, a będę oczyszczony, obmyj mnie, a będę jak śnieg bielszy”. Ja zaś myślałem sobie ― jakże rozbójnik może stać się czystszy, czyż i on, i my nie jesteśmy okłamywani? I patrząc na wychudłe ciało, usiane strasznymi bliznami, mówiłem sobie: „Oto ciało ludzkie, udręczone życiem powraca do łona ziemi” ―po raz pierwszy współczułem człowiekowi i jego ciału męczennika bardziej aniżeli teraz, kiedy wbijano je na pal, bezczeszczono i sieczono jataganem lub mieczem…

     Ubraliśmy go w czystą koszulę, albowiem stoi powiedziane „Przyodzieją cię w koszulę niewinności” ― i położyliśmy na pryczy. Wszedł spowiednik, toteż wyszliśmy z ojcem Kiriłem do ipodiakonów. Słyszałem przez drzwi, jak mój starzec odmawiał modlitwę: „Pozwól mi, Panie, zasiąść z Toba do ostatniej wieczerzy, pozwól jako godnemu ciebie. Nie zdradzę cię jak Judasz, ale jako rozbójnik po twej prawicy błagam cię, synu Boży…” ― i słysząc to, rozpłakałem się z żalu. Trzaskają szczapy w ogniu, słucham głosu spowiednika i szeptu ojca Łukasza. W śnieżnej nocy jaśnieją góry, w dole cicho szemrze Belica… 

     W końcu spowiednik wyszedł, a był to surowy starzec imieniem Filip Jeromonach, przystanął przy nas i zamyślił się. Zanim odszedł, uczynił taki ruch ręką, że wszyscy zrozumieliśmy, jakiego grzesznika spowiadał…

     Wszedłem do celi. Ojciec Łukasz spojrzał na mnie i nigdy nie zapomnę tego spojrzenia. Pytał mnie wzrokiem, czy słyszałem jego spowiedź, czy nie oszukano go, czy mogą mu być wybaczone te grzechy, czy nie zadrwili z niego?

     Nazajutrz dzwon uderzył trzy razy. Wyszeptałem: „Panie, przyjmij duszę sługi swego, Łukasza…”

     Zostawił mi w testamencie trochę odłożonych pieniędzy, abym palił świecę za jego duszę i odmawiał nad grobem psalm: „Uradowałem się, gdy powiedziano mi, bym wszedł do domu bożego” i „Nie sądź swego sługi, gdyż nikt z żywych nie może być przed Tobą bez winy”.

     Tak wiec zostałem sam w celi i nadszedł czas, bym dostąpił łaski bożej…

VIII

 

     Kiedy porwani przez Szatana aniołowie pokajali się i zaśpiewali pieśni, które śpiewali na wysokościach ojcu niebieskiemu, Szatan zapytał: „Jeszcze pamiętacie pieśni syjońskie?” A gdy mu odpowiedzieli, że pamiętają, rzekł im: „Osiedlę was na ziemi zapomnienia, gdzie zapomnicie to, coście mówili i posiedli w Syjonie”. Dał im wtenczas ciało z ciała ziemi. Jednakże nie wierzę, bracia, że aniołowie zapomnieli pieśni syjońskie, gdyż w duszy każdego została pamięć o nich i choć słaba, popycha człowieka ku sztuce i artystyczności i każe mu śpiewać we śnie i na jawie. Łaska, której pragnąłem dostąpić, była syjońska i syjońskie były pieśni, które układałem, podczas gdy myśl biegła ku Chrystusowi, niebu i miłości. Pieśni mówiły o Ralicy carycy, modliłem się w nich o zbawienie kobiety spotkanej na odpuście ― napawały wiarą w dobro, wieczność i świętość. Były światłością Taboru, obietnicą i sensem skarbnicy świata i ukrytej prawdy, ale umysł starał się je odrzucić, gdyż nie uznawał głoszonej w nich prawdy i nie pojmował, skąd się biorą, tym samym sprzymierzał się z diabłem.

     „Żaden mędrzec nie posiadł słowa prawdy, albowiem myślami zburzył najwyższą prawdę duszy. Płytki i wielosłowny duch mądrości tego świata pełen jest grzesznej mowy tajemnej, wyzutej z mądrości hipostatycznej” ― głosił Święty na zgromadzeniach w wielkiej świetlicy. Najwyższa prawda? Czyż język ma dla niej słowa? Błogosławione wieczory, duch wznosił się na wyżyny, budził się twórca, brałem papier i pióro, uwierzywszy, że zdołam wydobyć z siebie słowa najczystsze!… Na kominku płonął stos bierwion, światło ognia tańczyło na wybielonych ścianach, za oknem jasna noc albo gęsta jak wełna mgła, a Święty nauczał, jak mamy wydobyć z siebie wszystkie uczucia, jak wytężyć myśli i wolę dla Chrystusa, jak modlić się w szczerej pokorze, z głębi duszy i rosić ziemię łzami, by rozgorzał najświętszy, wszechsprawczy duch i napełnił nas niewysłowioną radością i miłością bożą… Myślałem sobie wtedy: „Słusznie mówi, znam tę łaskę, bo jej doświadczyłem. Nieraz wylewałem łzy, pisząc wiersze lub czytając święte księgi. Znam też wzruszenie przy zetknięciu się z bezcielesnością, którą jest również piękno. Hesychazm pomoże mi zgłębić wszystkie tajemnice”. Czekałem na tę chwilę, jak ziemia czeka na pierwsze promienie wiosennego słońca.

     Tak żyłem zimą owego roku. Zajmowałem się nabożeństwami zlecanymi przez igumena i często chodziłem do eremu Teodozjusza, by odgarniać świeżo spadły śnieg ze ścieżki. Skąpane w porannym słońcu lasy oblewały czerwienią szczyt Mokrej, przypominający wielką zaspę, w dole skrzył się i niebieszczył śnieg, Kefalarewo dymiło kominami, a pokryta lodem Belica płynęła ledwie słyszalnie. Na śniegu znać było ślady Tichota, który chodził palić w piecu. Poprzez śnieżny pył, wzniecany łopatą w zimowym powietrzu, widziałem uśmiechniętą twarz wielkiego schizmatyka wyglądającą przez malowane szronem okienko. Uśmiechał się i kiwał głową na moje pozdrowienie, pochylając się nad odpisem lub tłumaczeniem, swoim lub obcym, danym do przejrzenia. Te zimowe poranki unosiły mnie swym chłodnym pięknem ku błękitnym niebiosom, toteż każde słowo starca było jak najdroższy skarb, wprawiało w uniesienie najskrytsze struny duszy promieniejącej chwałą! Na podłodze zaczynały pełzać pierwsze promienie słońca ― pomarańczowe, łagodne ― mienił się w nich obraz Teodozjusza, raz złocisto promienny w boskiej świeżości i czystości, ale przypominający tym śmiertelnika, to znów ziemski i śmiertelniczy, a mieniąc się tak, wiódł myśl ku zwątpieniom ― gdyż tak czy inaczej uzmysławiał, że istnieje śmierć. W ciągu zimy stałem się jego ulubieńcem i raz jeszcze doznałem pragnienia, by poświęcić mu się całą duszą jak Eutymiuszowi. Słabości ludzka, która pragniesz oparcia i spokoju!…

     Nową naukę i jej sakramenty przyswajałem sobie bez trudu, albowiem, jak już rzekłem, znałem je z własnych przeżyć. Złorzeczenia ojca Łukasza nauczyły mnie milczeć, innymi słowy, zatajać w sobie wiedzę. Asceza obejmowała milczenie, należało czuwać, by nie słabła myśl i rozmyślać nad sobą, czyli poznawać siebie samego, albowiem rzeczy te połączone są w człowieku niczym łańcuch.

     Z żarliwością oddałem się ascezie ― pogrążyłem się w milczeniu, uważnie wpatrywałem się w siebie, toteż duch mój stał się czujny i wrażliwy. Czułem, że staję się czysty i wywyższony, że zbliża się i ogromnieje chwila, kiedy Bóg ześle mi swoje błogosławieństwo. Przestawały być zagadką tajemnice człowieka i natury, świata żywego i martwego. Stawałem pod dębem i niemal przeobrażałem się w niego, czując całym swym jestestwem, jak wbił korzenie w ziemię i ssie z niej niczym niemowlę z piersi matki, jak krzepnie i tuli się do zbawiennego powietrza. Czy to kwiat, czy robak, ptaki i zwierzęta – wszystko stawało się dla mnie pojęte, dostrzegłem w nich wolę i zamysł boży. A ileż radosnych tajemnic wokół i jakie ciche ukojenie w sercu!… Zatrzymuję wzrok na górach i zda mi się, że płyną i pozdrawiają mnie: „Żegnaj, żegnaj, mnichu Teofilu, raduj się jako i my radujemy się Stwórcy”. Patrzę na śnieg, a na nim czarne czernią się lasy. Żal mi ich i zachwycam się urządzeniem świata a najbardziej jego pięknem, płaszczem bożym rozścielonym nad całym wszechświatem. Wszystko mnie cieszy, gdyż przestało być zagadką, i zarazem napełnia smutkiem. Smuci mnie nawet poczerniały, opadły liść jesienny i martwy jeż, i zmarznięty ptaszek, i młody mnich o zalęknionym spojrzeniu, i nasi chorzy starcy przypominający zmarłego ojca Łukasza, nad którego grobem często rozmyślałem. Co dzień modliłem się za kobietę spotkaną na odpuście, wałęsałem się po zaśnieżonym lesie, mając przed sobą słodkie wspomnienie jej oczu. Słońce świeci mocno, śnieg oślepia, z gałęzi spadają śnieżne lawiny, iskrzą się diamentami, a ona idzie przy mnie i czuję, jak piękna jest jej dusza. Widzę, jak wzruszają ją radosne tajemnice, które odsłaniam, jak piękno czyni ją czystą i oto, spuszcza ze skruchą głowę… Przeżywałem upojenia i objawienia boskie, a do celi wracałem pełen smutku. Czemuż to? Czyżby bezgraniczna miłość do wszystkiego przemieniła się w smutek, a może zasmuciło mnie nieosiągalne piękno?  A może podszepty rozumu mówiły, że mój świat jest złudą i marzeniem? Jezu Chryste, dopomóż i zlituj się, nie pozwól, bym zwątpił!…

     Pewnego styczniowego wieczoru, gdy dzień już dogasał, a wraz z nim zachodziło światło, przypatrywałem się zachodowi słońca. Góry w złocistej nałęczy niczym panna młoda w ślubnym stroju promieniały zorzą zachodzącej chwały. Śnieg w dolinach niebieszczył się, w górze iskrzył i mienił, a szczyty – trony syjońskie – pokryte były czapami zasp, był na nich sam Stwórca, ale nie raczył zejść w niziny, wiało odeń chłodem, gasła szczodrze rozlana przezeń światłość. Przepaści szczerzyły zęby w chłodnym srebrze i zapadającym zmroku, niczym szczeć zwierza zjeżyły się lasy i jak z odwiecznej otchłani powiało majestatycznym chłodem. Mokra pomroczniała i wraz z nadejściem nocy Bóg powierzył ją diabłu. W duchu poczułem przerażenie i strach, ze zacznę zaraz zachwycać się królestwem szatana i powtórzy się to, co przydarzyło mi się w cerkwi bojarskiej. Gdy postanowiłem wracać, wraz ze mną ruszył czart, namawiając bym spojrzał za siebie i zobaczył jego mroczne, zimne, straszne królestwo i przyznał, że i ono jest wspaniałe i potężne. Włosy zjeżyły mi się pod kamilawką, mrówki przeszły po plecach. Popędziłem co sił do Świętego, by znaleźć pociechę duchową, omal nie wybuchnąłem płaczem, ale w eremie było ciemno, wydawał się pusty i milczący. Zastukałem cichutko do drzwi – Święty nie odezwał się , więc zaglądnąłem przez okienko. Patrzę, lampka skwierczy, migoce, znać, że się dopala, a na pryczy śpi Teodozjusz. Usta ma otwarte, bezzębne, chrapie. Głowa osunęła się  na bok, broda zwichrzona, różaniec zwisa na podłogę, kamiławka zsunęła się na oczy i sterczy jak dziób. Przestraszyłem się, ale widziałem, że oddycha. Starzec jak wszyscy starcy – ziemski i śmiertelny – okłamywałem siebie i innych… „Boże, czyżby on poznał twoje tajemnice? A może kusy uśpił go rozmyślnie w ten pełen boleści wieczór, by mi pokazać, jaki jest żałosny? Jezu Chryste, nie opuszczaj mnie!” –  i odmawiałem modlitwy. Zwątpienie i niewiara niczym złodzieje kradły owoce mojej duszy. Za plecami słyszałem śmiech diabła, a przede mną, w eremie, wiara i nadzieja leżały pokonane i cieleśnie zhańbione… Mocniej zastukałem do drzwi, gdyż nie miałem odwagi wrócić do celi w takim stanie duszy, bo czy byłbym zdolny do modłów nieszpornych?

     Starzec obudził się, otworzył. Wszedłszy, upadłem na kolana i wyznałem mu wszystko, prócz tego, że widziałem go śpiącym. Ach, dlaczego słuchając mnie, ziewnąłeś dwa razy! Czy święty powinien w takiej chwili ziewać? Przesunąłeś ręką po twarzy, jeszcze sennej i wychudłej. „Szczęśliwyś, dziecko ― powiada ― że nawiedził cię ten smutek. Zwiastuje on nadejście łaski. Bierze się z tęsknoty za Bogiem i za rajem, w którym dusza przebywała i do którego chce powrócić, i towarzyszy miłości, a żałość bierze się z pokajania Adamowego. Niedoskonałość napawa duszę smutkiem, a ona pragnie czystej radości i światła, pragnie przebaczenia… Komuż nie objawia się nieczysty? Nie zaniechał walki. Im bardziej człowiek zbliża się do Boga, tym silniej nieczysty wodzi go na pokuszenie. Módl się i nie poddawaj rozpaczy, uwierz w moc bożą, a osiągniesz światłość niebieską”.

     Mówi, ale widać, że wyuczył się tego na pamięć i każdemu innemu powiedziałby tymi samymi słowami. Ja zaś pomyślałem sobie: „Jego też szatan nawiedził dziś wieczór, cały świat tonie w grzechu” ― milczę i słowa Świętego nie trafiają mi do serca. Modliłem się gorąco podczas nabożeństwa wieczornego, aby odpędzić pokusy diabelskie i zasnąłem z niepokojem w duszy nawiedzany przez złe sny. Młodość jest wymagająca i im bardziej czci świętość, tym bardziej pragnie widzieć ją doskonalszą, toteż święci winni żyć w odosobnieniu, z dala od cudzych spojrzeń ― by nikt nie widział ich słabości ― i pojawiać się między świeckimi rzadko. Niechaj inni głoszą ich chwałę…

     Takich wieczorów było w moim życiu niemało. I dni, i nocy, i tygodni, i lat. Ten jednak zwiastował, że szatan będący we mnie nigdy się nie ugnie. W oku ludzkim, które nie śpi chciwe tajemnic, i w krwi ludzkiej jego moc.

     Wiosną próbowałem osiągnąć hesychazm. Leżałem nagi na podłodze, wystawiając się z lewa i prawa na pokusy demonów, jak stoi powiedziane, i starałem się im nie ulegać. Myślami i wolą byłem z Chrystusem. Widziałem jego białe, promienne ciało, widziałem go ukrzyżowanego lub żywego jak stąpał po ziemi świętymi stopami, a tam gdzie stanął roztaczała się światłość. Modliłem się: „Synu boży, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem, żałującym serdecznie za grzechy i pogrążonym w głębokim smutku. Pokaż mi Boga, który przyzwał mnie z łona matki” ― i powtarzałem modlitwę niezliczoną ilość razy, a gdy się zmęczyłem, podejmowałem ją w milczeniu, pozwalałem mówić duszy, słuchałem czego pragnie i widziałem ją zagubioną w marzeniach i upragnionych dążeniach. Szatan przymuszał ją, przeszkadzał unieść mroczną zasłonę nieprzejrzanych wieków. I naraz, przebłysk uspokojenia, radość i ciche szczęście płyną z jej głębin, opromienia ją zorza innych światów i cała dygoce z rozkoszy w ich świetle. Jawił mi się wtedy anioł-zwiastun z łabędzimi skrzydłami. Ach, brak mi słów, by opowiedzieć, com ujrzał, i język, i rozum stają się bezradne, gdy przychodzi im zgłębić tajemnicę boską! Mocniej zaczynało bić serce, łomotało wesoło w piersi, napełniało ciało błogą radością, sławiąc Boga. Wszystko co rodzi się i żyje z jego woli, przeznaczone jest jemu w ofierze, on sam zaś istnieje w nieprzejrzanej przestrzeni w czasie, poza światem rzeczy, gdzie oko ludzkie niema dostępu. Łzy czułości, zachwytu i anielska radość. Pojąłem dlaczego aniołowie głoszą jego chwałę, albowiem i ja byłem wśród nich… Jednakże rozum, ten nie dający się uśpić zdrajca, zapytywał: „Dlaczego w ofierze? Komu?”. Lecz dusza milczała pogardliwie. Znała odpowiedź, ale nie mogła jej wysłowić i pławiła się w błogiej męce miłości. Wzniosła się ponad świat jak duch ponad życiodajną przepaść bożą, przyglądała się i nie lękała ni żmii, ni dzikiego zwierza, ni trucizny, ni brzydoty. Lecz umysł gotował kolejny podstęp”: „A one? Za czyją są sprawą, czyż nie są dziełem szatana?. „Milcz! ― mówiła dusza. Niezbadana jest istota boska. Cokolwiek pomyślisz, wszystko będzie kłamstwem.  Jedynie ja mogę odczuć jego obecność”. I znów pogrążyłem się w rozkoszowaniu łaską bożą i modliłem się: „Boże, nie odbieraj mi łaski, wesprzyj mnie wiarą i spraw, bym za twoim przyzwoleniem ujrzał w nagrodę światłość Taboru i cieszył się twą chwałą. Ona napełnia mnie miłością do wszystkiego, przynosi radość i odbiera lek przed śmiercią. Niechaj i ja stanę się twoją ofiarą dziękczynną, żniwnym kłosem na twej wiecznej niwie. W nowym przypływie miłości ogarnę świat żywy i martwy, albowiem pojąłem, że Tyś jest prapoczątkiem wszystkich rzeczy tego świata…”

     Nie pamiętam, czy tak się wtedy modliłem, ale człowiek nie ma innej nadziei, innej więzi z Bogiem prócz plastrów miodu, które uskładał od dzieciństwa w zakamarkach serca. Powraca do nich na starość niczym do wiosennego słońca… Ech, czemuż nie trwa wiecznie to zbawcze działanie ducha? Dlaczego trwa tak krótko, zaledwie kilka chwil lub godzinę, po czym wysycha jak źródło w czasie suszy? Szatan przygląda się z boku, drwi sobie, wyczekuje, aż łaska boża opuści człowieka, aż duch się zmęczy, aż najwyższe uniesienie zniknie jak poranna rosa i wtedy on dochodzi do głosu. Zamroczona złymi myślami pamięć wydostaje się na jaw, ożywa zdradliwy rozum, a w ślad za nim zmienna dusza zmierza do samowładztwa. I świat znów staje się światem zmysłów, w którym rządzi nieczysty. „Spójrz ― mówi szatan ― na swoje ciało, zobacz wstydliwe przyrodzenia. Czy Adam miał wstydliwe członki będąc w raju? Gdybyś był synem ducha, wyglądałbyś inaczej i jak aniołowie nie czyniłbyś tego, co czynią wszystkie zwierzęta po jedzeniu. Kto takim cię stworzył? Ja czy twój Bóg? Spójrz, jakie piękne jest ciało, które stworzyłem dla rozkoszy, jaką siłę i giętkość w sobie kryje, i nie zapominaj, że jest takie do czasu tylko. A ty chcesz uczynić je wychudłym, słabym, niegodnym! Kiedy pomarszczy się i zwiędnie, kobieta, którą spotkałeś na odpuście, pośle błogi blask swoich oczu innemu… Przyjrzyj się tylko, jak patrzy na ciebie twój brat w Chrystusie, Manasjasz. Zagląda ukradkiem przez okienko i szepce: <<Piękny jesteś, bracie, bardzo piękny!>> A oczy mu błyszczą, robią się wilgotne z lubieżności”. Och, tego też nie zbywało w świętej ławrze, toteż musiałem zarzucać habit na okno i zasłaniać je, by nie podglądali mnie sodomici. Zasłaniałem światło boże i mówiłem sobie z goryczą: „Ciało też jest na usługach grzechu, skoro dostarcza oczom pokus”. Ale sam tez ulegałem pokusom nagości, gdyż nigdy dotąd nie przyglądałem się swemu ciału. A niczym nieosłonięta nagość kusiła, nieczysty słał złe duchy, którymi chciał mnie opętać i popchnąć ku rozkoszom cielesnym. Pewnej nocy śniłem, ze mam ciało anioła, różowe i nieziemsko piękne. Oglądałem je z zachwytem i zdumieniem, pieściłem i cieszyłem się nim jak największym skarbem. Tak to diabeł starał się zwrócić moje myśli ku ciału i mówił: „Jest ono tajemnicą tajemnic i ja jestem jego stwórcą, a twoja wieczność jest złudą. Nieboszczyk Łukasz wiedział o tym, toteż buntował się i złorzeczył Bogu. Czyś ślepy, że nie widzisz, jacy ludzie są dookoła ciebie? Nie słyszysz ich waśni? Jestem nawet w Teodozjuszu, twym nauczycielu i patronie. Przybrałem postać świętego, bo i takie oszustwo musi istnieć, gdyż w przeciwnym razie wszystko byłoby jednakie jak trawa i nudne byłoby życie na ziemi…” Bracia, Szatan jest straszny, albowiem przystaje na wszystko i gotów jest przyjąć nawet postać Boga, by wyszydzić jego chwałę. Teraz jednak nie kłamał, gdyż istotnie w ławrze roiło się od chciwców, lubieżników, kłamców, zdrajców i żądnych władzy, przez których rządził szatan. Byli też jasnowidzący, jak ojciec Nikifor, który już z bardzo daleka widział, kto idzie do klasztoru, przepowiadał los, a był przy tym niepiśmienny i nieuczony. Chodzili do niego po wróżbę bracia żądni władzy, dostojeństw lub różnych innych korzyści. Dla jednych hesychazm był światłą mądrością, dla drugich najwyższym uniesieniem i strachem, łzami i radością, a dla jeszcze innych był magią służącą zgłębianiu przyszłości. Ci, którzy pożądali władzy byli ludźmi, na których nie padał cień boży, ludźmi żądnymi sławy, nic też dziwnego, że zamieszani byli w różne intrygi cerkiewne, carskie, bojarskie i archijerejskie. Tak rozmyślając pocieszałem się, ale rychło pojąłem, że są wśród nich także Teodozjusz i Eutymiusz, albowiem sprawy cerkiewne i carskie nie stały dobrze.

     Tegoż roku car Iwan Aleksander raczył uznać samodzielnym władcą w Widyniu swego syna, Iwana Sracimira. Tak więc było dwóch carów, a bojar Balik odłączył ziemię karwunską* i został trzecim. W tym samym roku car Iwan Sracimir odstąpił od patriarchy tyrnowskiego i uznał patriarchę Konstantynopola. Podobnie uczynił Balik, toteż cerkiew bułgarska była skłócona i słaba, powoli gasła jej sława, a wraz z nią sława jedynowładcy, gdyż i bojarzy stawali się samowładni. W Macedonii rządził Wyłkaszyn z synem Markiem, na ziemiach północno-zachodnich ― despotka Teodora, siostra Iwana Aleksandra. W Romanii, która była turecka, bojarzy uznawali cesarza greckiego lub Urchanowego syna ― Sulejmana. Albo tez rządzili na własną rękę. W Tyrnowgradzie chodziły słuchy, że car na starość stał się bezwolny. I Teodozjusz, i Eutymiusz krążyli między ławrą i Tyrnowgradem, rozeszły się wieści o waśniach i niesnaskach między nimi a carem z jednej strony, i z drugiej ― między nimi a patriarchą. Niektórzy bojarowie i archijereje skłaniali się ku Sracimirowi, inni uznawali naszego patriarchę. Byli tez wasale i katepani wołoscy, którzy choć carscy, zerkali jednym okiem w stroną Besarabii. Wmieszało się do tych sporów całe duchowieństwo, rozgorzały też spory z tymi, którzy twierdzili, że istota boska jest niepoznawalna. Z ziemi greckiej napłynęli nowi heretycy i wróżbici władający magicznymi zaklęciami. Słynny był wtedy niejaki Teodoryt, mnich przybyły do stolicy z Carogrodu, który swymi czarodziejstwami przyciągał i maluczkich, i wielkich. Usłyszawszy o tym, Święty przepędził go z pomocą carską z Tyrnowgradu, gdyż tenże Teodoryt odrzucał hesychazm. Ale w jego miejsce przyszli jeszcze gorsi, wyznawcy mniszki soluńskiej ― Iriny. O nich opowiem potem i o tym jak zostałem heretykiem… Włóczęgów jako i teraz było moc ― ludzi przepędzonych przez Turków i gnanych niepokojami duszy, którzy sami nie wiedzieli, czego szukają na świecie. Wędrowali od klasztoru do klasztoru, od grodu do grodu, opowiadając cuda i dziwy, o tym co było i czego nie było. Każdy wierzył, że zbliża się koniec świata i myślał, co ma począć: czy troszczyć się o zbawienie duszy, czy tez dożyć ostatnich chwil w rozkoszach i zbytku. A ponieważ rozpacz jest dwujęzyczna ― przeto z jednej strony człowiek ma przed sobą Sodomę, a z drugiej ― śmierć i życie na tamtym świecie. Wielu, mówiąc że czeka ich piekło jako kara za grzechy, folgowało sobie bez reszty i oddawało się w ręce diabła. Małżonkowie rozwodzili się i aż na Wołoszczyznę chodzili po łatwy rozwód ― popi brali tam pieniądze i nie pytali o nic więcej. Pieniędzy, pięknych strojów i rzeczy chciwi byli i wielcy, i maluczcy, toteż wszędzie roiło się od rabusiów, na drogach i po wsiach mordowano i rabowano, jak się dało. A ja, słysząc i widząc jak diabeł rośnie w potęgę, błagałem Boga, by ustrzegł prawdę ukrytą w mym sercu, w miejscu, które zdolne jest pomieścić cały świat. Umyślnie nie dawałem posłuchu pogłoskom, stroniłem od ludzi, żyłem w odosobnieniu, modląc się i układając wiersze, bez zapisywania, w pamięci. W wolnych chwilach łowiłem ryby, gdyż łowienie stało się dla mnie zabawą i namiętnością. Ryby wieszałem na drzwiach naszym chorym starcom, a ci radowali się i wychwalali mnie. Dusza była niby to spokojna, ale któż z nas wie, gdzie ukrył się diabeł i co zamyśla. I któż może przewidzieć, co przyniesie dzień jutrzejszy? Albo też rzec ― wiem, co myślę i czynię.

     Z uporem chciałem ujrzeć światłość Taboru i znaleźć się w raju, jak obiecywał Teodozjusz i jego nauka, ale nie spływała na mnie większa łaska od owego niewysłowionego poznania, które wyrażało się radością, czystymi myślami i spokojem duszy. „Tak winno być” ― mówiła zadowolona dusza, ale rozum pytał wciąż niespokojny, albowiem im lepiej poznawał świat, tym mniej zawierzał duszy. Świadomość rozpoławiała się i przyłapywałem się na tym, że chcąc nie chcąc myślę jak nieboszczyk ojciec Łukasz. Jego obraz pojawiał się, by wieść na pokuszenie i zlewał się z obrazem szatana. „Oto ― mówił ― ponoć w ławrze jest królestwo boże, ale czy jest równość? Jedni spośród nas, zdolni osiągnąć doskonałość w hesychazmie, rządzą innymi, którzy nie posiedli doskonałości. Ci muszą czekać w posłuszeństwie, pracować, być zależni i mieć nadzieję. Czyż takie jest królestwo boże, gdzie dla jednych zależność i posłuszeństwo, a dla innych ― wolność, przebywanie z Bogiem i medytacje? Czyż nie powiedział Chrystus: <<Kochaj bliźniego swego jak siebie samego>>? Rozejrzyj się tylko, kto i co tutaj czyni. Każdy z hesychastów troszczy się tylko o pomyślność własną, chce stać się doskonały i rządzić innymi. Czy ty sam nie wywyższasz się, jedząc chleb anielski i czyż nie odwróciłeś się od ludzi? Aż tak pokochałeś swego Boga, że nie potrzebujesz już sobie podobnych i nie dbasz o nikogo…” Tak kusił mnie czart i pogrążał w niepokoju i wstydzie. Zaczynałem nawet myśleć, że te dwa światy we mnie są tajemnicą samego Chrystusa i jego objawienia się, toteż z wielką żarliwością i namiętnością zagłębiałem się w hesychazm. Aż wreszcie zesłał mi Bóg chwile straszne, doniosłe, kiedy pewnej nocy ujrzałem grozę jego chwały, która zaćmiła mój niedoskonały umysł i wydała w ręce diabła…

     Zdarzało się nieraz, że przywidział mi się przerażający swym ogromem i pustką przestwór, a w nim maleńki niewidoczny punkcik, którego obecność zaledwie podejrzewałem. Pojawiał się widzialnie i zaczynał rosnąć zastraszająco w Niebycie z tak zawrotną szybkością, że serce kurczyło się ze strachu przed jego ogromem. Potężniał, zwielokrotniał się przeraźliwie szybko i zdawało się, że wypełni wszystko. Lecz naraz znikał i znów był niewidoczny. Miałem takie przywidzenia kilka razy i mówiłem sobie: „Tak wyglądało z pewnością poczęcie wszechświata. Nie poddawaj się, wytrwaj, a może Bóg objawi ci się później, gdy  staniesz się tego godny”.

     I pewnej nocy, kiedy na niebie świecił niezdrowym światłem księżyc, a ja wyczerpany modlitwami i czuwaniem przyzywałem żarliwie Boga, by odkrył mi tajemnicę dwóch światów, i zapomniałem, że diabeł czyha w ukryciu, usłyszałem naraz szum, jakby wiał silny wiatr, i białe, oślepiające światło zalało celę. Oniemiałem, zdrętwiałem i nie mogłem uczynić najmniejszego ruchu ani pomyśleć o czymkolwiek. I zobaczyłem ten świat takim, jakim ujrzałby go zmartwychwstały ― nieogarniony dla rozumu w minionym, obecnym i jutrzejszym czasie, a siebie ― jako tułającego się po nim ducha, skazanego na wieczne wędrowanie od złudy do złudy. A sens wszystkiego, co działo się w świecie był poza mną, niedostępny dla rozumu, ukryty w czasie za nieznanymi, wiecznie zmiennymi obrazami, które czyniły umysł bezradnym i pchały z jednego kłamstwa w drugie. Niewysłowione cierpienie przygniatało duszę, pogrążało ją w rozpaczy jak w bezdennym morzu. Bojąc się, że biała światłość mnie oślepi, chciałem zamknąć oczy, ale nie mogłem. Świeciła zimnym, migotliwym blaskiem i czułem, że wkrótce zgaśnie, a gdy zgaśnie, będę już odmieniony, albowiem duch legł pokonany, a wraz z nim ― wiara. Ławra wydała mi się nikomu niepotrzebna, pozbawiona sensu, zaś Teodozjusz i my, jego uczniowie, błaznami i głupcami. Błazeńskie i głupie było wszystko, co we mnie najlepsze i najświętsze, co przybliżało mnie do skarbnicy świata, taka też była moja ukryta prawda-złuda. Gdy odzyskałem już zdolność myślenia, światło zgasło raptownie jak dźwięk harfy, znów zobaczyłem okopcony sufit celi i siebie leżącego na wznak na pryczy. Zniknęło też odrętwienie cielesne i pierwszą myślą było: „Czyżby to światłość Taboru?” Jej dotknięcie sprawiło, że jesteś jak nieżywy, umarły twoje wyobrażenia o świecie i nadzieje, a wraz z nimi odszedł sens twego istnienia. Czy taka miałoby być istota jego światłości ― wyrzeczeniem się ciebie, własnego stworzenia i wszystkiego, co żyje? Cóż ci przyszło ze słodkich radości duszy, z łaski bożej? Wszak to on ponoć był stróżem ukrytej prawdy, stworzycielem skarbnicy świata, źródłem najwyższych uniesień? Jawi ci się teraz w innej, strasznej dla ciebie chwale, jakiej nie oczekiwałeś, aby udowodnić ci, żeś niczym, prochem, i nie powinieneś próbować zgłębić jego tajemnicy. Czemuś go przyzywał, czemuś się modlił, szaleńcze? Oszukana dusza uniosła się gniewem, gdyż jej radości, nadzieje i czystość przemienił w samozakłamanie i na pośmiewisko wystawił wszystko, co najlepsze. Z drugiej strony byłem dumny, że poznałem istotę tego, przed czym Teodozjusz i inni ronili łzy w rozczuleniu i na domiar złego dziękczynili… Ech, człowiecze, czemuś tak został stworzony, iż nawet prawda przeciwko tobie jest ci droga i triumfujesz poznawszy ją?… Duch ziemski postawił mnie na nogi, powiódł do nieposłuszeństwa i o świcie zapytałem się: „Czyż nie był śmiertelny Chrystus, skoro w ostatnich chwilach na krzyżu, jak ja teraz, dogłębnie przeniknął smutną tajemnicę?” Zataiłem i to pytanie i próżno męczyłem się nad odpowiedzią, w cerkwi, rano i wieczór, i podczas agape*, gdyż wszystko było mi tak obce, że z drwiną zaczynałem patrzeć na obrzędy i sakramenty. Żegnałem się znakiem krzyża wiedząc, że jestem bezbożnikiem, jadłem, lecz chleb miał smak goryczy, spotykałem czyjeś spojrzenia i uciekałem od nich. Samotność, udręka, a z nich kiełkuje głucha nienawiść. Coraz rzadziej chodziłem do Teodozjusza, a słuchając go któregoś dnia, rzekłam do siebie: „Tomasz z ciebie, a Tomasz nie lepszy od Judasza Iskarioty, który nie tyle dla srebrników zdradził Chrystusa, ile że Jezus był dla niego kłamstwem i kłamstwo obrażało Judasza, jak obraża teraz i mnie”. Wiara nie podlega rozsądkowi, lecz gdy wygaśnie, wtenczas dusza naśmiewa się ze swych wczorajszych bóstw, odrzuca je, karmiąc się złością i śmiercią… Tak stało się i ze mną. Dumny rozum hardo podniósł głowę, triumfował i szeptał: „Twój Teodozjusz umarł dla świata. Świat nie jest Syjonem. Syjon to samozakłamanie i twoje wiersze też są kłamstwem, a największym ― hesychazm, Bóg zaś jest twoim wrogiem. Upijał cię jak wino pijaka i patrz, dokąd cię zaprowadził. Przedtem mogłeś wierzyć, teraz choćbyś chciał, nie możesz…”

     Usta zaniemówiły, świat pomroczniał, dusza stała się nieczuła. I wtenczas miałem widzenie senne tak straszne, że straszniejszego nie miałem i mieć nie będę. Odpocznę i pomyślę, jak o nim opowiedzieć, by nie zatracić sensu, albowiem niełatwo jest opowiadać sny.      

IX

 

     Śniło mi się, że niby to była Wielkanoc, ale tejże nocy znów miano ukrzyżować Chrystusa i że wraz z innymi wszedłem na mury obronne Carewca, by przyglądać się zbrodni. Na szczycie Świętego Lasu, na tle szarego, popielatego nieba sterczał straszliwy, drewniany krzyż, a u stóp wzgórza wiła się procesja carów, wielmożów, archijerejów i żołnierzy. Byli tam wszyscy carowie ziemscy i duchowieństwo cerkiewne, a lud zgromadził się tłumnie w dole, niczym stado, i nie można było dociec, czy jego zachowanie i wycie brało się ze strachu, czy też inna była tego przyczyna. Ktoś stojący za mną rzekł: „Nastąpi powszechna rzeź i każdy  z domu swego uczyni twierdzę, albowiem Bóg przestał istnieć”. Jedni mówili, że nie mają nic przeciwko temu, gdyż połozy to wreszcie kres powinnościom wobec cerkwi, postom, wstrzemięźliwościom i strachowi, drudzy zaś wołali: „Biada nam, biada!”, a jeszcze inni zgrzytali zębami i ostrzyli miecze. Wszyscy wiedzieli, że nadchodzi koniec świata, ale było niepojęte dlaczego, wiedząc o tym, nie uwalniano Chrystusa i nie obalano ogromnego krzyża. „Albowiem nie jest Bogiem i oszukał nas. Władcy postanowili go ukrzyżować, by lud przekonał się, że nie ma zmartwychwstania” ― powiedział ten, który stał za mną. Zapytałem, czy wzejdzie słońce, a nie otrzymawszy odpowiedzi, rzekłem do siebie: „Pójdę powstrzymać to szaleństwo”. Nie odważyłem się jednak, choć wiedziałem, że jeśli uczynię pierwszy krok, nie ulęknę się śmierci. Duszę ogarnęła rozpacz i zapytałem, gdzie są Teodozjusz i Eutymiusz, apostołowie wiary, święci ojcowie, aniołowie i archaniołowie, czyżby i oni przyglądali się śmierci Boga? Wtenczas rozległ się krzyk: „Ukrzyżowali go, a carowie rozkazali wojsku strzelać i przebić włóczniami jego ciało. Patrzcie, umarł!” I w tej samej chwili tłumem targnęły piski i zawodzenia, wszyscy rzucili się do swych domostw i wokół nie została żywa dusza. Pobiegłem i ja do domu, a tam ojciec powiedział mi: „Co teraz uczynisz? Zrzuć habit, nie masz dla kogo nosić tej szaty”. „A ty ― rzekłem ― jak będziesz malować ikony, skoro nie ma świętych i Boga?”. „Będę malować żonę Baldia ― powiada. ― Chodźmy i my zaryglować drzwi i okna, by móc się bronić”. Tak też zrobiliśmy ― on, matka i ja ― aż w domu zapanował całkowity mrok i dał się słyszeć płacz mojej siostrzyczki Kalii. Chwyciliśmy za broń i stanęliśmy na straży, a nad ziemią zaległa ponura cisza, której nie zakłócał nawet najmniejszy szmer. I wtenczas z dołu, z miasta, ktoś zawołał pośród nocy: „Grób jest pusty. Szukano Chrystusa i nie znaleziono, albowiem z martwych powstał!” W tej samej chwili wzeszło słońce, miasto rozbrzmiewało biciem dzwonów, kołatek i radosnymi krzykami, matka rzuciła się, by wziąć mnie w objęcia, a ojciec walił głową o ścianę. „Och, nędzniku, nawet ty wyrzekłeś się Boga. Jak mogłeś? Módl się, mnichu Teofilu!” A ja ani się modlę, ani żałuję, tylko myślę sobie: „Niech mi nie przebaczy. Pójdę porozmyślać do winnicy przed zstąpieniem do piekła”. I wnet byłem na ścieżce wiodącej do winnicy. Widzę wiąz, orzech, wykrot za szałasem z brzydkimi burzanami, ale co to za mogiła w wykrocie? Może ojciec ukrył tu nasz dobytek, usłyszawszy o rzezi? Wziąłem motykę, odkopuję, a ziemia świeża, miękka, grobowa, sama się rozsypuje i kruszy. Pot mnie oblewa, trzęsę się cały ze strachu ― przeczuwam, co jest w grobie. I nagle co widzę: w grobie leży martwy Chrystus owinięty w zwykły, płócienny całun, z rękami skrzyżowanymi na piersiach przebitych włóczniami, żałosny i umiłowany w wielkim smutku swej śmiertelności, przerażający niewinnością i niesłychaną zbrodnią, jaką na nim popełniono. Wybuchnąłem szlochem i zawołałem: „Boże, dlaczegoś oszukał i jego? Dlaczego uczyniłeś jego mękę bezsensowną, a wraz z nią to co mówił i nauczał? Kto go tu ukrył, czy ci, którzy go ukrzyżowali i torturowali, czy może Teodozjusz i Eutymiusz?” I jedna połowa mnie szlochała, a druga triumfowała ze zgrozą, albowiem poznała tajemnicę. Pospieszyłem do miasta i ujrzałem Tyrnowgrad podobny do potwora, upstrzony barwami, skąpany w słońcu, świętujący kłamstwo tego, który leżał w wykrocie naszej winnicy. Stałem się wtedy najnieszczęśliwszy spośród ludzi i najbardziej samotny, albowiem poznawszy nagą prawdę, z nikim  nie mogłem się nią podzielić ― gdybym ją zdradził, znów zapadłyby ciemności piekielne. Lecz ukrywając, jakże będę mógł dalej żyć? I pojąłem, że usta same przemówią, nogi same zaprowadza ludzi do wykrotu i ręce same wskażą grób. Tak więc, czułem się jak Judasz Iskariota i podobnie jak jemu nie pozostawało mi nic innego, jak tylko powiesić się. Wziąłem sznur, zrobiłem pętle i założyłem na szyję…

     Zbudziwszy się, rzekłem do siebie, że nie jestem już mnichem i nie mogę jeść chleba anielskiego. Poprosiłem zatem Eutymiusza, by jadąc do stolicy zabrał mnie z sobą. Chciałem zobaczyć się z rodzicami. I w dzień błogosławionego Tytusa cudotwórcy Ojciec Wielebny wsiadł do karocy z diakonem Naumem i efimeriosem* archimandrytą Tichonem, starszyzna dosiadła koni, a ja i jeszcze dwóch mnichów ― wyruszyliśmy pieszo. Kefalios dał nam sześciu jeźdźców i czterech łuczników, załadowaliśmy do karocy nowe przekłady żywotów i triodów*, dary dla cara Iwana Aleksandra, i wyruszyliśmy. Dzień był łagodny, ciepły. Beczały jagnięta, oracze szli pochyleni nad sochami, śpiewały ptaki. Szedłem jako ostatni, w duszy miałem mrok i pogardę. Jeźdźcy wzniecali kurz, dzwonek diakona zwiastował, kto jedzie i wzywał świeckich, by rozstępowali się przed karocą igumena. Karoca była czarna, miała wysokie koła i złote krzyże po bokach. Posuwała się naprzód niczym ogromna modliszka i skrzypiała rzemieniami. Gdy przejeżdżaliśmy przez wsie, biegły za nami dzieci, a kobiety i starcy czekali na błogosławieństwo. Eutymiusz błogosławił ich piękną ręką, a ja spuszczałem bezbożną głowę. Niekiedy zrównywałem się z karocą, aby mu się przyjrzeć, choć nie wiedziałem, co chciałem w nim zobaczyć. Miał długie nogi, dostojną postawę, bojarską i władczą twarz. „Zbliż się, a nauczę cię, co to strach i szacunek” ― zdawała się mówić jego twarz. Broda archimandryty była mocno przyprószona siwizną jak głowa wrony, a jego ― kasztanowa, młoda i tylko tu i tam na wąsach przeświecały rudawe włosy. Patrzyłem nań i pytałem siebie: „Jakże ten światły człowiek nie może wiedzieć tego, co pojąłem ja? Wszak dostąpił światłości Taboru? Czym od niego godniejszy, czy też bardzo grzeszny?”

     Rozmawiali o nowym liście Kalista do naszego patriarchy. Ojciec Tichon trzymał w zamyśleniu brodę, a jego grube, wilgotne wargi połyskiwały niemiło. „Car tak samo nas wysłucha, jak wysłuchuje patriarchy. Nie chce się opowiedzieć po niczyjej stronie” ― odezwali się ojcowie jadący konno. Eutymiusz z rzadka im odpowiadał. Pewnie obmyślał mowę przed Iwanem Aleksandrem, gdyż jutro miał się stawić w pałacu, by łagodzić spory cerkiewne. Mnie jednak nic to nie obchodziło. Skoro takie są tajemnice boskie, to nieważne w jakiej cerkwi się modlimy. Była też mowa o rozbójnikach i o czarnej ospie, która grasowała od wiosny. A gdy dotarliśmy do Ujścia, strażnik zawołał i pokazał w stronę Jantry. Przez rzekę przechodziło w bród kilkunastu półnagich ludzi, kobiet i mężczyzn. Prowadził ich brodaty mężczyzna przepasany skórą baranią i trzymający w ręku drewniane berło. „Heretycy, bezbożnicy! Ja im pokażę!” rzekł jeden ze strażników i napiął łuk. Zabrzęczała cięciwa i strzała trafiła obok mężczyzny, który wyszedł na drugi brzeg. Tamten ukrył się natychmiast za wierzbą. Kobiety podniosły wysoko poły koszul, mężczyźni podali im ręce, by szybciej wydostały się na brzeg, a brodaty wykrzyknął zza wierzby: „Dlaczego strzelasz, niegodziwcze? Chodź do nas, a dowiesz się, co to raj, głupcze!” ― strażnicy chwycili za, ale Eutymiusz powstrzymał ich i wszyscy przeżegnaliśmy się. „Anatema! ― rzekł ojciec kołczany Tichon.    ― Jak prawowierny nasz władca może cierpieć podobne plugastwo?”. „Szatan drwi sobie z nas, ojcze. Któżby nie zganił nas za to, że opieszale tępimy biesy ciała? Z gnuśności naszej bierze się upadek bułgarskiej macierzy!” I zaczęli mówić o herezjach, a ja nie odrywałem oczu od Jantry. Jedna z kobiet została z tyłu, heretycy popędzali ją, by się pospieszyła, ale ona zwlekała i spoglądała w naszą stronę. Nie przestawałem myśleć, że to ta nieszczęsna ladacznica z odpustu. Wmówiłem sobie, że to ona, poczułem udrękę i zazdrość, jeszcze większy ogarnął mnie gniew  i aż do Tyrnowgradu nie odezwałem się ani słowem.

     Przez Kselifor wjechaliśmy do miasta od północy. Ale lepiej nie opowiadać o mojej krótkotrwałej bytności w stolicy. W Dewingradzie przybyło nowych lepianek z uchodźcami, nędza stała się jeszcze większa, pod każdą cerkwią roiło się od żebraków, w zajazdach tłoczno, gęślarze śpiewali i grali. Tyrnowgrad wypełnił się ludźmi, ale sam zbiedniał i zszarzał. Wielcy zajmowali się więcej magią aniżeli modłami, maluczcy zaś wiedli beztroski żywot, kradli i żebrali, a władza carska traciła na znaczeniu i nic nie przedsiębrała, by zaprowadzić ład. Nasz podstarzały władca rozkoszował się słowami modlitwy bożej, obrazami świętych, pięknem niewieścim i wszelkim innym. Następca tronu Sracimir nie uznawał brata Sziszmana ani nawet swego ojca, chciał rządzić całym krajem. Balik czynił po swojemu, cerkwie były zwaśnione, nękały Jego Wysokość poselstwami. W domu ojciec był chory ― ani go nie uradowało, ani nie zasmuciło moje przybycie. Matka rozpłakała się z radości, ale nie śmiała mnie objąć ― byłem wszak sługą bożym i świętym. Siostra lękała się habitu i kamiławki i trzymała się z dala ode mnie. Swój dla nich byłem, a obcy. Bóg rozłączył mnie z najbliższymi, nie wiedzieli, jak maja się do mnie zwracać, jak się zachować. Spojrzałem w lustro i przeraziłem się. Twarz, opalona wiosennym słońcem, nie przypominała twarzy świętego, złota bródka, zapadnięte oczy płonęły niebieskawym światłem, a na ich dnie namiętności, złość, bezbożność. Nie ma już bogobojności, zewsząd napierały biesy… Siedziałem obok chorego ojca jak na rozżarzonych węglach ― bałem się, że odgadnie, co dzieje się w mojej duszy.

     ― I co, pisarzem czy pokutnikiem zostałeś?

     ― Jeszcze nie wybrałem.

     ― Hm… Z Eutymiuszem przyjechałeś. Pójdziesz z nim jutro do podwójnej brody?

     ― Nie. Tylko starszyzna z klasztoru. Przyjechałem was zobaczyć.

     ― To dobrze…

     Zamieniliśmy jeszcze parę słów, o niczym. Gdybyśmy zaczęli rozmawiać szczerze, kto wie, co bym o sobie usłyszał. Byliśmy jednak sobie obcy, nawet w nienawiści. Tako to jest, trudno zdobyć się ludziom na szczerość, by wyznać, co kryją w sercu, nawet jeśli to ojciec i syn. Wiedzą, że się nie rozumieją i wstydzą się swoich myśli. Gdy zdjąłem habit i kamiławkę, ulżyłem sobie i im, a mała Kalia siadła mi wreszcie na kolanach i objęła rękami za szyję. Od matki dowiedziałem się, że Laurenty osiadł w jakimś klasztorze koło Sliwenu, a mój bratanek umarł na ospę. Nieszczęsna, patrzyła na mnie z niepokojem i czekała na stosowną chwilę, byśmy mogli zostać sami. Ale ja unikałem jej. Gdy jednak położyłem się spać w izdebce od ulicy, cicho uchyliła drzwi i zajrzała ostrożnie. Udałem, że śpię. Stojąc tak w progu, wydała mi się cieniem na tle jaśniejącego gwieździstym światłem okienka w sieni. „O czym będziemy mówić, matko? Gdybyś nawet pojęła, co dzieje się ze mną, czymże mogłabyś mnie pocieszyć? Czy nie zlękłabyś się syna, którego w swej prostoduszności masz za świętego? A może masz nadzieję, że miłość matczyna znajdzie słowa pociechy i natchnie mnie nową wiarą? Stój z dala, nie zbliżaj się do mego ducha, albowiem nie twoim jest dzieckiem i nie masz do niego żadnego prawa! Wiem, będziesz chciała przygarnąć mnie swoją miłością, ale nie wiesz, że wielka miłość przywiodła mnie do samotności.” Tak rozmawiałem z nią w myślach, aż odeszła, gdyż litość dla niej przemieniła się w ścianę lodu. Samotność szuka duszy cierpiącej, nie chce, by usypiano ją kłamliwymi słowami…

     Tak więc, bracia, stroniłem od wszelkiej szczerości, ukrywałem siebie i skrycie żegnałem się z domem rodzinnym. Na trzeci dzień, gdy poselstwo, nic nie osiągnąwszy u Iwana Aleksandra, wracało do klasztoru, słuchałem w drodze powrotnej, jak Eutymiusz i starszyzna rozmawiali o nieporządkach w cesarstwie i w cerkwi i coraz większym złu szerzącym się na ziemi. A to co słyszałem, jeszcze bardziej podważało wiarę w Boga i ład świata. Ludzkie bytowanie i ludzkie sprawy przesłoniły boże, zniknęła opatrzność boska, a wszystko działo się z winy tych lub innych ludzi. W ten sposób zerwana została nić łącząca mnie z Bogiem i wszechświatem.

     Wieczorem dotarliśmy do ławry, znów znalazłem się sam w celi i pamiętam, że wszedłszy, roześmiałem się w głos, bo takie głupie i marne wydawało mi się wszystko, co w niej było. I odtąd żyłem poza celą, choć służyła mi za schronienie. A po niedzieli dusza przechorowała się, niewierna, i oddała się we władanie Szatanowi…  

 

X

 

     Świat stracił sens i rzekłem sobie: „Czy to nie jedno, jeśli i on, i ja, jesteśmy za sprawą diabła? Pójdę tułać się po świecie, by doświadczyć jego rozkoszy”.

     Był kwiecień. Zazieleniły się trawy i lasy, echem niosły się ptasie śpiewy i nawoływania, śmiały się pola i góry, pieniła się Belica, przynosząc z sobą zapach bodziszków i górskiej świeżości.

     Zacząłem żyć jak poganin. Wałęsałem się po lesie, łowiłem ryby i tak minęła Wielkanoc ― święto swoją drogą, a ja duchem byłem gdzie indziej. Ale w dzień błogosławionego Jana Staropieczary, gdy zarzuciłem sieć, brodząc w ciepłe południe po kolana w rzece, ktoś mnie zawołał. Nieraz zdarzało mi się, że woda szeptała moje imię. Jednakże wołanie powtórzyło się i zobaczyłem młoda kobietę w chuście na głowie, w sukmanie i haftowanym serdaczku, stojącą pod leszczyną na brzegu. Za nią widać było obsypany kwieciem głóg ― i głóg, i ona przeglądali się w wodzie. Tego dnia upojna ziemia zasnuła mgiełką góry i niebo, pulsowała we krwi i przyprawiała o zawroty głowy. Widziałem kobietę przez mgiełkę znoju i nie wierzyłem własnym oczom, a ona skinęła mi uśmiechnięta. „Ojcze Teofilu ― powiada ― sprzedaj mi trochę ryb dla chorego dziecka”. Głos jej przekrzykuje Belicę i żabi zgiełk, na twarzy mienią się odblaski rzeki. Zwinąłem niewód, by wyjść na brzeg. Przeszło mi przez myśl, że idę na pewną zgubę, ale nogi niosły same. Wstydziłem się mokrych, brudnych gaci, obdartego habitu. Byłem bez paramanu, w zniszczonym kołpaku, bosy. Wydostawszy się z rzeki, zacząłem wyjmować złowione ryby z dna sieci, zważając by nie spotkać jej grzesznych oczu. A ona powiada: „Pamiętasz mnie ojcze? To ja odsłoniłam ci twarz zeszłego roku na odpuście”. I stojąc tak pochylony, widziałem jej nogi obute w nowe kierpce, a serce biło na alarm jak dzwon. Z zimnej rzeki wyszedłem, a zrobiło mi się gorąco, w ustach zaschło. „Oto ta, której powierzyłeś najskrytsze myśli i błagałeś Boga o zbawienie jej duszy! Wystroiła się i przyszła niby to po ryby, aby cie zgubić. Czego spodziewałeś się po wszetecznicy?” ― zapytywał rozum, ale któż by go tam słuchał.

     Wyjąłem ryby z niewodu, wysypałem do torby. „Bierz ― powiadam ― ile ci trzeba”. „Ale w czym je zaniosę, kiedy nie pomyślałam o naczyniu?” „Utnę kijek i ponawlekam je” ― rzekłem i dalej nie odrywam oczu od leszczyny. A ona: „Dlaczego nie spojrzysz na mnie, ojcze? Gniewasz się jeszcze? Duszę masz cierpiącą ― powiada ― i moja od dawna nie inna ― tak mi się zdaje. A jakie masz piękne nogi, jak święty ― zgrabne, białe… Wywiedziałam się o tobie wszystkiego, wypytałam ktoś jest i skąd przybyłeś. I to wiedz, zwą mnie Arma i jestem z Kefalarewa. O więcej nie pytaj. To jeszcze ci powiem, żem córka wyklętego popa i sama samiuteńka żyję na świecie”.

     Strugam wierzbowy kij, umyślnie przygarbiony, a ona za moimi plecami słowa jak perły niże. Belica się pieni, huczy donośnie w korycie, kukułka kuka, turkawka grucha, w rozkwitłych głogach klasztorne pszczoły brzęczą. „Spójrz na mnie ― powiada ― nie gniewaj się, od dawna już cie szukam…”

     W oczach zachęta do grzechu i zwierciadło jej nieszczęsnej duszy, ku któremu i moja dusza skora była w owe dni, albowiem udręczona i osamotniona żebrała o pociechę i współczucie. Są bowiem takie dni w życiu człowieka, kiedy powiada: „Niech sczeźnie wszystko i niech świat przepadnie. Bo skoro jedna zagadka przechodzi w drugą i zwątpienia nie maja końca, to wszystko jest kłamstwem i bezsensem.” W takie dni rodzi się najgorętsza i najtragiczniejsza miłość, człowiek spada w przepaść, by w piekle szukać pocieszenia i rozkoszy…

     Przerażenie ogarnęło duszę, straciłem głowę i rozum, oczu nie mogę oderwać. Serdaczek wyszywany haftami, na chuście cekiny, warkocze jak czarne węże zwisają do kolan, zielony pas. Niczym fala uderzył mnie zapach jędrnego ciała rysującego się pod zapaską. Stała przede mną podobna do rozkwitłej lipy, gładziła gruby warkocz przerzucony na piersi, a oczy świeciły jak wschodzące słońce. Spojrzałem w górę na mury klasztoru, na ławrę i poczułem w sercu ból.

     „Czy to nie ty ― rzekłem ― byłaś z tamtymi ludźmi, którzy przechodzili w bród Jantrę zeszłej niedzieli, z heretykami?” „Z nimi byłam ― powiada ― z heretykami i naszymi nauczycielami Łazarzem i Kaleką. Heretyczka jestem. Jeśli mi pisane, żebyś mnie odtrącił, wiedząc jaka jestem, to zostań w zdrowiu. Ty jesteś czysty, nieskalany, wolny od grzechu, a ja przeklęta. Ojciec mój, pop Chariton został wyklęty za bogomilstwo i nieposłuszeństwo. Wojewoda bił go, aż zabił, matka umarła, a mnie westiarios Konko przemocą wydał za głuchoniemego, swego parobka, który sam uciekł ode mnie, toteż przystałam do braci i sióstr, by szukać pociechy i być wolną. Już rok będzie, odkąd jestem z nimi. Nierozumna jestem, zła, ojcze Teofilu…”

     Takie to szczere słowa od niej usłyszałem i jeszcze większy ogarnął mnie niepokój. A ona miętosi czarny warkocz, żuje jego koniec, łyska zębami, a oczy niebieszczą się jej jak woskowina na śliwie. Skóra jak kora młodej jabłoni, czoło wysokie, mądre, ale siła nieczysta od niej bije jak od ziemi złożonej połogiem. Jaka jest ta jej dusza? I co znaczą te słowa, żem jest wolny od grzechu? „Czyżbyś nie wiedział ― powiada ― że skoro żyjesz w otchłani bożej, to nie ma różnicy miedzy tobą i Bogiem, że wszystko możesz czynić i wszelkim grzechom się oddawać?” I zaczęła objaśniać mi naukę heretycką: „Bóg i Szatan byli braćmi, ale szatan za zgodą brata swego porzucił najwyższe niebiosa i stworzył świat cielesny, by każdy z nich mógł królować w swoim świecie. Rzekł wtedy Bogu: <<Uczyńmy podobnych sobie, by się przekonać, kto z nas bardziej czczony będzie>>. I stworzył Adama i Ewę, ale ani Adam, ani Ewa nie mogli odróżnić Szatana od Boga. Widząc to, zasadził diabeł drzewo mądrości i skusił ich, by jedli z niego. Wtenczas zrodziła się pamięć i mądrość w ludziach, toteż każdy zaczął żyć podwójnym życiem ― dla Boga i dla brata jego…

     „A w Chrystusa wierzycie?” ― pytam. „Wierzymy, ojcze. Mamy go za wysłannika najwyższych niebios, by zjednywał dusze Bogu. Wadzą się obaj o nasze dusze, każdy chce mieć więcej dla siebie i dlatego dusze nasze cierpią… Tak to jest i ty wiesz o tym, bo cierpisz podobnie jako i ja…”

     Poruszyła mnie nauka heretycka, wydała mi się prawdą, i ja, który sądziłem, żem bardziej od niej grzeszny w myślach o wszechświecie i Bogu, pojąłem, że jestem na dobrej drodze. Myślałem, czy powiedzieć jej, do czego doszedłem w klasztorze, ale odstąpiłem od tego zamiaru i nic nie rzekłem. Patrzę na trawę pod stopami, drepce w miejscu, pot cieknie mi strugami pod kołpakiem. Wyciągnęła rękę i zdjęła go. Chciałem już się oddalić, ale ona zaczęła błagać: „Obiecaj, że będziesz przychodził. Wiele mam ci do powiedzenia. Dla ciebie porzuciłam braci, dla ciebie żyję jak pustelnica w naszym starym domu. Przyjdź jutro o tej porze. Będę czekała trochę dalej. Jest tam takie tajemne miejsce…” Prosiła i przystałem. Miałem zaledwie dwadzieścia lat i nie wiedziałem, co to kobieta. Zwinąłem niewód i przeszedłem na drugi brzeg, a ona stała w leszczynie i machała mi…

    

W nocy słyszałem kwiczenie świń. Po wsiach chodzą bisurmanie, świnie biją. Nie spałem, miałem się na ostrożności i znów nękały mnie wspomnienia. W pamięci człowieka jest jego sumienie i w pamiętaniu nasze cierpienie, które Bóg wyznaczył. Krótka pamięć jest grzechem…

     Miotałem się tamtej nocy jak w gorączce, zawinięty w kozią skórę na twardej pryczy. „Skoro wszedłeś do otchłani boskiej, to nie ma różnicy między tobą i Bogiem…” Zmagałem się w myślach z mętnym sensem tych słów. To prawda, czyż nie znalazłem się w otchłani boskiej i czy znalazłem inne wyjście prócz wyrzeczenia się wiary? Poruszyła mną nauka heretycka, zbałamuciła rozum. Słyszałem o Bosocie, który rozwodził małżeństwa, o Teodozjuszu Kalece i popie Łazarzu, którzy namawiali swych uczniów, by chodzili nago, żyli rozwiąźle i nakazywali kastrować dzieci, bezcześcili ikony, krzyż i tym podobne. Ale czego nie mówiono o herezjarchach? Myślałem sobie: „Niemożliwe, abym odwiódł rozum od rozwikłania tajemnicy dwóch światów. Co mi szkodzi spróbować z Szatanem? Pójdę jutro nad rzekę, by dowiedzieć się od Army czegoś więcej o nowej nauce”. Oszukiwałem samego siebie, gdyż człowiek jest dumny i pozorami zasłania swoje namiętności…

     Nazajutrz po południu wziąłem torbę udając, że idę na ryby, i przeszedłem na drugi brzeg Belicy. Arma wyszła z zarośli w białym stroju, przepasana pasem z ozdobnymi klamrami. Poprowadziła mnie dalej ― gibka i zgrabna jak łania. „Całą noc oka nie zmrużyłam ― powiada. ― Bałam się, że nie przyjdziesz. Może, mówiłam sobie, przestraszyłeś się. Dzięki, że przyszedłeś.”

     Siedliśmy na murawie i zacząłem ją wypytywać: „Chodzicie goli w pieczarach?” „Chodzimy, grzech to wielki, ale tym sposobem pozbawiamy mocy diabła i nie ma on władzy nad nami”. „Jak pozbawiacie go mocy?” „Oddając mu się, a gdy się nasyci, opuszcza nas. Tak uczą apostołowie.” „Prawda to, że chcecie ponoć, żeby dzieci były kastrowane?”. „Tak lepiej. Wtedy diabeł nie ma nad nimi takiej władzy… Jeśli chcesz dowiedzieć się wszystkiego, chodź, zaprowadzę cię do swoich braci. Są tam też tacy jako i ty mnisi.” „A modlicie się?” „Modlimy się, oddawszy się diabłu, modlimy. Niektórzy nawet płaczą, inni nie. Sam zobaczysz, co dobre.”

     Widzę ― uśmiecha się smutnie. Była taka, jaką sobie wyobrażałem.

     „Czego ode mnie chcesz, żebym został heretykiem?” „Chcę tylko widywać się z tobą” ― powiada. „Nie wolno nam obcować z kobietami. Odejdź w spokoju” ― rzekłem i sam się zdziwiłem. Och, duszo, od zła uciekasz, a miłością przyoblekasz swoje namiętności!..

     Drgnęła słysząc moje słowa i chwyciła warkocze w ręce. „Nie odpędzaj mnie ― woła ― nie odpychaj. Pragnę cię całą duszą”. Kiwa się siedząc, jak czynią to kobiety opłakujące zmarłych. „Połóż na mnie rękę, gołąbku niebieski, oczyść z grzechów” ― i położyła mi głowę na kolanach.

     Ciążyła mi jej grzeszna głowa. Patrzyłem na plecy, okrągłe ramiona. Wzięła mnie za rękę, całowała ją. „Zlituj się nade mną ― powiada. ― Żebyś wiedział, jak cię szukałam. Rozpaczałam i mówiłam sobie ― nawet na mnie nie spojrzy, po co się oszukiwać. Lepiej skoczyć już w jaki wir i ulżyć sobie…”. Jej pieszczotliwa, ciepła ręka ściskała moją, a ja zamyśliłem się zdziwiony. Kto mi ją przysłał? Jak to możliwe, że i ona o mnie myślała, i po czym poznała, że cierpię? Kto maczał w tym palce ― Bóg czy szatan? Powiedzieć, jak modliłem się o zbawienie jej duszy czy nie? „Powiedz!” ― huczała rzeka. „Powiedz!” ― szeptał wiatr. „Pokochaj ją mocniej!” ― obstawały ptaki. ― ona ci najmilsza, najbliższa, niewierny Tomaszu i Judo Iskariocie”. Litość mnie zdjęła i rzekłem: „Ja też myślałem o tobie całą zimę”. Uklęknęła, przycisnęła moją rękę do czoła i tak zastygła. „Święty niegodziwcze, powiada, prawdaż to? Powtórz, powtórz, niech usłyszę to raz jeszcze.” „Sama prawda, źle potoczyły się moje sprawy w klasztorze, nie mogę tam zostać.” „A co uczynisz?” „Będę chodził po świecie, patrzył i rozmyślał.” „Zrób tak! Zrób! ― woła. ― Ja też tak czynię. Niech wszyscy zobaczą, jaki jesteś. Ja też pójdę z tobą, ojcze.” „Nie nazywaj mnie ojcem, nazywaj mnie Enio, bo takie jest moje świeckie imię” ― powiadam. I wypowiedziawszy te słowa pojąłem, że naprawdę wyrzekam się ślubów zakonnych, przypomniałem sobie sen i słowa ojca: „Nawet ty wyrzekłeś się go. Jak mogłeś?”

     Dzień był ciepły, ziemia obsypana kwiatami, wszystko uśmiechało się wokół, a serce przygnębione niewiarą lgnęło do kobiety, rozum łudził się, że pozna u heretyków tajemnicę, której nie zna ani Teodozjusz, ani Eutymiusz. Do czegóż nie prowadzi ta przeklęta tajemnica! Oczami ją widzimy, uszami słyszymy, a rozwikłać nie możemy. I jeśli ktoś powie ― posiadłem ją ― będzie największym kłamcą. Jeśli zaś powie ― nie ma żadnej tajemnicy ― głupcem będzie!…

     Podczas modlitwy wieczornej błagałem Boga, aby przebaczył mi, że porzucam święty klasztor. Modliłem się do niego, a byłem po stronie Szatana i nazywałem go bratem bożym, toteż wychodziło na to, że znalazłem się pomiędzy nimi, by szukać prawdy, jak skłonni jesteśmy czynić my, Bułgarzy, nie rozumiejąc, że kto tak postępuje, ten to co dziś było mu drogie jako boskie, jutro pozbawi boskości i uzna za diabelskie. I nie będzie już wiedział, co jego jest, a co obce, toteż łatwo da się zwieść i ograbić. Albowiem mądrość zdobywana ciągłym wyrzekaniem się prawdy znika jak woda w piasku i kto dziś złoto nazywa żelazem, a jutro żelazo złotem, ten skazany jest na wieczne ubóstwo…

     Nazajutrz Arma przyniosła mi świeckie szaty, pas i gunię. Wbiłem na brzegu pal, zrzuciłem habit i sutannę, zdjąłem kamiławkę i wbiwszy mnicha Teofila na pal, rzekłem głośno: „Anim cię ubierał, anim rzucał, ale niech grzech moim będzie. A jeśli bracia pomyślą, że się utopiłem ― to niech i tak będzie, albowiem dla nich jestem martwy…”

 

 XI

 

     Byłem wtenczas niczym ten syn carski z przypowieści o sile piękna niewieściego, którego dzieckiem zamknięto w jaskini, gdyż wróżbici powiadali carowi, że jeśli dziecko ujrzy ogień i słońce nim skończy lat dwadzieścia, to oślepnie. Gdy minęło lat dwadzieścia, wyprowadzono chłopca z ciemności i pokazano mu wszystkie rzeczy świata ― mężczyzn, kobiety, złoto, perły, drogie szaty, broń, stada. Syn carski pytał, co jak się nazywa, ku jakiej jest potrzebie, a słudzy odpowiadali mu. A kiedy zapytał o kobiety, jeden z giermków odrzekł żartem: „To demony, które zwodzą ludzi”. Przyszedł i car, by usłyszeć, co synowi spodobało się najbardziej. Ten zaś odrzekł: „Niczego ma dusza tak nie pragnie jak owych demonów, które ponoć zwodzą ludzi” ― i usłyszawszy to, przeraził się car strasznej siły niewieściej…

     Noc przyszło nam spędzić w opuszczonym domu popa. Jedliśmy po ciemku chleb z prosa i położyliśmy się spać ― Arma w izbie, a ja w świetlicy na ławie. Przykryłem się derką i przeżegnałem, by odpędzić duchy. Dom śmierdział stęchlizną, wszędzie pełno było kurzu, okna zakopcone, z każdego zakamarka wyzierał wilkołak, a może i sam upiór popa. Nasłuchiwałem, co robi Arma w izbie. W pewnej chwili słyszę ― idzie, drzwi zaskrzypiały i z mroku wyłoniła się jej biała postać. Była w koszuli. Podeszła i siadła przy mnie na ławie. „Nie mogę ― powiada ― zaprowadzić cię do moich braci.” „Dlaczego?” ― rzekłem. „Przestraszysz się i uciekniesz. Wiesz, jak oddajemy się diabłu? Mężczyźni i kobiety śpią z sobą i kochają się cieleśnie… tak to u nas jest, gołąbku” ― powiada. Siedzi i milczy. Włosy rozpuszczone, sięgają podłogi. Słyszę jej oddech, serce dzwoni mi w uszach, siła nieczysta wstępuje we mnie falami. To już nie ta Arma, która całowała mi rękę i patrzyła na mnie tak, jak patrzy się na świętego, to wszetecznica. Siedzi jak dziwożona przy źródle i głos ma inny, zmieniony. Chciałem zawołać, żeby szła precz, ale w gardle mi wyschło i nie mogłem dobyć głosu. „Ty ― powiada ― jesteś jeszcze w raju. Apostołowie przepędzą cię, kiedy się dowiedzą. I gdzie wtedy pójdziemy? Jeśli chcesz, żebym cię zaprowadziła, to muszę położyć się przy tobie. Tak postępujemy z tymi, którzy chcą do nas przystać. Bóg nie zapisuje tego za grzech, przecież po to stworzył nas innymi”. I jak chmura deszczowa pełznie do chmury, aż rozlegnie się grzmot, tak i ona objęła mnie słodkim ciężarem kobiecego ciała, by natchnąć nowym życiem…

     Tak wiec w spustoszonym herezją domu popa poznałem szaleństwo, biesa, za sprawą którego przychodzimy na świat i uniewinniamy to mroczną przepaścią, nazywaną naturą. Jeśli jest w niej mądrość, musimy ją poznać, by nie mieć za szaloną i jej szaleństwem nie tłumaczyć siebie. Tej nocy poznałem także tłumiony strach przed ciałem kobiety, stworzeniem Szatana, i pokochałem Armę inaczej, nie wiedząc, że ta miłość, której przyświeca poczęcie nowej istoty, przygotowuje siebie i nas na śmierć i zbliża w smutku poprzez upadek i winę. Jak konający jęczą i spowiadają się, tak i my przysięgaliśmy sobie miłość i zadręczaliśmy dusze, by złączyły się w jedno. Ale wtedy nie wiedziałem, że odkąd zobaczyłem Armę na odpuście, pokochałem ją także dlatego, by dowieść sobie, że jestem święty. A ponieważ mężczyzna tworzy obraz kobiety, którą kocha w zgodzie ze swymi pragnieniami, przeto i ja wymyśliłem nawróconą jawnogrzesznicę naprzeciw świętego. Jednakże miłość ta trwała, dopóki nie ujrzałem światłości Taboru i nie nadszedł ów sen, dopóki nie stałem się Iskariotą. Iskariota zaś nie może kochać kobiety dla zbawienia duszy, lecz dla samego pożądania i jeśli złączy się z którąś, to będzie ona jako Arma, grzesznik połączy się z jawnogrzesznicą… Ale nawet w upojeniu miłosnym nie zdradziłem się, kim jestem, albowiem wciąż jeszcze droga mi była dawna czystość. Tak to od samego początku stanęło miedzy nami kłamstwo…

     O świcie Arma zaczęła się modlić i namawiać, bym popełnił nowe szaleństwo. „Módl się, abyśmy oddali się Bogu. Nadchodzi teraz słodka męka oczyszczenia i kocham cię najbardziej, aniele.”. Ja zaś leżałem na wznak jak wytrzeźwiały opój i pytałem się, jak to możliwe, że ten, który nosił w sercu obraz Ralicy, przebywa teraz z grzesznicą? Ale byłem zarazem dumny, że stałem się mężczyzną i przypomniałem sobie, jak ubiegłej nocy powiódł mnie Szatan na krużganki klasztoru, by wystawić na pokusy świata. Stamtąd, gdy patrzyłem na bezdenne niebo, usiane tu i ówdzie gwiazdami, i wdychałem świeży zapach kwietniowej zieloności, przyzywał mnie świat.  Klasztor spał, bieliły się kolumienki krużganków, świeciło się tylko w dużej celi ojca Dionizjusza. Rzeka huczała, jakby ktoś wołał „O―o―o―o!” ― słowiki prześcigały się w pieśniach, smutnie pokrzykiwał puszczyk, diamentowa smuga oddzielała niebo od piersi ziemi i nie było ani diabła, ani Boga, a tylko słodkie tajemnice otulonej nocą ziemi. Skarbnica świata napawająca mnie dawniej pobożnością i pokorą, upajała teraz zachwytem i szaleństwem. W jej tajemnicy kryła się tajemnica Teodozjusza i Eutymiusza, moja i wszystkich rzeczy żywych i martwych. Patrząc na nią z uwielbieniem, przeżegnałem się, ale znak krzyża nie był skierowany do Stwórcy, lecz do mnie, albowiem w tej strasznej chwili oddawałem się światu… Popatrzyłem na Armę ― modliła się, klęcząc na podłodze ― i pomyślałem, że robi to samo, co ja na krużganku klasztoru…

     Jeszcze nie dniało, gdy wyruszyliśmy na miejsce spotkań sobotników*. Zarzuciłem na plecy skórę i derki. Arma niosła łańcuch do wieszania kotła, kocioł i tykwę, które zabraliśmy z domu. Szliśmy ścieżkami przez lasy i o zachodzie ujrzeliśmy ruiny jakiejś bardzo starej osady. Stała tam na wpół zburzona wieża. Na polanie rozrzucone były lepianki, jedne opustoszałe i walące się, a inne pokryte na nowo paprociami, chrustem i łykiem. Z wieży przywitał nas mężczyzna w wołoskim kołpaku na głowie. Po nim pokazała się gruba kobieta.

     Arma szepnęła mi: „To Panajotis, Grek. Strzeż się, bo przedtem należałam do niego.” 

     Pociemniało mi w oczach z zazdrości ― nawet nie pomyślałem, że mogła być z innym. Grek popatrzył na mnie drwiąco ― oczy miał jak kocur i ryżą brodę.

     Weszliśmy do wieży. Na podłodze siedziało kilka kobiet i trzech mężczyzn, jeden w szarych bojarskich szatach. Naprzeciw, na pieńku z oparciami niczym na tronie, rozsiadł się jak bożek gruby mężczyzna w czerwonym habicie. Miał kędzierzawe włosy i brodę, a skórę jak Saracen i tłustą. Wbił we mnie wzrok, a jego spojrzenie parzyło jak rozżarzone węgle. „Co on za jeden i po coś go przywiodła?”. Arma pokłoniła się i dała mi znak, żebym i ja się pokłonił. „Nauczycielu ― powiada ― on uciekł z Kefalarewskiego klasztoru. Chce zostać naszym bratem”. Tamten mlasnął z niezadowolenia. „Nazbyt czysty do naszego raju” ― i wypytał mnie o imię, skąd jestem i dlaczego opuściłem ławrę. „Szukam prawdy o dwóch światach” ― rzekłem. „Nie ma dwóch światów, jest tylko ten, który widzisz i w nim złączone jest widzialne z niewidzialnym, toteż jednym staje się to, co dostępne i  niedostępne. Widziałeś diabła?”. „Widziałem”. „ Gdzie go widziałeś? On jest niewidzialny jako i Bóg. I obaj są w człowieku, gdyż obaj są jego stworzycielami. Wasi zapatrzeni we własny pępek mędrcy kłamią, że rozmawiają z Bogiem. Bóg nie objawia się sam, albowiem za nim stoi brat jego Satanael…”

     Byłem jak pijany. Myślami byłem z Armą i nie opuszczało mnie wspomnienie nocy. Wiedziałem, gdzie się dostałem, ale było za późno, a i słowa czerwonego popa zniewoliły mnie. Rzekłem sobie: „Znajdę prawdę choćby w piekle. Nie ugnę się”.

     Wieczorem położyłem się spać w szałasie. Arma poszła spać z kobietami, bowiem tak było ustanowione, iż mężczyzna nie może przebywać z kobietą, dopóki nie nadejdzie sobota…

     Nazajutrz zaczęli przybywać mężczyźni i kobiety, każdy z tobołkami i jedzeniem. Rozwiedzieni, porzuceni, włóczędzy, mnisi i mniszki, którzy jak ja uciekli z klasztoru, wdowy, złodzieje, popi i duchowni, którzy zrzucili sutanny, oszuści ścigani przez władzę carską, starzy i młodzi, każdego dnia po kilku i do czwartku zebrało ich się ponad trzydzieścioro. Słuchaliśmy przez te dni kazań Teodozjusza Kaleki i popa Łazarza, który przybył ze swoją świtą z Tyrnowgradu we wtorek, nazywał siebie aniołem i siedział po prawej ręce Kaleki. On też kastrował dzieci. A w sobotę o świcie wyruszyliśmy w lasy, kto z kim chciał, ja z Armą, a gdy przygrzało słońce, pop Łazarz rozebrał się do naga, przykrył przyrodzenie tykwą, po czym kazał rozebrać się wszystkim i ustawić rzędem ― mężczyźni za kobietami ― a każdy miał stąpać w ślady poprzedzającego. Nie chciałem, ale Arma zaczęła mnie straszyć: „Kto nie usłucha apostołów, tego przepędzają.”

     Poszedłem w zarośla, rozebrałem się, przywiesiłem tykwę, a Arma zrzuciwszy całe okrycie, rozplotła włosy, owinęła je wokół bioder i ruszyła przodem. Widziałem przed sobą nagą tajemnicę niewieściego ciała i czarne włosy na podobieństwo czarnej żmii szatańskiej, która wiła się przy każdym kroku i doprowadzała mnie do szaleństwa. Niektórzy zaczęli wykrzykiwać, czynić nieskromne ruchy, a Kaleko szedł na czele i śpiewał diabłu tropar. Jedni po drugich odłączali się i znikali w lesie. Odłączyliśmy się i my, posłaliśmy ubrania na ziemi i nim się położyliśmy, Arma podała mi nóż i kazała wbić w ziemię z prawej strony. „Może przyjść Panajotis” ― powiedziała i porwała mnie w objęcia. A ja, bezsilny ze strachu i trwogi, rozpłakałem się i błagałem ją, byśmy uciekali. Nazywałem ją świętą i czystą, zaklinałem, by ratowała swą duszę, ale ona uśmiechała się tylko, jak uśmiecha się dojrzała kobieta do gołowąsa. „Przywykniesz, gołąbku. Ubranie jest kłamstwem. Adam i Ewa chodzili goli w raju i my tez nie powinniśmy okrywać ciał kłamstwem, by nie były pożądliwe, bo wtenczas wstępuje w nas diabeł”. Widziałem, że nie pojmuje tego, co mówię, ale słuchała rada. Wciąż się dziwię, dlaczego kobiety lubią, by im mówić o duszy, kiedy nasyci się nimi bies! „Widziałeś kiedyś ― powiada ― takie ciało jak moje? Od dawna już apostołowie proszą mnie, żebym była z nimi cieleśnie. Nie chciałam, bo tylko ciebie kochałam. Ty jesteś moim Bogiem i kochankiem…”

     Chciałem uciekać, ale nie wiedziałem, gdzie jestem i w której stronie jest Tyrnowgrad, i zataiłem nienawiść do tej, o której myślałem, że ją kocham. Schowałem nóż za pas i przeszło mi przez myśl, że tym nożem zgładzę ją kiedyś ze świata.

     Poprowadziła mnie głęboko w las, gdzie nie docierało słońce, i leżeliśmy tam, dopóki głos rogu nie wezwał nas do powrotu. Stanęliśmy kołem na polanie, uklęknęliśmy ― apostołowie stali pośrodku. Pop Łazarz i Kaleko zaczęli mówić na przemian: „Carowie i popi uczą ludzi, by palili kadzidło w cerkwi, a nie wiedzą, że Boga tam nie ma ani na krzyżu, ani na ikonach”. „My, którzy służymy dwóm stworzycielom, jesteśmy bezgrzeszni, albowiem nie wyrzekamy się żadnego z nich i jesteśmy ulegli wobec ich potęgi…”. „Nie zawierajcie małżeństw; małżeństwo poróżnia mężczyznę z mężczyzną i kobietę z kobietą, napełnia zawiścią i złością do innych. Przez małżeństwo Satanael bierze górę nad Bogiem!…”. „Rzeczy i płody są darami stworzycieli dla wszystkich nas, przeto nie powiadajcie: to jest moje, a to twoje i nie miejcie przywłaszczenia za grzech! Sam zesłaniec boży ukradł muła, na którym wjechał do Jeruzalem!…”. „Bez nas nie może się obyć ni Bóg, ni Satanael! Czynimy to, czego od nas żądają i nie możemy wybierać, albowiem służąc jednemu, przez drugiego będziemy karani i nie jest w mocy ludzkiej poznać, kto z nich ma słuszność…”. „A czyniąc tak, jesteśmy jako morze, które przyjmując wody rzeczne, nie staje się ani  mniej, ani więcej słodkowodne!…”. „I tak już pozostanie na wieki wieków, póki Bóg włada duchem, a brat jego ― ciałem naszym…”

     Każdy z apostołów wykrzykiwał donośnym głosem jakąś mądrość, a my powtarzaliśmy „Amen”, aż w końcu pop Łazarz obwieścił: „A teraz módlmy się, bracia i siostry, do Pana na niebiosach i niech płacze, kto może, aby łzami dopomóc waszym stwórcom w rychłym pojednaniu się. Jeśli Satanael jest okrutny, to brat jego miłościwy i łzy nasze go wzruszają…”

     Widziałem na twarzach tych ludzi, wartych pala i szubienicy, ślady pozostawione przez biesa ― oczy szukały oczu, uśmiechy uśmiechów przeżytej bliskości, pokajania i winy. Brodate postacie mężczyzn z poskromionymi, zwierzęcymi oczami, a w nich osad lubieżności; oczy kobiet przypominały oczy zapłodnionych jałówek, u jednych obłuda, u drugich niechęć, smutek i gotowość do płaczu. Były też oczy bezwstydne, które pożądały jeszcze, były i takie, w których tliło się sumienie i rozum. Podpełzła ku kaznodziejom chuda, blada kobieta i padła przed nimi na twarz. Zaczęła piszczeć, zaraziła innych i pop Łazarz rzucił rzemienie i rózgi tym, którzy chcieli się biczować. Podniósł się płacz i zawodzenie, jedni rozdzierali na sobie szaty, drudzy naśmiewali się z biczowników i by ich uspokoić, Kaleko uderzył jedną pięścią w twarz. Byłem w piekle, patrzyłem na szaleństwa rodu człowieczego i jego cierpienia. Wiele kobiet szukało mnie wzrokiem. Nie piękno cielesne i młodość je pociągały, lecz moja niewinność i świątobliwość. Wyglądałem jak jagnię między wilkami, ale prawda była inna ― po stokroć bardziej byłem od nich grzeszny, albowiem ludzie ci nie znali dna grzechu, ani tez nie szukali go z rozpaczą Iskariota. Biada upadłym aniołom, lecz większa biada temu, kto sam wchodzi do piekła po mądrość!…

     Gdy odpoczęliśmy po tych wydarzeniach, wyruszyliśmy z powrotem do wieży i rzekłem do siebie: „Człowieku, zawsze byłeś grzeszny, jak zatem możesz zgłębić swoją grzeszność? Masz ją teraz przed oczyma. Sobotnicy maja słuszność ― nigdy nie przebywałeś sam na sam z Bogiem ― ani w słowie, ani w myślach, wraz z nim był także diabeł. Był nawet w światłości Taboru i zabił twą wiarę!…”

     Po jakimś czasie zawołał mnie pop Łazarz. Oddaliliśmy się od reszty i, wypytawszy mnie ostrożnie o wszystko rzekł: „Od dawna szukam uczonego w piśmie, bo ani ja, ani Teodozjusz nie jesteśmy oświeceni. Biorę cię, byś spisywał moja naukę dla potomnych”. Chciałem to rozważyć, a on powiedział: „Przestraszyłeś się tego, co robimy? Gdy chcesz zobaczyć prawdę, musisz mieć siły, by ją unieść. Ci ludzie SA siłą bożą. Z niej rodzi się nowe słowo, gdyż człowiek jest jak żelazo ― trzeba je przetopić, by stało się czyste. Tak też postąpił Chrystus. Jak powiedziane jest ― kamień, który budowniczowie odrzucili, stał się zrębem muru…”

     Inkaust się skończył, wiec zbierałem chebd, żeby zrobić nowy. Poszedłem na polanę i widziałem sarnę z sarnięciem. Stara biła kopytami, a małe nie uciekało ― nie widziało człowieka i oczy miało wielkie ze zdziwienia jak dziecko. Złość mnie wzięła, że nie mam łuku albo kuszy, gdyż wciąż chodzę głodny. Co dzień jem garść prosa lub zupę fasolową. A i ogień pale ze strachem, pilnuję, żeby był bez dymu. Przeżegnaj się, człowiecze, proś Boga, by starł miłościwą ręką plugawość z twego serca. Ręka moja nawet teraz jest ręką zabójcy…

     Zostałem pisarzem, ale z mądrości heretyckich niewielki miałem dla siebie pożytek, same kłamstwa, mówiące, ze człowiek winien oddawać się do woli lubieżnościom i występkom. Ludzie  znajdowali rozkosz w biczowaniu, w płaczu, w modlitwach o oczyszczenie z grzechów. To przynosiło im ulgę. Pojąłem, że człowiek lubi cierpieć i jak Hiob chętnie wini Boga. A gdzie, jeśli nie tu, biesy były rozgrzeszane, i gdzie mogły szaleć tak rozpustnie? Wśród sobotników byli też zbiegowie z Romanii, którzy stracili rodziny, ludzie zrozpaczeni, żyjący z jałmużny pod cerkwiami i klasztorami, opętani tajemnicą, którą obiecywała herezja. Człowiek nie może żyć bez tajemnicy. Wiedział o tym pop Łazarz i zawierzył tej ludzkiej tęsknocie. Był złoczyńcą, ale rozumu mu nie brakowało. Kaleko był rozpustnikiem i despotą, karał biciem, ale we wszystkim słuchał sprzeniewierzonego popa. Sobotnicy kradli jedzenie, rzeczy, bydło, zabijali je, oddawali się łakomstwu i dochodziło do strasznych bójek i kłótni. Mężczyźni bili się o kobiety, kobiety biły się o mężczyzn. Arma też biła się o mnie, a Grek czaił się, żeby mnie zabić, ale bał się apostołów.

     Miałem pod dostatkiem mięsa i ryb, które sam łowiłem, stałem się zausznikiem popa łazarza, odkładałem ucieczkę i z czasem przywykłem, bo takie życie podobało mi się. Ogrzewało mnie słonce, ziemia karmiła swoją siłą. Z dnia na dzień mijała rozpacz i umysł przestawał dręczyć się zagadką świata ― nie mogłem poznać samego siebie. Umarło dziecię Chrystusowe, zamiast niego pędził beztroski żywot szyderca i żarłok. Okrzepłem, przed niczym nie czułem strachu, zacząłem i ja rządzić innymi. A przejrzawszy się raz w wirze, wybuchnąłem śmiechem. W oczach igrał obłudnymi ognikami diabeł, twarz, dawniej blada i świątobliwa, teraz była ogorzała, usta zgrubiały, broda zrobiła się gęsta i kędzierzawa. „Oto masz swoje rozkosze ziemskie, stąpaj po ziemi jak zwierz, ciesz się pieszczotami słońca, powiewem wiatru, ciepłym zapładniającym deszczem i zapachem sytego lasu ― zielonego potwora, stworzonego, by rodził, ukrywał i osłaniał życie. Oto twoja zagadka dwóch światów ― nie trzeba zadręczać umysłu i duszy dwoistością rzeczy, lecz szukać we wszystkim rozkoszy. Tu jest raj i piekło ― raj dla silnych, piekło dla słabych! Czy to naprawdę ty byłeś kiedyś mnichem, Teofilu, czy był to może tylko sen?”. Tak rozmyślałem i nie mogłem dociec, skąd począł się demon niewiary. Zapisywałem kazania, naśmiewałem się z mądrości heretyckich i wplatałem w nie swoje domyślniki, coraz częściej wspominałem ojca Łukasza i podziwiałem odważną wolność tego rzezimieszka. Inne wspomnienia  z klasztoru, o Teodozjuszu i Eutymiuszu, boskich radościach i widzeniach, odpędzałem od siebie precz. Zacząłem nawet urągać pięknu, uszy stały się nieczułe na ptasie pieśni. Ćwiczyłem się w strzelaniu z łuku i okazałem się wyśmienitym strzelcem. Przeszywałem strzałami stworzenia boskie i ani na chwilę nie rozstawałem się z nożem.

     Była we wsi w miarę przyzwoita chata ― cztery gładko otynkowane ściany z malowidłami jeźdźców i psów ścigających dzika. Oporządziliśmy ją z Armą jako tako i stała się naszym domem. Posłałem w niej skóry zwierzęce i skleciłem ławę do spania. Za przyzwoleniem popa Łazarza zamieszkaliśmy z Armą jako małżonkowie i nie spuszczałem jej z oka. Chodziła ze mną i na polowania, i na ryby, gdyż byłem o nią zazdrosny. Panajotis nie dawał nam spokoju. Chodził kraść bydło i konie, ale niewiele było z tego pożytku. Pewnej nocy, gdy wymęczyłem Armę cieleśnie, zaczęła błagać, bym ją zostawił w spokoju i rzekła: „Sam szatan jest w tobie. Czart w tobie siedzi, oby cię Bóg pokarał! Boże, jakże się oszukałam! Gdzie podział się Enio, którego pokochałam dla jego świętości?”. Odtąd zaczęła się mnie bać, a ja nie byłem już tak zazdrosny…

     Minęły trzy miesiące, zapragnąłem mieć dziecko. Poddawała się czarom, zbierała zioła, suszyła je w pęczkach na ścianach i przeklinała mnie za cierpienia, które jej zadawałem. Modliła się często, patrzyła na mnie złym okiem, płakała. „Co ci jest, że płaczesz?” ― pytam. „Nie kochasz mnie ― powiada ― wilkołaku. A i po co mi twoja zwierzęca miłość? Świętego szukałam, a znalazłam wampira i wieprza. Oby Panajotis wyrwał mnie z twoich łapsk”. Boże, dlaczego tak stworzyłeś człowieka, by pragnął tego, na co najmniej zasługuje?…

      Stałem się okrutny i jak ojciec nie dawałem posłuchu duszy. Ale czy mogłem kochać Armę tak, jak tego chciała, skoro nie byłem żadnym świętym? I dlaczego pozwoliłem, by dzieliło nas kłamstwo? Czy dlatego, że SAM NIE WIERZYŁEM, ŻE JESTEM ISKARIOTĄ czy też ― że uważałem Armę za niegodną mojej tajemnicy?

     To Kaleko, to znów pop Łazarz chodzili do Tyrnowgradu z wybrańcami i wybrankami. Odwiedzali bojarów, wielmożów i bogatych kupców dla pozyskania sobie opiekunów, jako że przyprowadzali im wdowy i rozwiedzione, by nasycili zmysły. Wystarczyło powiedzieć, a wzięli by mnie z sobą, jednakże w złości i pogardzie przedkładałem ruiny starej osady nad sławny Tyrnowgrad. Tu wszystko dookoła wprawiało mnie w błogie zamyślenie. Lubiłem zwłaszcza rano, gdy skąpana w rosie osada wyglądała jak cmentarzysko, włóczyc się po zarosłych łopuchami i wyłożonych wielkimi płytami ulicach, między zwalonymi kolumnami i ogromnymi ciosanymi kamieniami. Zdawało mi się, że zostało tu pogrzebane cos ze mnie, czego nie znałem. Któregoś dnia wykopałem piękny posąg chłopca. Oczyściłem z ziemi, postawiłem, jak stać powinien, i marmur zajaśniał niczym biały duch przywrócony do życia. Zachwycając się nim, szeptałem do siebie: „To jesteś ty! Spójrz, jaki jesteś piękny. Nie masz zwierzęcia ani ptaka piękniejszego od ciebie. Bezimienny, a jednak jesteś wiecznym marzeniem, choćbyś był nawet potworem!”. I bożek pogański stał się moją najdroższą istotą…

     Pewnej nocy Grek rozbił posag pięknego chłopca, gdyż Arma powiedziała mu jak bardzo kocham bożka. Heretycy też nie mogli na niego patrzeć. Kaleko radził mi go rozbić, albowiem ci, którzy są u władzy, stają się zawistni o wszystko, czym zachwycają się ich poddani i co mówią o innej prawdzie niż ta, którą sami głoszą. Miałem wtedy chęć zabić Greka…

     Zresztą, prześladował mnie bez ustanku i namawiał Armę, by odeszła. I oto, pewnego dnia, kiedy łowiłem ryby w rzece, a Arma robiła plecione kierpce z lipowego łyka w cieniu wierzb, ujrzałem przy niej Greka. Bóg wie, skąd się tam wziął. Zostawiłem sieci i sięgnąłem po łuk, z którym się nie rozstawałem. Ukryłem się za grubym jesionem i zawołałem Armę, żeby przyszła do mnie. Panajotis zerwał się i sięgnął ręką pod długą sukmanę, pod którą skrywał rzymski miecz. Zbliżało się południe i cienie były krótkie, las tonął w słonecznej ulewie i świecił słonecznymi polankami, toteż wzrok sięgał daleko w głąb. Grek powiedział coś do Army, a ta zawahała się, czy przyjść do mnie czy zostać. Zawołałem jeszcze raz i ruszyła wolnym krokiem w moją stronę, a Grek schowany za nią wyskoczył z obnażonym mieczem. Albo nie dojrzał łuku, albo nienawiść go zaślepiła. Widziałem, że jest rozchełstany i pod rudą brodą bieliła się szeroka szyja, gdzie słońce nigdy nie zaglądało. Tam wycelowałem. Strzała była długa, z sowimi piórami i grotem jak wielka igła. Dopuściłem go na pięć kroków, naciągnąłem cięciwę, zabrzęczała jak ogromny szerszeń w lesie i rozległ się zdławiony krzyk. Panajotis uniósł się na palcach, zadarł do góry czerwoną brodę, puścił miecz i chwycił oburącz strzałę. Ale strzała nie wyszła, krew buchnęła ustami i upadł na kolana. Dobiłem go mieczem…

    Arma, widząc że go dobiłem, rzuciła się z przekleństwami i płaczem, objęła rękami rozciętą głowę i zaczęła krzyczeć na cały głos. Uderzyłem ją w twarz, osunęła się na ziemię, zrozumiała, że i ją gotów jestem zabić i uspokoiła się. Kazałem jej złapać swego byłego kochanka za nogi i tak zanieśliśmy go do jakiegoś dołu i wrzuciliśmy ― wilkom i lisom na pożarcie. Arma przypomniała sobie, że Panajotis ma pieniądze i namówiła mnie, żeby się wrócić. Zabraliśmy sakiewkę z dwudziestoma dukatami i mnóstwem groszy. Dałem ją Armie. „Jeśli mnie wydasz ― rzekłem ― zabiję. Ty tez jesteś wspólniczką, bo wzięłaś pieniądze”. Przysięgła milczeć, a gdy szliśmy w stronę rzeki, pochlipywała i patrzyła na mnie jak zbita suka…

     Nie żal mi Panajotisa ani Dorozjusza, ani Szeremet beja i jego ludzi, których spaliłem żywcem, ani Asa, ani Turków, których zabijałem na jarmarkach, gdyż Bóg nie dał mi takiej mądrości i takiej siły, bym mógł postąpić inaczej na tym okrutnym świecie, którym rządzi Szatan…

XII

 

Całymi tygodniami śnił mi się Grek, pociłem się we śnie i krzyczałem ― dusza mnie osądzała. Jednakże rano budziłem się ogłuszony złością i wściekle nienawidziłem Panojotisa. Nienawistny był mi tez dawny Enio, którego się wyrzekłem i którym pogardzałem. Tak mijał dzień za dniem, aż kiedyś napadli na nas rozbójnicy, aby porwać kobiety. W lasach wokół Tyrnowgradu było wielu zbójców i rabusiów. Wojsko carskie było bezsilne, albowiem i dziesiętnicy, i setnicy, i poborcy grabili sami albo przy pomocy najemników. Pewnego dnia wieczorem oblężyli nas w wieży rozbójnicy. Wołali z dołu: „Popie, daj nam kobiety, a zostaniemy waszymi braćmi!”. Pop Łazarz i Kaleko tłumaczyli im, żeby odeszli i zostawili nas w spokoju. Biedni jesteśmy, cóż mogą z nas złupić? Jeśli chcą zostać naszymi braćmi, to niech rzucą broń i przyjdą. „Żywcem was usmażymy!” ― odpowiedzieli i poszli do lasu po drzewo, żeby rozpalić ogień pod wieżą i zmusić nas do wyjścia. Kaleko uzbroił mężczyzn we włócznie i łuki. Stanęliśmy w strzelnicach wieży i rozpoczęła się walka. Jednego trafiłem strzałą w plecy, drugiego w oko, rzucał się jak niedobity kozioł i wrzeszczał. Od tamtego dnia przestał mi się śnić Panajotis, a śmierć tych dwóch łotrów nie ciążyła mi na duszy. Po walce, gdy napastnicy odstąpili, pop Łazarz i Kaleko zebrali się na naradę, aby dojść, którzy z braci są w zmowie ze zbirami i stanęło na tym, że był nim ten, którego pierwszego dnia widziałem w szatach bojarskich. Ale teraz nie było go wśród nas. Osada stała się niebezpieczna ― trzeba było przenieść się gdzie indziej. Nazajutrz jednak Kaleko i jeszcze dwaj inni zniknęli, a powróciwszy powiedzieli, żeby się nie bać, bo dogadali się z tamtymi. Potem dowiedziałem się, że wydali zbirom bogatego kupca, by ci go ograbili. Taki już jest ten świat, „w grzechu tonie”. Stworzył go diabeł, aby rabowano i łupiono ― niech grabi i łupi kto żyw, niech ze śmierci drugiego żyje i krwią jego się syci. Myśl o tym napawała mnie zjadliwą wesołością i rozkoszowałem się swoim szaleństwem niczym lew własną siłą. Arma było moją niewolnicą i tak przeszła jesień i zima, aż w końcu grzesznica zaszła w ciążą i zaczęła błagać, byśmy uciekli od sobotników. „Znam ― powiada ― taką jedną wioskę daleko w górach. Kupimy tam sobie dom za pieniądze Panajotisa. Weźmiemy ślub i zaczniemy żyć po chrześcijańsku. A ja naśmiewałem się z niej: „Jak dostaniesz rozgrzeszenie? Wyspowiadasz się popu z iloma mężczyznami spałaś, jakie czary rzucałaś i skąd wzięłaś pieniądze na dom?”. „Każdą karę ― powiada ― gotowam przyjąć, byle tylko dziecko ratować. Zgódź się dla niego, czy ci niemiłe? Dość już mam, Enio, panie mój, tego grzesznego życia! Zlituj się nade mną i nad sobą się zlituj. Wyrzeknijmy się diabła, zostańmy sami i uwijmy sobie nasze gniazdo.”. Na kolanach mnie błaga ― zatroskana o płód w swoim łonie. Myślała, że będzie lepszy od nas grzesznych. To właśnie jest święte u kobiet ― nadzieja, ze urodzą niewinnego i nowego człowieka. Każda chce Bogurodzicą, królową niebieską zostać! I wielką zagadką jest owo pragnienie, które dowodzi boskości  w człowieku. Ale wtedy anim o tym wiedział, anim chciał wiedzieć i myślałem posępnie: „Jakie dziecko może się począć z jawnogrzesznicy i Iskarioty?”

     Polując przez jesień i zimę, uzbierałem skór zwierzęcych ― lisich, wilczych, wiewiórczych i kunich, które warte były najwięcej. Chciałem sprzedać je w Tyrnowgradzie i czekałem stosownej okazji, by móc się tam udać. Od jednego z sobotników, przybyłego do wsi z końcem marca, dowiedziałem się o śmierci Teodora Samołaza, zografa carskiego. Umarł był niedawno i pochowano go na dziedzińcu jednej z cerkwi. Chciałem pójść do Tyrnowgradu nie dlatego, że zasmuciła mnie śmierć ojca, ale że byłem ciekaw domu, chciałem zajrzeć tam i zobaczyć miejsce, w którym żył kiedyś piękny chłopczyk. Coś niejasnego pociągało mnie ku przeszłości, a co ― tego nawet nie próbowałem zgłębić. Od jednego z sobotników wziąłem habit, zebrałem się do drogi i wyruszyłem razem z popem Łazarzem. Pop Łazarz w asyście swoich drabantów, Boże zachowaj, oprawców, którzy zostali w wąwozie, czekając na jego powrót, a Moja Wysokość samotnie. Rozstałem się z nim w grodzie Asena, gdzie od ręki sprzedałem skóry. Wziąłem za nie sporo pieniędzy,  zarzuciłem paraman i wszedłem do Carewca z mnichami przybyłymi  się pokłonić. Szedłem znajomymi uliczkami jak we śnie i myślałem: „W swoim czasie, mój panie, przestraszyłeś się, że jesteś Antychrystem, który przychodzi zgładzić świat. Zostałeś nim, ale nie masz w sobie tyle siły i nie wiesz, co począć ze swoim biesem. Jeśli podpalisz miasto i zgubisz tysiąc ludzi, zabiją cię i świat zostanie taki, jaki jest. Czy nie lepiej skończyć ze sobą, zemścić się na Bogu za to, że kazał ci przyjść na świat, albo ― skoroś jest stworem diabelskim ― na diable? Przyszedłeś tu naigrawać się z dawnego Enia i wszystkiego, co ludzie mają jeszcze w poważaniu, czym się trapią i w czym ich nadzieja”.

     Dzień był akurat jasny, słońce chyliło się ku zachodowi, na szczycie patriarszy błyszczał krzyż, od murów i wież wiało chłodem, którego zapach wypełniał też ulice. Spotykałem znajomych. Jeden chciał, abym go pobłogosławił, co tez uczyniłem i roześmiałem się pod paramanem: „Błogosławieństwo Iskarioty!”. Tak dotarłem do naszego domu. A ten,  przylgnąwszy plecami do domu złotnika, którego zwali Kojczem ― stał milczący i smutny: wieczorny wiatr powiewał żałobną wstęgą, a ze środka dolatywał jeszcze zapach świec, kadzidła i trupa. W oknie pokazała się siostrzyczka. Popatrzyła na mnie i ja na nią. Urosła, do ojca zrobiła się podobna ― oczy duże, smutne, kołnierz przy sukni miała niski i widać było jej kruchą i wątłą szyjkę. Miłość i żałość paliła mnie w sercu, ale milczało, przeklęte, rozkoszowało się okrucieństwem… Arma też była jako i ty, siostrzyczko. Jakże mam cię kochać? Cofnęła się Kalia od okna, ale niebawem wróciła z matką. Pokazuje mnie palcem, coś mówi. Okno trzasnęło, otworzyło się i matka rzekła: „Zechciej wejść, ojcze, jeśliś do nas przyszedł!” . Głos jej drży, nadzieja błyszczy w oczach, czeka na wieści o synu. Oko matczyne przygląda mi się chciwie i naraz radość w nim rozbłysła, poznała mnie. Stałem jak posag i nie miałem odwagi się odezwać, bałem się, że mnie rozpoznają, choćbym nawet przemówił nie swoim głosem. „Wilkiem stała się, matko, zagubiona owieczka. Próżna twa nadzieja, że syn marnotrawny przestąpi próg domu! Ten, z którym mnie poczęłaś, też był wilkiem, ale jego Bóg pomógł mu zdusić wilka w sobie. Po nim odziedziczyłem wilka, matko, i dlatego nie lubiliśmy się. Ale co ty możesz o tym wiedzieć?”. Odwróciła się plecami, zapamiętałem tylko promień słońca gasnący na ścianie nad oknem. Minąłem patriarszę od stromy murów obronnych. Śpieszyłem się, żeby matka mnie nie dogoniła i żeby zdążyć przed zamknięciem bramy w wieży Baldwina. Będąc już blisko, zobaczyłem jeźdźca wjeżdżającego przez bramę, okrytego kurzem, w asyście innych jeźdźców, a każdy z nich dzierżył kopię z powiewającym proporczykiem naszego cara. Straż zbiegła się wokół i słyszałem jak wysłannik carski rzekł: „Sulejman oblężył Carogród, a Zagorie wygląda jak istne pogorzelisko. Jedziemy z Boruja. Szybciej, z drogi…”. Zadudniły kopyta końskie na drodze wiodącej do pałacu, żołnierze przeżegnali się, a jeden z nich powiedział do mnie: „Nie wiem, kim jesteś, ojcze, i czyś nie z tych heretyków, którzy ściągają gniew boży, ale z waszych grzechów biorą się wszystkie nieszczęścia. Od dwóch dni gaśnie ogień pod ikoną świętego Georgiego. Święty nie chce go przyjąć…”

     Zszedłem do brodu, gdyż akurat przywiązywano łódź na drugim brzegu. Przewoźnik nie chciał mnie przeprawić, ale przekupiłem go groszem. Jantra, żółta i mętna, niosła z sobą różne zielska i pieniła się przy brzegach. Pomyślałem, że nie byłoby źle zostać przewoźnikiem. Wystarczyło znaleźć tylko jakiś bród przy szlaku, kupić łódź i sklecić szałas. Snując takie zamysły, odwodziłem myśl od matki i siostry, ale nie dawały mi spokoju i trapiłem się ich losem. Pocieszałem się, że podwójna broda nie zostawi ich bez grosza, a i wuj roztoczy nad nimi pieczę. Co jednak stanie się z carycą Ralicą, jeśli Turcy wejdą do Carogrodu? Uprowadzą ją do haremu jakiegoś bisurmana, by rozkoszować się jej łabędzim ciałem. Stało się, co stać się miało ― Ralica umarła wraz z dawnym Enczem. Dzisiejszy nie dba o nikogo. Po cóż jednak wystawałem pod domem ojcowskim i po co była ta komedia? Żeby zadrwić z pięknego chłopczyka? Nie masz już pięknego chłopczyka ― kłamstwem był i nasieniem diabelskim ― miał słuszność ojciec. Czyż Iskariota może mieć matkę i siostrę, a jeśli ma, czyż śmie pokazać im się na oczy? Dusza martwiała ze zgrozy, a dumny bies podszeptywał: „Jesteś męczennikiem strasznej prawdy, twój samotny duch nie ma z nimi nic wspólnego, a wielkość twoja podobna wielkości brata bożego…”

     Przewoźnik zawiesił na dziobie łodzi ikonkę świętego Nikoły. Zdjąłem ją, żeby nie spostrzegł i wyrzuciłem do Jantry. Tak sobie, iżby nie było żadnej nadziei!…

     Postanowiłem pójść na wzgórze Świętym Lasem zwane i przenocować w klasztorze Świętej Bogurodzicy Odigitrii, ale nim tam dotarłem, bramy klasztorne były już zawarte, toteż poszukałem noclegu w przybudówkach. Były tu takie, gdyż w czasie święta klasztoru odpust trwał cały  tydzień i ludzie musieli gdzieś nocować. Wszedłem do pustej szopy śmierdzącej starą słomą. W środku trzej zapóźnieni jak ja mnisi rozpalili małe ognisko, żuli coś i grzali się przy ogniu. Jeden był pijany. Najstarszy rzekł: „Skąd jesteś, bracie, z którego klasztoru?”. „Tutejszy jestem” ― powiadam. „To dlaczego tu przyszło ci nocować?”. „Bóg tak chciał”. I wziąłem naręcze słomy, by zrobić sobie posłanie. Sakiewka mi wypadła, zabrzęczały grosze i wszyscy zwrócili głowy w moją stronę. Najstarszy rozweselił się i mrugnął do towarzyszy. Oczy miał zapadnięte, brodę siwą ― czoła nie było widać spod szopy włosów. „A my ― powiada ― z daleka idziemy, z państwa Sracimira, pokłonić się przybyliśmy. Tego brata zmogły trudy podróży, ledwie go dowlekliśmy i dlatego spóźniliśmy się. Boże, odpuść nam nasze grzechy!”. „Grzechy ― rzekłem. ― a jakie to macie grzechy? Żadne. Gdyby wam ogony wyrosły ― o, to co innego”.

     Tamten wybałuszył ślepia. „O jakich ogonach mówisz?”. „Przecie nie o końskich ani bawolich czy oślich” ― i zacząłem się śmiać.

     „A tobie wyrósł?” ― powiada. „Ja mam go od urodzenia, święty ojcze. Chcesz zobaczyć?”

     Sięgnąłem do kieszeni habitu i wyciągnąłem pokryty parchami lisi ogon, który był mi został, bo nikt nie chciał go kupić. Zacząłem wymachiwać nim między kolanami, żeby mogli zobaczyć i schowałem z powrotem. „Ty, stary, zobacz sobie ― rzekłem ― chodź tu, a powiem ci, kiedy zostaniesz powieszony.”.  Przeżegnali się wszyscy trzej. „Czemuż to mają mnie powiesić?”.  „Za niewinność, może już jutro”.  „Ej ― powiada ― nie drwij sobie, bo czart nie próżnuje”.

     Przy drzwiach stał drąg do ryglowania, nie większy od cienkiej belki. Wziąłem go. „No, szybciej ― rzekłem ― niech każdy podkasze habit, żebym zobaczył czy jesteście swoi. Wstawać!”. I strzeliło mi do głowy, żeby zahukać jak sowa. Zerwali się na równe nogi, a ja chichocę i podchodzę z zasuwą. Przywarli plecami do drzwi jak trzy belki do przęsła mostu i zniknęli precz w ciemnościach. Zaryglowałem drzwi drągiem, położyłem się, ale sen nie nadchodził. Dręczył mnie bies i głód. Wstałem, aby poszukać przy ognisku czegoś do jedzenia, co zostało po tamtych, i znalazłem pół kawałka suszonego mięsa. Było słone i zeschnięte. Ułożyłem się do spania na słomie i rozmyślałem: „Skoro bisurmanie oblegli Carogród, to i tu przyjdą. Chyba, że stanie się cud… Lubisz, człowiecze, nieszczęścia, lubisz rozkoszować się niebywałymi widowiskami, cieszysz się niedolą sobie podobnych i oczekujesz końca świata z radością, spodziewając się, że ty będziesz ostatni, że się ostaniesz!…”. Z takimi myślami zasnąłem. Obudziło mnie wycie psa. Nasłuchuję ― to nie żaden pies, to głuchoniemy jęczy, chcąc przemówić. „Aja-a-a-! Aja-a-a-! Mungu, ja-a-ja!…”. Z wieży klasztornej wołał jeromonach Danaił― żył jeszcze, zmagał się z demonami. Popatrzyłem na wieżę przez szparę w szopie. Stała mroczna, kanciasta, a nad nią świeciła boleśnie brew księżyca jak uprzędziona na zębatych murach niebieskawa pajęczyna. Zobaczyłem rękę szaleńca, którą wymachiwał przez strzelnicę wieży. Kogo szukał, kogo wzywał? Nie miał już słów, albowiem bies kończy się niemotą. Wróciłem na swoje legowisko. Jantra huczała w dole, mnich jęczał i wołał, a echo niosło jego szaleństwo daleko. Chore były dusze ludzkie i cały świat był chory!… „Musisz znaleźć bród przy jakimś szlaku” ― pomyślałem i zasnąłem. Nazajutrz spotkaliśmy się z popem Łazarzem przy Ujściu, gdzie czekali jego ludzie. Dowiedziawszy się, że Turcy oblężyli Carogród, zaczęli mlaskać i biadolić nad łupem, który wpadnie w ręce bisurmanów, jeśli wejdą do miasta. „Satanael jest teraz górą. Spełnia się, co zostało przepowiedziane” ― rzekł pop Łazarz i pogładził ręką bródkę. Była rzadka, czarna, on zaś chudy i zwinny jak tchórz. Sprzedał wosk, który sobotnicy zebrali od dzikich pszczół i za otrzymane pieniądze kupił sobie muła. W Tyrnowgradzie kołatki prześcigały się w klekotaniu poprzedzane dzwonem patriarszym ― odprawiano nabożeństwo błagalne za zbawienie cesarskiego miasta…

XIII

 

     Cierpię na bezsenność. Nocą wychodzę z celi i wpatruję się w gwiazdy, moje niegdysiejsze pocieszycielki. Stamtąd patrzy i sądzi mnie sam Bóg. I to modlę się do niego, to pytam, ale odpowiedzi nie otrzymam. A cisza taka nad ziemią, jakby wszystko było po dawnemu ― ani niewoli bisurmańskiej, ani jarzma…

     Wróciwszy do wsi, rzekłem popu Łazarzowi, co zamierzam i ten zgodził się pod warunkiem, że będę przychodził w soboty. Wyruszyłem z Armą szukać brodu przy trakcie i znalazłem go na dopływie Jantry w pobliżu klasztoru Świętego Ilii, pomiędzy dwiema wsiami, z których jedna należała do bojara Czarnogłowa. Kupiłem łódź, wbiłem pale w rzekę, uwiązałem do nich sznur, żeby się trzymać, gdy woda będzie wartka. Wykopałem ziemiankę, postawiłem ściany z cegły i przykryłem je mocnym dachem. Przed chatą zawiesiłem sieć rybacką, postarałem się też o psa myśliwskiego. Ale już to od ciężkiej pracy lub od czegoś innego Arma poroniła i znów zaczęliśmy się kłócić. „To twoja wina, że nie mam dziecka ― powiada. ― o co cię prosiłam, a ty co zrobiłeś? I pieniądze poszły na nic”. Mnie zaś ulżyło, że  nie będę musiał słuchać wrzasków niechrzczeńca.

     Przewoziłem łodzią dobytek ― owce, cielaki ― mnichów, chorych przybywających do klasztoru po uzdrowienie, pątników, urzędników carskich, a ci nie zawsze płacili trzy aspry*. Żyłem wolny, w dostatku, u sobotników nie byłem ani razu. Niczego mnie nie nauczyli, bo jakież światło może być w mrocznej przepaści? Lepiej nie rozmyślać i cieszyć się życiem, wierząc we własne siły i skarbnicę świata ― ona tez jest bezrozumna, obojętna na zło i dobro. Tak sobie myślałem, aby nie gryzło mnie sumienie…

     Zaokrągliła się moja nieślubna zona, przytyła, zgrabna się zrobiła i patrząc, jak uwija się tam i tu na ogorzałych od słońca nogach, mówiłem sobie z dumą: „Ładną masz kobietę, tylko podziwiać”. Piękniała, przeklętnica, i zaczęła namawiać mnie, żeby pójść do sobotników. „Głowę ci ukręcę ― powiadam ― Sama mnie błagałaś, żeby od nich uciekać”. „Jak nie chcesz tam, to pójdźmy do klasztoru, wróćmy do cerkwi, aby dali nam ślub chrześcijański.”. Wciąż mi to wypominała. Zrozumiałem, że znów chce mieć dziecko i szuka pociechy u Boga. Gdy zdarzało się, że przychodził zakonnik, prosiła go o błogosławieństwo, namawiała, żebym nie brał od niego pieniędzy. W chacie znów wisiały zioła, znów zaczęła rzucać czary i zaklęcia. Nocą, przy księżycu, chodziła boso po rosie i wykrzykiwała niezrozumiałe słowa, których sama nie pojmowała.

     Od kupców, którzy skupywali w klasztorze zbywające plony, nabywałem warzywa i mąkę, toteż nie było potrzeby włóczyć się po wsiach ani chodzić do Tyrnowgradu, a połowę złowionych ryb oddawałem mnichom, gdyż do klasztoru należał drugi brzeg rzeki. Zimą, gdy bród zamarzał, łódź schła pod rogożą ― zarobku żadnego. Strzelałem wtedy dzikie gęsi, zakładałem sidła na wiewiórki i popijałem w ciepłej chacie klasztorne wino. Raz przyszedł rozbójnik Petko Czukała, by wywiedzieć się, kiedy przechodzą tamtędy kupcy albo poborcy carscy, bo chciał ich ograbić. Byłby podzielił się ze mną połową łupu, ale nie zgodziłem się.

     Dobrze nam się żyło z Armą przez te lata, ale trzeciego roku zaczęły się zatargi z archimandrytą klasztoru ― Dorozjuszem. Dowiedział się, że uciekłem z Kefalarowskiego klasztoru ― pewnie i Armie wyrwało się coś z babskiej głupoty. Zaczął mi wymyślać, że poluję na dziczyznę w lesie klasztornym, że nie przychodzę do cerkwi  w święta, że jestem heretykiem i bezbożnikiem, zaczął wypytywać, skąd jestem i co robiłem, zanim tu przybyłem. I dalej, że powinienem oddawać pieniądze klasztorowi, bo rzeka należała do nich, że nie mam prawa osiedlać się nad nią. Udawałem, że jestem prosty, nieuczony, ale czytałem mu z oczu, że nie wierzy moim słowom. Piękny był ― miał bujną brodę, nosił się czysto, godnie i moja bezecnica latała za nim oczami, toteż znienawidziłem go jeszcze bardziej. Mówiłem mu: „Święty ojcze, jakże mamy chodzić do klasztoru, kiedy on tak daleko? Lampkę palimy pod ikoną, modlimy się z żoną, jak umiemy, bo prości z nas ludzie”. „Dlaczego ― powiada ― nie puszczasz zony do cerkwi, by się pomodliła i przystępowała do komunii? Ona chce.”.  „Samej przez las puścić jej nie mogę, ojcze. A jak pójdziemy razem, to mogą nas ograbić, ktoś może szkodę wyrządzić. W święta akurat najwięcej ludzi tędy przechodzi”. „Kręcisz ― powiada. ― kto Boga miłuje, ten choć raz w roku czas znajdzie…” i odchodził gniewny. I tak dybaliśmy na siebie, a poprzez archimandrytę czart znów jął maczać palce w moim życiu, toteż za jego sprawą stałem się taki, jaki jestem, ja, szaleniec….

     W czas upałów po Przemienieniu Pańskim zarzuciłem wędkę na suma w dole rzeki. Podkarmiałem go, żeby przywykł do przynęty, a gdy połknął parę razy przynętę, założyłem taką samą na haczyk i na końcu sznura uwiązałem tykwy. Złapał się drań koło południa i wcisnął w jakąś wyrwę. Bałem się, żeby nie zerwał sznura i wróciłem po Armę, aby mi pomogła. Obliczałem, ile groszy mogę za niego zażądać od mnichów, a ziemia parzyła mnie pod stopami. Jeśli zakonnicy nie kupią, do wieczora sum się zaśmierdzi. Białe obłoki nade mną obrastały garbami, zwijały się w kłęby i przywodziły na myśl  przedpotopowe widziadła i potwory i tym większą napawały troską. Pies zaszczekał jak zawsze, gdy podróżny zbliżał się do brodu.  

     Idę brzegiem rzeki i myślę sobie, że trzeba będzie wziąć oszczep i przebić suma, a na wszelki wypadek nowy sznur i tykę. Patrzę, łódź stoi na przystani, pusto, ani śladu obcego przybysza. Wszedłem na podwórze i słyszę, że pies warczy w cieniu strzechy, a w chacie męski głos szepcze, coś szeleści, ktoś sapie. Kopnąłem drzwi. Arma leżała na ławie, a na niej Dorozjusz ― zdążył ją już rozebrać do naga, ale sutanna mu przeszkadza, podkasuje ją i aż się biedak zaplątał. Nie pamiętam, jakie dobyłem z siebie wycie i jak chwyciłem go za brodę. Mocarny był i pod habitem nosił krótki miecz, ale zostawił go z kamiławką na piecu. Pospadały zielska ze ścian, ława przewróciła się ― ja na wierzchu, on pode mną i dusimy się jak wilki. Stół się wywrócił i nóż, którym zwykle patroszyłem ryby, zabłysnął mi przed oczyma. Dorozjusz złapał go, dźgnął mnie w ramię, ale bez zamachu, toteż ostrze wbiło się płytko. Zrozumiałem, że jeden z nas nie wyjdzie stąd żywy, udało mi się wykręcić mu rękę i wypuścił nóż… Przebacz mi, Boże, tę dziką wściekłość jak i to, że przyznaję się do niej bezwstydnie. Była w niej nienawiść i do Dorozjusza, i do obłudy ludzkiej, i do Ciebie, boś zabił we mnie światłość Taboru, wiarę w ducha; i do siebie samego, który umysł mam bezsilny i rozpacz w sercu, że odkryłem twą okrutną tajemnicę; była to też wściekłość na diabła ― na wszystko złe, które wzięło się z największej dobroci mej duszy. I zarżnąłem mnicha na polepie, jak zarzyna się jagnie na Świętego Georgiego…

     Wolałbym jednak nie rozwodzić się nad tym. Diabeł stoi za moimi plecami i szepce: „Wyrzeknij się mnie, jak wyrzekłeś się Boga. Stań się stworem bezrozumnym, a uciekniesz od sumienia. I po cóż trudzisz się piórem? Skoro nie wiesz, po co został stworzony świat, to po co nizać próżne słowa gwoli słodkiego oszukiwania duszy?”. Wszelako na początku było słowo i z niego świat jest stworzony, poprzez słowo ogarniamy go myślą i jeśli ono jest kłamstwem, to kłamstwem jest cały świat…

 

         XIV

     Do wieczora leżał Dorozjusz na wznak na polepie okryty kozią skórą, aby go muchy nie pstrzyły i abym nie patrzył na poderżnięte gardło. Arma szlochała i miotała się jak oszalała – myślała, że i ją zabiję. Zdzieliłem po karku ladacznicę i wywlokłem za włosy na podwórze. Potem, umywszy się w rzece, kazałem jej zeskrobać zakrwawioną glinę z polepy i ścian i zalepić od nowa. „Dwie dusze zgładziłem dla ciebie, suko! Samaś chciała iść spać z zakonnikiem. Powinienem cię zabić, żeby uwolnić od zła świat i siebie”. Patrzyła na mnie pokornie, a w oczach widziałem zachwyt…

     Gdy zmierzchało, napełniłem sutannę Dorozjusza kamieniami, owinąłem go w habit i wrzuciłem do rzeki. Położyłem się na ławie – mrok za oknem i mrok w duszy. Rzeka pluska i przyprawia o wściekłość. Przedtem usypiała mnie tym pluskaniem, teraz myślę tylko, czy nie wyrzuci na brzeg trupa archimandryty. Wstałem, żeby sprawdzić, przeszedłem się wzdłuż rzeki i przypomniałem sobie o sumie. Nie będzie źle zanieść go jutro skoro świt do klasztoru, niech zobaczą, czym byłem wczoraj zaprzątnięty. Rozebrałem się i wytaszczyłem suma z wody. Gdy zaświtało, włożyłem go do łodzi i przykazałem Armie, aby nie wychodziła z chaty ani na krok. Ledwie dobiłem do brzegu, patrzę, a tu jakiś mnich szykuje się przeprawić na koniu przez rzekę. Zawołałem go. „Patrz, jakiego suma złapałem. Wróć się, to zaniesiemy go razem do klasztoru, dopóki świeży. Wczoraj cały dzień się z nim mordowałem, zanim udało mi się wyciągnąć go z wody”. Mnich wytrzeszcza na mnie oczy jak czarna szarańcza i łyka ślinę. „Ale ja muszę do jaśnie wielmożnego bojara, ojca Dorozjusza muszę szukać. Miał wrócić wieczorem – a tu ani go widać, ani słychać, zaś wielebny igumen woła go w jakiejś sprawie”. „Masz czas – rzekłem – załadujemy suma na konia i zawieziemy. Nie wiadomo, czy drugi raz takiego złapię. Tłusty jak świnia”. Przystał, toteż sprzedałem suma w klasztorze i wróciliśmy z mnichem, jak się dało najszybciej. Po drodze opowiadał mi, ze bojar Stan Czarnogłów bardzo lubił Dorozjusza i pewnie zatrzymał go na noc. Ojciec Dorozjusz lubił sobie podjeść, a w domu bojara gotowano, że palce lizać. Bojar był fundatorem klasztoru, ale tędy nigdy nie przejeżdżał, tylko przez wieś, bo droga tam lepsza dla jego karocy. Jeśli ojciec Dorozjusz wyruszył dziś karocą bojarską, to gotowi się rozminąć…

     Tego dnia nie mogłem nic przełknąć, pełen byłem najgorszych przeczuć. Arma jak na złość uwarzyła dobra strawę i wciąż namawiała do jedzenia. Wpadłem we wściekłość i wrzuciłem garnek do rzeki.

     Pod wieczór wrócił zakonnik. „ Przechodził tędy?” – pyta. „Nie przechodził, nikt nie przechodził”. „Wczoraj rano wyruszył w tę stronę – powiada – Może rozbójnicy złapali go dla okupu? Nie daj Boże. Przydarzyło się to igumenowi Płakowskiego klasztoru. Tyle razy powiadaliśmy ojcu Dorozjuszowi, żeby nie chodził sam i pieszo”. Pojechał i uspokoiłem się trochę: „Rozbójnicy pojmali go dla okupu…” Powiedziałem Armie, ze jeśli coś się stanie, to ma mówić, że Petko Czukała wypytywał mnie niedawno, kiedy przechodzą tędy kupcy i poborcy. „I pamiętaj – rzekłem – jeśli mnie wydasz, to zawiśniesz na tej samej szubienicy”.

     Minęły dwa dni. Na trzeci dzień spadł ulewny deszcz, rzeka wezbrała, powlokła z sobą ciało Dorozjusza i wyrzuciła przy młynie klasztornym. Raz jeszcze upomniałem Armę, co ma mówić i patrzę – koło południa przyjechał bojar z synem i przybocznymi. A z nimi igumen klasztoru i dwóch mnichów spośród starszyzny.

     Spiął Czarnogłów białego konia przede mną, o mało mnie nie stratował. Miał na sobie zbroję, napierśniki błyszczały i oślepiały jak lustra. Brodę podwójną, jak nasz władca. Pies ujadał, ojcowie zakonni patrzyli na mnie jak puszczyki.

– Dlaczego –powiada- heretyku przeklęty, zabiłeś świętego ojca?

– Grzech to – powiadam – wasza miłość, rzucać na mnie takie oszczerstwo. Czyż mógłbym podnieść rękę na ojca Dorozjusza? On to pozwolił mi miłościwie wyżywić się z tej łodzi, modlił się o nasze zbawienie, bośmy ludzie ubodzy i prości. Jakże mógłbym podnieść rękę na dobroczyńcę i orędownika?

– Łżesz – woła – diabli synu! Heretyk z ciebie i pies. Nawet gębę masz heretycką. I choć Bogu miła, to diabłem znaczona. Nieboszczyk opowiadał mi ktoś ty i coś za jeden. Ze świętego klasztoru Kefalarewskiego zbiegłeś, Pana naszego oszukałeś. Bierzcie go – powiada – i jego parszywą bezbożnicę.

Strażnicy związali mnie, wywlekli i Armę z chaty. Aż dziw bierze, kiedy zdążyła się uczesać i przebrać w odświętny serdaczek moja przeklętnica! Wyszła ze spuszczonymi oczami – że niby to wstydzi się tylu mężczyzn – i stanęła pokornie przed bojarem.

– Po coście przyszli – powiada –  dobrzy ludzie? Cożeśmy złego uczynili? W Chrystusa, Zbawiciela naszego wierzymy i do niego się modlimy. Gorzkimi łzami opłakujemy przed Bogiem naszego orędownika, świętej pamięci ojca Dorozjusza. Petko Czukała, rzezimieszek, to uczynił. Niechaj ogoniasty każe mu się powiesić! Oby suchoty zżarły mu kości za życia! – i jęła przeklinać, załamywać ręce i opłakiwać Dorozjusza.

Bojar przygląda jej się i wąsa przygryza, a wąsiska miał jak wełna. Syn bojarski, i on na koniu, pociera palcami czarne obszycie i oczu od Army oderwać nie może.

                Uwierzyłem, że wybawi mnie swym wytrawnym udawaniem i kłamstwami, ale ojcowie klasztoru nie dawali za wygraną.

  Niech powie, który pop im zakładał obrączki i gdzie to stoi napisane. – A my nawet pierścieni nie mieliśmy, choćby niedzianych albo żelaznych.

Zacząłem i ja kłamać na zmianę, że papier z pieczęcią zgubiliśmy, a pierścienie pożyczyliśmy od bliskich na czas ślubu. Bojar kazał przeszukać chatę, ale strażnicy nic nie znaleźli prócz tego, że tynk był świeży. Arma powiedziała, że wylepiła na nowo chatę na Przemienienie Pańskie, toteż nie mieli czego się czepić. Wtenczas Czarnogłów rozkazał swoim ludziom przejść przez bród i poprowadzono nas na dwór bojara. Wieczorem zamknięto mnie w wieży, Armę zaś w szopie i przez całą drogę nie związano jej rąk.

     Nazajutrz jego wielmożność postawił mnie przed sądem, który zebrał się pod wielkim dębem na dziedzińcu. Patrzę – Army nie ma. Bojar zajął miejsce na krześle pod dębem, naprzeciw niego zasiadła starszyzna wiejska, za nim żona, syn, dwie córki i pop, a wokół stali kołem chłopi – ci mieli patrzeć i przysłuchiwać się.

– Czy ty sam, heretyku –powiada – zabiłeś ojca Dorozjusza, czy wespół z tamtym bezbożnikiem, tego dowiemy się później. Skoroś przyznał, że przychodził do ciebie, to pewnieście się zmówili. Twoja kobieta przyznała się, czekamy, żeby i od ciebie usłyszeć prawdę. Mów, coś za jeden, skąd i dlaczego uciekłeś ze świętego klasztoru? Ślubów, że mówisz prawdę, przyjąć od ciebie nie możemy, jako żeś sobotnik i ani w krzyż święty, ani w Ewangelię bożą nie wierzysz. Wiedz jednako, że prawdy nie mówiąc i przed moją siwą brodą wstydu nie mając, na straszne tortury się narażasz. Kat już czeka – i wskazał stojącego za mną tłuściocha z garbatym nosem i nastroszonymi wąsami.

     A dzień był jasny, słoneczny –  chłodny wietrzyk ciągnął od gór, ale przyroda z wolna pogrążała się w smutku, lato wyliniało i wyblakłe niebo przytaiło w sobie smutek bliskiej już jesieni. Spojrzałem na obojętne oblicze skarbnicy świata i poczułem, że tak jej, jak i moje kłamstwa są tym samymi, choć ukryte, są wszak jej istotą, przeto rzekłem do siebie: „Tak już wszystko zostało urządzone –  zło i dobro, prawda i kłamstwo i nie masz między nimi granic. Jeśli wyznam, jak doszedłem do swojej hańby, to skarbnica świata, ani ci prości ludzie nie pojmą mnie i nie zlitują się nade mną. A gdzie podział się Bóg? On wie, kim jestem, ale próżno go tu szukać. Niegdyś słyszałem jego głos, teraz milczy – snadź i on nawet nie może sądzić, a kimże jest przy nim bojar ze swymi ludźmi?”. Zaprzeczyłem, że jestem heretykiem, bo po prawdzie już nim nie byłem,  a o zabójstwie nie chciałem nawet słyszeć. Młode bojarki skuliły się, przypatrując mi się, szepcząc coś do siebie i słyszałem jak jedna mówi: „Heretyk, a taki piękny. Wszak powiadają, ze heretycy są psiogłowcami?”. A chłopi, jak stado owiec w czas popołudniowego spoczynku, mrużą oczy i czekają na widowisko.

     Przyprowadzili Armę, by świadczyła przeciw mnie. „Mów – rzecze bojar – że ten przeklętnik z sobotnikami przestaje, co hańbią się, wyprawiając po lasach i jaskiniach psie weseliska, Boże przebacz!” – przeżegnał się, a wraz z nim przeżegnał się pop i wszyscy zdjęli kołpaki  z głów. „Mów, jak zabił świętego ojca. Przyznałaś się, że to on zwabił cię podstępnie do heretyków. Przebaczę ci, bo wyglądasz na rozumną, a pop nałoży na cię karę postu”.

     Patrzymy na siebie z Armą, a bojar czeka. Uwierzyłem, że przyznała się do wszystkiego – żeby ratować siebie,  a mnie zgubić. A ona: „Wasza wielmożność, na krzyż przysięgam. Do głowy mu nawet nie przyszło, żeby podnieść rękę na człowieka. A i nie wiem, skąd jest, nawet prawdziwego imienia jego nie znam. Powiada, że wołają go Enio, ale czy on tutejszy czy indziejszy, tyle wiem, co i wy. Mówił, że jest rybakiem, sierotą, ojca i matki nie pamiętał. Spotkaliśmy się na rozstajach i pobraliśmy się raz dwa, bo i ja od dziecka sierota, pasterką byłam”. Łże, kadzi i przymila się, żeby wzbudzić litość. Żona bojara fuczy ze złości, szepce coś bojarowi do ucha, a ten potrząsa kolanem i macha raz po raz ręką. „Łżesz, kobieto – woła. – Jakże możesz nie wiedzieć, skąd twój mąż i jakie jego prawdziwe imię? Obnażcie ją, powiada, odsłońcie jej grzbiet, niech Koczo Kryczak wysmaga ją wolim rzemieniem, zobaczymy, jak wtedy zaśpiewa”.

     A gdy ściągnęli z niej konopną koszulę i obnażyli do pasa, zajaśniała biel jej diabelskiego ciała, zakołysały się różowe piersi, nim zdążyła je przytrzymać rękami, zabieliły się plecy niczym zaspy śniegu w wiosennym słońcu. Kat kazał strażnikowi złapać ją za włosy i przygiąć do ziemi, a wtem bojar jak się nie zerwie z krzesła, jak nie klepnie się po kolanie, jak się nie złapie za wąsa: „ Ejże, woła, toć ją słońce nigdy nie oglądało, co opowiada, że bydło pasała? Poczekaj, nie bij jeszcze, Koczo. Może się przyzna” –  a oczy ma jak kot czający się na wróbla. W czepku urodzona była jednak moja zwodzicielka. Przyjechał jakiś mnich na koniu i prosto do bojara zmierza. Był to Manasjusz, tenże sam, który podglądał mnie przez okienko w celi, gdy leżąc goły, ćwiczyłem się w ascezie hesychazmu…

– Ze świętego klasztoru Kefalarewskiego przybywam, wasza wielmożność. Jego wielebność igumen od Świętego Iliji przysłał wczoraj wieczorem brata, by oznajmił, co stało się z ojcem Dorozjuszem, Boże świeć nad jego duszą. Heretyk, powiadają, go zabił, nasz były mnich, Boże zachowaj! Toteż przybyłem, aby go rozpoznać z polecenia naszego wielebnego igumena Eutymiusza.

Krzyżem się żegna, nędznik, i błogosławi rodzinę bojarską i ciżbę wokoło. „I prawo wydał nasz przez Boga oświecony władca przeciwko sobotnikom, bezbożnikom i przeciwko wszystkim Żydom i mącicielom wiary Chrystusowej. Nie dalej jak dwa dni temu westiarios  Konko w świętej ławrze je oznajmił, o czym i tobie, panie, donoszę”.

Bojar zachmurzył się. „Prawo, powiadasz? A co ono mówi?”

                – Mówi, iż wszystkich heretyków należy pojmać i przed sądem w Tyrnowgradzie postawić. Zbierze się w tych dniach w stolicy najwyższy kler, by wydać sąd nad nimi.

Nie na rękę był bojarowi rozkaz carski –  odbierał mu prawo sądzenia mnie jako heretyka. Tak on, jak i wielu innych bojarów, samowolnie rządziło w swoich katepanatach, lubili zwoływać sądy, torturować i urządzać wszelkie widowiska ku uciesze i zabawie. Spuścił głowę, zapatrzył się we własny pępek, broda rozdwoiła mu się jeszcze bardziej. „ Ja – powiada –  za zabójstwo sądzę, a za herezję oddam go pod sąd carski. A ty, ojcze, przyjrzyj mu się i powiedz, czy to ten”.

     Ale Manasjusz dawno mnie już zobaczył i poznał. „Co mam się przyglądać, wasz wielmożność. On to i odszczepieniec boży. Za topielca go mieliśmy”. I opowiedział, kim jestem i jak uciekłem z klasztoru.

     Usłyszawszy czyim synem jestem, Czarnogłów popatrzył na mnie okrutnie : „ Nie może to być, żeby Teodor Samołaz takiego złoczyńcę spłodził! Czemuż łżesz, przeklęty psie, że nie jesteś heretykiem? Gdyby ojciec twój wstał z grobu, to widząc cię takim, żywy chciałby tam wrócić. Mów, czemu zabiłeś Dorozjusza?”

     Nie przyznawałem się dalej i bojar zaczął wrzeszczeć: „Koczo, zacznij. Ją zostaw w spokoju”.

     Strażnicy rzucili mnie na ziemię, ściągnęli koszulę, a kat zaczął smagać wolim rzemieniem, aż straciłem przytomność. Polali mnie wodą i znowu pytają: „Ty zabiłeś Dorozjusza?”. A Arma widząc to, jęła się czołgać na kolanach przed bojarem i prosić: „Nie bijcie go, to nie on zabił. To Petko Czukała”. Zaś starszyzna wiejska i chłopi wołali: „ Bijcie go, panie, aż się przyzna! Bijcie!” –  bo według prawa wieś musiałaby zapłacić klasztorowi grzywnę za zabójstwo.

W końcu uwierzyli, że to nie ja zabiłem archimandrytę i wtrącili mnie do wieży. Położyłem się na brzuchu, plecy piekły, dławiłem się wściekłością. Zaklinałem się, że jeśli wyjdę stąd  żywy, zabiję bojara. Ale co zrobić z Manasjuszem? Wszyscy w ławrze się dowiedzą – Teodozjusz i Eutymiusz, cały Tyrnowgrad i moja matka nieszczęsna. Dopóki nikt mnie nie znał, przekonywałem siebie, że nie było żadnego mnicha Teofila ani Enia układającego modlitwy, ani pięknego chłopczyka, a teraz przeszłość powracała, piekło było tuż, tuż…

     W porze wieczerzy przyszedł sługa. Przyniósł miskę grochu i blachę z tłuszczem. Nasmarował mi plecy. „Córki bojarskie okazały ci litość – powiada. – Przysyłają ci jedzenie. A żona twoja uprosiła tłuszcz dla ciebie”. Spytałem, czy Arma dalej siedzi zamknięta w szopie. „Już nie, kazali jej spać ze służbą. Pan powiedział, że nie jest heretyczką. Zrobią z twojej pięknej żony nałożnicę, bracie. Stary wieprz łasy jest na kobiety. Poczekaj, przyniosę wody i końską derkę do spania…”.  Długo by mówić o moich męczarniach tamtej nocy w wieży bojarskiego pałacu. Ale był to dopiero początek. Osaczył mnie los jak zwierza w pułapce i nie zmrużyłem oka do świtu. Kiedy tylko zaczęło dnieć, poprowadzono mnie do Tyrnowgradu, by oddać w ręce sądu carskiego. Nigdy już nie widziałem Army, ani nie słyszałem o niej. Była i żyła na zgubę męskiej świętości i doskonałości, a sama szukała świętości dla siebie…

A po tym jak mnie sądzono i napiętnowano w Tyrnowgradzie, nie miałem już prawa posiąść żony i żyłem z różnymi kobietami bez ślubu, takimi, które spotykałem na drogach i pogorzeliskach Romanii, nieszczęsnymi i grzesznymi jak ja…

 

XV

 

     Czyż można mieć pewność, bracia, że pewnego dnia, gdy człowiek dużo będzie wiedział i wiele zagadek natury ziemskiej i niebieskiej rozwikła, to lepiej siebie pozna, by prawdziwie ważyć swe czyny i sprawiedliwie osądzać swych braci? I czy to możliwe, byśmy poznawszy siebie, stali się jednacy w myślach, słowach i uczynkach i tym samym sprowadzili raj na ziemię?…

     Do stolicy wyruszył sam Czarnogłów w karocy, wystrojony jakby miał stanąć przed carem, oraz jego syn z drużyną strażników i pachołkami. Młode bojarki uprosiły ojca, by też mogły zobaczyć, jak sądza i karzą na miejscu kaźni, tylko matka została w domu.

     Uwiązali mi sznur na szyi i kazali iść przodem w otoczeniu straży. Do Tyrnowgradu dotarliśmy po południu i weszliśmy do miasta przez bramę Asena. Rozjuszeni byli ludzie na heretyków, a zwłaszcza na Żydów ― uważali, że są winni najazdów tureckich, albowiem ściągali gniew boży ― wylegli na ulice heretykom na spotkanie i urządzali na nich polowania. Tłum wrzeszczał i rzucał kamieniami, nawet dzieci, a kobiety ― te były najbardziej zaciekłe. W getcie żydowskim słychać było piski, wywlekano z domów Żydów. Straż chodziła poskramiać ludzi, a domów wielmożów, krewnych cara, strzegli ludzie carscy i nikomu nie pozwalali się zbliżyć.

     Zobaczywszy mnie, tłum obstąpił karocę i pytano bojara, czym Żyd czy heretyk. A ten powiedział głośno: „To syn Teodora Samołaza, zografa carskiego. Bezwstydnik, sobotnik i złoczyńca diabelski sądowi carskiemu podlega. Rozstąpcie się!” ― i kazał woźnicy podciąć konie batem, toteż biegłem jak pies na łańcuchu przez most na Jantrze aż do łaźni miejskich, gdzie też było więzienie. Tam przekazał mnie dozorcy więziennemu i kastrofilaksowi. Dozorca przyjrzał mi się i rzekł: „Czy to ty jesteś ojcem bogomiłów, przywódcą sobotników, którzy wyrzekają się cara i wiary? Mów, żebym wiedział, gdzie cię zamknąć!”. Rzekłem mu: „Nie jestem heretykiem, przez pomyłkę mnie tu przywiedziono”. Ale bojar zdążył mu opowiedzieć, kim jestem. Dozorca chciał mnie zamknąć w metochu, ale kastrofilaks rozkazał, abym został w lochu.

     Wtrącono mnie do celi pełnej mułu, gdyż wzbierając Jantra docierała aż tutaj. Poprosiłem dozorcę, aby nie zdradził nikomu mego imienia, albowiem mam matkę i siostrę na Carewcu. A ten, przekonawszy się, że jestem synem zografa carskiego, dał mi suchszą celę. Ale po kilku dniach w więzieniu zrobiło się tłoczno, toteż przeniesiono mnie do innego lochu, w którym był przykuty łańcuchami do ściany Turek, setnik akindżijski* wzięty do niewoli. Miałem go karmić i nie pozwalać, by krzyczał po nocy. Ukrzyżowany był muzułmaninem i strasznie od niego śmierdziało, ale był mężem silnym ― wierzył w swojego Boga, a naszego nienawidził. Spojrzał na mnie wilczym wzrokiem, a gdy zrozumiał, że znam grecki, rzekł nieskładnie: „Mnie ściąć głowę, bo zabił w boju waszego binbaszina*. A ty, za co? Zabiłeś czy kradłeś?” . „Nie wiem ― powiadam. ― Nawet Bóg nie zna mojej winy”. „Łżesz, giaurze. Allach wie wszystko. Wciąż nie wiecie swojej winy, bo jesteście niewierni. Dlatego Allah oddaje was w nasze ręce”. Ubodły mnie te słowa, ale pocieszałem się: „Cóż może wiedzieć o Bogu ten dziki człowiek?”. Ręce popuchły mu jak wrzeciona ― zardzewiałe klamry wrzynały się w przegub dłoni i wisiał tak całymi dniami.  „Giaurze ― powiada ― zdejm siurme*, żebym mógł opuścić ręce. Allach ci wynagrodzi”. Zlitowałem się, wyciągnąłem zatyczki, a gdy wyjął ręce z okowów, zakręciło mu się w głowie i upadł.  „Szybciej ― powiadam ― połóż się spać. Jeśli dozorca zobaczy, to mnie zakują”. Rano znów przykułem go do ściany, a on zaczął śpiewać turecką pieśń: „Kto sam zginie, nikt temu nie winien”. I więcej nie pytał o moją winę. Czekał co dzień, że zetną mu głowę, ale wkrótce wymieniono go na naszego jeńca i zostałem sam w lochu. Miał słuszność bisurmanin ― wynagrodził mnie później Bóg, ale i na to przyjdzie czas, i o tym będzie jeszcze mowa. A teraz o spotkaniu z Eutymiuszem i o tym jak mnie sądzono i napiętnowano…

     Tego samego popołudnia, kiedy wyprowadzono Turka, dozorca kazał mi wyjść na dziedziniec. Polał mi wody na ręce, żebym umył twarz, kazał wyczyścić ubranie, uczesać się. A dziedziniec pełen był Żydów i heretyków jak kosz z rybami. Wrzeszczeli, śpiewali psalmy, płakali, niektórzy pokpiwali sobie ze strażników i ci uśmierzali ich włóczniami. Zbieranina wszelaka ― tyrnowianie i obcy ― ale spośród sobotników było nas tylko dwóch.

       Dozorca wprowadził mnie do celi wysłanej słomą, polecił siedzieć i czekać. Po jakimś czasie wrzawa na dziedzińcu ucichła i usłyszałem, że prowadzą kogoś do celi. Zastukano do drzwi i czyjś głos rzekł: „Boże, zmiłuj się nad nami!”. Po głosie poznałem, kto tam stoi i oniemiałem. I znów: „Boże, zmiłuj się nad nami!”.  Powinienem był odrzec „Amen”, ale przeklęta dusza opierała się. Grube, zbite z desek drzwi zaskrzypiały, otworzyły się i stanął przede mną Eutymiusz z pastorałem w ręku i łańcuchem na habicie. Zamiótł i obrał kamiławką pajęczynę z sufitu. Spuściłem głowę, patrzyłem pod nogi i milczałem.

     ― Czy to ty, Teofilu, dziecko? Dlaczego nie spojrzysz na mnie? Wstydzisz się, czy też mrok jest ci tak miły, że nie chcesz wydostać się z jego otchłani? A może pycha twoja oczekuje ukojenia od śmierci? Albo też posiadłeś nienawiść do słowa, ty, który układałeś tak piękne wyznania modlitewne w obliczu Boga? Czyżby dar boży przemienił się w żądło i truciznę, a anioł przestał zmagać się z szatanem, gdyż został zwyciężony i wypędzony z twego serca?

       Każda dusza ma dla siebie takie słowa, które budzą ją ze snu i uderzają w nią jak młoty. Człowiek żyje poprzez słowo i od wieków pisane mu jest szukać słowa prawdy, a dane słowo jest czymś więcej niż zmysły. Ale i temu myśl się sprzeciwia i zadręcza umysł. Poczułem, że dusza została natchniona słowami Eutymiusza ― jak promień słońca zza chmury wyjrzała straszna prawda ― mija dawna radość, wielki dar pojmowania opatrzności bożej we wszystkim, co żywe i martwe, przemienił się w żądło i truciznę, a samo słowo zwiędło jak ścięty szronem jesienny las. Ale niedowiarek Iskariota nie zaufał i tej prawdzie, albowiem w swej istocie jest wrogiem wszystkiego, co podniosłe ― sprzeciwił się i podszepnął mi: „Co to jest prawda? Czy jest nią sztuka i modlitwa? A może miłość do tej, która zaprowadziła cię aż tutaj? Może hesychazm ze swym kłamstwem? Powiedz temu mieszkańcowi najwyższego Jeruzalem, by sobie poszedł! Powiedz mu, że masz nad nim władzę równą władzy Judasza nad Chrystusem! Jego powinnością jest modlić się na kolanach o zbawienie twej duszy, albowiem powiedziane jest ― jedna zagubiona owieczka droższa winna być pasterzowi niźli całe stado. Niech uklęknie jego wielebność na słomie!”. A Eutymiusz, wypełniając czystością swego dostojeństwa ciasną i mroczna celę, mówił dalej: „Mniemałem, Teofilu, moje dziecko, że zaprzedasz się diabłu, chcąc poznać prawdę, i zajdziesz do piekła, albowiem nieuniknione jest, by ten, kto szuka Boga, nie zstąpił także do piekieł. I wiem ja, że każdy z takim darem bożym stoi na granicy szaleństwa, gdyż ani Bóg nie objawia mu się bez reszty, ani też nie znajduje słów, by wyrazić to, co pojąć zdołał. Okrutne przeznaczenie ― stać pod wiecznym pręgierzem, który sam sobie wzniosłeś, i być błaznem oraz sędzią nad ludźmi. Już kiedyś był wszedł do igumenarii, oko mej duszy dojrzało żeś nie na mnicha stworzony i klasztor nie jest dla ciebie stosownym domem. I wtedy, by poddać próbie twą wiarę, rozmyślnie oddałem cię ojcu Łukaszowi. Rozważyłem, co przywiodło cię do upadku i rozsądziłem: za wiele żądałeś od Boga w pysze i niezaspokojonej niecierpliwości, by móc zgłębić jego tajemnice. Mów, dziecko, powiedz, co kazało ci opuścić ławrę? Czyżby nie była bezpieczną twierdzą dla twego ducha i czyżby nie znalazł się wśród braci nikt godny, byś zwierzył mu się ze swoich pokus? A może zgłębienie istoty boskiej okazało się bezpłodne dla poety?”

Nie słowami, gwoździami przebijał Eutymiusz moje serce i to, co odpędzałem od siebie i chciałem zapomnieć, pojawiło się znowu ― prawda czy kłamstwo? Czy kłamstwem był ów świat radości i błogiego cierpienia, który śpiewał we mnie, jak śpiewają wiosną ptaki? A może rozum, który przywiódł mnie do zguby, jest zwodniczy i kłamliwy? Ale serce stwardniało, piło złość jak mury więzienne piły wilgoć zżerającą je niewidocznie dla oka. I zebrawszy siły, stłumiłem głos duszy i rzekłem: „Wasza Wielebność, umysł masz wielki i przenikliwy. Nie przeczę, iż to co rzekłeś, jest być może czystą prawdą o mnie. Ale powiedz mi, czyś widział światłość Taboru i jak ona wygląda?”. Cofnął się, spojrzał na mnie wzrokiem, którego nigdy nie zapomnę, i uczynił znak krzyża, a ja pomyślałem sobie: „To pewne, że widział, ale dlaczego nie zrzucił habitu?”.  A Eutymiusz powiedział cicho, z tajonym smutkiem w głosie: „Czyżbyś ją widział, dziecko? Widziałeś ją naprawdę?” ― i powiedział to tak, że ciarki przebiegły mi po plecach. A kiedy powiedziałem mu, jak ją widziałem i jak zabiła mego ducha i odebrała wiarę, wzniósł ręce do góry i zawołał: „Boże, czyżby nadszedł czas, kiedy twoja światłość będzie oślepiać człowieka, czas najstraszliwszych prób i upadków? A człowiek będzie jako fala wzbijana i rozbijana wiatrem?”. Wtenczas wyjawiłem mu, jak poszedłem do heretyków szukać prawdy o dwóch światach, ale przyznać się do zabójstwa nie miałem odwagi. A ponieważ złość iskariocka syczała we mnie jak żmija, dodałem, żeby go ukąsić: „Belka, Wasza Wielebność, którą mieliśmy wypróbować, nim przejdziemy po niej, okazała się zmurszała i most się zawalił, jak sam widzisz. Czy nie myślisz, że to twoja wina?”. Sądziłem, że się rozgniewa, ale on spojrzał na mnie łagodnie i rzekł: „Jakiż sens w tym, by strzec grzechu pod strażą, jeśli ten, kto go szuka, sam nie może się ustrzec i zwalczyć grzechu w sobie? Nie pozwól, by szatan przez ciebie przemawiał. To nie brat Łukasz przywiódł cię do grzeszności. Jeśli widok istoty Boga nie mógł ukrócić twej pychy, to któż ją ukróci? Widzę, że nie nadszedł jeszcze czas twojej skruchy. Ale nadchodzi ona z woli nieba, przeto nie rzeknę ci: <<Żałuj, by zostało ci odpuszczone>>. Nie ma innej niż boska siły, która mogłaby cię zmusić, byś uwierzył w to, co Bóg ukazał dzieciom, a szatan okrył mrokiem u dorosłych. Wiem, jak miła jest człowiekowi pełna boleści męka nieposłuszeństwa i jakże biedna zda się przy niej być cicha radość cnotliwego życia. Niech Chrystus ma cię w opiece, Teofilu! Szatan jest w tobie i łatwo nie ustąpi. A jeśli nie ustąpi, będziesz prapoczątkiem przyszłego potwora Apokalipsy, człowieka o nowej, zwierzęcej sile, jakiego świat nie widział ― Antychrysta, zwiastującego jego koniec…”

     Zamknęły się przede mną drzwi, zgrzytnął klucz, jęknęła z bólu dusza. Eutymiusz odszedł… 

XVI

 

     Nie starczy mi sił ani jedzenia, bym opisywał, tak jak zacząłem. Trzeba pokrótce.

     W wigilię sądu zakuto mnie w łańcuchy i wtrącono do podziemnych lochów metochu*, gdzie zamykano obłąkanych mnichów i złodziei dóbr cerkiewnych. Byli tam sobotnicy i Bosota, którego zwano Deptajkrzyżem. On i jego uczeń Stefan głosili herezję masaliańską*.

     W środku mrok, smród i stęchlizna, a Kaleko i Bosota brali się za łby, czyja nauka jest lepsza. Jeden wołał: „Nie okłamuj ludzi zbawieniem, bo przyprawiasz szatana o śmiech i przykładasz rękę do jeszcze większego wyniszczenia rodu ludzkiego. Jeśli zgładzisz władykę i bojara, to diabeł zagnieździ się w popie i chłopach!”.  A drugi zgrzytał jak kamień młyński: „Stręczyciele sodomiccy, opryszki i złodzieje! Mamonie służycie, w bagnie rozpusty toniecie, a chcecie za mędrców uchodzić”. Chwycili się za łby, zabrzęczały łańcuchy ― sam Szatan chichotał żelaznym śmiechem. Gdy i to ustało, położyliśmy się spać na zapleśniałej ziemi. Każdy się wierci, stęka ― walczy w myślach z jutrzejszymi sędziami, pociesza się w duszy nadzieją innego życia. Wmawiałem sobie: „Ulegnij szaleństwu, wszak jest ono jednym z twoich wcieleń. Kim jesteś? Poetą czy herezjarchą i zabójcą? Szaleństwo jest najprawdziwsze, bo wyzbyte sensu”. Ale Eutymiusz nie dawał mi spokoju ― tęskniłem za dawnym Eniem, jak tęskni jeleń za wodą nad wyschniętym źródłem w skwarny dzień. Leząc tak czułem, że okowy spinają ciało chłodem, w półśnie słyszałem westchnienia i majaczenia, ktoś mówił do mnie jak dawniej, gdy zasypiałem na podłodze klasztornej celi: „Tyś jest Bogiem, którego szukasz. Czyś nie pojął, że poza twoją wolą nie ma innego prawa, które ustrzegłoby cię od zła w tobie, jak tylko prawo, które sam sobie narzucisz? W tobie jest święty i zabójca, świat nieba i piekła. Co wybierasz? W tym wyborze jest twoja wolność! A kto narzuci sobie błogie brzemię powinności i prawa, nie szuka już wolności. Wtenczas wyzwala się ona z ciebie ― nikt nie chce tego, czego nie potrzebuje!… Siądź na swym tronie, w aureoli własnej chwały!… Alleluja, wierz i wysławiaj tylko twego bezimiennego boga bez cerkwi. Czyś zapomniał, że to on był źródłem wszystkich twoich radości, nim stałeś się Iskariotą, i ujawniał ci najskrytsze tajemnice? Miałeś go za wspólnego wszystkim, ale on jest tylko twój, albowiem każdy widzi go na swój obraz i podobieństwo… Czyż nie dla niego porzuciłeś dom rodzinny i zakryłeś twarz czarnym kapturem? I dla kogo, jeśli nie dla niego tworzyłeś wiersze, by opiewać chwałę jego stworzenia? On jest wieczny i poza czasem, choć nosi imiona wielu bogów…” Takie to dumne myśli wmawiałem sobie i rzekłem jeszcze: „To głos zamkniętej prawdy, którą bezcześciłem! Znów padło na mnie światło majestatycznego ładu wszechświata. Taki jest los człowieka na ziemi! Równie radosny, co straszny. Tu tkwi źródło wiary, piękna, wszelkich sztuk i bogów ― to są laury, którymi przyozdobił się człowiek i odróżnił od nierozumnych stworzeń. Jedynie czystość ducha pozwala dojrzeć sens świata w chaosie sprzeczności”. Ogarnęła mnie radosna siła i rześkość duszy, miałem ochotę skakać z radości i zniknął wszelki strach przed sądem. Przypomniałem sobie rozmyślania w klasztorze, że trzeba szukać zbawienia w tej prawdzie, która tylko sercu wiadoma, innymi oczyma zobaczyłem człowieka pogrzebanego w wykrocie naszej winnicy, a siebie jako szaleńca brnącego przez zasiewy i urodzajne ogrody, zbierającego czarodziejskie zioła i skrzypy polne.   

Ale diabeł, co jak kocur mruży ślepia nad poganinem i udaje, że go nie widzi, pozwoliwszy mi nacieszyć się nowymi nadziejami wybawienia, przeciął lot ducha, jak strzała przeszywa lot ptaka. „Teofilu ― powiada ― czyż nie są przedśmiertne te twoje myśli? Czyż nie samookłamuje się nimi twój bezsilny umysł? Czyżbyś zapomniał o światłości Taboru? Dobrze wiesz, że jutro, jeśli nie zetną ci głowy, to wyrwą język. I któż ci je podsuwa? A jeśli to znów jestem ja, jak niegdyś w cerkwi bojarskiej? Skoro sam tworzysz dla siebie prawo, to co wspólnego ma ono ze wszechświatem, którego istoty nie znasz? Czy nie pojmujesz, że wynosząc siebie na tron, zaprzeczasz Bogu i majestatycznemu  ładowi  wszechświata?… A kto pierwszy zapragnął mieć  tron ponad obłokami i stać się podobny Najwyższemu? Czy to nie ja czasem?…”

     Zerwałem się na nogi w męce i w bólu, jakby dusza zstąpiła za życia gehennę ognistą, i przypomniałem sobie słowa archanioła Michała, które rzekł Bogurodzicy w piekle: „Kto tu wejdzie, Bóg o nim zapomina”. I wydało mi się, że wydobyłem z siebie krzyk niczym lament, nim ustąpił ból. Ujrzałem wtedy włócznię strażnika opartą o żelazne kraty okna, leżących pokotem jak czarne snopy heretyków ― ludzi silnych, ale szalonych, których jutro mieli sądzić jeszcze więksi  szaleńcy. Bies znów dał znać o sobie, toteż zawołałem w myślach: „Znów zostałeś zrzucony na ziemię, nieszczęśniku! Jutro Szatan będzie twoim obłudnikiem i będzie drwić z sędziów, takich samych jako i ty głupców! Niechby ścięli ci głowę, abyś nie męczył się w piekle ziemskim!” Nadszedł deszczowy ranek i słyszeliśmy, jak zamknięci w więzieniu Żydzi śpiewali psalmy Dawidowe.

     Przyszedł kastrofilaks ze strażnikami, sprawdzili, czy łańcuchy są mocno zakute. Zzuto nam buty, narzucona włosiennice i kazano stawić się na dziedzińcu. A za murem czekali mieszkańcy Tyrnowgradu, którzy dopiero co opuścili cerkwie, bo była niedziela, i gdy wyszliśmy na ulicę, kołatki i dzwony zadźwięczały pogrzebowo. Tłum rzucał w nas kamieniami i sypał nam popiół na głowy. Przy targowisku złączyliśmy się z kobietami ― one też były bose i oplute, też zasłaniały twarze rękami. I patrząc jak niektórzy potykali się w długich włosiennicach, jak kołysały się i łamały czarne szeregi heretyków, a obok nich, niczym psy obszczekujące podróżnych, biegali, opluwali i złorzeczyli rozjuszeni popi  i pachołkowie bojarscy, zakołysałem łańcuchami jak kadzielnicą, gdy śpiewa się tropar umarłemu i wykrzyknąłem do siebie: „Diabeł nie grzeszy rozumem, ale człowiek jeszcze głupszy. Aż dziw jak mały jego rozum!”.

     Poprowadzono nas w stronę północnej bramy Carewca i było oczywiste, że będą nas sądzić w pałacu. Za bramą, wzdłuż drogi, tłoczył się kto żyw w ciasnych uliczkach, które wyglądały jak obwieszone kiściami winogron, z okien i drzwi wyglądali starzy i młodzi, z wież i murów przyglądali się nam żołnierze, wszystkie psy w dole szczekały jak w dzień  sądu ostatecznego i krakały stada wron. Na szarym deszczowym niebie krążyły majestatycznie groźne orły ― wiedzą, że gdy ludzie czymś wzburzeni to znak, że gotują im ucztę. Wśród tumultu i dzwonienia żelastwa słyszałem, jak płakała matka. Sąsiadki pocieszały ją i przekonywały, żeby stała spokojnie. Wołała mnie po imieniu i błagała, bym się pokajał, ja zaś pozdrawiałem znajomych, by patrzeć, jak spuszczają głowy i chowają się za plecami innych.  

     Zatrzymano nas pod murami obronnymi zamku. Żony bojarów, mieszczanie, mnisi czekali pod okutą żelazem, dwuskrzydłową bramą. Po chwili brama otworzyła się, pozwolono wejść żonom bojarów i niektórym innym, ale matki nie wpuszczono, więc mi ulżyło. Wyszedł subdiakon ze zwojem papieru w ręce, wywołał imiona Bosoty i jego wyznawców. Nie widzieliśmy ich do dnia sądu ― skazańców wyprowadzono przez drugie drzwi do więzienia. Przyszła i nasza kolej, weszliśmy na dziedziniec. Urzędnicy carscy i zakapturzeni mnisi biegali tam i z powrotem. Do sali tronowej wpuszczona nas tylnym wejściem. Każdego prowadziło dwóch mocnych zakonników. Dzień był mroczny, toteż zapalono lampy i po mozaikowych obrazach tańczyły odblaski niczym w cerkwi, czuć było spalonym woskiem, olejkiem lawendowym i duszno było od ludzkich oddechów. W głębi sali siedział na tronie Iwan Aleksander, postarzały, ale jeszcze rumiany, cały w purpurze, w ręku miał jabłko i  krzyż. Przy nim car Iwan Sziszman, też na tronie. Nad nimi wymalowany na ścianie dwugłowy orzeł. Po lewej patriarcha Teodozjusz, archijereje, biskupi z pastorałami, w płaszczach ― byli jak złotem przetykany haft opasujący ścianę wokół czarnego duchowieństwa. Zakapturzeni mnisi stali zaś niczym czarny las i podzwaniali różańcami. Ci z ławry ― Sawa, Tymoteusz, kir Dionizjusz ― pośrodku.  Święty usiadł na przedzie tego lasu, przy nim Eutymiusz. Pokłoniłem się, ale tylko Eutymiusz odpowiedział na moje pozdrowienie. Dzięki ci, wielki łaskawco człowieczy! Choć jestem Judaszem, chylę przed tobą czoło i kocha cię moja grzeszna dusza! Twoje pozdrowienie, którego nie byłem godzien, natchnęło mój duch udręczony przez Szatana. Obyś pojął, że nie z moimi sędziami chciałem wieść spór, lecz z tobą i moja zuchwałość była znakiem szczerości wobec ciebie…

Po prawej stronie Ich Wysokości ― wielcy bojarzy, wodzowie, tam też Czarnogłów pysznił się i gładził brodę. Pośrodku ― stoły z czerwonymi nakryciami i pisarze z gęsimi piórami jak psiaki usadzone na stołkach. Na środkowym stole krucyfiks, a przed nim, niczym skrwawione serce, płonęła wenecka lampka oliwna.

Pierwszego postawiono przed sąd Kalekę. Wystąpił wysoki jerodiakon i zapytał, czy przyznaje się do swoich bałamuctw. Przypomniał mu, że nie ma grzechu, którego nie można by odkupić, wystarczy, by się pokajał jak jawnogrzesznica, jak łotr na krzyżu, a pomogą mu jak bracia i tym podobne. „Padnij na kolana przed wszechmiłosiernym i  jego przenajświętszą matką, wyrzeknij się po trzykroć Szatana, a zostaniesz na nowo przyjęty na łono jedynej, świętej cerkwi soborowej”.

     Wysłuchał Kaleko jerodiakona, w krwawym świetle weneckiej lampki zarysowała się jego duża, opluta głowa, zafuczał i rzekł: „W czyim imieniu mnie sądzicie? W imieniu Sawaoty czy w imieniu brata jego? Jeśli w imieniu jednego, wyrok będzie niesprawiedliwy, albowiem nie może być winny sługa wykonujący rozkazy dwóch różnych panów. Jeśli powiecie, że sądzicie w imieniu obu, to sądu być nie może, gdyż są oni z sobą w walce”.

Ucichł sobór prawosławny, nawet różańce przestały pobrzękiwać, ktoś zakaszlał, ale trwało to chwilę, dwie. I jak wiatr, gdy faluje wysoką trawą, tak zakołysali się duchowni i wielmoże i  głuchy szmer przebiegł przez ich szeregi, a na twarzy prawowiernego władcy pojawił się uśmiech zaciekawienia. Głos  jerodiakona  potoczył się echem jak trąba bojowa: „Sługo występny! Sądzimy cię w imieniu jedynej, świętej cerkwi soborowej, która jest ciałem Chrystusowym. Jej dana jest władza złączania i rozłączania, odpuszczania i nieodpuszczania grzechów”.

     Kaleko strzasnął popiół z włosiennicy, zabrzęczał łańcuchami i wskazał na cara. „Jeśli prawdę mówisz, to jakim prawem są tu sędziowie carscy? Pytam się ― za co mnie sądzicie? Za grzechy czy za bunt, za kradzież czy za rozpustę? Za grzechy sądzi Bóg, za kradzież i nieposłuszeństwo ― car. Jeśli za kradzież, to jakże możecie mnie sądzić wy, którzy zagrabiliście bogactwa i władzę? Złodzieje nie mogą sądzić złodzieja. Jeśli za nieposłuszeństwo, to takowego nie było. Służymy pokornie i carowi, i Bogu, i bratu jego. Jeśli zaś powiecie ― sądzimy cię za rozpustę, to któż z was nie dopuścił się rozpusty w czynie lub w myślach? Jego Wysokość unieważnił ślub z Wołoszka dla pięknej Żydówki i cerkiew mu przyklasnęła. Czyż przystoi mu sądzić za to samo swoich poddanych?”.

     Zaszemrali, zatupali, na twarzach pojawiły się uśmieszki, a władca udał, że nic nie słyszał.

     Wstał chartofilaks i wykrzyknął: „Wasze Wysokości i wy, ojcowie boży, sam Szatan przybrał postać tego heretyka! Jego bezbożny język sam wydał na siebie wyrok! Po cóż sobór prawosławny ma dłużej słuchać tego bezecnika?”

Rozległy się głosy pochwalające, ale iwan Aleksander dał znak, by pozwolono Kalece mówić i zostało to przyjęte jako mądrość, bo tym sposobem herezjarcha sam obnażył bez reszty swe prawdziwe oblicze… Ale i bez pozwolenia Kaleko nie zamierzał milczeć.

― O jakiej ― powiada ― jedynej cerkwi mówicie? Jedni spośród was zaprzeczają, że człowiek może ujrzeć Boga, a drudzy nie. Jedni szukają go na tamtym, inni na tym świecie, i powiadają, że obydwa światy stworzył Bóg. Ale jeśli tak jest w istocie, to skąd wziął się diabeł? Skoro nie zostaliśmy stworzeni przez obu, to dlaczego, nawet kiedy się modlimy, myśl nasza ucieka ku pożądaniom cielesnym i sprawom świeckim? Sądzicie, jak powiadacie, w imieniu cerkwi, której dana jest ponoć władza odpuszczania i nieodpuszczania grzechów, ale wiele jest cerkwi i wielu papieży oraz patriarchów. Bułgarska zaś najbardziej jest rozbita i podzielona pomiędzy autokefalicznych patriarchów zapatrzonych we własny pępek i uznających patryka greckiego. Nikomu ― powiada ― nie dane jest sądzić w imieniu Boga ani tez dawać i zdejmować śluby, albowiem wszyscyśmy dwugłosymi sługami obydwu naszych stwórców, którzy są z sobą w wiecznej walce…

     Zmęczyli się pisarze, zapisujący gęsimi piórami. Zrobiło się duszno, ale nikomu nie przychodziło do głowy, aby otworzyć wąskie witrażowe okienka. Spojrzałem na Eutymiusza. Siedział zamyślony. Święty ujął w dłonie rzadka bródkę. Twarze bojarów lśniły od potu, a nasz mądry władca zabawiał się językiem heretyckim, choć jutro wyda rozkaz odcięcia go…

     Boże, cóż za tworem jest ten, którego uczyniłeś na podobieństwo swoje? Dlaczego dręczysz go, kryjąc się przed nim, a wmówiłeś mu jako najwyższą powinność, ze ma cię szukać, przeto wymyśla sobie wszelkie bóstwa i krew się przelewa, i śmierć zbiera żniwo wśród tobie podobnych? W pragnieniu prawdy człowiek staje się szalony, gotów na najsroższe męki, pyszni się nimi i przechwala, nazywa cię różnymi imionami, dla ciebie zabija brata swego i sam siebie przybija do krzyża. W szał przemienia się omamienie i udręczony człowiek zmierza do samozagłady. Taka właśnie chwila nadeszła dla Teodozjusza Kaleki i dla mnie, choć postąpiłem przed sądem inaczej…

W końcu odciągnęli mnisi Kalekę do tyłu. On zaś, roztrzęsiony, rozczochrany, z pobladłymi wargami, które nie przestawały mówić, i z nic niewidzącymi oczyma, opierał się i nie chciał iść. Wreszcie, kiedy wyprowadzono go do przedsionka, gdzie miał oczekiwać na wyrok, odwrócił się i zawołał: „Wielka i wieczna jest twoja moc, Szatanie! Ale twój niewolnik nie będzie pokorny twoim sługom! Anatema faryzeuszom!”.

     Wprowadzono do Sali tronowej heretyczki, by świadczyły przeciw Kalece, a one, złamane na duchu przez więzienie i wstyd, że ich hańba wychodzi na jaw, wtargnęły jak ścigane stado, jęły bić głowami o posadzkę, piszczeć i mdleć. Opowiadały, jak zaprzedały się diabłu, jak pop Stefan i Kaleko uczyli, by nie rodziły,, by kradły, porzucały swych mężów. Żegnały się i płakały. Sala tronowa stała się domem obłąkanych i diabeł krążył po niej, wodząc na pokuszenie… Mnisi i bojarzy szeptali sobie nieprzystojne domysły, śmiali się, a oczy błyszczały im sprośnie. Car, rozmiłowany w boskich i świeckich intrygach, a i we wszelakich rozkoszach, gładził podwójną brodę i szeptał coś swemu synowi i następcy tronu zarazem, który czerwienił się. A gdy miara przyzwoitości już się przebrała, wstał wielki Eutymiusz, by położyć kres sprośnościom: „Najjaśniejsi carowie i ojcowie ― rzekł. ― Oszczędźmy grzesznikowi wstydu, zaprzestając przesłuchiwania tych kobiet, albowiem nawet kara duszy ma swoje granice i wyjawiony grzech niewolny jest od pokus”.

     Wyprowadzono kobiety za żeński klasztor, gdzie później miano każdej z osobna nałożyć karę, a przed sądem stanął pokornie pop Łazarz. Czarne, przerzedzone włosy miał czyste. Ponieważ był drobny wzrostem, przeto po drodze na zamek krył się za naszymi plecami i ani popiół, ani plwociny go nie sięgały. „Żałuję za grzechy, święci ojcowie i Wasze Wysokości. Przyznaję, żem pobłądził, wierzę w jedyną cerkiew soborową i jako nieszczęsny celnik o przebaczenie proszę”.

Nawet Eutymiusz się żachnął, gdy ten tchórz upadł na kolana, obalił przebiegle sobotnicze bałamuctwa i po trzykroć wyrzekł się Szatana. Bracia, cóż stało na przeszkodzie, bym jako on postąpił?  Skoro Bóg oddał mnie w ręce diabła, ratunek był w komedii, którą odegrał obłudny pop. Ale człowiek jest niczym waga. Na jednej szali  jest życie, którego rozum broni jak umie najpodlej, a na drugiej ― dusza. Ta zaś, karmiąc się marzeniami o innych światach, ale wiecznie nieprzekonana i nierozumna, żądna wiary, będąc w wiecznej waśni z sobą i światem, pragnie uwolnić się od Boga i od diabła, miota się, przeklęta, na wsze strony od niepamiętnych czasów, kiedy to sprzeniewierzyła się Panu i odtąd przedkłada śmierć ponad hańbę.

     Słuchając kajania się nikczemnego popa, czułem, że dumny bies, który miał mi dopomóc w wyszydzeniu soboru, opuścił mnie, popadłem w rozpacz i niczym błyskawica olśniła mnie myśl, że ani człowiek, ani świat nie dadzą się obronić. Poczułem wtedy, że siły mnie opuszczają i ogarnia obojętność… Muszę jednak odpocząć nieco i przypomnieć sobie wszystko, by wyrazić się jaśniej…

XVII

 

     Przeklęte niech będą oczy, które widzą nawet to, czego pojąć nie mogą! Niczym dwaj słudzy kładą na stole pańskim miód i truciznę, mącą swemu panu w głowie i popychają go ku zwątpieniom.  Gdy patrzę, jak splotło się w człowieku to, co boskie i co szatańskie, serce bić przestaje ― i nie wie już, czy kocha czy też szydzi, przebacza czy nienawidzi. Świat jawi mi się w odwiecznych obrazach i widziadłach i to w rozpacz czarną popadam, to w uniesienie anielskie, którym rozkoszowałem się w tamte dni bezpowrotnie stracone dla mnicha Teofila i pięknego chłopczyka z Tyrnowgradu. Było ono także w zabijającej światłości Taboru i w pogrzebanym w wykrocie naszej winnicy Jezusie. Była nim Arma i rozkwitłe kwiaty, widziałem w nim niezmierzony przestwór nieba.

     Podczas tych sądnych dni objawiła mi się prawda w słowach wielkiego Eutymiusza, z którym toczyłem w duszy walkę niczym szatan z Bogiem. Powiedział je, przyjmując mnie po raz drugi w igumenarii: „Przeczytałem twoje modlitwy i świeckie wyznania i uwierzyłem w twój dar. Nazbyt jednak jesteś młody, bym mógł osądzić komu będzie służył ― diabłu czy tez Bogu. A może zatrzymasz się pośrodku, co by znaczyło, że znajdziesz się między piekłem i rajem. Wtedy dusza będzie cierpieć, bez wiary żyć będziesz i nie nauczysz człowieka ni dobra, ni zła, a tylko zwątpienia, które wiedzie do grzechu i piekła…” . Cóż mam jednak uczynić, wielki orędowniku, wiedząc jedno i drugie? Czyż nie jest jednooki ten, kto postrzega tylko jeden ze światów? A może trzeba zwrócić wzrok ku najwyższemu Jeruzalem, by nie zadręczać umysłu i nie być jako ta „fala miotana wiatrem”? czyż to nie straszniejsze od mojego szaleństwa i czy ja jako Iskariota, nie mam prawa zawołać: „Jestem mądrzejszy od ciebie, a tyś jest kłamstwem!”

     Takie to myśli wdzierały się przemocą do mego umysłu nim postawiono mnie przed czerwonymi stołami, i nie z Ich Carskimi Wysokościami i klerem cerkiewnym toczyłem zmagania, a z Eutymiuszem. Spojrzałem nań i zapytałem siebie: „Co go tak utwierdza, co daje mu siłę? Czym jest to, co on wie, a czego ja nie znam? Czyżby znał tajemnicę najwyższego Jeruzalem?” Dusza pragnęła go, kochała, to znów sprzeciwiała się i nie chciała doń się zbliżyć… Święty był mi obojętny. Popatrzyłem jak trzyma się za rzadką brodę pogrążony w błogościach hesychazmu, widziałem, że obecny jest tylko ciałem i tak bardzo przekonany o istnieniu najwyższego Jeruzalem, którego oczekuje z niecierpliwością, dożywając starczych dni, że heretyk jest dlań głupcem i nieprzyjacielem bożym. Był jak waga z pustą szalą ― pełna ciążyła ku śmierci i nie było w nim nic ziemskiego.

     Światła lamp i świeczników iskrzyły się na szatach bojarów i archijerejów, na marmurowych kolumnach, na mozaikowych obrazach carów i świętych. Cichy jesienny deszczyk spłukiwał wąskie witrażowe okienka, mgły ciągnęły pewnie białe ogony aż po Garwaniec i w wąwozie Jantry. Wyobrażając sobie, co dzieje się za oknami, oczyma wyobraźni widziałem swoich sędziów nagich, starych i młodych, odpychających w malującym się na ich ustach i w oczach pożądaniu ― wyniosłych, pewnych władzy, ukojonych ułudą świata i Boga, tak różnych, a zjednoczonych wokół dóbr ziemskich. Taka była najprawdziwsza prawda o nich, a złotem przetykane płaszcze, habity, berła i korony, jak i pyszność sali tronowej miały ukrywać naga prawdę i okłamywać rozum. Najdziwniejsze jednak, że ludzie ci postawili przed sobą krucyfiks jako symbol  tego, co najwyższe, najwspanialsze i najświętsze, w czyim imieniu sądzili. Patrząc na malutkiego Chrystusa, wiszącego na krzyżu z bezsilnie spuszczoną głową, ze strasznymi, znaczonymi cierpieniem żebrami (a gwoździe, którymi był przybity, złote!…), okopconego przez świece i lampki oliwne, oświetlonego wenecką lampką niczym pożarem, świat i życie zdały mi się komedią bez sensu i celu. Twarze pisarczyków ― psie pyski wietrzące zwierzynę, czekały, az myśliwy ją ustrzeli, by mogły zjeść  jej wnętrzności. Jeden z nosem jak dziób jakby węszył, a gęsie pióro w jego ręku podobne było od włóczni gotowej do ciosu. Tak to, bracia, moje szaleństwo, które doświadczyło niegdyś rozkoszy tajemnicy świata, widziało ją teraz spotworzoną. I rzekłem znów sobie: „Ani człowiek, ani prosty bezrozumny stwór na tej ziemi niezdolni są się obronić!”.

Przyszła kolej na mnie, by stanąć przed sądem. Poprowadzono mnie bliżej stołów. Nogi miałem zziębnięte od chłodnej marmurowej posadzki  i już to dlatego, już to, że przemarzłem w lochu, kichnąłem, aż popiół z włosów posypał się na włosiennicę. I tak głupie, tak nie na miejscu było to kichnięcie, że poczułem się i boleśnie, i śmiesznie zarazem. Jak wyglądałem, nie wiem, ale wiele oczu było utkwionych we mnie, bo choć opluty, posypany popiołem i w długiej pokutnej włosiennicy, to jednak urodą i młodością wyróżniałem się spośród wszystkich. Iwan Aleksander zamienił kilka słów z patriarchą, uniósł brwi ze zdziwieniem i domyśliłem się, że przypomniał sobie o mnie i o złotym piórze, które mi był podarował. Chartofilakas pożerał mnie wzrokiem, protokeljotis Prijazd i primikerios Cambłak, którzy bywali niegdyś w naszym domu, patrzyli na mnie spode łba srodze niezadowoleni, a jeszcze inni z ciekawością.

Jerodiakon zapytał, czy przyznaję się do swych błędów, czy wyrzekam się Szatana i tym podobne. Powiedziałem, że nie jestem heretykiem. Byłem u sobotników, to prawda, zapisywałem ich naukę, ale sam od nich odszedłem. Co się zaś tyczy błędów, rzekłem, wiele ich, że na wołowej skórze by nie spisał, nie wiem, których mam się wyrzec. Szatana zawsze się wyrzekałem, ale on nie chce wyrzec się mnie. Powiedziałem to i umilkłem.

Jerodiakon rzekł: Jjak mamy rozumieć twe słowa, że nie wiesz, co jest twoim grzechem? Skoro diabeł nie wyrzekł się ciebie, czy nie znaczy to, że jest on w tobie?”. Odpowiedziałem: „Czyż grzechy nasze nie rodzą się i nie umierają całymi dniami, miesiącami i latami? Gdyby było inaczej, nie byłoby grzechu. I czyż Szatan wyrzekł się rodu ludzkiego?”

                „A zatem, nawet święta cerkiew jest omylna?” ― powiada. A ja, pojmując podstępność pytania, milczałem. Wtenczas wezwano Czarnogłowa, by zaświadczył, gdzie i jak mnie pojmał. Wstał i opowiedział wszystko gromkim głosem, prócz tego, że kazał mnie obić, a o Armie ani nie wspomniał.

                Zapytano, dlaczego zrzuciłem habit i uciekłem ze świętej ławry. Znów milczałem, albowiem przypomniałem sobie jak Piłat zapytał Chrystusa, co to jest prawda i Chrystus milczał, gdyż prawda jest w wolności myśli, inna dla każdego i pełna sprzeczności jak sam świat. Nawet gdybym wyspowiadał się przed tymi ludźmi jak przed Bogiem, nie przebaczyliby mi, albowiem sędziowie nie mogą sądzić diabła w człowieku, a sądzą tylko człowieka. Jak miałem im powiedzieć o strasznej światłości Taboru, skoro wierzyli, że jest ona łaską i światłością rajską? I dalej o moim śnie, o ojcu Łukaszu, o Armie, o zmąconej chaosem skarbnicy świata, o ukrytej prawdzie, której mój rozdwojony umysł nie mógł pojąć? Świat niebios był dla nich sprawiedliwością bożą, niezmiennością i błogostanem lub piekłem z gotującą się smołą, a dla mnie śmiercią i zaprzeczeniem, samą Nicością jakby, zwaną Bogiem, która w Nicość przemieniała Coś czyli Człowieka… I im bardziej starałem się uporządkować myśli i znaleźć słowa w swej obronie, tym bezradniejszy się stawałem. Cierpienie rozsadzało mnie jak młode wino pełną beczkę, przemieniało się w gorzki  ból, który zagłuszał wszystko i nie słyszałem, o co pytano. Jeden ze strażników trącił mnie w plecy i rzekł: „Ogłuchłeś, że nie odpowiadasz Jego Wysokości? Pyta się, czy po to podarował ci złote pióro, byś zapisywał nim heretyckie plugastwa?”

     Opamiętałem się, spostrzegłem, że władca wbił we mnie wzrok i odrzekłem: „Nie nim zapisywałem. Ale czy to nie jedno, Wasza Wysokość, jakim piórem się pisze? Choćbym i twoim zapisywał, to czy mogłem wprzódy wiedzieć, co nim zapiszę? Albowiem pióro jest tylko narzędziem, a słowo idzie od ducha, dla którego nie istnieją umowności i zakazy”.

                ― O jakim duchu mówisz? O Duchu Świętym, który pochodzi od Boga jedynego czy o duchu srogiego okrutnika, diabła? ― spytał patriarcha.

                ― O duchu ludzkim ― odrzekłem. 

                ― A kto natchnął człowieka tym duchem?

                Co traciłem, gdybym powiedział: „Od Boga jest”, ale miast tego odrzekłem: „Nie wiem”. Wtenczas jerodiakon zwrócił się do soboru: „Ten człowiek należy do nienawistnych bezcześcicili wiary. Nie wierzy w Trójcę Świętą, albowiem ― sami słyszeliście ― nie uznaje Ducha Bożego w człowieku.  Podobnie jak nieprawdę głoszący i bezbożny jego nauczyciel, chytrze omija nasze pytania lub milczy. Herezja manichejska zapuściła głęboko korzenie w jego umyśle i duszy. Dla niej to porzucił szaty Chrystusowe i przystał do sobotników, by żyć rozpustnie i modlić się do Szatana”. Odwrócił się i przeszył mnie wzrokiem pałającym nienawiścią. Był wysokim, czarnym mężczyzną opętanym żarem służenia prawdzie boskiej, którą znał kanonicznie, dumny, że walczy o świętą cerkiew.

                Po nim głos zabrał chartofilaks. Potwierdził oskarżenia jerodiakona i rzekł, iż granicą myśli są prawa boże, których cerkiew strzeże i których ja nie uznaję. Wstali też inni archijereje, wśród nich także igumen klasztoru Świętego Ilii. Wspomniał o zabójstwie Dorozjusza, o tym, że ni razu nie wstąpiłem do cerkwi klasztornej i nazwał Dorozjusza wielkim ascetą i mędrcem.

                A ja, wytężając umysł, pytałem siebie, jak mam się bronić, skoro w swoich osądach i wyobrażeniach zaszedłem znacznie dalej niż moi  sędziowie, i dziwiłem się, że właśnie z tego bierze się moja bezsilność. Chcieli, bym myślał jak oni i nie poddawał w wątpliwość prawdy ich umysłów, gdyż wtedy nie byliby godni sądzić innych.

                Tylko jeden jedyny znał prawdę o mnie, ale milczał. Poszukałem go wzrokiem między czarnymi habitami i zawołałem: „Ojcze Eutymiuszu, dlaczego milczysz? Ty znasz cierpienia mej duszy. Broń mnie!”. Odmieniony nie do poznania głos wypełnił salę od końca do końca i wszyscy oniemieli.

                Nastała cisza jak w grobie, oczy wszystkich spoczęły na Eutymiuszu, a on, nie patrząc na mnie rzekł: „Dziecko, nie ma ratunku dla tego, kto błądzi miedzy Szatanem i Bogiem, dopóki cierpienia lub śmierć nie odetną mu jak siekiera drogi do jednego lub drugiego. Tam, w więzieniu, rzekłem ci, że jeśli moc boska nie mogła ukorzyć twej pychy, to nikt jej nie ukorzy. Przyjmij karę jako palec boży dla swego zbawienia i poprawy…”

                Odprowadzono mnie do Kaleki, byśmy czekali na wyrok. Sobór zaczął się naradzać i widziałem jak Eutymiusz podszedł do cara i patriarchy, długo z nimi rozmawiał i o czymś przekonywał. Patriarcha nie zgodził się, z niezadowoleniem pokręcił siwą brodą, Iwan Aleksander słuchał zamyślony. W grupach szeptali i wiedli spory, jakie kary nam nałożyć, wielmoże i archijereje. W międzyczasie przyniesiono wielkie nożyce, ostrzyżono nam włosy, a gdy diakon chciał ściąć także brody, jeden z mnichów powstrzymał go słowami: „Bród nie ścinaj ― tak chciał Tatarzyn”.

                Powstał patriarcha, uderzył pastorałem o posadzkę. Powstali wielmoże i kler. Wysoki jerodiakon dał znak, by dopuszczono nas przed trony carskie i z przodu ustawili się duchowni, potem bojarzy, jeden za drugim, od końca do końca sali tronowej. „Winnym, anatema! Winnym, anatema!”. I każdy podnosił i opuszczał rękę, wymawiając te słowa…

 

 XVIII

 

     Nietrudno jest mądrością usprawiedliwić prawo zdarcia z człowieka skóry, by pod groźbą śmierci przyjął twoją prawdę, jak postąpiono w ławrze z ojcem Łukaszem. Któryż bóg nie jest okrutny i wszak nie „w moim:, a „w twoim imieniu” mordujemy sobie podobnych? Co by się jednak stało, gdyby martwi sądzili nas za nasze czyny?

     Czym innym mogłeś mnie pocieszyć, wielki pasterzu? Czyż w kilka lat później nie pocieszałeś nieszczęsnego narodu bułgarskiego królestwem niebieskim? Poniżała cię miłość do najwyższego Jeruzalem, gdyż każda miłość prowadzi mężczyznę do poniżeń, albowiem czyni jego wolę uległą wobec tego, co kocha. Zapewniając mieszkańców Tyrnowgradu, że relikwie twej niebieskiej narzeczonej, świętej Petki, świętego Iwana Rylskiego i innych świętych są niezwyciężone i bisurmanie nigdy nie przekroczą murów stolicy, czy nie byłeś gotów pogodzić się z upadkiem miasta, skoro wierzyłeś, że wszystko dzieje się za sprawą Boga? Posiadłeś dar uszczęśliwiania poprzez wyobraźnię, a szczęśliwość ta nie wyklucza śmierci, którą nazwałeś „dziewicą o czułych dłoniach”.  Zapragnąłeś z nieszczęścia swego narodu uczynić czyściec, a z jego słabości w obliczu najeźdźcy siłę i zbawienie w Trójcy Przenajświętszej, pod której skrzydła oddawałeś go „teraz i na wieki wieków”. W tamte straszne dni, gdy opowiedziałem Szeremet bejowi, co z ciebie za człowiek, roześmiał się i rzekł, że człowiek nie może zobaczyć Edenu, nie wszedłszy tam. A ty wierzyłeś, że wszedłeś do raju za życia. Ale gdybyś widział światłość Taboru, jak widziałem ją ja, czy nie zawładnąłby Tobą duch sprzeciwu, zwątpienia i poszukiwania? Czy nie żałowałbyś, że wydałeś na mnie wyrok? Czyż nie bylibyśmy do siebie podobni, orędowniku? I kto kogo by wtedy sądził? Czyż wielkość wymaga wyrzeczenia się ziemskości, samozłuda zaś wolności w niewoli u Najwyższego? Nazywałeś swoją macierz rajem wzniesionym z żywych kamieni, których artystą i stwórcą jest Bóg i „mlekiem bogobojności” karmiłeś swój duch. Lecz jeśli ten raj jest złudnym szczęściem, to i ty byłeś kłamstwem, a ja mam prawo powiedzieć: „Kłamstwem stoi wielkość ludzka! Kłamstwem jest zbawienie! Z niezwyciężonego kłamstwa bierze się siła ludzka!…”  

                Po tym jak rzucono na nas anatemę, zostaliśmy odprowadzeni do więzienia i siedzieliśmy tam przez pięć dni, Aż skończył się sąd soborowy nad Żydami. Dowiedzieliśmy się, że dwóch Żydów skazano na śmierć, lecz Jego Wysokość car zamienił wyroki na tortury, a trzeciego, rabina, ukamienował tłum.

                Ponieważ nie wiedziałem, jaki wyrok mi przysądzono, wyobrażałem sobie, że ścinają mi głowę, wieszają, torturują piłą lub stawiają garnek  z żywymi szczurami na brzuchu, a na nim kładą żar;  że obcinają mi uszy, język, rękę, którą zapisywałem herezję. Żałowałem, iż nie postąpiłem jak pop  Łazarz, którego zesłano na pokutę do jakiegoś klasztoru. Ale duch nieczysty mocne uwił sobie we mnie gniazdo i naigrawał się: „Nie bój się, Teofilu, śmierć jest wspaniałą nicością, <<dziewicą o czułych dłoniach>>.  Cóż, tortury są straszne, ale tylko do chwili kiedy stracisz przytomność. Nawet ból ma swój koniec. Klepsydra, która zawiesiłem nad ziemią, odmierza bóle i rozkosze wszystkim żywym istotom. Gdy przesypie się w niej piasek, nastanie pełna i prawdziwa szczęśliwość i doczesne stanie się wiecznym. Nie wierzysz?” . Okrutne były szyderstwa diabła i kiedy siedziałem tak w lochu na przegniłej słomie, zgasł w mym sercu ogień miłości do skarbnicy świata. Widziałem świat, w którym mnie nie ma i spokojnie czekałem na śmierć niczym jagnię z nożem na gardle. Żegnałem się z życiem i ani pociechy już nie szukałem, ani strachu nie czułem…

                Piątego dnia, w sobotę, umilkły młotki, którymi zbijano na rynku miejsce kaźni. Pogoda odmieniła się, łagodne sklepienie nieba niebieszczyło się ponad wieżami i zębatymi murami. Dzwony i kołatki obwieściły koniec jutrzni w cerkwiach, kapliczkach i klasztorach, mgiełka opasywała korowodem Jantrę. A rzeka szemrała i szeptała mi: „Gdzie moje wody, które myły ciała dziadów i ojców? Były takie słodkie, rzeczne, a teraz są słone, morskie. Niegdyś i ty byłeś słodką wodą, teraz jesteś gorzka i zatrutą. Odpłyń, odpłyń bez żalu w nieznane…”. I jak narzeczony oczekujący dziewosłębów, by wprowadzili go do domu narzeczonej, tak ja czekałem na przyjście dozorcy i pocieszałem się wierszami, które ułożyłem niegdyś w ławrze:

W czarnym wszechświecie Bóg stworzył łagodną ziemię

                                         i w jej łagodność wlał diabeł okrucieństwo w każde życie,

             Mrokiem napełnił światłość, śmiercią wieczność

             i oko miłosierdzia bożego nie sięga już dalej…

                Nie dano nam ani chleba, ani wody na obiad. Przycichł Tyrnowgrad w październikowym słońcu, syty sądu nad heretykami, zatłoczony przybyszami, ale nagle uderzył wielki dzwon na patriarszy, a po nim kołatki i dzwony cerkiewne oraz klasztorne. Miasto ożyło zgiełkiem i tupotem nóg jak w wielkie święto. Przyszedł dozorca z pomocnikami, zdjął ze mnie włosiennicę, nałożył czerwone okrycie konopne i związał z tyłu ręce mocnym sznurem. Było nas sześciu skazańców ― Bosota, pop Stefan, Teodozjusz Kaleko, ja i dwóch Żydów. Wyprowadzono nas pod silną strażą i już od drzwi więzienia podbiegali mali chłopcy, i wołali: „Prowadza ich! Idą!”. Ludzie cisnęli się wokół, młodzi i starzy, kobiety, dzieci, zakonnicy, słudzy, pachołkowie bojarscy z pobliskich twierdz. Na krużgankach, w oknach, na dachach, drzewach, ogrodzeniach, gdzie się dało. Pospólstwo z Dewingradu tłoczyło się wzdłuż brzegu na Trapezicy niczym stado obszarpańców do wodopoju ― rozpychali się, wymyślali, bili, niektórzy posadzili sobie dzieci na ramionach. Straż carska z włóczniami nie pozwalała nikomu zbliżyć się do szubienicy, która sterczała wysoka na trzy metry, zbita ze świeżo ciosanych belek i desek, opasana grubym sznurem jak statek. Na murach i wieżach aż czarno było od żołnierzy i ludzi, na drodze carskiej stłoczyli się pachołkowie i słudzy carscy jak wtedy, gdy linoskoczkowie i kuglarze popisywali się swą sztuką, a naprzeciw szubienicy przy rynku ustawiono na podium namiot przystrojony paprociami i kobiercami ― dla cara i wielmożów. Na jego szczycie proporzec  z czarnym dwugłowym orłem, a w namiocie sam Iwan Aleksander z synem, z nim bojarzy w purpurze, jedwabiach, złotych szatach i ozdobach.

 Wstrząsnęły mną głęboko ludzkie spojrzenia. Nigdy nie widziałem tylu oczu ludzkich utkwionych we mnie i nie wiedziałem, co mogą w takich chwilach wyrażać. Była w nich okrutna ciekawość, niepokój i strach, jakby każdy z tych ludzi stał nad przepaścią, która wciągała go w głąb. Syci i najedzeni, modlący się z krzyżem na piersiach, a oczyma pożądający cierpień i śmierci, by poznać tajemnicę, dla której człowiek zmierza ku samozagładzie. Jak we śnie szeptałem do siebie: „Śmierć jest wspaniałą nicością, a męki ustaną, gdy ustanie uczucie. Odejdź bez żalu, albowiem sam nie wiesz, gdzie jesteś i dokąd zmierzasz…”. Szedłem wolnym krokiem, toteż jeden ze strażników dźgnął mnie brzeszczotem włóczni, bym nie zostawał w tyle. Nie bolały mnie krzyki, głupie szyderstwa i gwizdy. Prawdziwe przygnębienie przywodziły bijące dzwony i kołatki, potem bębny, które zagrzmiały, gdy zbliżaliśmy się do stóp szubienicy. Na górze, niczym władca, czekał kat Tatarzyn z dwoma pomocnikami, którzy zakasali rękawy jak rzeźnicy. Gotowano czarną smołę, od jej zapachu zakręciło mi się w głowie, zrobiło mi się słabo. Bębny umilkły na chwilę. Kastrofilaks rozwinął zwój i odczytał, kto na jaką kare został skazany. Usłyszawszy, że odetną mu język i uszy, Kaleko, choć niemały był z niego saracen, pożółkł jak pigwa, pokazał carowi pobladły język i zaczął krzyczeć: „Zjedz go, Lucyperze! Nie powstrzymasz myśli, choćbyś uciął wszystkie języki świata! Bądź przeklęty i po trzykroć niech będzie przeklęte twoje carstwo! Oby synowie i wnuki cierpiały za twoje grzechy!”. Na znak kastrofilaksa zarzucono mu pętlę na szyję i wciągnięto na szubienicę. Kaci pochwycili go i powalili. Gdybym miał niezwiązane ręce, zatkałbym uszy, by nie słyszeć tego strasznego jęku podobnego do wycia, który zwiastuje koniec, i strasznego krzyku tłumu. Po nim wciągnięto Bosotę, którego wielmoże i car nienawidzili najbardziej. Stanął gruby, z dużą głową i rozszerzonymi, pałającymi nienawiścią oczami; nawymyślał carowi i wielmożom i rzucił na nich ciężkie przekleństwa. Ktoś z ciżby zawołał: „Kirile, Kirile, nie tak! Przyjmij krzyż, dla nas jesteś święty!”. Bito go kańczugiem i pozbawiwszy języka, oślepiono rozżarzonymi srebrnymi monetami postawionymi na widełkach i obcięto uszy. Przyszła kolej na popa Stefana. Był to zgrabny mężczyzna, jasnowłosy, śniady, twardy jak kamień, ale wydawał się łagodny. Zawołał pewnym głosem: „Książęta Szatana, czy nie boicie się, że stanę przed tym, który kazał wam sądzić wedle swoich praw?…”. Zakneblowano mu usta i nic już nie było słychać prócz ostatniego jęku, którego bębny nie zdołały zagłuszyć. Rozniosła się woń przysmażonego mięsa ― rozżarzonym żelazem i smołą przypalano rany, by zatamować krew.

                 Ludzie żegnali się, kobiety wymiotowały, dzieci płakały, wrzawa tysięcy głosów niosła się nad grodem Asena przemieszana z ujadaniem psów i krakaniem wron. Dziko biły bębny, a echo odbijało ich bębnienie miedzy Carewcem i Trapezicą.

                Pokazano tłumowi wszystkich trzech okrytych workami i odprowadzono dokądś. Teraz ja miałem wspiąć się po stopniach.

                Wiedziałem już co mnie czeka. Wstawiennictwu Eutymiusza i szacunkowi dla mego zmarłego ojca zawdzięczałem lekką karę. Zapomniałem języka w gębie, kiedy zobaczyłem zakrwawioną podłogę, odcięte języki i uszy, rozżarzony pręt, kleszcze i usłyszałem dyszenie skórzanego miecha w miedzianym palenisku. Mędrcze, święty orędowniku, ty i twój nauczyciel Teodozjusz, jakże wejdziecie teraz do domu bożego, by głosić miłosierdzie? A ty, kaznodziejo cerkiewny, jakże będziesz oddawać cześć Chrystusowi? A może człowiekowi pisane jest żyć w poniżeniu, gdyż nieprzenikniony mrok boskiego widzenia wymaga, by ustalać prawa i prześladować nimi każdego, kto próbuje go przeniknąć?…

     Tatarzyn rozkraczył się przede mną, obejrzał, zaśmiał się i rzekł: „Podobasz się białogłowom, co? Oj, oj, szatan i anioł. Carem nie będziesz, popem nie budiesz. Nieposłusznik z ciebie! Ja tobie innej piękności przydam” ― chwycił z paleniska rozżarzony pręt, złapał za brodę, a pomocnicy ujęli mnie pod ręce…

     Jakiż pożytek z tego, bym opisywał jak mnie zeszpecono. Chrystusa też ukrzyżowano nie tylko dlatego, że jego słowo obnażało prawdę, ale i dlatego, że jego piękno ubliżało innym. Moja uroda została skazana jako diabelska, przeto ją zbezczeszczono. Pierwszy wydał na nią wyrok ojciec… Co się zaś tyczy Tatarzyna, to wprawny był w swoim rzemiośle, znał się tez na duszy. Syty był pastwienia się nad ciałem, on jeden nie rozkoszował się jego cierpieniami, lecz swoją sztuką, podczas gdy tłum przymierał z przerażenia i wył jak tysiącgębny potwór…

      

      XIX

 

     Pasterzu narodu, upłynęło wiele lat od tamtych dni i los znów zetknął nas w Tyrnowgradzie ― ja byłem zakutym w łańcuchy niewolnikiem Szeremet beja, ty jeńcem bisurmanów skazanym na wygnanie. A ponieważ nie mogłem powiedzieć ci wszystkiego podczas tego krótkiego spotkania, przeto piszę o tym teraz i oby te słowa dotarły do twoich oczu w dalekim klasztorze, do którego cię zesłano. A ty, bracie, który mnie  czytasz, wiedz: dwunastej nocy po upadku miasta uprosiłem mego pana, by pozwolił mi zobaczyć się z patriarchą, którego za dnia wywleczono na mury obronne i chciano tam stracić.

     Czyż da się opowiedzieć, co przecierpiałem w Romanii, dokąd mnie wypędzono, mój orędowniku? Byłem i popem, żeniłem powtórnie żonatych, i rybakiem, i gęślarzem ― pieśni składałem i śpiewałem je po wsiach i miasteczkach, i bez ślubu w małżeństwie żyłem, i uciekałem od miasta do miasta. Zabliźniło się przypieczone mięso na twarzy, pokazały się białe blizny na brodzie, a z wąsów tylko połowa się ostała ― pręt wypalił tam włosy ze skórą. Kto żyw biegł mnie oglądać, śmiali się ze mnie, mając powód i bez powodu, i każdy w swoim nieszczęściu cieszył się z mego cierpienia. Uczyłem naród nieposłuszeństwa z nienawiścią, która we mnie wzbierała, urządzałem kuglarstwa i weseliłem ludzi po jarmarkach i  zajazdach. I widziałem jak ojciec i syn wyzbywali się wszelkiego strachu i nowe herezje rozchodziły się po ziemi bułgarskiej. Mówiono, że sam Bóg pojednał się z Szatanem, jak Iwan Aleksander z Amuratem, że Bogurodzica rozpaczała, albowiem Jezus został za kłamstwo wtrącony do piekła ― Bóg wyrzekł się syna i diabeł wyniósł na wyżyny Mohameda, by rozprawił się z tym światem, a w jego miejsce stworzył nowy, lepszy. Naród zaczął rabować majątki bojarskie i klasztorne, a Turcy dopełniali dzieła i brali w jasyr wszystkich…

                Czegóż ja nie widziałem przez te lata! Widziałem wziętych w jasyr, spalonych żywcem i wbitych na pal. Kruki obrastały tłuszczem na drogach, żywiąc się ludzkim ścierwem, w stada zbierały się orły, drzemały syte na skałach, szare wilki krążyły w biały dzień po upodlonej ziemi. A lud wyprawiał wesela ― każdy kto miał w domu dziewczyny, czym prędzej chciał się ich pozbyć. Kapłani pouciekali, zakonnicy skryli się za murami klasztorów ― heretycy dawali śluby, chrzcili i grzebali zmarłych. I każdy szerzył na swój sposób herezję. W jednej wsi poddani grabili majątek bojarski, a o wiorstę dalej zakuwano ich braci w jarzmo. W jednym grodzie bój się toczył, a w drugim zarzynano cielaki i weselono się, wesela wyprawiano, a w jeszcze innym bisurmanie brali w jasyr dziewczęta, ścinali głowy i las wypełniał się ludzkim jękiem. Jedna twierdza za drugą przechodziła w ręce pogańców, bądź to oddawana Amuratowi bez walki przez katepanów i sewastów*, bądź to zdobywana siłą. Müstahfyzi* osiedlali się w miastach, przepędzali chrześcijan z domów i moc narodu uprowadzili barbarzyńcy za Bosfor. Iluż poturczonych niewolników sułtańskich ciągnęło na osiedlenie, iluż derwiszy zajmowało bułgarskie świątynie! Tu i ówdzie ludzie uciekali w lasy i góry, gdzie indziej żyło im się dobrze, bo nie było już komu zbierać niepoliczonych danin. A byli też tacy, znaczni i prości, którzy przeszli do bisurmanów, by grabić swoich. I czy to czarna zaćma idąca od tego narodu zagnieździła się w mej duszy, czy też miałem ją już we krwi, dość że i mnie ogarnęła zła wesołość. Z okrutną radością zabijałem na weselach akindżijów, przybyłych pojmać w jasyr dziewczęta i kobiety, skrycie przebijałem ich nożem. Martwych opiewając, z Boga się naigrawałem, a człowieka żałowałem. I rozmyślałem nad rozumem bułgarskim, który bóstw nie uznaje, praw nie przestrzega, złem i dobrem frymarczy i okrutnej prawdzie ziemskiej niewolniczo służy. Oddaliliśmy niebo od ziemi, prawdę od sprawiedliwości, na Boga patrzymy jak na zdziecinniałego starca, każdy w samowoli żyje, mędrkuje i własną swawolę wyżej ceni niż świętą ikonę. Tą prawdą ziemską zatruta jest moja dusza, władyko, podobnie jak twoja najwyższym Jeruzalem… Sami zgubiliśmy naszą macierz i nikt nie widział, że szykuje sobie nową niewolę u obcych…

                Doszły mnie słuchy, że poszedłeś ze swym nauczycielem Teodozjuszem do Carogrodu i tam Teodozjusz, nim stanął przed Bogiem, został był olejami świętymi przez Kalista namaszczony, a ty po jego śmierci podjąłeś ascezę hesychazmu w grocie pod Tyrnowgradem, gdzie założyłeś nowy klasztor hesychastyczny. I rzekłem sobie: „Słusznie mówił ojciec Łukasz. Grekami są i służą greckiemu szaleństwu, co przynosi zgubę cesarstwu rzymskiemu i bułgarskiemu”. Znienawidziłem cię i na długo odszedłeś w mroczną dla mego umysłu przeszłość. I nie pytałem już siebie więcej, co jest przyczyną mych nieszczęść, czy są one we mnie czy w urządzeniu świata, czy jeszcze gdzie indziej? I dalej ― jak z dobra mej duszy poczęło się zło i z najwyższych uniesień największy grzech?

                Pewnego dnia pod wieczór wszedłem do wsi, w której było kilkanaście chat. W tej na skraju opłakiwano zmarłego. Twarz miałem zakrytą, by ludzie nie witali mnie śmiechem. Wszedłem w obejście, pies naskoczył z ujadaniem. Pokazał się starzec, pokłonił mi się: „Zechciej wejść, człowieku. Syn nam umarł, Bóg nas pokarał”.

                 Nieboszczyk leżał na ławie, dwoje dzieci skuliło się w kącie jak zwierzaki. Żona zmarłego ściągnęła chustę z głowy, płacze, matka przycupnęła na klepisku. „Nasz pop uciekł w góry. Nie ma komu chrzcić ani zmarłych opiewać ― powiada starzec. ― Pomódl się za syna”. „Dobrze― rzekłem ― ale wiedzcie, żem z cerkwi wyklęty, nie mam prawa”. „Kto cię zobaczy ―powiada. ―Nie ma już ni cara, ni patryka. Pomódl się za syna, żeby dusza chrześcijańska nie stała się wilkołakiem”.

                Spojrzałem na zmarłego. Młody był, chudy, drobny. Nos mu się wyostrzył, usta trupio sine, bose nogi rozprostowane, ręce skrzyżowane na piersiach jak dwa suche patyki z wetkniętą w nie, okopconą świecą łojową, która ledwie się paliła i dymiła.

                Donośnym głosem odmawiałem modlitwę za spokój duszy. Kobiety umilkły, żegnając się, a ja sam nie wiem, do jakiego Boga się modlę. I trzeba trafu, że czarna zasłona opadła, odsłoniła znaczoną piętnem twarz. Zerwały się kobiety, cofnął się starzec. „Trędowaty jesteś. Precz z domu!”. „Nie jestem trędowaty ― powiadam ― a tylko napiętnowany za herezję”. A starsze z dzieci, patrząc na mnie z przestrachem, parsknęło naraz śmiechem ― pierwsze spostrzegło śmieszną twarz z wykrzywionym nosem i wargami. Zaśmiał się też starzec, uspokoiły się kobiety. Dokończyłem modłów i zostałem w chacie na noc.

                 Przed zmierzchem wpuścili pięć owieczek do koszary przegrodzonej drągami, starzec przyprowadził krowę. Kobiety roznieciły ogień, zjedliśmy co nieco i położyliśmy się spać ― nieboszczyk na ławie, a my, żywi, na klepisku. Noc była duszna, w lesie pohukiwały puszczyki i świecił księżyc w pełni. Nóź, którym zabijałem bisurmanów uwierał mnie w bok, przed oczyma miałem pożary, wyły złe duchy, coś gnębiło duszę i bliski byłem obłędu. Przemyśliwałem, kim jestem i kim być chciałem. I im wyraźniej przypominałem sobie życie w ławrze, tym mocniej dusił mnie bies…

                 Nazajutrz pomodliłem się za zmarłego na wiejskim cmentarzu i wyruszyłem do wsi bojara, który przeszedł na stronę Amurata. Była piękna jesień, opadły liście, z południa wiał ciepły wietrzyk. Cisza wokoło, a ja jak ścigany zwierz omijałem drogi, szedłem lasami i wzgórzami, by z daleka widzieć, co się dzieje. W tym czasie bowiem, po bitwie nad Maricą, Amurat rozwścieczył się na Sziszmana i rozkazał swoim ludziom srożyć się i łupić ziemię bułgarską, toteż napotkanych obdzierano z szat, zabierano dobytek i brano w jasyr. Fodulini*, czarni i straszni, ale zwinni i szybcy, przybywali na rączych koniach jak burza i odchodzili jak grad. Pustoszyli pola i winnice, w dolinach zaczął pełzać głód. Wiele razy próbowałem przedostać się w góry, ale napiętnowana twarz zdradzała, kim jestem i straże bułgarskie wracały mnie z powrotem.

     Koło południa wyszedłem na jakąś drogę. Usłyszałem rozmowę i po zieleniącej się trawie poznałem, że w pobliżu jest źródło. Zbliżywszy się, zobaczyłem siedzących przy nim ludzi. Rozpostarli chustę, jedli. Dwóch gęślarzy, jeden młokos jeszcze, pachołkowie bojarscy i mężczyzna w obszarpanej guni. Siedział z podgiętymi kolanami i opierał o nie głowę. Przy nim kobieta ― otyła, ale jeszcze silna, wystrojona jak do ślubu, ale strój miała zniszczony, wymięty, znać, że z czasów, gdy była jeszcze młoda. Napiłem się wody i nie zdejmując zasłony obmyłem twarz, żeby się ochłodzić, a starszy gęślarz rzekł: „Ten człowiek to duchowny. Niech rozsądzi, kto ma słuszność” ― i poprosił, bym usiadł z nimi. „Paulicjaninem jesteś ― powiada ― czy bogomiłem?”. Gdy odrzekłem, że byłem kiedyś mnichem, powiedział: „Zatem wiesz, jaka kara za jaki grzech czeka nas na tamtym świecie”. A kobieta uśmiecha się i mówi: „Teraz też jesteśmy na mękach piekielnych. Jak przyjdzie mi zapomnieć o dzieciach? Bardziej mi one droższe od ciebie, mężu. Znajdź jakiegoś bogatego Żyda albo Turka, żebym nie musiała być niewolnicą. Oby ci się udało namówić naszego bojara”. „Co jest, dobrzy ludzie? ― powiadam. ― Co gnębi tę kobietę i czemu taka wystrojona?”. „Sprzedają ją ― powiada gęślarz. ― Mąż ją sprzedaje, a i ona sama chce. Głód wielki we wsi i daniny bojarowi nie zapłacili”. Spytałem, dlaczego nie uciekli. Jakże to tak? Bojara się bali, czy co? „Gdzież tu uciekać od biedy i bisurmanów? Dzieci z głodu pomrą” ― powiada mąż i patrzy oczami ślepca. Pachołkowie bojarscy milczą, trawkę skubią, a kobieta uśmiecha się wciąż tak samo. Czoło miała władcze, uśmiech miły. „Niewola ― powiada ― nam nie pierwszyzna. Co za różnica u kogo jesteś w niewoli, czy u bojara czy u kupca. Byle tylko w obcej wierze nie żyć. Od ust sobie odejmowaliśmy, ale wszystko co rosą było, w szron się zmieniło”. „Czemu to, kobieto ― powiadam ― sama chcesz, żeby cię sprzedali? Nie żal ci dzieci?” „Zachorzały, ojcze, brzuszki im się wzdęły, wyglądają jak starcy. Petyrczowi dwanaście wiosen będzie, a Łazarzowi dziesięć. Dla nich się sprzedają, niech mi Bóg przebaczy. Cała nadzieja w naszym bojarze, że mnie przy sobie zostawi. Robotna jestem, ojcze. Żeby też i trochę prosa dał, o zbożu nawet nie myślimy…”       

                Nie po to, by cię straszyć piszę te słowa, wielki pustelniku. Widziałeś i gorsze rzeczy, dla których brak słów. Piszę, byś pojął jasno, w jaki sposób się nawróciłem… Wokoło leśna cisza i zapach dąbrowy. Ziemia jeszcze ciepła, ale spokojna ― odpoczywa od ludzkiej męki, którą dźwiga. Strużka źródlana zawodzi cicho, jakby płaczem dziecięcym płynęła. Umilkli gęślarze i pachołkowie. Mąż objąwszy kolana, kiwa się w przód i w tył, żona uśmiecha się ― o dzieciach myśli, lepszego losu oczekuje.

                Spytałem go, ile jest dłużny bojarowi. „Wiem ja to? W księgach stoi napisane. Bojarska sprawa. Uzbierało się tego parę dukatów”.

                Wszedłem do lasu, oparłem się plecami o dąb i zapytałem siebie: „Ty, który szukałeś Boga i tajemnicy dwóch światów, a teraz tułasz się samotny jak wilk, urągasz wszystkiemu i nienawidzisz, czy mógłbyś sprzedać się dla czyjegoś dobra? Masz pieniądze, daj tej kobiecie, niech wykupi się z niewoli”.

     Jeszcze wtedy, gdy straż carska kazała mi iść na wygnanie, matka dała mi sześć dukatów i parę groszy. Chowałem je zaszyte w koszuli na czarną godzinę i kiedy namacałem węzełek, oparzyły mnie w rękę. Diabeł jął namawiać, żebym milczał: „Co poczniesz bez pieniędzy w tych okrutnych czasach? Człowiek i ciało w mniejszej od bydła są cenie. Czym się wykupisz, jeśli wezmą cię do niewoli? Młodych Serbów, Bośniaków i Bułgarów więcej na jarmarkach niż owiec”. To znów zawstydzał mnie: „Daj sobie z tym spokój. Sam przecież wiesz, żeś był fałszywym prorokiem. Nim habit zrzuciłeś, już byłeś Antychrystem, Chrystusa pogrzebałeś, po stronie Iskarioty stanąłeś…”

     Stoję oparty o dąb i słyszę, że tamci szykują się do dalszej drogi. Gęślarze próbują smyczków, pieśni będą śpiewać, ton dobierają. I ruszyli jak na wesele, gęśle zaczęły rzępolić, stary gęślarz podjął pieśń.

     Zrzuciłem gunię, zdjąłem koszulę i nożem rozpruwam węzełek z pieniędzmi. Grosze zaśniedziały od potu, ale dukaty połyskiwały.

     Dogoniłem ich i zawołałem do kobiety: „Chodź, kobieto, chcę ci coś powiedzieć”. Umilkli gęślarze, przestali śpiewać. Kobieta podeszła. Odciągnąłem ją na bok, wetknąłem pieniądze do ręki, daję znaki, żeby milczała i mówię szeptem: „Wykup się i utarguj z długu, ile możesz, a za resztę kup dzieciom jedzenia”. Patrzy na mnie osłupiała, własnym oczom nie wierzy. Ale niegłupia się okazała, połapała się w czym rzecz i ukryła węzełek za pazuchą. Trzęsie się cała i rękę chce mi całować. „Stój spokojnie, żeby tamci nie zobaczyli. I nikomu ani słowa, bo pachołkowie albo gęślarze mogą ci zabrać pieniądze. Mężowi też nic nie mów”. „Ale co teraz począć, jak odesłać gęślarzy?”. „Idź ― powiadam ― i jak staniesz przed tym psem bojarem, zapytaj, ileś mu winna i powiedz, że się wykupisz. Niewolnicy są tani, za ciebie ani dwóch dukatów nie dostanie na targu”. Tak ją pouczyłem i poszedłem razem z nimi do wsi bojara.

     Gdy dotarliśmy na miejsce, diabeł dalej nie dawał mi spokoju, kusił: „Po coś dał pieniądze, głupcze. Wezmą cię do niewoli i nikt grosza za ciebie nie da. Oszpecony jesteś, zabiją cię. Ale poczułem, że mi ulżyło, rośnie w sercu radość i miłość do kobiety. Pomyślałem i zacząłem rozumieć, że nie tylko dla niej to uczyniłem, ale i dla rodu bułgarskiego, dla którego zabijałem bisurmanów i który pokochałem. Zdziwiłem się, gdy to się już stało, jak mogłem tego nie spostrzec. Przecież pogrzebałem Jezusa Chrystusa, przecież wyrzekłem się matki, ojca i siostry. Przecież Iskariota nawet siebie samego kochać nie może, a tu naraz pokochał prostych ludzi i to bez pomocy tego, którego na próżno szukał za  murami klasztoru… Los zetknął nas, mój orędowniku, w Tyrnowgradzie, do którego spustoszenia sami przyłożyliśmy rękę. Światłości tyrnowska, kto z nas zadrwił?… Dowiedz się jednak, jak dostałem się do ciebie w ów czerwcowy wieczór i jak ujrzałem cię w ludzkiej bezsilności służenia i Bogu, i diabłu.

XX

 

     Po zwycięstwie Bajazyta nad królem Łazarzem na Kosowym Polu, żyłem z pewną wdową i rany, otrzymane w potyczkach z pogańcami, zabliźniły się. Sprzedawałem wtedy ryby w mieście i zbijałem beczki. Wdowa umarła tego samego roku, w którym sułtan wyruszył rozbić Sziszmana. Dowódca grodu stawił opór przeważającym wojskom paszów i podczas oblężenia zginął w walce. Wzięto mnie w jasyr razem z kobietami i mężczyznami, a gdy odłączono starych i chorych od tych, których chciano na niewolników, wyprowadzono nas na brzeg rzeki, by tam ściąć głowy. Kiedy czekałem na swoją kolej, by położyć głowę na pieńku, przechodził obok Turek w zielonym turbanie i z długim mieczem na ramieniu. Zobaczył mnie, zaczął się śmiać i złapał za brodę, jakby chciał ją wyskubać. Nasze oczy spotkały się, wydał mi się znajomy i odezwałem się po grecku, bo wielu bisurmanów nauczyło się tego języka na ziemi greckiej: „Dlaczego naśmiewasz się z pohańbionego? Pozwól mi w spokoju stanąć przed Bogiem”. A ten wlepił we mnie oczy i zawołał: „Ty jesteś Teofil, kerata*? Allach, kerim*! To ty?”. Był to ten sam Turek, którego pilnowałem w lochu tyrnowskim, żeby nie krzyczał po nocach, mianowany teraz dowódcą akindżijskiego sandżaku*. Zostałem jego jeńcem. Ale później jeden z dostojników wojsk tureckich, Szeremet bej, który był wesołkiem i popijał w tajemnicy wino, zabrał mnie do Halil agi, abym łowił mu ryby i rozweselał. Na noc zakuwali mnie w łańcuchy, w dzień szedłem u boku swego pana i wypełniałem jego rozkazy.

     Bajazyt zgromadził nie tylko wojska anatolskie, ale i zachodnie, widziałeś je ― byli tam wasale chrześcijańscy ― Grecy, Serbowie i nasi współplemieńcy, którzy wstydzą się nas, niewolników, udawali Osmanów i okrutniejsi byli od samych Turków. Ciągnęły wojska wasalskie przemieszane z tureckimi przez kraje, które podbił Amurat i nie napotykały oporu.

     Czy mogłem wyrazić słowami sprzeczne myśli i uczucia, widząc od nowa wieże i mury rodzinnego grodu, na których powiewały sztandary? Na ich szczycie czarno było od ludzi. Wylegli, by przyglądać się najazdowi bisurmanów. Kwietniowe obłoczki przeglądały się w Jantrze jak białe cienie, a trwożny głos dzwonów i kołatek napełniał dusze drżeniem i strachem. Na małych konikach nacierali hurmem żądni łupów spahisi*, niczym lawiny toczyły się drużyny hordy tureckiej, powiewały chorągwie, biły barabany i jak wzbierająca rzeka wojska sułtańskie zalewały wzgórza dookoła, jak sępy okalały okolicę. Na wzgórzach zalegały wojska szturmowe z wielbłądami, dowódcy i paszowie stanęli obozem w okolicznych klasztorach. Patrząc na szturm, pytałem siebie, kim jestem. Wygnanym dzieckiem skazańców, czy ich synem marnotrawnym daremnie szukającym Boga i wyszydzanym przez diabła? Czy też pokajanym heretykiem, porażonym zagładą swego narodu, któremu nieszczęścia zbyt późno dały rozum? I któż ukarał mnie, pohańbionego, zniewolonego, oglądaniem spustoszenia? O, straszne i podstępne królestwo ducha! O, święta hańbo stołu biesiadnego duszy, obficie zastawionego truciznami! Czyż nie był to zmierzch poprzedzający mrok? Trzebaż było barbarzyńców, by zgasili światłość i zdeptali nieczystymi stopami twój ołtarz! Dumny, niedostępny i niezdobyty wydawał się Tyrnowgrad, jakby same niebiosa nie były zdolne go złamać. Była w nim moja stara matka i siostra, które zapomniały już błogich dni mego dzieciństwa…

     Bisurmanie sklecili drewniane minarety, ich hodżowie wysławiali Allaha i jego proroka, a w Tyrnowgradzie dzwony i kołatki wzywały do modlitwy chrześcijańskiej. Modliły się dwa narody, dwie wiary i ich armie, każda do swego Boga, a bezbożnicy, nim uklękli do modlitwy, biegli całą chmarą do Jantry. Powiedz, nauczycielu, czyż nie szalony jest człowiek w swym najwyższym uniesieniu? On jest szalony, czy też jego bóstwo?…

     W twierdzy Dewin broniono się rozpaczliwie, ale gdy wieża legła w gruzach widziano, że nie ma już ratunku, uderzono w bębny i z psami, które strzegły nocą twierdzy, wyszli obrońcy pogańcom naprzeciw i zostali wycięci do nogi. Modliłem się za ich dusze i mówiłem sobie: „Boże, zmiłuj się nad nimi, a ukarz mnie, który nie pojmuje w czym jest twoja prawda!” Wieczorem, gdy przyniosłem do igumenarii klasztoru Świętego Ilii miech klasztornego wina, Szeremet bej rzekł do mnie: „Mnichem byłeś, więc musisz znać waszego keszisz baszę*. Eutymiuszem go zwą. To on jest dowódcą twierdzy. Co papaz* może wiedzieć o wojowaniu?” Zdziwiłem się, że mieszkaniec najwyższego Jeruzalem może dzierżyć miecz i siać nim śmierć.

     Zielone oczy mego pana nabiegały krwią, kiedy sobie podpił, a na szeroką twarz występował pot. Od niego dowiadywałem się o tym, co się dzieje, gdyż Turcy nie wzbraniają się mówić wobec niewolnych i sług o sprawach wojennych i państwowych. Mówił, że podtrzymywałeś na duchu obrońców bramy Asena, gdzie co dzień toczyły się boje i gdzie obrona była najmocniejsza, a rzeka zarzucona powiązanymi kłodami. Ze wzgórza widziałem tłum uchodźców za murami grodu, mnichów, którzy uciekli z klasztorów i tu poszukali schronienia, bydło, wyprzęgnięte wozy, słyszałem wrzawę na rynku i pod cerkwiami, wokół których cisnęli się ludzie. Gdy bisurmanie ruszali do szturmu, następował zamęt. Katapulty obrzucały mury kamieniami, świszczały chmary strzał, kurz wzbijał się pod niebo. Tak minęło kilka dni, dopóki nie rozniosło się, że Bajazyt nadciąga do Tyrnowgradu z nowym wojskiem. Paszowie wyszli mu na spotkanie do Oriachowicy i zabrali z sobą wielu z nas, jeńców. Ustawieni szeregiem wzdłuż drogi, padliśmy plecami na ziemię przed jadącym na czarnym koniu sułtanem. Wokół niego jak na karuzeli krążyli derwisze, przodem kroczyły nieprzebrane rzesze niewolników. Przejechał zdobywca na koniu ― był drobnego wzrostu, miał zakrzywiony nos i rudą, krótko przystrzyżoną brodę. Za nim powiewała chorągiew proroka, a z tyłu postępowali janczarzy i spahisi.

     Postawił Bajazyt olbrzymi namiot nad Kseliforem, bo okolica była tam cienista, chłodu i wody nie zbywało, i zawołał paszów na radę. A nazajutrz wywiesili bisurmanie biała flagę przed frynskim grodem. Zatrąbili trębacze, wyszło poselstwo sułtańskie. Bajazyt obiecywał nie pozbawiać mieszkańców życia i majątku, jeśli miasto się podda, i jak za czasów Amurata, chciał zostawić w nim tylko wojsko. Śpieszył się sułtan do Nikopola, bał się, że Sziszman połączy się z Wołochami i Madziarami, i nie miał ochoty stać długo pod Tyrnowgradem. Czemuś nie przyjął jego warunków, władyko, by ustrzec ludzi przed jasyrem i rzezią? Czemuś nie oddał barbarzyńcy tego, co carskie i nie zaufał Bogu? Wszak prawda boska jest niezwyciężona i wszak z woli Boga bisurmanie stali pod murami stolicy… W relikwiach pokładałeś nadzieję czy w carze, który miał przybyć na czele potężnego wojska?… Broniłeś ludzi czy najwyższego Jeruzalem i swojej cerkwi? Pohańcy mówili, że odrzuciłeś warunki sułtańskiego poselstwa, w którym byli wasale bułgarscy i syn despoty serbskiego. I gdy poselstwo z białą flagą opuściło fryski gród, bisurmanie podnieśli straszny wrzask, gdyż było wiadomo, że miasto się nie podda. Wtenczas Bajazyt dał rozkaz do oblężenia frynskiego grodu i nazajutrz rozpętało się piekło. Ruszyło wojsko sułtańskie do szturmu z czym się dało, z mieczami, łukami, włóczniami, a byli i tacy, którzy szli z dragami. Powiązano łodzie, żeby zbudować most dla janczarów, bawołami podciągnięto machiny oblężnicze. Rozległy się okrzyki hodżów, zagrzmiały bębny, a od Tyrnowgradu potoczył się trwożnym echem jęk dzwonów i kołatek. Otworzono południową bramę i na pomoc frynskiemu grodowi rzuciła się drużyna carska. Sam Bajazyt stał na brzegu rzeki i przypatrywał się szturmowi. Ty też patrzyłeś wraz z dowódcami z murów Tyrnowgradu. A my, niewolnicy, widzieliśmy ze szczytu wzgórza, co się dzieje. Po południu pohańcy zrobili wyłom w murze i obrońcy wycofali sięga południowa bramę, zabierając z sobą rannych do wieży Baldwina. Było wielu zabitych, a tysiącznika Assę, syna Mizy, przechrzczonego na Angeła, którego zabiłem później z rozkazu Szeremet beja ― wzięto do niewoli.

     Oblężenie przeciągało się i Bajazyt był rozgniewany. Wielu paszów wyruszyło do Nikopola i cieszyłem się, widząc jak wojska sułtańskie wytaczają się przez wąwóz Jantry. Ale obrońców Tyrnowgradu była garstka, mnisi i mieszkańcy walczyli ramie w ramię z żołnierzami, toteż bisurmanie nie potrzebowali wielu pułków, żeby podtrzymywać oblężenie. A widząc, ze każdy z nich nie myśli o śmierci, a tylko o tym, by jak najlepiej wypełnić wolę sułtana, zaczynałem pojmować, dlaczego upadają carstwa chrześcijańskie. U nas na każdym kroku stoi car albo despota i swoje dobra ma na uwadze.

     Musiałem być wesoły, gdyż Turcy nie lubią smutnych ludzi, a moja naznaczona piętnem twarz wyglądała śmieszniej, kiedy się smuciłem, toteż czausze* klepali mnie po plecach i pękali ze śmiechu. Nie mając innego wyjścia, udawałem roztargnionego, by ich zmylić i pozyskać zaufanie. Wcześnie o świcie zanosiłem memu panu czystą wodę do mycia. Szeremet bej klękał, podnosił do góry palce obydwu rak i bił pokłony. Po modlitwie rozścielałem obrus do jedzenia, obuwałem mu buty, pomagałem włożyć wielki turban, on zaś przeglądał się w ostrzu damasceńskiej szabli. Na dźwięk trąbki dosiadał konia i podawałem mu bęben, aby przytroczył go do siodła. 

     Pewnego ranka rzekł do mnie: „Kiafir*, słyszysz wasze koguty? Nie słychać żadnych kogutów, bydło tylko ryczy. Nawet koguty wiedzą, co was czeka. Zobaczymy, jak długo papaz basza utrzyma miasto!” A koguty istotnie nie piały w Tyrnowgradzie. Nocami, leząc na dziedzińcu na porozrzucanej i udeptanej przez konie słomie, widziałem posępne światełka oblężonego miasta, dogasające ogniska bisurmanów, słuchałem znajomego głosu Jantry, wycia psów i trąbek wzywających do zmiany straży. To doleciał jakiś daleki krzyk, ktoś wykrzykiwał niejasne słowa ― i nie było wiadomo, czy to jek czy przekleństwo, to znów podnosił się zgiełk ― dlaczego i gdzie ― nie wiedziałem. Świetności tyrnowska, wydawałem sąd nad tobą i nad grodem, w którym oszpecili mnie szaleńcy. Wspomnienia paliły serce, które tęskniło za dawną przeszłością, dręczyło się rozpaczą, popychało do zemsty i ręka bezwiednie szukała noża. Za dnia słonce przypiekało jak w czas posuchy. Wieczorem bębny wzywały sandżaki pod sztandary, padały rozkazy, zapalano znów ognie i w ich łunie widziałem, jak połyskiwały włócznie, krzywe szable, jatagany i miecze. Dochodziło do bójek o złupione sukna i szaty ― każdy golec sułtański pragnął się wystroić. Zrabowane naczynia cerkiewne służyły im za kielichy, habity i szaty duchowne złupione z okolicznych klasztorów rozścielali do spania lub okrywali nimi końskie grzbiety. Niebo płonęło w promieniach krwawo zachodzącego słońca, ani kropli deszczu, śpiewały świerszcze i zwiastowały złe wróżby. Hodżowie błagali Allaha, by zesłał im swoich aniołów, których nazywają dżinami, i pomnożył wojska sułtańskie o niezwyciężonych skrzydlatych rycerzy. Heroldowie wysyłali pod adresem oblężonych straszliwe pogróżki ― barbarzyńcy kazali je wykrzykiwać jeńcom, toteż bracia zwracali się do braci i przekonywali, by otworzono bramy miasta. Tak minął miesiąc i nadszedł maj. Oblężeni i oblegający przywykli do takiego życia. W dzień słychać było kłucia młotów, do Jantry spuszczano sieci rybackie, ktoś śpiewał, ktoś śmiał się nawet. Najstraszniejsze były jednak święta.

     Podobnie jak w latach mego dzieciństwa, dzwony i kołatki wypełniały radosnym głosem dolinę rzeki zasnuta błękitnawą mgiełką i dymami miasta. Wielogłosowy hymn wskrzeszał słodkie wspomnienia beztroskich i spokojnych dni, radość chrześcijańska wzbijała się ku niebiosom, wysoko, jakby rozwarły się na oścież bramy niebios i wszystko ― zieleń i ptaki, rzeka i ziemia, słonce i przestwór ― świętowało. A co działo się na Wniebowstąpienie, na Zielone Światki i na Świętego Ducha! Nad Tyrnowgradem niósł się tak uroczysty głos żarliwej i gorącej modlitwy, jakby wezwana została cała moc chrześcijańska Boga, by pokazać barbarzyńcą swą niezwyciężoność. Śpiewy z cerkwi i kaplic dolatywały falami, a rycerstwo bułgarskie, patrząc w niebo, klęczało na murach z odkrytymi głowami i włóczniami w reku niczym straszny las. Procesje wiły się wokół cerkwi na Trapezicy i Carewcu, skazańcy szli z wielkanocnymi świecami w rękach… A barbarzyńcy patrzyli osłupiali. Słysząc te szaleństwa, dusza bliska była szlochu, a rozum nie mógł ich pojąć w swej bezsilności…    

      

           XXI

 

     Tamtej nocy spałem na krużganku klasztoru. O świcie zbudziły mnie bębny i rogi, którymi przekazywano rozkazy. Pełen przerażenia głos rozdzierał dolinę rzeki. Rozszczekały się psy, podniósł się pisk i ryk. W powszechny zgiełk wmieszał się warkot kołatek, szczęk broni i wrzawa bitewna. Szeremet bej wyszedł bosy na krużganek i kazał czym prędzej przynieść sobie bęben, by zwołać ludzi. W całym obozie tureckim zapłonęły pochodnie, rżały konie, a gdy się rozwidniło, Carewce i Trapezica pełne były ludzi, świstały tam jeszcze strzały i słychać było płacz. Barbarzyńcy wdarli się do grodu Asena, łupili, zabijali świnie i brali jeńców. Wszystko stało się za sprawą Małoazjaty imieniem Adil baba. Zauważywszy, że straże pod Ściętym Murem są nieliczne, zebrał drużynę i o świcie zaatakował. Nasi go tam zabili, ale bisurmanie przedostali się na mury. Tak więc, oko szatana, które wie, jak obracać kołem wszystkich ludzkich spraw, uczyniło pogańca swoim wybrańcem i przyspieszyło koniec. A ty, władyko, dopomogłeś mu, przyjmując do twierdzy półnagich mężczyzn, kobiety i dzieci, którzy uciekli z grodu, toteż słusznie rzekł Szeremet bej: „Keszisz basza postąpił jak głupiec, wpuszczając niewiernych z grodu do twierdzy. Ani jedzenia, ani dachu nad głową nie ma dla tych ludzi. I ryb nie mogą już łowić”. Ale czyż kapłan mógł postąpić inaczej?…

     Hodżowie śpiewem czynili dziękczynienia Allahowi, a sułtan rozkazał szturmować Trapezicę. A ty patrzyłeś bezsilnie, jak bisurmanie przerzucili swe pułki przez most na drugą stronę rzeki i uderzyli na twierdzę z dwóch stron. Pognali do boju także janczarzy sułtańscy, straszniejsi od potworów, które nie znają strachu, i po zażartych walkach wzięli górę. Pojmali do niewoli moc ludzi z bojarami i duchownymi na czele, wyprowadzili ich z twierdzy, wynosili zabitych ― jednych rzucali do rzeki, innych orłom na żer. Wzięto wtedy w jasyr moją siostrę, zabito matkę, ale ja nic o tym nie wiedziałem ― myślałem, że są na Carewcu. Owego upalnego popołudnia, w dzień błogosławionego Dawida Soluńskiego, przeszli koło klasztoru wzięci do niewoli rycerze, niektórzy w kolczugach, bojarzy i dowódcy, bez mieczy i szyszaków, toteż słońce przypiekało ich niepokorne głowy. Szli powoli kamienistą drogą, związani za szyję powrozami, okryci kurzem, zakrwawieni. Janczarzy prowadzili ich przed oblicze sułtana, aby mu się pokłonili…

     Potoczyły się dni i noce, podczas których słyszałem tyle płaczu i zwierzęcych ryków, że zagłuszyły odgłosy ziemi, bez których nie może człowiek żyć. Co noc Szeremet bej i jego ludzie zabawiali się dziewczętami i kobietami, złowieszczy śmiech i piski niosły się echem po celach i śniłem co noc, że rozmawiam z kobietą kudłatą jak sama wiedźma. Tłumaczyła mi sens tego, co się działo, a sens był niedostępny dla rozumu i mroczny jak smoła piekielna. I natrętnie powracała myśl, że nadchodzi koniec świata, a ja nie zdążyłem jeszcze stać się Antychrystem, albowiem pohańcy uprzedzili mnie i sam już nie wiem, dokąd zmierzam. We śnie słyszałem dźwięk złota, dusił mnie swąd spalenizny, a gdy budziłem się z koszmarów, niewolnica wypłakiwało sobie oczy i błagała o wodę…

     Powiedz, mędrcze, jak mam wierzyć w moc boską i w najwyższe Jeruzalem, widząc sprawy ludzkie i moc szatana w sobie samym? Czyż nie jest bezwstydem rozmawiać z sobą, jak lubiłeś mawiać, myśląc o rozmowie z Bogiem? Czyż człowiek na tej ziemi może żyć w aureoli cnót?

     Czyś nie słyszał płaczu dzieci w te ciche i ciepłe czerwcowe noce, czyś nie widział, jak gasną światełka twierdzy? To doleciał krzyk obłąkanego, to trzasnęły drzwi, to znów rozlegał się płacz kobiety i znów straszna cisza ponad czarnymi wieżami i postrzępionymi murami jak w wymarłym mieście, a dzwonnica na szczycie stała niczym na Golgocie. Tak mijał dzień za dniem, aż przyszło najgorsze. Martwi leżeli nie pogrzebani w cerkwiach, a głodni bali się spojrzeć na siebie.

     Pewnego dnia zaroiły się ludźmi mury Carewca, podniósł się tumult i pohańcy nie wiedzieli, co się dzieje. Potem wszystko stało się jasne ― ponoć car śpieszył z odsieczą, wiodąc z sobą Wołochów i Madziarów, a Bajazyt, który udał się był z janczarami do Nikopola, został zabity. Czy to ty wmówiłeś słodkie kłamstwo swym skazanym na zagładę wiernym? Ileż razy urządzałeś procesje ze świętymi relikwiami i odprawiałeś msze błagalne o deszcz i wybawienie! Rozniosły się słuchy, że wzięty do niewoli powinowaty carski uciekł ponoć do twierdzy. Było to wierutne kłamstwo ― rozmyślnie wypuścili go Turcy, aby potem otworzył im bramy Carewca. Ale tyś nie przejrzał kłamstwa i ― jak powiadają ― odprawiłeś mszę dziękczynną za jego wybawienie… Naśmiewali się z ciebie ludzie Szeremet beja i gdy minęło jeszcze dni dziesięć i przestały już migotać światełka twierdzy, Turek rzekł: „Skończył im się łój i oliwa. Nawet wosk zjedli. Tylko patrzeć, jak otworzą bramy”. Heroldowie na nowo zaczęli wykrzykiwać straszne pogróżki, aż wreszcie rozniosła się inna wieść. Z Nikopola przybył posłaniec z listem od Sziszmana, aby Tyrnowo oddało klucze miasta. Bajazyt obiecywał carowi litość, chciał tylko zostawić w stolicy wojsko, jak czyniono za czasów Amurata, i uznać Sziszmana wasalem. Ty jednak skryłeś list carski, gdyż wiedziałeś, że napisany był pod przymusem i nie ufałeś swemu bezsilnemu carowi, który po dwakroć ucałował strzemię sułtana. Aby pozostać przy władzy, oddawał Sziszman siebie i naród w ręce Bajazyta, a ty, rycerz Chrystusowy, wałczyłeś za wiarę. Chciałeś pokonać półksiężyc i wprowadzić do „najwyższego królestwa” dusze swojej owczarni, odkupione śmiercią i męką. Ale jeśli dla ciebie „najwyższe królestwo” było boskim sensem życia ziemskiego, to wiedz, że naród nie chciał umierać. Dziewica o czułych dłoniach budziła u niewolników bożych tylko przerażenie.

     Mieszkańcu najwyższego Jeruzalem, zwołajmy raz jeszcze mędrców ― carów, wielmożów i najwyższych kapłanów, aby wydali sąd o tajemnicy świata i wyjaśniwszy ją, ogłosili rozumne prawa dla człowieka na tej ziemi, a ci znów ukrzyżują Chrystusa i każą powiesić się swemu słudze Judaszowi Iskariocie, gdyż widzi kłamstwo w słowach nauczyciela, a nie widzi zbawienia. I nie tylko władcy, cała przyroda na ziemi stanie po stronie Iskarioty! Sobór ten nie będzie miał końca, skończy się schizmą, nieposłuszeństwem, pomieszaniem języków, albowiem nie wiedząc, z czego ani po co stworzony został świat, każdy szuka Boga w sobie, dla siebie i aby być szczęśliwy, jako i my szukaliśmy go w świętej ławrze. Lecz skoro każdy widzi go po swojemu, to kłamstwo tu ma początek ― samolubstwo zaślepia i ani się spostrzegamy, a miast Boga zaczynamy wysławiać siebie. Oto kamień obrazy, który jest niezniszczalny w człowieku i bez niego istnienie byłoby niewyobrażalne! Każdy, kto powie: znam prawdziwego Boga ― będzie tyranem jako jest teraz tyranem nad nami, chrześcijanami, Mahomed! I będzie ustanawiać prawa, powinności i kanony, jako ustanawiałeś je ty w imię zbawienia i wyżej będzie je stawiać od życia człowieczego, w ich imieniu będzie człowieka sądzić i karać. Słysząc w mojej zamkniętej prawdzie powinność czystości duchowej i nadzieję nieśmiertelnego życia, w skarbnicy świata zaś widząc obietnicę dobra i wieczności, a nie dostrzegając jej okrutnej istoty, chciałem rozkoszować się oglądaniem świata i jego stwórcy. Gdy układałem wiersze i modlitwy, piękne złudzenie upajały mnie i dawały złudną pewność, iż posiadłem tajemnicę boską, ale czujne oko rozumu widziało, że jest w tym jakieś kłamstwo. Nie mogąc go jednak obnażyć, podgryzało korzenie wiary i poprzez zwątpienie głosiło potęgę rozumu. Kusiciel, schowany za moim samolubstwem, namawiał, abym został świętym. A gdy po wielu ascezach pokutnych dostąpiłem zaszczytu ujrzenia światłości Taboru i raju, oczekując, że tajemnica przestanie być dłużej zagadką i posiądę spokój ducha, pokonana została moja ludzka duma i zaprzeczony został sens mojego istnienia… Nauczycielu, jakaż to bolesna ułuda! Powiedz mi, gdzie jest zbawienie? Czy człowiek może wyrzec się prawdy ziemskiej? Czyś nie był jednym z tych, którzy znali prawdziwego Boga i żyli w umysłach „w królestwie bożym”, i czyś nie oczekiwał końca świata? Zmagałeś się z księciem książąt ziemskich, wierzyłeś, że go pokonałeś, ale on, ukryty pod postacią wielmoży drwił sobie ze świętego i później, dając ci władzę patriarchy, ściągnął cię z wyżyn pustelniczej świętości i obarczył ziemskimi sprawami, uczynił obrońcą stołecznego grodu i poczułeś się osamotniony, samotny pośród ujarzmionego narodu, jako i ja, napiętnowany heretyk, znalazłeś się naraz pośród niego. Sprawco nieosiągalnego, zmuszony byłeś posłać na śmierć więcej ludzi, aniżeli zginęłoby z ręki pogańców, jeślibyś oddał miasto bez walki, i więcej, aniżeli zabiłem ja. Posłałeś ich na śmierć ku chwale Chrystusa i najwyższego Jeruzalem, aby zwyciężył prawdziwy Bóg!… Ty przelałeś krew dla niego, ja dla siebie i narodu. Dlaczego więc odmówiłeś pobłogosławienia mych czynów? Powiedz mi, czy jest święty o czystym sumieniu i obrońca narodu o nie zbrukanych krwią rękach? I na którym świecie, najwyższym czy ziemskim, nie ma przemocy?

     Ci spośród synkletosu*, którzy chcieli otworzyć bramy i ocalić swój żywot ziemski i bogactwa, mieli po swojej stronie powinowatego Sziszmana, primikeriosa Angeła. Wszedłszy w zmowę z barbarzyńcami i otrzymawszy od nich kłamliwe zapewnienia, pociągnęli za sobą lud, który także nie chciał umierać, i otworzyli południową bramę…     

   

   XXII

    

Czyż mało było takich, którzy z dawien dawna chwalili i wychwalać będą w czasach przyszłych zdobywców i ciemiężycieli? Nazywają ich wielkimi, bo przelali wiele krwi i wiele zła uczynili, okłamują żywych martwymi i uczą zła, kusząc człowieka, by czynił jako oni, a znaczy to, by występował przeciw bratu swemu, zabijał, grabił, palił i niszczył. Ty, któryś jest stworzony na podobieństwo boże, od zwierzęcia bardziej nierozumnyś, a chcesz rozumem się szczycić! Jako zwierę jesteś i nie wiesz, co czynisz, szukasz prawdy, a nazywasz zło wielkim… Ja także, pragnąc świętości i samookłamując się, że zgłębiłem tajemnice bożą, zabijałem swoich i obcych i owego dnia  znów zbrukałem ręce krwią…

     Kiedy bramy Carewca zostały otworzone i na wieży załopotała biała flaga, pohańcy zawołali z radości jednym głosem i uderzyli w bębny. Pierwsi wkroczyli janczarzy, za nimi paszowie z synem sułtana, Sulejmanem, na czele. Z wysoka widzieliśmy, my, niewolni, jak niektórzy z obrońców uciekali do pałacu, a inni bili pokłony przed barbarzyńcami. Wszystko wyglądało spokojnie, jakby swoi przychodzili do swoich. Ale spokój nie trwał długo – dopóki wojska sułtańskie nie opanowały wież i strzelnic. Przez bramę carską w stronę grodu Asena wytoczył się sznur wycieńczonych głodem kobiet, starców, mężczyzn i dzieci do wieczora w twierdzy pozostało już tylko niewielu – dostojnicy, bojarzy i duchowni. Czelebi* Sulejman stanął w pałacu, mój pan zaś w domu protowestiariosa, który uciekł z Sziszmanem. Wypędzono cię wraz z całym klerem z patriarszy i zaczęły się grabieże i gwałty.

     O zmierzchu przyjechał czausz i zabrał mnie z klasztoru. Szeremet bej rozkazał, bym stawił się przed nim natychmiast. Jechaliśmy pośród zgrai rozwścieczonych psów szarpiących ludzkie mięsko i wdychaliśmy swąd pożarów i odór padliny. Jeńcy zalegali ulice i podwórza, a orły obsiadały mury Trapezicy, szukając miejsca na nocleg. Śpiewały świerszcze, Jantra huczała nie zmienionym głosem, ale stolica była martwa niczym powalony olbrzym i tchnęło od niej powiewem przeszłości. Patrząc na ciemniejące niebo o barwie opalu, usiane gwiazdami, i na straszne, nieme zwalisko Carewca, którym władali teraz zwycięzcy, wydawało mi się, że runęło w gruzy coś wielkiego i zagadkowego, a w jego miejsce przyszło coś innego, nieznanego, ale równie zagadkowego i wrogiego. Jego groza istniała zawsze, a teraz zawiśnie nad nami, trwać będzie w naszych snach i marzeniach. Straże pozwoliły nam przejść przez północną bramę i uliczką wiodącą do pałacu dotarliśmy do domu protowestiariosa. Wszedłem do dużej, wybielonej świetlicy, pachnącej jeszcze czystym, chrześcijańskim zapachem jej mieszkańców, i zobaczyłem Szermet beja w otoczeniu dziesiętników i setników, którzy przyszli złożyć część łupów przeznaczoną dla sułtana. Turek przyjmował złoto i srebro, pozrywane z ikon i ołtarzy, pierścienie, ozdoby. Rozsiadł się na ławie pod ogołoconym ikonostasem, którego ikony poniewierały się za drzwiami. W swej barbarzyńskiej ciemnocie, żaden z pohańców nie umiał czytać ani liczyć, toteż mnie przyszło opisywać złupione rzeczy.

     Bej był pijany, nienawistnie wesoły, upojony zwycięstwem i blaskiem złota. Oczy pałały mu chciwością podobnie jak oczy jego podwładnych. Podrzucając w garści jakąś ozdobę i bawiąc się nią, kazał mi usiąść po swojej lewej stronie, między nim a stosem złota i srebra, i zapisywać każdą kosztowność z osobna.

     Przyszedł wtenczas primikerios Angeł. Chciał zobaczyć się z synem sułtana, ale stamtąd odesłano go do Szermet beja, który kazał go wpuścić. Widziałem, jak wszedł do świetlicy postarzały mąż, ubrany w błękitną dalmatykę ze srebrnymi naszyciami i herbami carskimi, zmęczony, z podkrążonymi oczami i garbatym nosem. Oczy miał smutne i jakby martwe. Długie włosy, kędzierzawe i gęste, wypływające jakby falami spod wysokiego kołpaka, łączyły się z kędzierzawą krótko przystrzyżoną brodą. Widać było, że stracił głowę, że jest przerażony i czym prędzej chciałby się stąd wydostać.

     Stanął pokornie przed Szermetem bejem, a ten rozwalił się na ławie i nawet palca nie podniósł do turbana, by odpowiedzieć na pozdrowienie. Nieszczęśnik pokłonił się nisko i powiedział: „Przyszedłem, Wasza Miłość, po nagrodę, którą obiecał mi Jego Wysokość sułtan za to, co zrobiłem”. Wyrzekłszy te słowa, pokornie skrzyżował ręce tak białe, że widać było na nich piegi. Wzrok zatrzymał na złocie leżącym na ławie, wargi zrobiły mu się suche.

     Szeremet bej dał znak, żebym przetłumaczył mu słowa wielmoży i przetłumaczyłem. Świece płonęły jak na pogrzebie, słabe cienie tańczyły po ścianach i rzeźbionym suficie, zabrzęczała mucha i uderzyła o szybę okna. Pohańcy milczeli, czekali, co powie bej. A ten, uśmiechając się złym uśmiechem i gładząc brodę, o którą dbał bardzo, by była czysta, zmrużył oczy i rzekł: „ Wasza miłość byłeś powinowatym cara? Co powie twój car, gdy się dowie w zamian za co pomogłeś padyszachowi? Pewnie cię za to wynagrodzi, co?”. Wielmoża milczał, poruszył tylko białymi palcami na rękawach dalmatyki, a Szeremet bej ciągnął dalej: „Ale padyszach, oby żył tysiąc lat, jest szczodry i sprawiedliwy. Skoro obiecał ci nagrodę, dostaniesz ją” – i klasnął w dłonie. W tej samej chwili jeden z podwładnych podał mu skórzana sakiewkę. Szeremet bej potrząsnął nią i rozległ się dźwięk złota. „Masz – powiada – należy do ciebie. Nagroda nagrodą, ale postępek twój jest wstrętny!”. Zielone oczy były wytrzeszczone, błyszczały jak szalone. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się lodowato. „Ty, eskekeszisz* – powiada – zabijałeś kiedyś świnię? Jak nie zabijałeś to zrobisz to teraz. Wy tylko umiecie trzymać w rękach kadzielnicę i zajmować się duchami jak nasi derwisze. Zobaczymy, czy nadasz się do czego innego. Stań za plecami tego psa i wbij mu nóż pod łopatkę, żeby prawowierni nie musieli brudzić sobie rąk”. Wyciągnął zza pasa handżar i podał mi go ukradkiem. Wstałem, a nieszczęśnik wyczuł snadź, że szykuje się coś złego, spojrzał na mnie i uśmiechnął się głupio kącikiem ust na widok mojej śmiesznej twarzy. Szeremet bej rzucił mu trzos, więc zaczął się kłaniać. Ścisnąłem handżar, ręka spociła się i omdlała. Ogarnęła mnie czarna wściekłość na mego dręczyciela, pijanego beja, na phańców i tego nieszczęsnego krewniaka cara, wydało mi się, że widzę jak przez dym i mgłę. Pchnąłem go pod lewą łopatkę i ostrze handżara wbiło się aż po rękojeść. Nawet nie wiedział, co się stało, otworzył tylko w jęku usta i padł na wznak, a wraz z nim zwalił się do mych stóp jego cień. Pohańcy wydali  okrzyk zdziwienia, złapali się za brody. Szerement bej popatrzył na mnie osłupiały. „Giaurze – powiada- umiesz ty dźgać  nożem. Maszallah* ! Gdzieś się tego nauczył, kapisyzie*?”. Odrzekłem, że udało mi się, gdyż bardzo go nienawidziłem i pchnąłem prawą ręką…

     Szeremet bej kazał wynieść trupa i wziął sakiewkę z dukatami, a dwóch barbarzyńców wszczęło kłótnię o szaty zabitego, gdyż były cenne, zdobione szychem.

     Ręce i nogi mi drżały, ale udawałem spokojnego, jakbym nie wiedział, co się stało owej nocy. W wielu domach nasi wciąż się bronili, wybuchały pożary. Gdy skończyło się opisywanie i liczenie łupu, przemknąłem się skrycie uliczką do naszego domu, bo dowiedzieć się czegoś o matce i siostrze.

     W domu pełno było pohańców i wróciłem…

     Czelebi Sulejman wysłał posłańców do Bajazyta z radosną wieścią i po rozkazy, jak ma postąpić z ludnością. Przez ten czas barbarzyńcy zrabowali wszystkie groby carskie, cerkwie i pałace. A gdy przybyli posłańcy z rozkazami od Bajazyta, syn sułtański oddał dowództwo jednemu z paszów, a sam pośpieszył do ojca, gdyż wcześniej obiecał nie grabić i nie chciał wyjść teraz na kłamcę.

     Już nazajutrz heroldowie ogłosili rozkaz sułtański – kożusznicy i rzemieślnicy mieli pilnować swojej roboty, a włos im z głowy nie spadnie. Kupcy niech otworzą stragany, a kto nie chce być rają*, niechaj przyjmie prawą wiarę… Poturczeni niewolnicy, derwisze i hodżowie rozpełzli się, by namawiać ludzi i słabi duchem ulegli pokusie. Pierwszy poturczył się bojar. Obwożono go na bogato przystrojonym koniu, za nim jechali obwieszeni bronią barbarzyńcy, oboje i bębny głosiły zwycięstwo. Żona bojara, z twarzą wtuloną w ferezję*, płakała i cały dzień ten pochód schodził z Carewca w dół, by mógł go zobaczyć koczujący tam naród. Wtenczas wybiła godzina złożenia wielkiej ofiary z tych stu dziesięciu najznakomitszych ludzi Tyrnowgradu, którzy za twoja sławę zapłacili własną krwią! Szermierzu słowa i najwyższej mądrości, czyś nie doznawał rozkoszy, wyobrażając sobie, że aniołowie pochylają się nad ich duszami jak urzeczeni ? Kiedy wyszedłeś z cerkwi Świętego Piotra i Pawła, by dać przykład tym, którzy przyjmowali obcą wiarę w słabości ducha, zrozpaczony naród podniósł wielki płacz i wielu poszło za Tobą jak stado za owczarzem, posłuszne twym strasznym słowom, a osmańcy zacierali ręce, węsząc okazję do nowej rzezi i grabieży. Z wysokości Carewca przeklinałem twoje szaleństwo i dusza szlochała nad wielkością twej zgubnej wiary. O, ty znałeś mroki serc i umysłów tej owczarni toczonej robakami herezji i wiedziałeś, że są one równie groźne co barbarzyńcy! Na własne oczy ujrzałeś chrześcijańskich wasali Bajazyta i tych, którzy przyjmowali lub byli gotowi przyjąć turban i pomnożyć armię bezbożników. Ale dodając otuchy, pocieszając i błogosławiąc, rozjuszyłeś barbarzyńców i wojewodę tureckiego, toteż po dniu świętych apostołów słowiańskich, dniu, w którym rozmyślnie przydałeś największą podniosłość swemu nabożeństwu, Turek rozkazał, aby stawili się przed nim wszyscy wielmoże w cerkwi bojarskiej, gdzie poszedłem kiedyś spotkać się z Szatanem, i aby każdy przywiódł z sobą pierworodnego syna. Na własne oczy widziałem janczarów stojących rzędem na dziedzińcu cerkiewnym. Janczarzy stali wewnątrz i na zewnątrz i pilnowali drzwi. Gdy ofiary weszły do cerkwi, stojący w oknie domu protowestiariosa Szeremet bej pogładził brodę i rzekł do swoich ludzi: „Ci dinduszmanie* albo wyjdą stamtąd jako prawowierni dionme*, albo orły będą miały z nich pociechę. A wtenczas ich bogactwa ucieszą nasze oczy”. Słyszałem jęki i szczęk jataganów, wściekłe krzyki janczarów. Wymordowano twe dzieci, a ich trupy rzucono na Orłowec. Zaś Szeremet bejowi przypadły w spadku po nich dwie wsie tuż koło Tyrnowgradu…

     A gdy rozniosła się wieść o zbrodni, odprawiłeś nabożeństwo żałobne za dusze męczenników, kołatki uderzyły pogrzebowo, podniósł się przeraźliwy płacz, każdy żyjący miał w sercu trwogę. Wtenczas urzeczony zamordowanymi rycerzami chrystusowymi, chciałeś pójść w ich ślady. Widzę cię teraz jeszcze, jak idziesz z pastorałem patriarchy w ręku przez podeptany, pohańbiony i ograbiony Carewec ulicą prowadzącą do pałacu, którędy szedłem kiedyś ja ubrany we włosiennicę, opluty i obsypany popiołem. Barbarzyńcy zbiegli się gromadą, oniemiali w obliczu twej wielkości i odwagi. A ty, ze wzrokiem utkwionym przed siebie, dumnie wyprostowany, posiwiały, z bladą twarzą, która promieniowała rozkoszą, szedłeś oskarżać Turka, który sprzeniewierzył się danemu słowu, i gotów byłeś spotkać się z dziewicą o czułych dłoniach…

     Święty ojcze, nie kończąca się ofiara zrasza krwią ołtarze ziemi, a tyś był jednym z kapłanów tego złowieszczego sakramentu! Obym nie kosztował chleba z twego stołu! Naród zasiadł przy innym – przy stole nieszczęścia, które nań ściągnęliśmy, i złożył na nim swe umęczone ciało…

     Dlaczego jednak rozgorzało we mnie jak jutrzenka po czarnej nocy pragnienie ujrzenia ciebie i rozmowy z tobą? Może znów chciałem uwierzyć w nieosiągalne, a może chciałem powstrzymać twoje szaleństwo?

      Na kolanach błagałem pohańca, by pozwolił mi spotkać się z tobą. I zgodził się, gdyż nie mógł się beze mnie obyć, gdyż nie miałby mu kto pisać i liczyć ani też zabawiać. Brał mnie za pomylonego mnicha i nalegał, abym się poturczył, mówiąc, że wezwie trzech hodżów na ceremonię, ale miało się to odbyć dopiero w Nikopolu – aby sułtan i paszowie mieli seir*. Przysiągłem, że włożę turban i Szeremet bej kazał dwom swoim pachołkom towarzyszyć mi do cerkwi.

XXIII

 

     Nad miastem świecił sierp księżyca, który czczą osmańcy tak, jak my czcimy krzyż, i szliśmy pomiędzy bezdomnymi koczującymi na ulicach i dziedzińcach. Straże chodziły we wszystkie strony, zewsząd dobiegał płacz dzieci, jęk starców i chorych, prośby głodnych. Jantra unosiła z sobą wspomnienia przeszłości Tyrnowgradu, wyły zdziczałe psy, w wielu miejscach płonęły ognie, przy których barbarzyńcy piekli owcze mięso. Tak dotarliśmy do cerkwi. Na zewnątrz stała straż, nie wpuszczała nikogo do ciebie. Zastukałem do przybudówki przeznaczonej dla duchownych, spodziewając się usłyszeć twój głos.  Serce waliło mocno, zapierało mi dech w piersi, a myśli plątały się i zapomniałem, co mam rzec. Od środka odezwał się nieznany głos, zapytał, kto idzie. Słysząc rozkaz ludzi Szeremet beja, człowiek ów otworzył drzwi i zobaczyłem dwie ławy do spania. Patrzył na nas młody diakon z czarną jak smoła brodą. Zrobił wielkie oczy, twarz mu zżółkła i wyciągnęła się z osłupienia. W żelaznym świeczniku postawionym na niskim stołku paliła się świeca, a na ścianie lampka oliwna pod dużą ikoną Zmartwychwstania. Diakon spytał po grecku, czego chcemy. Nie odpowiedziałem mu ― szukałem wzrokiem ciebie. I ujrzałem cię siedzącego tyłem do drzwi, bez kamiławki, w sutannie, i w pierwszej chwili pomyślałem, że klęczysz i modlisz się bezgłośnie.

     Pohańcy zajrzeli za drzwi i diakon powiedział: „Wasza Świątobliwość, przyszli…” A gdy odwróciłeś się, zobaczyłem jak bardzo posiwiałeś. Włosy, splecione w cienki warkocz, błysnęły jak jedwab na starczych plecach, twarz poorana bruzdami, tymi głębokimi bliznami nieugiętej woli i wycieńczających umartwień, była śmiertelnie znużona, ale oczy ― bystre, pełne blasku. Myślałem, że mnie poznasz, a ty patrzyłeś jak człowiek wyrwany ze snu i spytałeś, czego chcemy. Dałem barbarzyńcom znak, żeby się cofnęli, zamknąłem drzwi za nimi i powiedziałem: „Nie poznajesz mnie, władyko? Jestem Teofil, syn Teodora Samołaza, którego napiętnowaliście jak heretyka”. Patrzyliśmy sobie w oczy i wstałeś. Szukałem w twoim spojrzeniu zmieszania wywołanego moim pojawieniem się i śladów strachu, jaki przeżyłeś tego dnia na murach obronnych, ale nie dojrzałem ani jednego, ani drugiego. Patrzyłeś na mnie z nieufnością ― pewnie pomyślałeś, że się poturczyłem, przeto dodałem: „Jestem niewolnikiem pohańców i sługą Szeremet beja”.

     Diakon, usłyszawszy kim jestem, uklęknął na ławie pod ikoną i zaczął się modlić. Lampka skwierczała i na niskim suficie wiły się cienie. I gdy milczenie stało się nieznośne, usłyszałem, że mówisz jakby do siebie: „Tak, tyś to jest… Po coś przyszedł? By mnie sądzić? Teraz nie czas mówić o jednej zbłąkanej owieczce, ale o stadzie całym…”. Unikałeś widoku mej śmiesznej twarzy, która wyglądała złowieszczo owej smutnej nocy, i wiedziałem, że oskarża cię. Ale czyż mogło przerażać i dziwić cokolwiek tego, kto tysiące razy widział szatana i przeżył okropności tego miasta? Zmieszany wydobyłem z siebie dawno przygotowane pytanie: „Dlaczego posyłasz na śmierć najlepszych spośród twojej owczarni i dajesz pohańcom okazję do rzezi i grabieży? Czyż nie widzisz, że szatan macza w tym palec? Cóż stało się z najwyższym Jeruzalem, w imię którego zostałem przez was napiętnowany? Barbarzyński Mahomet zadrwił z nas i jesteśmy dziś podobni błaznom i głupcom” ― i przerażony zuchwałością pytań, dodałem: „Choć jestem Antychrystem, to duszę mam ludzką i cierpię. Nie miej mi tego za złe, ojcze”.

     Dostrzegłem w twych oczach ten twardy, pełen nieugiętej woli wyraz, który zniewala duszę i mówi więcej niż najmocniejsze słowa, a pamiętałem go jeszcze z czasów naszych spotkań w ławrze. Pomyślałem jednak, że moje oczy też tak kiedyś patrzyły i czy powinienem ci wierzyć?… A ty, zwiesiwszy zmęczoną głowę, rzekłeś łagodnie: „Widzę, że przyszedłeś mnie sądzić i że syn marnotrawny nie powrócił do ojcowskiego domu. Ale nawet w nim żywa jest nadzieja, że dotknie ręką ducha, aby się przekonać, iż istnieje naprawdę. Czyż nie pojmujesz, że barbarzyńcy przelali niewinną krew sprawiedliwych na swoją hańbę i dla zbawienia narodu bułgarskiego. Jeśli zaś wstydzisz się niewoli i cierpień i nazywasz je hańbą, czemuś nie przyjął wiary pogańskiej? Każdy, kto, bardziej niż Boga kocha siebie, zaprzeda się diabłu, jak uczyniło to już wielu słabych duchem”.

     Ja zaś rzekłem: „Czyżby Bóg pragnął naszej śmierci, by móc nas sądzić, i czyż sens życia jest w niebie? Jest jeszcze inny Bóg ― mahometański, on też pragnie naszej śmierci. Jeśli zaś on jest kłamstwem, to dlaczego miałoby nie być kłamstwem najwyższe Jeruzalem?”. Wiedziałem, że moje słowa jątrzą wieczną ranę duszy, którą ty leczyłeś balsamem wiary, a ja leczyłem niegdyś samozłudą i poetyckimi modlitwami. Jakże jednak miałeś przekonać się, luminarzu tyrnowski, o okrutnej prawdzie ziemskiej, skoro nawet to, co działo się wokół nas, nie mogło zachwiać twej szalonej wiary? Po umęczonej twarzy przebiegł cień gniewu i wałczyłeś z pokusą pozbycia się mnie jak najprędzej. Milczałem, milczałeś i ty ― być może opłakiwałeś mnicha-psalmopiewcę ze świętej ławry, którego ani ty, ani moc boska nie mogły wybawić i ustrzec przed szatanem.

     Ludzie Szeremet beja otworzyli drzwi i nalegali, żeby już pójść, ale odesłałem ich z powrotem. A widząc, że nie mam czasu opowiedzieć ci wszystkiego, czego nauczyłem się w Romanii, poprosiłem, abyś pobłogosławił moje przyszłe postępki. Spytałeś jakie i wyznałem ci, że poderwę niewolnych do walki i zemsty i będę wałczyć z ciemiężcą, gwałtem odpowiem na gwałt, przemocą na przemoc, oko za oko, ząb za ząb, gdyż grzeszna ziemia nie zna innych praw. „Oto, ojcze ― rzekłem ― porzucili nas carowie i bojarzy. Bóg chce śmierci, szatan nas oszukał. Ty, wiarą w najwyższe Jeruzalem, ja, odrzucając ją, dopomogliśmy w ujarzmieniu ziemi bułgarskiej. I kim będzie ten, który wyda na nas wyrok?… Nie odmawiaj błogosławieństwa…”. Lecz ty, odwróciwszy się do mnie starczymi plecami, rzekłeś: „Chcesz, abym pobłogosławił postępki szatana? Jeśli wydłubią oko temu, kto wydłubał tobie, nie przybędzie ci nowego oka. Odejdź, Teofilu! Ty nie zasiadasz już z nami przy jednym stole. Będziesz służył Szatanowi tak długo, jak długo Bóg pozwoli ci żyć. Czyżbyś nie wiedział, że wróg człowieczy wkrada się w boską działalność, by przydać jej chwały?…”. I przekonałem się, że próżna była nadzieja naszego pojednania. Pokłoniłem się tobie i osłupiałemu diakonowi, po czym rozstaliśmy się na zawsze…

     Nazajutrz, gdy wypędzono cię na zesłanie wraz z tysiącami ludzi skazanych na wysiedlenie do Azji, patrzyłem z wysokości Carewca, jak szedłeś obok karocy, którą dał ci wojewoda turecki, jak błogosławiłeś i pocieszałeś zapłakanych mężczyzn i kobiety, a oni całowali twe szaty i padali przed tobą na kolana. Słyszałem płacz i szlochanie ― mężowie rozstawali się z żonami, dzieci z rodzicami, i strażnicy barbarzyńscy odciągali ich, rozrywając ostatni, pożegnalny uścisk…

     Żegnaj, luminarzu tyrnowski! Wraz z tobą odchodził nierzeczywisty świat, którego ty byłeś ostatnim arcykapłanem. W miejsce szczęśliwości pojawił się na ziemiach bułgarskich i władał ― Antychryst. Przypominam sobie słowa archanioła Michała, wypowiedziane do Bogurodzicy podczas jej wędrówki po piekle: „Dokąd chcesz pójść, błogosławiona? Na wschód, na zachód, na prawo i lewo ― wszędzie okrutne męki”. Tyś był światłością narodu, która nim zgasła, zajaśniała na jego nieszczęście i, jak każda światłość, złudnie przyciągała swą wspaniałością!… Zadaję sobie pytanie: co stałoby się na ziemi bułgarskiej, ogarniętej chorobą diabelską, gdyby nie zawładnął nią ród ismailski? Czyż nie byłaby królestwem diabła, któremu Bóg pozwoliłby swobodnie rządzić?…

     Nastała cisza i hodżowie głosili chwałę Boga-zwycięzcy. Patrzyłem pod stopy na wyścielające ulice kamienie rzeczne, poprzerastane zwiędłymi kępami traw, na światło dnia, niosące obietnicę pokoju, i nie śmiałem podnieść głowy ku niebu…

     Zbliża się koniec mego nieszczęsnego żywota. Pozostaje mi tylko napisać, co uczyniłem, nim uciekłem z niewoli pogańskiej. Stało się to w lipcu, gdy zamiast upałów, nastały ulewne deszcze z gradem i Szeremet bej otrzymał rozkaz wyruszenia ze swymi ludźmi do Nikopola. Niechętny wyjazdowi był jego oddział ― zła pogoda nie sprzyjała grabieży, a i nie było co grabić, gdyż tą drogą przeszło już wiele wojsk barbarzyńskich. Bej i dowódcy jechali konno, a ja grzęzłem w błocie, krocząc u boku bejowego konia i chowając za pazuchą torbę z inkaustem, zwoje rachunków i laski karbowe. Pod wieczór, ubłoceni i mokrzy, dotarliśmy do wsi bojarskiej, w której była wieża. Leżała jednak w gruzach, toteż Szeremet bej rozkazał ustawić skórzany namiot na wyłożonym płytami podwórzu jednej z chat, mającej grube, dębowe drzwi. Przed ucieczką gospodarze pościągali do środka słomę i siano wraz z rozmaitym sprzętem gospodarskim. Dom zajęli czausze i każdy pohaniec ruszył na wieś szukać dachu nad głową i buszować za łupem.

     W zwalonej wieży znalazłem gąsior wina. Szeremet bej kazał przynieść je sobie do namiotu, rozścielić węgierski skórzany siennik i usiąść przy nim. Zzułem mu buty, rozłożyłem obrus do wieczerzy. Był przemoknięty, zły, ale gdy rozpaliłem lampę, spróbował wina i rozweselił się. Deszcz bębnił po dachu namiotu, którego boki były opuszczone. Chciał zobaczyć, czy zwoje z rachunkami są suche i rzekł: „Drugiego takiego kiatipina* jak ty próżno szukać w całym zwycięskim wojsku. Gdyby nie ten keder*, z którym wyglądasz jak sersem*, zostałbyś ketip baszą* samego padyszacha. Nie ujdzie płazem ten grzech niewiernym. Powiadasz, że napiętnowali cie za herezję-merezję przeciwko waszemu miskin* carowi i przeciw Jezusowi, którego i nasi hodżowie mają za kodża* proroka. Jeśli to prawda, to po coś chodził do Eutymiusza? Abdal* z niego, uparty. Allah zesłał pełno abdali*, by mądrzy mieli z nich pożytek”.

     Dałem mu do jedzenia zimne pieczone jagnię i nalewałem wino do glinianej czarki. A wino było stare, mocniejsze niż najmocniejszy miód. „Już niedługo ― powiada ― przyjmiesz prawą wiarę, muszę nauczyć cię żyć po muzułmańsku. Wszystko, co głoszą wasze giaurskie księgi, jest kłamstwem. Świat jest snem ― dla jednych krótkim, dla innych dłuższym. Jeśliś erba* ― lwie życie cię czeka, jeśliś kekaw* ― pośmiewiskiem będziesz.  W świętym Koranie pisze, że eden jest dla prawowiernych. Maszallah! Zobaczymy, jak tam będzie… Ale czy to źle pożyć sobie przyjemnie na tym świecie? Bez tego ani dobro, ani zło nie mają lezetu*…”

     Owego wieczora nienawidziłem go najbardziej. Jego słowa przywoływały z pamięci życie u heretyków, gdy w oczach podstępnie igrał szatan i nie myślałem co dobre, a co złe. I patrząc jak szarpie owczy łój, jak żuje go szerokimi szczękami, widziałem w nim swój dawny obraz i pytałem się, czy i teraz nie jestem taki sam. Cóż jednak jakiś tam barbarzyńca mógł wiedzieć o moich pełnych męki dniach i nocach, o moich boskich widzeniach w klasztorze i świętych zwątpieniach? Były to najpiękniejsze chwile w życiu, opromienione światłością boskiego kłamstwa, i wspomnienie ich wciąż jeszcze było mi droższe nade wszystko! Kto mu dał prawo mówić tak o Eutymiuszu? Eutymiusz nauczał mnie słowami żyjącego we mnie diabła i diabeł łączył nas trującym węzłem nienawiści… Poczułem, że krew uderza mi do głowy i postanowiłem zabić go tej nocy. Nie tylko za bezwstydną mądrość barbarzyńską, nie tylko za matkę i wziętą w jasyr siostrę, nie tylko za tych, których zamordował, za noce, podczas których bezcześcił dziewczęta i kobiety, za tyranię mojej duszy, ale i za to, że czuł się szczęśliwy w swej władczej samowoli… Prawda o mnie samym napawała mnie niepohamowaną nienawiścią do barbarzyńcy i wiedziałem, że albo on odejdzie z tego świata, albo ja… I słuchając bębnienia deszczu po dachu namiotu, które jakby przyklaskiwało uparcie memu zamiarowi, obmyślałem, jak mam to zrobić.

     Parę razy dobywałem z biesag gotowane jajka i miód na zakąskę do wina. A gdy dano trąbką znak, że czas karmić konie, Szeremet bej przypomniał sobie o swoim, więc poszedłem do chaty po siano. Czausze rozpalili ogień, żeby wysuszyć bębny. Wszyscy poszli pod szopę obok zwalonej wieży, gdzie były uwiązane konie. Wyniosłem dużo słomy i nie zauważony w deszczu, ułożyłem ją pod oknami. Potem nakarmiłem bejowego konia i wróciłem do namiotu. Mój pan nie przestawał pić, chwalił bojarskie wino i złościł się, że we wsi nie znaleźli ani jednej kobiety. Świeca w lampie dopalała się, więc włożyłem nową. Zobaczyłem wtedy na mokrej opończy w kącie namiotu pochwę z ciężkim jataganem i szablę damasceńską, którą Szeremet bej odpiął był od siodła. Czausze wrócili, zostawiając konie bez straży. Nastała czarna noc, deszcz padał raz gruby, zmieszany z gradem, raz drobny, jakby przesypany przez sito, i nad opustoszałą wsią wisiała głucha cisza.

     Miast uśpić, mocne wino ożywiło barbarzyńcę. Zielone oczy świeciły się jak u kota, strzelał palcami, wyobrażał sobie, że tańczy, sam już nie wiedział, czym ma się zabawić i w końcu rzekł: „Dalejże, zaśpiewaj wasze giaurskie pieśni, które śpiewają wasi hodżowie! Jak byłem na müstahfyzlik* w Kipsali, słyszałem greckie pa, ni, zo, ke… Do maane* podobne, znasz je? Ale są tez i ładne.”

     Pomyślałem chwilę i zaśpiewałem psalm, który śpiewa się umarłym i który wiele razy śpiewałem na grzesznej ziemi. Zaśpiewałem go uroczyście, pełnym głosem i do oczu napłynęły mi łzy ― nie dlatego, ze tej nocy miałem zabić swego ciemiężcę, ale z litości nad sobą, gdyż psalm wrócił mnie w myślach do dni przeżytych w klasztorze. Dławiła mnie jakaś nieznana męka. Naznaczona piętnem twarz musiała być bardzo śmieszna, kiedy śpiewałem psalm, gdyż Szeremet bej chichotał, klepał się po udach i wołał: „Aszkolsun*!”, przyzywając tym samym swój los. Zabawiałem go tak do północy, Az uśpił się winem i zwalił na siennik. Nim zasnął, kazał podłożyć sobie opończę pod głowę i polecił mi iść spać do czauszów. Włożyłem do lampy nowa świecę i postawiłem na ziemi, wymknąłem się z namiotu i odemknąwszy ciężkie, dębowe drzwi chaty, za którymi było dużo słomy, zrobiłem w niej sobie legowisko i położyłem się. Deszcz pluskał, wiatr ciął nim i bębnił po szerokiej strzesze. Leżałem tak godzinę, może dwie ― nie wiem i nie pamiętam ile ― i słuchałem chrapania czauszów w izbie. Wtedy wstałem i wyszedłem na czworakach, zaryglowałem żelazne skoble drzwi grubym drągiem i bezszelestnie wśliznąłem się do namiotu. Wiedziałem, że pijany bej nie pomyśli o zasznurowaniu drzwi namiotu rzemieniem. Spał na wznak, rozkraczywszy krótkie nogi w szarawarach. Lampa oświetlała spoconą twarz pogrążoną w błogim śnie, z ust pod jasnym wąsem wyciekała cienka strużka śliny i połyskiwała. Turban zsunął się z szerokiego, do połowy ogorzałego przez słonce czoła. Podczołgałem się od tyłu i za jego głową namacałem ciężki jatagan wsadzony w kanciastą pochwę z bawolej skóry. Nasmarowane oliwą ostrze wysunęło się z łatwością, oślizłe jak wąż. Uklęknąłem, gdyż namiot był niski i jatagan mógłby zawadzić o dach. Chwyciłem oburącz kościaną rękojeść i nim wziąłem zamach, ujrzałem przed sobą wielkiego męża.  Patrzył na mnie i wyszeptałem: „W imieniu najwyższego Jeruzalem i swoim, pobłogosław, władyko!”. Szeremet bej jakby się uśmiechał… I jatagan przeciął jego sny…

     Wyszedłem z lampą i przez szparę w drzwiach podpaliłem słomę. Potem podpaliłem słomę pod oknami i uciekłem w ciemność z zakrwawioną gunią. Gdy dotarłem do lasu (na chybił trafił w stronę Tyrnowgradu), widziałem chatę stojącą w płomieniach, słyszałem piski czauszów i krzyki pohańców we wsi…

     Kończy się dzień i jutro wyruszam w drogę. Powiadają, że gdzieś między Sliwenem a wsią Maren, z której wysłannicy Murata uprowadzili niegdyś siostrę Sziszmana, była jeszcze wolna ziemia bułgarska. Tam wyruszam…

     Widzę lecącego ptaka. Dokąd lecisz, ptaku? Zwierz przebiega lasem. Dokąd śpieszysz? Kto was przyzywa, kto was prowadzi i dokąd? Dokąd zmierzasz i ty, człowiecze?… Jak powiedziane jest w Ewangelii ― i ujrzę tego, którego przybito do krzyża, a kto dostrzeże mnie, pohańbionego Bułgara?

                                                                                             

Przypisy                                                

(w porządku alfabetycznym)

                

                abdal (tur.) – głupiec.

 agape – uczta obrzędowa u pierwszych chrześcijan; tu: modlitwy przedobiednie, rozmowy z Bogiem.

                akakija (gr. ) – jedno z insygniów władzy carskiej.

akindżijski (tur.) – dotyczący akindżii, żołnierza najemnego. Akindżija znaczyło także rozbójników.

                Aleksander Makedon – zniekształcone w wersji apokryficznej imię Aleksandra Macedońskiego.

                 archijerej – arcykapłan, wyższy duchowny w kościele prawosławnym

                 archimandryta – przełożony klasztoru w kościele prawosławnym; także tytuł honorowy.

 aspra – bizantyjska srebrna moneta z XIII- XV wieku. Potem nazwa ogólna monet srebrnych.

                 aszkolsun (tur.) – brawo, niech żyje!

                 Azbuczna modlitwa, Progłas – patrz niżej.

  binbaszin (tur.) – starszy rangą, wódz.

            bogomilski – dotyczący bogomiłów, sekty religijnej wyznającej manicheizm. Bogomiłowie mieli w X – XIV wieku ogromne wpływy na terenie Bułgarii. Pozostawili po sobie wiele utworów apokryficznych.

  Carewec – wzgórze w Wielkim Tyrnowie; w okresie, gdy miasto było stolicą Bułgarii,         zamek na Carewcu był siedzibą carów bułgarskich.

 Carogród – dawna słowiańska nazwa Konstantynopola.

                 chartofilaks (gr.) – urzędnik mający piecze nad dokumentami państwowymi.

                 czausz (tur.) – sierżant turecki.

                 czelebi (tur.) – pan, władca.

                 damaskiny – utwory cerkiewne o tematyce religijno-moralizatorskiej; nazwa pochodzi od Damaskina Studyty, pisarza bizantyjskiego.

                demosios (gr.) – skarbiec.

 Dewingrad (Dewin) – cześć średniowiecznego Tyrnowa.

  diakon – duchowny w kościele prawosławnym mający święcenia uprawniające do udzielania chrztu, komunii itd.

  dikir (gr.) – świecznik dwuramienny

                  dinduszmanin (tur.) – nieprzyjaciel wiary.

                  dionme (tur.) – innowierca, który przyjął muzułmanizm.

   efimerios (gr.) – duchowny, na którego przypada kolei odprawiania mszy.

                   erbap (tur.) – odważny.

                   eskekeszisz (tur.) – stary mnich.

                   ferezja – rodzaj kobiecego okrycia wierzchniego z kapturem, noszą je kobiety tureckie.

    fodul (tur.) – określenie człowieka oddanego bez reszty jakiejś idei.

    frynskie miasto – miasto francuskie, zniekształcona nazwa tej części średniowiecznego Tyrnowa, którą zamieszkiwali osadnicy z Europy Zachodniej.

                    ginekeion (gr.) – gineceum, część domu przeznaczona dla kobiet.

                 Gogoj i Mogotoj – apokryficzne imiona Goga I Mogoga; wg Apokalipsy dwa narody pogańskie, które miały zburzyć Ziemię Świętą; tu: symbolizują Antychrysta.

                     herezja masaliańska – religia wyznająca dualizm manichejski.

            hesychaści – wyznawcy hesychazmu, rozpowszechnionej w XIII i XIV wieku filozofii mistycznej, która nawoływała do „złączenia się” z Bogiem poprzez ascezę i życie w milczeniu. Hasychaści twierdzili, że światłość nadprzyrodzona, która otaczała Chrystusa na górze Tabor, jest formą ujawniania się Boga na ziemi i ujrzenie jej możliwe jest poprzez ascezę, życie kontemplacyjne i nieruchome wpatrywanie się w swój pępek. Hasychazm był oficjalnym kierunkiem filozoficzno-religijnym cerkwi bizantyjskiej, rozprzestrzeniał się też w Bułgarii.

                    hipodiakon – duchowny prawosławny nie mający jeszcze wyższych święceń.

                    igumen – przełożony klasztoru prawosławnego;  opat, przeor.   

                    igumenaria – reprezentacyjna sala klasztoru, w której przyjmuje igumen.

    Jantra – rzeka przepływająca przez Tyrnowo

                     jerodiakon – mnich ze stopniem diakona.

                     jeromonach – mnich mający stopień kapłana/

                     kaifir (tur.) – człowiek niewierzący, niewierny.

                     kamiławka – nakrycie głowy u duchownych prawosławnych.

                     kapisyz (tur.) – zbir, łotr.

                      kastrofilaks (gr.) – dowódca twierdzy.

                       katepan (gr.) – dowódca wojskowy, stojący na czele katepanatu (okręgu wojskowego).

                       keder (tur.) – wada, kalectwo.

                       kefalios (gr.) – namiestnik prowincji, dowódca twierdzy.

                       kekaw (tur.) – głupiec, niedołęga.

                       kerata (tur.) – nędznik, bękart.

                       kerim (tur.) – szlachetny, szczodry, wielkoduszny.

                        keszisz basza (tur.) – wódz-mnich.

                         ketip basza (tur.) – główny pisarz, sekretarz.

                         kiatipin (tur.) – sekretarz, pisarz.

                          kir (gr.) – pan.

                          kodża (tur.) – znaczny, duży.

        Konstanty Presławski – pisarz starobułgarski (IX – X w.), uczeń Metodego, jeden ze współtwórców „złotego wieku” w kulturze bułgarskiej. Przypisuje mu się autorstwo dwóch najwcześniejszych utworów poetyckich: „Progłasu” i „Azbucznej modlitwy”.

                            kubikolarios (gr.) – usługujący w sypialni

                             lezet (tur.) – rozkosz.

                              maane – rodzaj tureckiej pieśni ludowej.

                              maszallah ! (tur.) – brawo !

               metoch – filia klasztoru.

                               miskin (tur.) – nieszczęsny, żałosny.

                               müstahfyzlik (tur.) – wyprawa, w której brali udział müstahfyzi.

                               mustahfyz (tur.) –             obrońca, żołnierz rezerwy, uczestnik pospolitego ruszenia.

                                papaz (tur.) – duchowny, pop.

                                paraman – cześć stroju mnicha, rodzaj podwójnej, przewiązanej na krzyż wstęgi, noszony przez nowicjuszy.

                                paulicjanie – sekta religijna wywodząca się z Armenii, wyznająca manicheizm, odrzucająca Chrystusa, Stary Testament, sakramenty.

                                perpera – złota moneta bita z Bizancjum od XII wieku.

                                primikerios (gr.) –  tytuł urzędniczy na bizantyjskim i bułgarskim dworze carskim; zarządca dworu.

                                 protokeliotis (gr.) – adiutant cara.

                                  protostrator (gr.) – naczelny wódz.

                                  protowestiarios (gr.) – minister finansów i zarządca skarbca (deosiosu).

                                   psalmodia – intono ni  e, śpiewanie psalmów.

                                   raja (tur.) – ludność niemuzułmańska.

                                   Romania – dawna nazwa cesarstwa bizantyjskiego.

                   

                     rzędować (stpol.) – układać po kolei.

                                     samara – siodło juczne.

                                     sandżak (tur.) – obszar administracyjny, cześć wilajetu.

                                      seir (tur.) – widowisko.

                                       sersem (tur.) – głupiec, złośliwiec, uparciuch.

                        sewast (gr.) – tytuł bojara bułgarskiego.

                                        silentiaros (gr.) – członek silentionu, zgromadzenia najwyższych dygnitarzy świeckich i duchownych; dygnitarz.

                                        siurme (tur.) – zatyczka, rygiel.

                         sobotnicy – sekta religijna w średniowiecznej Bułgarii; ludzie spotykający się w soboty z dziwożonami, rusałkami.

                                         spahis (tur.) – właściciel posiadłości ziemskiej, który szedł na wyprawę wojenną jako jeździec.

                                          subdiakon – duchowny prawosławny mający pierwsze święcenia wyższe

                                          synkletos (gr.) – senat, zgromadzenie starszych.

                         Teodozjusz Tyrnowski (zm. 1363) –  przedstawiciel hesychazmu bułgarskiego.

                                         Trapezica – wzgórze w Wielkim Tyrnowie, w średniowieczu miało charakter obronny.triod – utwór cerkiewny poświęcony drodze krzyżowej, księga liturgiczna.

                                           tropar – (z gr. troparium) – krótka pieśń włączona między modlitwy chóralne, o charakterze dydaktycznym, pouczająca o prawdach wiary.

                                            westiarios (gr.) – tytuł urzędnika podatkowego.

                                            wielki logoteta (gr.) – pierwszy minister cara.

                                             ziemia karwunska – nazwa regionu, którego centrum był prawdopodobnie dzisiejszy Bałczik.

                             zograf– malarz ikon

. . : : M E N U : : . .

Przekłady i Publikacje

. . : : L I N K I : : . .