Bojan Biołczew, Blizna

Autor: admin. Kategorie: Bojan Biołczew, Blizna; Polonistyka bułgarska; Przekłady prozy .

Bojan Biołczew, ur. 1942 w Soffi, badacz literatury polskiej, pisarz, scenarzysta. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim (przez pewien czas był moim lektorem języka bułgarskiego – Wojciech Gałązka), profesor Uniwersytetu Sofijskiego i jego rektor w latach 1999-2007, ma duże zasługi dla rozwoju polonistyki bułgarskiej; autor m.in. rozpraw: Pytjat na edno Wyzrażdane. Samobitnost i europejski tradycji w poezijata na połskija Renesans, Sofia 1987 (Na drodze Odrodzenia. Oryginalność i tradycje europejskie w poezji polskiego Renesansu) oraz Po drugiej stronie mitu, Kraków 2004 (Otwyd mita, Sofia 1999) o A. Mickiewiczu.
Jest autorem powieści: Oczite płaczat razliczno, 19881 (Z oczu płyną różne łzy), Saturnow kryg, 1989 (Pierścień Saturna), Amazonka na Baroe, 2005 (Amazonka z Baroe – nagroda „Wik” w 2006) oraz Antarktida – okoto na Kosmosa, 2011 (Antarktyda – oko Kosmosu, z gatunku powieści reality), a także kilkunastu zbiorów opowiadań, publikowanych od 1975 roku: m.in. Probużdane, 1975 (Przebudzenie), Biuro namereni weszti prez 2001 g., 1992 (Biuro rzeczy znalezionych w 2001 roku), Niszto za prodan, 1994 (Nic na sprzedaż), Dyrżawata Uraria, 1998 (Państwo Uraria), Beleg, 2006 (Blizna), Leten snjag, 2008 (Letni śnieg).
Był uczestnikiem wypraw na Antarktydę i jego imię nosi jeden z tamtejszych szczytów.

Wszystkie publikowane poniżej opowiadania pochodzą z tomu Beleg (Blizna).

 

 

 Puch

 

Te dwa łabędzie nie opuszczały zatoki już trzeci dzień.
Tylko człowiekowi te ptaki wydają się nie na swoim miejscu w słonej wodzie. Im ona wcale nie przeszkadza; najwidoczniej nie słyszały łzawych westchnień w sentymentalnych pieśniach, gdzie łabędź jest śnieżnobiałym punkcikiem unoszącym się jedynie na falach jeziora.
Te łabędzie nie opuszczały zatoki i to zwróciło uwagę ludzi – ową medytacyjną uwagę, wynikającą z rozważania, dlaczego coś nie jest jakoś tam.
Miałem bez dwóch zdań lepszą możliwość obserwacji aniżeli ludzie na brzegu. Podwodne połowy pozwalają widzieć z dołu, z głębi – piękny ptak staje się białą tacą na dwóch śmiesznie rozkraczonych nogach, machających nieustannie w stronę dna, jakby żegnały się z byczkami przed odlotem.
Ale one nie odlatywały. Pod wodą mogłem zbliżyć się do nich na małą odległość, nie płosząc ich. I zauważyłem, że lewe skrzydło jednego z nich jest ciągle zanurzone w wodzie. Ptak nie był w stanie przyciągnąć je do ciała.
Już z brzegu, przypatrując się nieśpiesznym ruchom tych nierozdzielnych przybyszy do zatoki, przy której leżała mała nadmorska wioska, zdałem sobie sprawę, że mimo sporej odległości nienaturalne położenie skrzydła widoczne jest wyraźnie.
– To łabędzica – oznajmił jeden z miejscowych, usłyszawszy, co zobaczyłem dokładnie pod wodą – jak ma złamane skrzydło, to nie może latać i łabędź jej nie zostawia.
– Jak doszedłeś, że to łabędzica? – spytałem.
– Jakby to był łabędź, to zostałby sam. Łabędzice odlatują i nie czekają. Łabędź zostanie z nią dopóki nie wydobrzeje albo dopóki nie umrze.
Przez wiele lat pracował jako latarnik i przed jego oczami przewinęły się dziesiątki łabędzich par w zacisznych zatoczkach półwyspu, ponad którymi latarnia wznosi się niczym postawiony na głowie znak zapytania.
Miał już swoje lata, jak wszyscy spośród trzydziestu rdzennych mieszkańców wioski, dziwnie sprawiających wrażenie cudzoziemców wśród wczasowiczów i własnych, przybyłych na wakacje wnuków. Garstka powykrzywianych artretyzmem i przygniecionych wspomnieniami – znużonych czarnych łabędzi w morzu nowego świata.
Wieczorem w gospodzie wspomniał ponownie o rannej łabędzicy. Kilku mężczyzn, którzy zasiedli do wspólnego picia, skinęło potakująco głowami. Potem zaroiło się od bałamutnych opowiastek o zakochanych delfinach, umierających z tęsknoty wilkach i odwiecznych bałamutnych mądrościach, że ludzie nie są zdolni do takiego przywiązania. Wszyscy oni byli wdowcami, albo panicznie stronili od swoich staruszek. I nijak nie przychodziło im do głowy, że po prostu człowiek żyje bardzo długo, nie przypadło mu w udziale żyć krótko, toteż ma dość czasu, żeby mu się wszystko znudziło.
Wszystko, o czym się powie w gospodzie, staje się wiadome w całej wsi, o jakiej bądź porze.
I tym razem nie było inaczej.
Po kilku dniach ranny łabędź zniknął.
Dzieciarni udało się dopaść w wodzie wycieńczonego ptaka.
I z typowym dla dzieci okrucieństwem, będącym w gruncie rzeczy przejawem ciekawości i naśladowaniem świata dorosłych, spróbowała upiec go na ogniu.
Słyszałem ją wykrzykującą, że mięso łabędzia, ile by nie opiekać, nie nadaje się do jedzenia.
Na pustym brzegu widziałem ślady tego krwawego dziecięcego kaprysu. Stercząca z piasku skała przypominała ołtarz ofiarny. Wiatr natychmiast pochwycił pióra i zaniósł je na spokojne wody rzeki. Ale na kamieniu pozostał przylepiony do krwi puch.
Tak ma wygląda miłość – puch nasiąknięty krwią? Tak ma wyglądać miłość – wszystko, co pozostaje po fali głupawego okrucieństwa, powodującej nami w upadkach, wzlotach i w różnym czasie naszego życia?
Łabędź przebywał w zatoce przez kilka następnych dni. Pływał niespokojnie, wpływał do rzeki i natychmiast wypływał z powrotem, zatrzymywał się i rozglądał, zanim znowu popłynął dalej. Najwidoczniej szukał łabędzicy, bez której nie chciał odlecieć.
A jednak odleciał. Miałem ten smutny fart widzieć jak zaczyna machać skrzydłami, jak ociężale wzbija się do góry, wyciągając szyję w kierunku nowego lotu.
Przy podrywaniu się do góry gołębi słychać jakby odgłos oklasków. Po krótkiej chwili są już w górze, stają się bezgłośnymi, rozedrganymi przecinkami.
Skrzydła tego wielkiego ptaka, rozgarniając nadmorskie powietrze, wydawały potężny świst
Wzbił się, zatoczył koło nad zatoką, po czym zawrócił raptownie i przeleciał nad moją głową na południe w stronę innej zatoki.
Łabędź zniknął w sinej mgle jak to bywa w przebrzmiałych sentymentalnych piosenkach, a do mnie doleciał powiew ostatniego machnięcia jego skrzydeł – jakby jakiś bóg, mając łzy w oczach, klasnął w dłonie, pełne zakrwawionego puchu.

Kwiaty

                                                                                                                                                 Grediemu Assie

Opowiadań o miłości jest bez liku. Dużo wdzięku ma w sobie opisywanie, jak jedno nie może bez drugiego, jak to drugie nie może bez pierwszego, a oboje razem bez siebie. Życie nie jest jednak partyturą dla batuty świadomego finału dyrygenta, a kalejdoskopem w ręku ślepca.
Oprócz miłości narkotycznej jest miłość natrętna, miłość wydumana, miłość upadła, miłość leniwa, jest też miłość od trzeciego wejrzenia, miłość bez wielkich słów, są wielkie słowa o miłości, wypowiedziane bez zaznania miłości… A jest też miłość platoniczna, unosząca się niezmiennie w powietrzu jak dym z papierosa, miotany w obydwie strony oddechem mężczyzny i kobiety.
Którakolwiek z nich nie stałaby się udziałem faceta, wychodzi z tego cało, nie zdając sobie sprawy, że jednak uboższy.
Było to na ostatnim roku moich studiów. Świat wreszcie dał sobie spokój ze zwykłymi rewolucjami i dopiero co poczęła się seksualna – jedyna, mająca sens ze studenckiego punktu widzenia. Byłem jakimś tam Bułgarem w Krakowie. Miasto nie wykazywało żadnego zainteresowania moją osobą. Zanurzałem się w nim – cudzoziemiec i swój zarazem, związany z nim i zarazem nieprzystający. Z dziewczynami szło łatwo, czasy były mało klarowne, młodość nie znała litości, a ja nie wiedziałem jeszcze, kim jestem, i miałem nadzieję, że się dowiem, choć życie po latach miało mi dowieść, że nie obdarzy mnie odpowiedzią, a jedynie pozwoli mi zadręczać się ciekawością względem tej kwestii.
Przez długi czas nie udawało nam się spotkać. Kiedy miłość nie może pokonać przeszkód, to znaczy, że ich szuka.
Była wysoka, cokolwiek zamyślona i, nie wiedzieć czemu, włosy miała ufarbowane na kolor żałobno-czarny. Oczy miała jednakże niebieskie jak blondynki z północy. Cera też zdradzała, że jest naturalną blondynką. Trafialiśmy na siebie często w klubie studenckim, gdzie zazwyczaj dudnili Rolling Stonesi i pary falowały widmowo, poćwiartowane przez kolorofony jak na obrazach Picassa. Tańczyliśmy i zachęcała mnie do siebie, poddając się moim ramionom, a potem wychodziliśmy. Kiedy patrzyłem na nią przeciągle, podniecenie ją rozpalało i na szyi pojawiały się widoczne czerwone plamy. Wiedziała, że ta alergia emocjonalna się uzewnętrznia, okropnie ją to krępowało i dlatego niemal zawsze miała na sobie polo.
Za jakiś czas znowu tańczyliśmy w klubie. Wypiłem wcześniej na chybcika kilka wódek i miałem wrażenie, że oboje jesteśmy jakby na długich, cienkich nogach, sporo nad podłogą, zupełnie jak na obrazach Salvadora Dali. Wsparła bródkę na moim ramieniu i powiedziała:
– Chcesz przyjechać w sobotę do mnie? Do Wadowic. Ojciec jest malarzem i prawie zawsze pod koniec tygodnia wybywa z domu. Maluje na łąkach i zostaje na noc u różnych przyjaciół. Pije z nimi, ma się rozumieć.
Myśl, że będziemy sami w domu z czystą, miałem nadzieję, pościelą i poza grafikiem zezwalającym na pobyt od drugiej do szóstej, podziałała na mnie jak kolejna wódka. Skrywany, chcąc nie chcąc, brak pewności siebie wobec dziewczyny prysł nagle i odwieczna męska ochoczość zatriumfowała w dołku, szukając dla siebie miejsca wśród wódek.
Nie pamiętam, czym jechaliśmy. Chyba autobusem, zatłoczonym ludźmi ze wsi, których ubywało na kolejnych przystankach, ale pozostawiali po sobie zapach sera i byle jak wypranych skarpetek, wchodzący w kombinację z oddechem kaszlącej rury wydechowej.
Dom był piętrowy, zapuszczony totalnie, zwłaszcza przy samym wejściu. W korytarzu była niezliczona ilość męskich butów, niczym w koszarach, ale wszystkie były pokryte starym kurzem i to nieuchronnie prowadziło do wniosku, że tylko jedne nie są zakurzone, te, które są bez przerwy na nogach jej ojca.
Weszliśmy do gościnnego. Ściany były bez wyjątku obwieszone obrazami. A obrazy przedstawiały bez wyjątku kwiaty. Wyłącznie dziko rosnące. Ani jednego kwiatka w wazonie.
Dziewczyna rozejrzała się przezornie i w tym samym momencie łupnęły drzwi i pojawiła się w nich szopa włosów w nieładzie, spod których wyzierała kamienna twarz o oczach nadzwyczaj podejrzliwych. Malarz był zwalisty i bez zahamowań i, co najważniejsze, nie wiadomo dlaczego nie pognał malować na pola i łąki, tylko odrzucał te swoje kędziory na boki w domu.
– Co to, przyjechałaś w sobotę? – ryknął. – Mówiłem ci, że masz przyjeżdżać w niedzielę!
Zesztywnieliśmy oboje. Malarz przyjrzał się córce od stóp do głów, ani przez chwilę nie zwracając uwagi na mnie, ale okazało się to złudne:
– I co to za jeden, którego mi tu sprowadzasz? Po co go tu sprowadzasz? Co to za jeden?
Wybrała odpowiedź najbardziej nieadekwatną, ale za to całkowicie nie rozmijającą się z prawdą:
– To Bułgar.
– Bułgar! – zadudnił znowu swoim głosem jej ojciec. – Skąd mam wiedzieć, że to Bułgar. A może nie Bułgar. Może jakiś Saracen. Ej, ty – wskazał mnie palcem, celując nim między oczy – wiesz, kto to byli Saraceni. To hiszpańscy Arabowie, co zabili rycerza Rolanda.
– Wiem. Braliśmy w szkole „Pieśń o Rolandzie”.
– Już ja ciebie znam, tere-fere! Coś ty właściwie za jeden, a?
– Saracen – odparłem.
Po raz pierwszy na mnie spojrzał. W jego oczach zaiskrzyło coś, co mogłoby uchodzić za zaciekawienie.
– Żaden z ciebie Saracen, ot co! Dlaczego masz niebieskie oczy?
– Bo jestem Saracen niebieskookim.
– Saracen! – stwierdził z naciskiem, zakręcił się na pięcie i wypadł z powrotem przez drzwi, przez które wszedł.
– Wybacz – dziewczyna nieomal jęknęła. – Nigdy go nie ma w domu o tej porze… Wybacz!
Drzwi znowu łupnęły. Najwidoczniej były przystosowane do otwierania kopniakiem. Malarz w jednej ręce przytrzymywał palcami za dno dwa kieliszki, a w drugiej ściskał wypełnioną do połowy butelkę.
– Napijemy się po kieliszku?
Jego córka westchnęła i zniknęła gdzieś w innej części domu.
Pojawiła się niebawem z cienko pokrojoną słoniną na talerzu. A my siedzieliśmy już przy stole i malarz nalewał drugi kieliszek, jako że pierwszy wychyliliśmy w oka mgnieniu. Historia nie zna przypadku, żeby dwóch facetów, Saracenów czy innych, którzy postanowili wypić po jednym, poprzestali na tym jednym.
– Czy uczyli was – powiedział – że głowę Rolanda ścięto mieczem? Co ty na to?
– W pieśni się o tym aż tak dokładnie nie mówi.
– Jak to nie mówi się? Przecież poeci to nie rzeźnicy… Saraceni mieli specjalną machinę. Mocują do niej człowieka i machina ukręca mu łepek. Stamtąd wzięło się powiedzenie – ukręcę ci łeb. Skąd wzięłoby się powiedzenie, gdyby nie ukręcano głów?
Córka przyniosła jeszcze jeden talerz z jakimiś trudnymi do zidentyfikowania przekąskami, najwyraźniej cieszącymi się dotąd w lodówce świętym spokojem. Pokręciła się przez krótką chwilę przy stole i zanim wyszła, poczułem na twarzy jej uporczywe spojrzenie, ale zważywszy, że byłem już dość rozgrzany szybkimi kolejkami wódki, nie odczułem jego wysokiej temperatury.
Kiedy przyszła znowu, jej tatuś kończył myśl karkołomnym piruetem:
– Gdyby mieli mnie ukręcić głowę, to chcę, żeby zrobili to ręcznie. Nie cierpię produkcji maszynowej. Ty, jak widzę, jesteś jeszcze młody. To nie grzech, ale jest dla mnie krępujące. Nie lubię pić z młodymi. Ale co mam począć, czekać aż się zestarzejesz? Nie mam ani jednej pełnej butelki wódki, ale udało mi się zachować kilka, opróżnionych do połowy. Żeby się dziwić. Przyjemnie zdziwić. Trafiam na butelkę i zadaję sobie pytanie: „ Któż to opróżnił ją do połowy?”. I odpowiadam sobie: „Ja”. Potem znowu się pytam: „A kto wypije teraz drugą połówkę?”. I już nie odpowiadam sobie, jako że po prostu ją wypijam. A jak była pełna, to kto jej ukręcił główkę? Ja. Przy tym nie mechanicznie, a własnoręcznie.
Rozmowa kręciła się ciągle wokół takich kwestii, przy czym uczestniczyłem w niej interiekcjami lub wzruszeniem ramion. Córka zaglądała od czasu do czasu, trąciła mnie niby niechcący kilka razy, za pierwszym razem przypominając się, następnie ze zdenerwowaniem i na koniec z rozpaczliwą bezradnością.
Pewnie jest i taki rodzaj miłości. Bez wewnętrznego przekonania, którą wszystko może rozwiać, gotowej rozprysnąć się jak popcorn z upuszczonej w obcym pokoju torebki. Kolejna połowa butelki zadzwoniła na stole, dziewczyna przemknęła obok nas niczym zapomniany cień, zniknęła za drzwiami i więcej się nie pojawiła.
A malarz nalał do kieliszków, podniósł się i rzekł:
– Nie będzie „Na zdrowie!”. Tylko idioci piją za zdrowie. Ja idiotą nie jestem. A nie wiem, jak ty. Podobają ci się moje obrazy?
– Dużo tych kwiatów.
– Jak to dużo? To same kwiaty. Bo tylko w kwiatach jest piękno wolne od idei. Jakiejkolwiek idei. A poza tym nienawidzę zrywania kwiatów. To okropne. Widziałeś kiedyś, żeby kwiaty zrywały ludzi? Ukręcały im głowy machiną Saracenów? Nie ma takich kwiatów. A ludzie, co?… Zobaczą kwiat i z miejsca zrywają. Dla człowieka piękne jest tylko to, co martwe… Nienawidzę ludzi. A ty, coś ty właściwie za jeden?
– Kolega twojej córki.
– No tak. Kolegów będzie mi tu ściągać… W gruncie rzeczy to dobra dziewczyna. Postaraj się jej nie skrzywdzić… Podobają ci się moje obrazy?
Wieczór minął, podlany wódką, noc wdarła się między kwiaty na ścianie, pijana jak bela, i ranek zajrzał przez rozdartą zasłonę niczym wstający skoro świt, natrętny sąsiad.
Dziewczyna pojawiła się z zaspanymi oczami. Miała na sobie wysokie polo, które widziałem po raz pierwszy. Przyglądała się, jak dopowiadamy sobie wszelkie cudaczne zdania, stykając się nieomal czołami nad stołem, wzięła kolejną pustą butelkę i powiedziała:
– Ja już jadę. Ty zostajesz?
– Tak – odparł jej ojciec.
– Nie ciebie pytam.
– Jadę z tobą – powiedziałem i spróbowałem wstać ochoczo, jakby to miało być w tym momencie sprawą najprostszą.
Blokada pamięci dawała o sobie znać z całą mocą. W mojej świadomości nie zostało wspomnienie tego, jak przebiegało rozstanie z jej ojcem. Miałem poczucie, że zniknął gdzieś wśród kwiatów na ścianie, ale i to nie było całkiem pewne.
Autobus był prawie pusty, bo i ludzie ze wsi, i z miasta w niedzielę piją. Dziewczyna nie raczyła na mnie nawet spojrzeć. Nie odzywała się słowem.
Być może młodość jest grzechem. Nie wiem. Grek Zorba powiada, że jeśli kobieta chce pójść z tobą do łóżka, a ty odmówisz, to popełniasz straszny grzech. Nie spodziewam się trafić do piekła, jako że mój grzech, ten grzech, jest grzechem jedynym. Jednakże tak czy owak, zdarzył się. Wódka wyparowywała mi z głowy i robiła miejsce letargicznemu skacowaniu. Ale właśnie w takich chwilach człowiek zaczyna mieć przeogromne wyrzuty sumienia i pompuje w siebie poczucie winy oraz zachęty do samobiczowania. Popełniając przy tym straszne głupstwa.
Na dworcu w Krakowie pobiegłem do kiosku i wróciłem z bukietem kwiatów. Wręczyłem jej. Wyglądały jakbym je zerwał ze ściany u jej ojca.
Spojrzała na mnie podejrzliwie, ale przekonała się, że nie kpię sobie z niej, jako że w moich oczach było oddanie psiaka, któremu zdarzyło się napsocić.
I wzięła kwiaty. Być może pogodziła się z tym, że tak było jej pisane.

Żulio i Romea

 

Władowi Naumowowi

Mężczyzna, który nie był w wojsku, nie jest mężczyzną, a żołnierz, który nie siedział w areszcie – żołnierzem.
Głębia myślenia wojskowego, z której dobyto tę zadziwiającą sentencję, myślenia, nakazującego trzymanie mężczyzn z dala od kobiet, w garnizonowym anclu osiąga swoje apogeum.
Deski pryczy zachodziły na siebie, żeby ich kanty mogły wrzynać się w plecy poddanych karze nieszczęśników. Na zewnątrz zimno, że i psa by nie wygonił, ale w tym anclu to i kot by nie zagościł. Wartownik, wysoki kapral o niemożebnie kaprawych oczach, zaglądał od czasu do czasu przez judasza w drzwiach i wydzierał się, żeby nie leżeć, bo w dzień jest to zakazane. Że tak to właśnie było, wątpić nie ma powodu, jako że jednym z aresztantów byłem ja. Dzień przed upływem kary naczelnik aresztu wlepił mi w trybie wewnętrznym jeszcze parę dni za pyskówki z przywołanym już kapralem. Te pięć dodatkowych dni nie było dla mnie problemem i dusza przyjęła je z filozoficzną pokorą. W kącie obok żelaznej kozy, w której nikt nigdy nie palił, siedział drugi klient i zawzięcie dłubał w nosie. Nie dawało się dociec, za co siedzi, bo kiedy zaczynał tłumaczyć, po pierwszym zdaniu sypał z ust samymi przekleństwami. Natomiast od kolejnego, przybyłego tego rana, najwyraźniej nie było przeszkód, żeby dowiedzieć się wszystkiego. Stał przy oknie i rozgorączkowanym wzrokiem wpatrywał się w wymyślne, mrozem malowane kwiaty, spoza których przebijał cień żelaznej kraty.
– Muszę się wydostać! Która godzina? – syknął.
– Dziesiąta – odparł z pryczy w kącie najbardziej doświadczony aresztant. – Nie po to żeś się tu właśnie dostał, żeby się wydostawać.
Weteran siedział już trzeci tydzień, za palenie podczas warty i wsadzanie petów do lufy karabinu. Okolicznością szczególnie obciążającą było, że wyszło to na jaw podczas strzelania.
Od strony okna dało się słyszeć jeszcze bardziej natarczywe:
– Muszę się wydostać. Ona będzie czekać o jedenastej!
Żołnierz odwrócił się w naszą stronę i przyglądał się nam po kolei z jednaką nadzieją, że dostanie pomyślną dla niego odpowiedź.
Taka jednakże nie nadchodziła. Dłubanie w nosie trwało w najlepsze z niezmienną intensywnością.
– Zrozumcie! Ona ma na mnie czekać…
– Jak czeka, to poczeka i dłużej – odezwał się weteran.
– Jestem szefem kuchni – trochę ni przypiął ni przyłatał wyrzucił z siebie żołnierz.
Jego zaokrąglona gębula i powtarzające się mlaskanie potwierdzały to niezbicie. Wzbudziło to jednak w celi natychmiast dreszczyk proletariackiej nienawiści, jaką szeregowy żołnierz żywi do każdego, kto ma klucz do magazynu żywnościowego.
– Co za różnica, kim jesteś. W anclu jest inaczej. Tu wszyscy są równi – podsumował to weteran.
– Umówiłem się na jedenastą…
– To trzeba było pełnić służbę, jak Bóg przykazał. Prawo do randki mają tylko ci, co wyróżniają się w pracy żołnierskiej i politycznej.
Szef kuchni odrzekł niemal jednym tchem:
– Dlatego tu jestem. Bo ją kocham. Przez dwa miesiące nie chciała mnie znać. Ona jest z tej cygańskiej dzielnicy naprzeciwko koszar. Przystawiałem się do niej na wszelkie sposoby. I dopiero wczoraj przystała. Ale przyszła z całą chmarą ludzi – mówi, że jest z licznej rodziny. I wzięli mi cały zapas sera i kiełbasy dla kompanii. No, i obiecała przyjść dzisiaj o jedenastej. Tyle, że muszę dać i żółty ser. Skąd mogłem wiedzieć, że sierżant zmiarkuje się tak szybko… I skąd miałem wiedzieć, że tak szybko można trafić do ancla… Jak teraz nie pójdę, wszystko diabli wezmą… Muszę się wydostać! Nic nie poradzę! Bez niej jestem nikim!
– Dupkiem – dobiegł od strony kozy nosowy głos, jako że akurat wtedy palec został wyjęty z nosa. – Z nią albo bez niej jesteś dupkiem.
Szef kuchni najwyraźniej nie słyszał.
– Powiedziała, że tylko dzisiaj… Tak to powiedziała: „Żulio, o jedenastej w parkowym lasku”. Nic więcej.
– Co ma znaczyć to Żulio? – spytał weteran.
– Tak na mnie wołają. Bo kiedyś żem pododopijał wszystkie resztki z kieliszków po oficerskim bankiecie. Dla niej jestem Żulio…
Oczy zabłysły mu w jednej chwili:
– A jakbym tak zaczął krzyczeć? Stanę przy drzwiach i będę krzyczał, że ją kocham. Pomyślą sobie, że zwariowałem. Wezmą mnie do szpitala, a ja ucieknę po drodze.
– W najgorszym razie wlepią ci jeszcze tydzień, jak jemu – powiedział weteran i wskazał na mnie. – Żeby ci uwierzyli, rozbierz się do goła i wywrzaskuj przez okno, a nie przy drzwiach, bo kapral zaprawi cię automatem, zanim ci wypiszą skierowanie.
Nastała grobowa cisza, bo tenże przystąpił do dzieła, zanim któryś z nas o tym pomyślał. Ubranie pofrunęło na pryczę – naszym oczom ukazał się podpasiony brzuszek z wydatnymi wałkami nad biodrami, co u szefa kuchni jest zawsze regułą. Reszta już na pierwszy rzut oka uzasadniała w nader przekonujący sposób wstrzemięźliwość tej jego Cyganeczki.
Szef kuchni podskoczył, chwycił się parapetu i w sekundzie wybił szybę. W ściśniętej mrozem rzeczywistości poza anclem rozległ się przeraźliwy krzyk:
– Kocham ją! Pożądam! O jedenastej!
– O wybijaniu szyby nie mówiłem – westchnął weteran. – Teraz ten tam umrze z miłości, a my z zimna.
Kapral nie spytał, dlaczego aresztant jest goły, tylko dlaczego krzyczy. Z pokoju naczelnika natychmiast nadeszło wsparcie. Podczas wyprowadzania szefa kuchni, jego skaleczona ręka skropiła podłogę kroplami zakochanej krwi.
Drzwi zostały zatrzaśnięte i solidnie zamknięte z drugiej strony.
Nie mam pojęcia, co stało się z szefem kuchni i Cyganeczką. Znajomości z aresztu garnizonowego rzadko są podtrzymywane. Pamiętam tylko, że zrobiło się o wiele zimniej, choć mimo wszystko udało się nie umrzeć z zimna.
Pamiętam jeszcze jedno – nie było już mrozem malowanych kwiatów, jedynego bukietu na tę niespełnioną miłosną randkę i jedynej ładnej rzeczy w odciętym od świata powietrzu celi.
30.01.2001, Antarktyda

Głowa imperatora

 

Bore Dragołowowi

Ostre słońce rozżarzało kamienie antycznego miasta. Rozgrzane powietrze falowało rozedrgane pośród ruin. Monumentalne kolumny spoczywały na ziemi, pokawałkowane na ogromne bloki, i po trawie między nimi pełzali niczym insekty, obwieszeni kamerami i aparatami turyści. Stałem oparty o dąb. Drzewo było sędziwym starcem, ale mimo wszystko było oczywiste, że jego życie rozpoczęło się tu o wiele później po momencie, w którym wygasło życie ludzkie. Rośliny są bardziej przywiązane do miejsca niż ludzie. Podszedł do mnie niski, szczupły mężczyzna i wskazał na kolumny.
– Leżą tak od trzęsienia ziemi. Ręka ludzka nie może rozbić tak ogromnych kamiennych bloków.
Angielski brzmiał w jego ustach jak sirtaki. Jednym słowem – przewodnik z kategorii wolnych strzelców działający z desperacji podczas upału.
– Kiedy było to trzęsienie?
– Nie zachowały się zapiski, drogi panie. Historia nie zajmuje się miastami opuszczonymi.
– To prawda – odparłem niezbyt skory do rozmowy, bo w tym przeciągającym się ospałym upale nie czułem potrzeby konwersowania z nieznanym mi gadułą.
Ten był jednak wprawiony w bojach i ciągnął dalej jednym tchem:
– Jak pan trafi na etatowych przewodników tutaj, to panu zełgają, że miasto zostało opuszczone po trzęsieniu. Bo najłatwiej jest powtarzać w kółko to samo. A ludzie opuścili je z całkiem innego powodu. Na parę wieków przed trzęsieniem ziemi, które obróciło je w ruinę.
– I przewodnicy o tym nie wiedzą?
– Oni wiedzą jedynie to, co napisane w przewodniku. Tylko ja mogę panu wyjawić całą prawdę.
To budziło zaciekawienie. Proponował mi bez wątpienia tanią usługę – wzruszającą bujdę za niewielką sumkę. Zamiast nudnej, metodycznej opowiastki, powtarzanej prze lata wyuczonymi zdaniami wedle ustalonej, drogiej taryfy.
– A ile miałaby kosztować ta prawda? – spytałem.
– Jedno piwo – odrzekł z uśmiechem. – Jest upał.
– Możemy je wypić już teraz.
– O, nie, proszę pana. Dopiero po wykonaniu usługi. Jestem zawodowcem.
Po czym tenże zawodowiec, niski, szczupły mężczyzna o twarzy zdradzającej piwne pragnienie, dał mi znak, abym szedł za nim.
Zaprowadził mnie do ruin, przypominających nieskończony prototyp domku jednorodzinnego.
– Tu było atelier genialnego rzeźbiarza. Zobaczy pan za chwilę jego dzieła. Wszystko zaczęło się od niego… Po zdobyciu miasta przez Rzymian, bez walki, bo było za słabe, by się bronić, nakazano rzeźbiarzowi zrobienie posągu imperatora w naturalnej wielkości. Wyrzeźbił go w miesiąc…
Nie przestając opowiadać, skierował się chwiejnym krokiem wzdłuż zwalonych kolumn w stronę podłużnego budynku muzeum. Przed nim na wyeksponowanym miejscu stało kilka posągów. Zatrzymał się przy pierwszym i wskazał na niego ręką:
– Oto i on.
Po czym spojrzał na mnie spod oka, rozkoszując się moim zaskoczeniem. Posąg był bez głowy. Tam, gdzie winna być szyja, między finezyjnie wykutymi w marmurze naramiennikami widać było jedynie dziurę.
– Ten posąg zgubił miasto.
– Co za barbarzyńca pozbawił go głowy i wydłubał tę dziurę?
– Sam rzeźbiarz, własnoręcznie. Jak już zrobił ten pierwszy posąg, to na drugi dzień ktoś utrącił nos imperatorowi. Jak pan już zapewne wie, jest to ulubionym zajęciem nie tylko barbarzyńców… także obywatele krajów podbitych okazują wobec władzy nienawiść takimi drobnymi zaczepkami. Rzeźbiarz był zmuszony zrobić nowy posąg. Mimo wystawionych straży, nos został ponownie obtłuczony. I w końcu twórca wpadł na pomysł, żeby wydrążyć w gotowym korpusie otwór, a osobno wyrzeźbić kilka głów i w wypadku utrącenia nosa, wymieniać tylko głowę. Gdy jednak imperator dowiedział się o tym, wpadł w gniew. Jak każdy imperator, on też węszył spisek we wszystkim. Pomyślał sobie, że miasto spodziewa się niebawem jego obalenia i szykuje się do szybkiego zastąpienia jego głowy głową następnego imperatora. Żaden bowiem imperator nie miałby nic przeciwko korpusowi, będącemu dziełem naszego rzeźbiarza. Pięknemu, postawnemu i wysokiemu, podczas gdy imperator był przykurczem, grubasem i miał krzywe nogi. Ale w czynieniu zła był pomysłowy. Wiedział, że jeśli zburzy miasto, kurz historii pokryje je wraz z nim i będzie skazany na zapomnienie. Toteż postanowił uczynić je pomnikiem. Wydał rozkaz, aby cała ludność je opuściła.. i tak oto, te ogromne budowle i kolumnady stały się jego pomnikiem, o wiele bardziej monumentalnym, aniżeli jego posąg bez głowy…
Umilkł. A ja przyglądałem się wspaniałemu ciału, stworzonemu wyobraźnią twórcy…
– Proszę pana –odezwał się z uśmiechem mój nieprzewidziany przewodnik – myślę, że już pora na piwo.
A kiedy już pierwsze łyki na drewnianych ławkach barku u wejścia do ruin były za nami, powiedział:
– Jak tylko pana zobaczyłem, byłem pewny, że wybierze pan mnie.
– Co to był za imperator? I co to za rzeźbiarz? Ich imiona powinny przecież być znane…
Jego śmiech był rozbrajający:
– Gdybym i to wiedział, byłbym co najmniej znanym historykiem i nie zmyślałbym takich opowieści…
Piwo było zimne i zjawiło się w samą porę.
W pamięci miałem przebłyski widoków rozbitych kamiennych kolumn, pozbawionych ludzi, i pozbawionego ludzkiej głowy kamienia posągu. I ten czas, pokrywający wszystko niczym piana z piwa.
– Jest pan najlepszym przewodnikiem, jaki mi się trafił.
– A pan, chyba moim jedynym klientem – pokazał na grupę turystów, mających nadzieję zabrać ze sobą starożytne miasto w aparatach i kamerach wraz z recytatywem przewodnika. – Jak pan widzi, świat woli stawiać na drogą nudę naukową.

Hrabia

 

Iwanowi Granitskiemu

W naszej dzielnicy wszyscy byli przyzwyczajeni do jego niespodziewanych wrzasków. Zazwyczaj szedł sobie spokojnie, a za nim podążał pies – mieszaniec pudla i kundla z gatunku golden delicious. Najwidoczniej w jego duszy aż wrzało od ścierających się ze sobą głosów, bo ni stąd ni zowąd zaczynał wywrzaskiwać i wymyślać niewidocznym oponentom. Pił ile wlezie, ale też nigdy nie był trzeźwy, jako że już pół piwa wystarczało, żeby wypełnił ulicę donośnym, wściekłym wrzaskiem albo żeby najzwyczajniej ułożył się na zaśnieżonym chodniku do spania, bo tak właśnie postanowił sobie w danym momencie. Ludzie byli zmuszeni obchodzić go jezdnią – i z racji, że było im niezręcznie przechodzić przez niego, i z powodu psa, pilnującego go w takich chwilach niczym pantera.
Nigdy u nikogo nie żebrał o kielicha, ale w pogarażowych knajpkach lubiano mu stawiać. Być może dlatego, że nie wywrzaskiwał jedynie wtedy, kiedy pił. Przemienił w kult zajęcie kloszardów, jakim było zbieranie tekturowych pudeł i sprzedawanie ich na makulaturę. Raz dotargał z uporem Syzyfa kawałek betonowego słupa i godzinami rozwalał go młotem, aby dostać się do żelaznego zbrojenia w środku. Raptem miał już tego dość, jak zresztą wszystkiego, za co się zabierał, i zostawił ten beton na rogu ulicy, więcej się już go nie tykając. I tak już pozostał – jako obgryziony monument epoki.
Kiedyś trafiło nam się siedzieć przy jednym stoliku w garażowej knajpce. Ściślej mówiąc, przy tym stoliku siedziałem sobie ja, a on się władował na sąsiednie krzesło z kieliszkiem winogronówki w ręku. Pies przycupnął z boku, przeskakując wzrokiem z niego na mnie i odwrotnie, jakby chciał powiedzieć, że akurat teraz nie ma ochoty się napić.
– Jeśli masz życzenie, mogę ci postawić – powiedział do mnie i roześmiał się.
– Dziękuję – odparłem. – Jeden kieliszek mi wystarczy.
– Co wy tak wszyscy liczycie przy piciu!
Zerwał się z miejsca i po chwili między moimi rękami zadzwonił nowy kieliszek z winogronówką.
– To ja powinien ci postawiać – wymamrotałem.
– Żebyś sobie nie myślał, że jestem żebrakiem. To wy jesteście żebrakami. Ja jestem hrabią. Wiesz, z jakiego rodu się wywodzę? Niby skąd miałbyś wiedzieć. Takiemu jak ty tylko zaliczka w głowie – pensyjka. A może i to cię nie obchodzi.
Poderwał się i wrzasnął na pustą ulicę:
– Żebracy. Na zasiłku. Dla bezrobotnych. Ostatnie niedojdy. Wyrzutki. Wałkonie.
Usiadł i upił z pełnego kieliszka. Teraz można już było mieć pewność, że przez jakiś czas nie będzie wywrzaskiwał. Pomilczał trochę, po czym znowu zajął się mną.
– Co się tak gapisz?! Ja mieszkanie mam.
– To dlaczego ciągle śpisz na ulicy?
– To, że coś masz, nie musi temu przeszkadzać – oświadczył zamyślony. – Ale, jak myślisz, że pomoże, to już po tobie. Córka tylko czeka, żebym umarł, żeby je zająć.
Wyczuł w moim spojrzeniu, że nie dowierzam jego słowom.
– Mam córkę! I wnuki. Chcą mnie do siebie. Wstydzą się mnie, bo mojego rozumu nie mają, bo pakują całą kasę do banku, bo człowiek rodzi się jeden na pięć pokoleń, a reszta to bydło. Ty z którego rocznika?
– Chyba z tego, co to jest bydłem.
– Tego z góry nigdy nie wiadomo. To się okaże… Musisz wiedzieć, że siedzisz z wielkim człowiekiem. Ja… ja jestem bogaty, hrabią jestem, nie wierzysz, żem bogaty. To nie wierz… to twoje życie to jak rynna, wąska i prosta, aż w końcu spłyniesz nią do ziemi. Tacy jak ty zrozumiecie to, jak przyjdzie umierać, a ja nie, bo moje życie już dawno – hulaj dusza… Tak to jest. Nie wierzysz, żem bogaty, co?
Nie wierzyłem – to prawda.
Wypił winogronówkę i rozejrzał się, pijany jak zwykle już po pierwszym łyku. Pokazał na porzucony kawałek słupa na końcu ulicy.
– Skończę go kiedyś rozwalać, jak mnie co przymusi. Tak jak sobie leży, nikt się go nie tknie. Żelazo sobie siedzi spokojnie. Ono jest moją lokatą. W moim banku.
Zerwał się z miejsca równie nieoczekiwanie, jak i wcześniej usiadł. Pies natychmiast ruszył za nim. Skręcili za róg i w chwilę potem ulica rozbrzmiała potężnym wrzaskiem.
– Wyrzutki. Wszystkim wam przyjdzie zdechnąć. Człowiek rodzi się nagi, a umiera w ubraniu, bo durny. Niedojdy…
Kilka miesięcy później zapadł się pod ziemię. Wrzaski, działające na nerwy wielu ludziom, zniknęły wraz z nim i na ulicy nastała głucha cisza.
Zdarzyło się, że przy tym samym stoliku któregoś piątkowego popołudnia zgadało się o nim. Siedziało nas kilku; z niektórymi znaliśmy się od dziecka, z innymi – z widzenia.
Wśród tych ostatnich był facet, który opowiedział jak tamten umarł. Dwie ulice dalej – w trzypokojowym mieszkaniu, na środku gościnnego, zupełnie goły na rozesłanych tekturowych pudłach. Zawał. Pies leżał obok niego. Pilnował go, dopóki sam nie zdechł, w dodatku z głodu i pragnienia.
Ten facet mieszkał ponoć naprzeciwko. Policja powołała go na świadka.
– Zawsze sobie myślałem, że on gada głupoty – rzekł. – A wiecie, co znaleźli w tej jego graciarni. Dwa drogie serwisy i parę starych złotych monet wielkości naleśników. Oprawione zdjęcie kobiety w kapeluszu z woalką. Już pożółkłe. Pewnie jego babki. Najwidoczniej pieniądze były rodzinną pamiątką. Ściągał pudła do domu, a złota nie tykał. Cholerne dziwadło.
Cisza na małej uliczce panowała niewzruszenie pod nieobecność tegoż, jego głosu. Tylko ja jeden znałem prawdę: on nie wiedział, że umiera.
Nie było już jak powiedzieć mu, że mu wierzę. I, że nie uwierzyłem mu, bo należę do ludzi, którzy umierają w ubraniu.
Na rogu uliczki kawał betonowego słupa leżał sobie dalej, niczym zwalony kamień nagrobny.

Opowiadanie nieestetyczne

 

Donczowi Chrusanowowi

Po lewej – Ocean Spokojny, po prawej – Atlantycki… namiętnie wpadają sobie w objęcia – powiedział Bobi.
Właściwie to wrzeszczał mi do lewego ucha, ponieważ ryk burzy był po prostu histeryczny.
Rozkraczony nieomal w kobiecym szpagacie, oparty plecami o budkę obserwacyjną na górnym pokładzie, próbował, o ile nie upadnie, wycelować obiektyw kamery na przylądek Horn. Nawet gdyby mu się udało, w kadrze nie zachowałoby się nic prócz piany i bryzgów wody. Wicher tak przejmująco świstał w prętach barierek statku, że Bobi nie tracił szansy – wyobrażałem sobie, jak mówi podczas projekcji tonem triumfalnym – To, czego nie widać, to przylądek Horn, słyszycie oto, jak świszczy jego słynny na całym świecie wicher”.
– Wszędzie na kuli ziemskiej są jakieś tam burze – wykrzyczał bez emocji Niki do mojego drugiego ucha. – Takie jak tu są tylko w cieśninie Draka. Oderwie Amerykę Południową od Panamy.
– Już ją oderwali – wrzasnąłem z kolei ja. – Przekopali przecież Kanał Panamski.
Wicher bije nas w twarz; mam wrażenie, że wpycha słowa z powrotem do ust i wystrzeliwuje je przez uszy.
Statek jest ogromny, supernowoczesny, ze specjalnymi przepustami balastowymi w podwójnymi dnie, przeciwdziałającymi kołysaniu, ale jako że nie ma gwałtownego kołysania, jego zwodnicza bezwładność i deniwelacja powodują, że głowa albo jest pełna ołowiu, albo rozdęta wodorem.
Załadowawszy pięciuset turystów, którzy zapłacili po osiem tysięcy dolarów za tydzień superluksusowej przejażdżki, statek wyrusza z Falklandów, zatrzymuje się na wyspach przy Antarktydzie, żeby można było pospacerować między fokami oraz pingwinami i następnie przez cieśninę Draka przybija do Ziemi Ognistej w argentyńskim mieście Ushuaia, najdalej na świecie wysuniętym na południe; turyści wsiadają do samolotów i kierują się w różne strony do swoich rozrzuconych po całym świecie stałych, nudnych miejsc zamieszkania.
Nasza baza na Antarktydzie włączona jest przez operatora turystycznego do trasy objazdowej jako jeden z obiektów. Turyści, ubrani w specjalne nieprzemakalne stroje, przypływają łódkami „Zodiak” w odwiedziny, żeby zobaczyć na lądolodzie żywych Bułgarów, a w zamian za ten widok, za który Bułgar nie dałby pięciu groszy, statek bierze na pokład do Argentyny opuszczających naszą ekspedycję.
Trafiło się popłynąć nam trzem z tą wycieczką – Bobiemu, Nikiemu i mnie. Już kiedy zjawiliśmy się w wytwornym salonie na pierwszej kolacji, powitano nas burzliwą owacją. Poczuliśmy się zakłopotani, że pomyliliśmy drzwi. Okazało się jednak, że witają nas z należnym szacunkiem jako pokrewnych Amundsenowi – w tym momencie każdy z nas poczuł wzbierającą w piersiach, z równą prędkością w przeciwstawnych kierunkach, próżność i autoironię. Zwłaszcza autoironię.
Po kolacji nastało gorączkowe ożywienie w kilku barach. I tu właśnie doszło do pierwszego rozminięcia się między tymiż pięciuset ciekawymi świata turystami i trzema antarktydzkimi aborygenami, z bułgarską pensją. Personel wycieczkowy miało skrupulatnie przewidziane to, za co płaci; młodych ludzi prawie nie było. Grupę stanowili emeryci, zgięci pod ciężarem lat, kamer i aparatów fotograficznych. Do baru wchodzi się jednak bez techniki operatorskiej i szybko zapomina się, ile ma się lat. Zapomina się też o wątrobie, jako że napoje są tu nalewane nie według recepty.
Nasze kajuty znajdowały się, jak można przypuszczać, w pobliżu barowej toalety. My trzej piliśmy wódkę, kupioną po swojskiej cenie od wynajętego do obsługi wycieczki personelu rosyjskiego. W tym czasie korytarzem dobiegali turyści z baru, z hukiem wpadali do toalety i, mimo ryku burzy, słychać było, jak z nienawykłych żołądków szydzi sobie cieśnina Draka. Wymioty były huczne, spontaniczne i nieodwołalne. Potem jednak natychmiast wszyscy biegli z powrotem do baru niczym spóźnieni na rzymską orgię.
– Ja ich nie rozumiem. Jak już się przekonali, że zwymiotują, to dlaczego nie piją czegoś tańszego – stwierdził Bobi.
– Pewnie uważają tak jak my, że na piciu nie należy oszczędzać. A jak już zwymiotują, to nie czują, że pili – refleksyjnie skonstatował Niki. – To trzyma się kupy.
– Masz rację – przystał Bobi. – Trzyma się kupy. Ale myślę tu sobie o przewodzie żołądkowo-jelitowym. Nikt właściwie nie udowodnił, który kierunek jest w nim prawidłowy. Może wyjść na to, że ci tutaj trafili w dziesiątkę, a z nas, którzy nie wymiotujemy, są jakieś mutanty…
– Chcesz powiedzieć, że picie tylną częścią ciała jest właściwsze. Od ruskich słyszałem, że u nich niektóre oszołomy robiły sobie lewatywę wódki, żeby nie wykryto u nich alkoholu przy kontroli – refleksyjnie i tym razem dorzucił Niki.
– To tak jest. Żeby alkomat wykrył u nich alkohol, musieliby w niego pierdnąć, a to nieprzyzwoitość – stwierdził Bobi z palcem podniesionym do góry i zwrócił się do mnie. – A jakie jest twoje zdanie w powyższej kwestii?
– Wciąż żadne – odparłem. – Ale już od dawna rozmyślam na temat właściwego kierunku przewodu żołądkowo-jelitowego. Pamiętam, że raz skrzyknęliśmy się we wrześniu na męskie harpunnicze safari w Kiten. Popiliśmy zdrowo wieczorem, a rano wleźliśmy do morza. A tu fale takie, że głowę chce urwać. Ale jak już się raz powiedziało – nie uchodzi odstąpić. Ubraliśmy wszyscy skafandry i – do wody. W środku kotłuje się i, najzwyczajniej w świecie, jeden po drugim wylądowaliśmy na brzegu na skałach, żeby pojechać do Rygi. I mieliśmy więcej szczęścia od tego, co na końcu, który był zmuszony rzygać do rurki. A na brzegu – tłum okrągłych jak globusy osobników. W Kiten działało sanatorium dla otyłych. Grubaski i grubasy, oszalali z głodu w sanatorium, za które zapłacili tęgą forsę, przycupnęli pod stromymi skałami i faszerowali się po kryjomu aż huczało kanapkami i andrutami. Tak to jest… Nic nie zdoła wyprowadzić z równowagi człowieka konsumującego – choćby nawet wyszły z morza jakieś istoty w czarnych, lśniących skafandrach i ich rzyganie sięgało dalej niż fale wzburzonego morza, tacy nie tracą apetytu… Po prostu nie mam pojęcia, który kierunek jest właściwy. Wciąż nie mam tu zdania.
– A ja mam… – zawołał Bobi. – To nie żadna cieśnina Draka, a cieśnina Rzygowina.
Pociągnęliśmy kolejny łyk z kieliszków zgodnie z orientacją, w jakiej czyniliśmy to tej pory. Przez skrzyżowanie oceanów przewalała się wciąż zawierucha. Naprzeciwko kolejna partia turystów zwracała tę całą zwariowaną nudę swego życia, by wrócić po kolejny łyk ulotnej siedmiodniowej iluzji innego życia.
Oceany dobywały z siebie ryk. Zupełnie jakby to samej cieśninie Draka zbierało się na wymioty, jakby zbierało się na wymioty i obu oceanom. Jakby ten ich żywioł próbował wypluć z siebie nasz statek, wypluć z siebie tę całą historię ludzkości, jaka przetoczyła się niczym luksusowa przejażdżka przez świat ducha i natury, zmierzający od początku i wciąż w tym samym kierunku.

Beczka

 

Mitiowi Kirjakowowi

U większości facetów „znalezienie” dobrego wina domowego wywołuje silniejszy dreszcz emocji niż używka u narkomana. Gwoli prawdy dobre wino domowe rzadko kiedy jest dobre. Zazwyczaj ma się do czynienia ze złą fermentacją cukru w zakisłych, sparciałych kiściach. Duża część Bułgarów pije niesłodzoną herbatę, żeby nie być rozrzutnym, ale dla odmiany ci sami ludzie pakują cukier do wytłoczyn bez żadnej logiki ekonomicznej i bez wątpienia bez żadnego istotnego efektu smakowego. W rezultacie zrobione wino gwarantuje kaca, sprawiającego, że marzy się gilotyna, jako że głowa zwija się z bólu, przewodząc w tym innym, równie udręczonym, ale mimo wszystko jeszcze jakoś tam funkcjonującym organom.
Najwyraźniej działanie bez sensu daje człowiekowi spokój duszy, bo nikt jakoś nie pokusił się o zgłębienie sensu życia, a głupota jest oczywista, swojska i łatwa w użyciu.
Obaj z Naskiem wiedzieliśmy o tym. Wiedzieliśmy ponadto, że jeśli do zbiorowego owczego pędu doda się odrobinę zagadkowości, to można będzie go uznać za mądrość, zasługującą na szybkie wdrożenie.
– Znalazłem dojście do wspaniałego domowego wina – tajemniczo oznajmił Nasko.
– Znam te twoje dojścia. Spodziewam się, że jeszcze jako tako pamiętasz … po tym twoim dojściu rok temu gały mieliśmy po prawej stronie. Wyglądaliśmy na drugi dzień jak flądry.
– Trafiłem teraz na człowieka, na którym można polegać. Z Płowdiwu. Zaprowadzi nas do takiej wsi, w której o istnieniu cukru nawet nie słyszeli. Jakiś staruszek robi tam ponoć nieprawdopodobne wino.
Gdy idzie o picie, faceci stają się łatwowierni.
Ten z Płowdiwu okazał się nie całkiem taki spolegliwy. Kiedy przyjechaliśmy po południu na wskazany adres, zataczał się już z lekka, co mogło prowadzić do nieuchronnego wniosku, że na tych jego dojściach do wina domowej roboty można polegać nad wyraz.
Ucieszył się na nasz widok tak, jakbyśmy byli rodzonymi braćmi, nie mającymi z sobą na pieńku z powodów majątkowych.
Nie zwlekając, ruszyliśmy w kierunku gór. Są takie wioski, do których prowadzi droga bardziej cienista i mroczna od nie jednej bajki braci Grimm.
Ta wieś pięła się w górę po niemal pionowym zboczu. Po przeciwległej stronie teren był względnie równy, porośnięty winoroślą, której pędy wystawały z ziemi jak kozie rogi. Winogrona były już zebrane, liście opadły, a to znaczyło, że młode wino albo zostało już wypite, albo już się zestarzało.
Facet z Płowdiwu bezbłędnie trafił do właściwej chałupy.
Była pomnikiem lenistwa bułgarskiego geniuszu budowlanego, który byle jak ociosanymi belkami spina ściany pod kątem prostym i po przekątnej, a następnie wypełnia je starymi cegłami. Te domy nigdy nie są tynkowane z zewnątrz. Z nader oczywistego powodu – nikt nie mieszka poza domem, żeby miał się wstydzić za nieotynkowane ściany! W środku jednak tynki są nadzwyczaj solidne, zawsze wilgotne i zagrzybione, jako że dom nie jest z zewnątrz otynkowany.
Przywitała nas babina, która choć miała tylko dwie nogi, przebierała nimi tak szybko jak pluskwa, mająca ich osiem.
– Witam drogiego Mitka – zawołała śpiewnie do tego z Płowdiwu. – Jakoś dawno już cię nie było!
– Będzie już rok – odparł nasz przewodnik. – A gdzie mężulo?
– Jest tu gdzieś.
– Tylko nie próbuj mówić, że wino już sprzedaliście. Że się spóźniłem. W dodatku, jak widzisz, przyprowadziłem przyjaciół. Nie mów mi, że i dla nich też nie ma.
– Starczy dla wszystkich – odrzekła starowinka.
Bardzo możliwe, że słyszała o istnieniu cukru, ale z pewnością nie wiedziała, że została wynaleziona mikrofalówka. A wyglądała, jakby właśnie ją opuściła. W patrzących ponad nami wyłupiastych oczach było jakieś nieodgadnione przecherstwo. Nic nas z sobą nie wiązało, nic też nie dzieliło. Zetknęło nas tylko wino, które my chcieliśmy kupić, jako że ona chciała je sprzedać.
– To gdzie w końcu jest mężulo?
– Jest tu gdzieś – odrzekła znowu babina. – A gdzie by miał być! Czekajcie, naleję wam tego wina na spróbowanie.
– Dziadek jest niesamowity – zwrócił się do nas facet z Płowdiwu. – Nigdy nie spotkałem człowieka, który potrafiłby tyle wypić. Kocham go za to! Picie tak go wciąga, że ta beczka to dla niego pestka!
I tu wskazał nam beczkę pod zadaszeniem. Była gigantyczna. Nie zmieściłaby się nawet w najbardziej zachłannym pijackim oku!
Babina nalała do dzbanka wino z beczki, przyniosła wyszczerbione pojedynczymi starczymi zębami kieliszki i wielką deskę z nie od dziś pokrojonym suszonym mięsiwem.
Wino było wspaniałe, mięsiwo – diabli wiedzą jakie. Kto by tam przy dobrym winie zastanawiał się zbytnio nad przekąską.
Wszyscy trzej oddaliśmy się bezmiernemu rozkoszowaniu – dzika wieś, gdzie czas się zatrzymał, wino z samych winogron i zakąska też z samego mięsa, ale nie wiadomo z jakiego.
Babina zaczęła napełniać nasze kanistry winem. Ogromna beczka wydalała z siebie ten napój niczym monumentalne organy. Jakby to nie wino było, ale muzyka, rubinowa w kolorze, krystaliczna i beztroska. Bulgotanie nie ustawało aż napełnił się ostatni kanister. Pieściło ucho, a przecież było to nasycanie niebiańskiego napoju dawką tlenu, mającą wzbogacić nasz smak pełną gamą rozkoszy szczodrej natury, których wino nigdy nie trzyma tylko dla siebie.
– A mężulo nie przyjdzie? Powinien wypić z nami! – rzekł facet z Płowdiwu.
– Przyjdzie! – odparła babina.
– Pierwszy rok, kiedy go nie ma! Gdzie on się podziewa? – nie ustępował nasz przewodnik.
– Gdzieś tutaj! – strzeliła oczami staruszka i powiedziała: – Mam jeszcze trzymać wino dla ciebie, czy zbyć innym.
– Trzymaj dla mnie! To nie jest wino dla prostego człowieka. Chłopom ze wsi go nie dawaj!
– Będzie czekało! Jeszczem nie zwariowała. Ja je trzymam tylko dla prostych miastowych.
Roześmiała się figlarnie i spojrzała na nasze ręce.
Widać nadszedł już czas, żeby zapłacić.
Ludzie, którzy strasznie cierpią, jak przychodzi wydać pieniądze, dotykają ich z niezwykłą miłosną czułością, gdy dostają do ręki. Babina nie przeliczyła w palcach banknotów – rozłożyła je na stole nie po to, żeby policzyć, a żeby im się przyjrzeć na dużym blacie.
– Nalej jeszcze dzbanek! – rzekł ten z Płowdiwu. – Na odjezdne, strzemiennego. Bo jak nie, to drugi raz możemy już nie przyjechać.
Babina zgarnęła pieniądze ze stołu, wsadziła w jakąś fałdę zapaski, która była zapewne pewniejszym schowkiem niż skarbiec banku narodowego, skuliła się w ramionach jakby z zimna i chwyciła dzbanek. Napełniła go szczodrze pod sam wierzch. Wino dla niej to nie był pieniądz, o ile jeszcze nie stało się pieniądzem.
Wypiliśmy i ten strzemienny dzbanek, załadowaliśmy kanistry do samochodu i pożegnaliśmy się z babiną. Pomachała nam tylko ręką i zniknęła pod zadaszeniem, skąd dało się słyszeć wściekłe tłuczenie się garnkami, jakby w tym właśnie momencie zaczynała się nieodzowna ich inwentaryzacja.
– Z tą babiną coś nie całkiem tak – rzekł ten z Płowdiwu. – Szkoda, że nie było staruszka. On nigdy by jej nie pozwolił tak się tłuc garami i pokrywkami. To człowiek akuratny.
Na rogu nieomal wlazł nam pod koła jakiś niewydarzony chłopina. Nasko ostro zahamował. Wspomniany człowieczek wetknął głowę do okna kierowcy. W każdej wsi o każdej porze trafi się taki niewydarzony chłopina, który czatuje na ciebie godzinami, żeby powiedzieć coś, co ci popsuje nastrój, jaki by on nie był. W tym przypadku tenże człowieczek z mrugającymi oczkami sterczał na rogu jak ci od regulowania ruchem, żeby nas nie przeoczyć i postarać się obrzydzić nam picie.
– Kupiliście sobie to dobre wino? – zapytał kąśliwie.
– Ma się rozumieć! – odrzekliśmy jednym głosem, rozochoceni szybkim strzemiennym dzbanem i świadomością pełnych karnistrów, która zawsze podbudowuje na duszy faceta, powracającego z winnego safari.
Rozpromienił się. Spojrzenie napełniło się nadzieją, że przyłapał nas na łatwowierności. Jego mała duszyczka znalazła naraz więcej przestrzeni w zapadniętej klatce piersiowej.
– Dobre winko, co? – powtórzył raz jeszcze.
– Wspaniałe!
– Nigdy nie było takie dobre. Wiecie dlaczego?
– Nie – odparł ten z Płowdiwu. – Nigdy nie wiem, dlaczego jakieś wino jest dobre.
– A to dlatego – ciągnął dalej chłopina, mlaskając obleśnie – że staruszek się w nim utopił. Czyścił ponoć beczkę z kamienia winnego. I kiedy ją tak czyścił, popijał sobie, to i wziął i wpadł do środka. Trzy dni go szukali. Kto by na to wpadł, że on tam może być. W końcu wyciągnęli go całkiem przesiąkłego. Na pogrzebie tak było czuć w cerkwi winem, że pop śpiewał jakby był w karczmie…
Ten wiejski intrygant mylił się jedynie co do jednego – w zebraniu się na wymioty od tej opowieści przeszkodą był dla nas ostatni wypity dzbanek. Po tym dzbanku było nam już wszystko jedno, kto się utopił w tej beczce i z jakiego powodu. Wypite wino nie nadaje się do reklamacji.
Nasko wcisnął gaz do dechy i niepozorny chłopina odleciał na bok, nie mając żadnej pewności, czy coś osiągnął, czy nie.
– Każdy chłop ze wsi to okropny potwór – westchnął Nasko.
– Nie tylko, baba też – rzekł ten z Płowdiwu. – Trzy razy żem ją pytał, gdzie staruszek, a ta ani słowem się nie zdradziła!
– Nie masz racji –odrzekł Nasko. – Mówiła ci oczywistą prawdę. Że jest gdzieś tutaj. To przecież święta prawda!
Samochód wjechał znowu w tę cienistą drogę. W bagażniku bulgotało w kanistrach, jakby zamknięty w nich duch staruszka próbował się wydostać, wepchać się do nas na siedzenia i zaproponować, żeby się zatrzymać i znowu się napić.

Kotlety po szwajcarsku

 

Pamięci Ewcza

W rejonach odludnych kłusowanie nie bierze się z pazerności na mięso, a jest lekarstwem na starą jak świat nudę. Gdy nie ma widoków, że zdarzy się coś ciekawego, to nielegalne polowanie na dziką zwierzynę jest dla faceta nie lada pokusą, aby mimo wszystko coś się mogło dziać. A jeśli udaje się przy tym wypić, wtenczas wyobraźnia ulega rozpasaniu, wyzbywa się prowincjonalnej melancholii i przywołuje zdarzenia, które nie dość, że się nie zdarzyły, to w dodatku nijak zdarzyć się nie mogły, ale dają się opowiedzieć nad wyraz frapująco.
Kto nie wie, jak przedstawiała się nasza gospodarka rolna w okresie rozwiniętego socjalizmu, temu trudno będzie wyobrazić sobie to, co będzie przedmiotem niniejszego opowiadania. A ponieważ naturalną rzeczy koleją, coraz więcej jest tych niepamiętających, spróbujemy opowiadać tak, żeby miał o tym jakie takie pojęcie ten, komu staje czasu i nerwów na czytanie. Albowiem życie, niezależnie od tego, czy już minione, czy mające nadejść, niczym się od siebie nie różni – wymyka się pamięci, toczy się z gruntu monotonnie i uporczywie dopomina się, by o nim opowiadać.
Teren Państwowego Ośrodka Maszynowego – powołanego do życia w celu zapewnienia spółdzielni rolniczej obsługi technicznej, usiany był zepsutymi częściami maszyn, których imała się rdza, a nikomu nie przychodziło do głowy, aby dać je na złom. Części rezerwowych, co oczywiste, w magazynie nie było i wypatroszone maszyny co do jednej stały unieruchomione na placu obok swoich części, zda się wyrzucone tam przez jakąś inną, wielką maszynę. Tej wielkiej maszyny, rzecz jasna, nie było. Było jedynie hałaśliwe leniuchowanie w bezgranicznie przygranicznym rejonie, niezdolność do zrobienia czegokolwiek z uwagi na uprzednie założenie i nieodparte parcie na upijanie się od samego rana. Powietrze aż się lepiło do ciała, ziemia aż kląskała z nadmiaru niespożytkowanej wilgoci, a ludzie snuli się między tymi rdzewiejącymi częściami na placu, badając podejrzliwym okiem, czy aby ktoś nie ma przypadkiem zamiaru zająć się robotą.
Dyrektor ośrodka skończył agronomię za sprawą przypadku. Tak naprawdę najbardziej lubił czytać powieści przygodowe o czerwonoskórych Indianach, u których skalpowanie białych było na porządku dziennym, a biali odwzajemniali im się, zabijając ze strzelb tak, że włos im z głowy nie spadał. We wsi nie wszyscy byli podobni do Indian, ale on zdołał już nauczyć się wszelkie braki w życiu uzupełniać wyobraźnią.
Obok niego siedział właśnie miejscowy pop o nic nie mówiącym imieniu Ważin, łysy do tego stopnia, jakby miał go oskalpować osobiście wódz Indian. Pop lubił futbol, winogronówkę, smacznie upieczony kawałek mięsiwa, frytki bez sera i miał to do siebie, że parafianie działali mu okropione na nerwy.
Ma się rozumieć, po jego lewej ręce siedział sekretarz partii w Państwowym Ośrodku Maszynowym. Wypijał on dziennie skrzynkę piwa, wyrzucał do kosza wszystkie materiały, otrzymywane z komitetu powiatowego partii, i ciężko znosił fakt, że jest żonaty. Powiedzenie „Długie włosy, rozum krótki!” – wyrażało jego stosunek do kobiet, mimo iż jego zacna małżonka miała włosy krótkie i podnosiła wrzask w momencie, gdy tylko nawinął się jej na oczy, toteż ciężko było dociec, jakim rozumem dysponuje – krótkim czy głębokim.
Czwartą osobą był Chobczo. Mówienie o nim jako o „osobie” byłoby zbytnią przesadą. Jednakże przezwisko miał jeszcze bardziej przesadne – Zielony Potwór. Miał zawsze na sobie robocze drelichowe ubranie, które nim przybrało kolor zużytego oleju, z pewnością miało kolor niebieski, ale w żadnym wypadku – zielony. Chobczo, skazany jako żołnierz w służbie zastępczej, spędził w kompanii karnej na tyle dużo czasu, że nie miał już najmniejszej ochoty trafić do więzienia jako cywil. Popełnił wtenczas tę nieroztropność, by się upić zanim upili się oficerowie z jednostki i powiedzieć do dowódcy kompanii: „Zejdź mi z drogi, bo śmierć będziesz miał ubraną na zielono”. Wróciwszy w końcu po latach na wieś, zaczął pracować w POM-ie i ożenił się z czterdziestopięcioletnią starą panną, która zamiast odmłodnieć na czterdzieści, jak wyobrażał to sobie Chobczo, w zawrotnym tempie zbliżała się do pięćdziesiątki, zgodnie z nakazem praw przyrody, a wyglądała na znacznie więcej. Zielony Potwór bijał żonę, jako że stara, a bez szemrania spełniał wszystko, co kazał dyrektor, bynajmniej nie dlatego, że dyrektor był młody, a dlatego, że Chobczo już się przekonał, iż szefa śmierć tak łatwo się nie ima. Ni tak, ni owak. To sprawiało, że sekretarz partii też miał u niego posłuch. Spełniał nawet polecenia popa, być może dlatego, że tenże jako osoba duchowna był za pan brat ze śmiercią, która pobuszowała póki co na jego ciemieniu i pognała zbierać żniwo wśród zwykłych śmiertelników.
Właśnie dopiero co tych czterech wróciło z polowania na zające.
Jeep pracował na trzy cylindry, ale w zamian miał reflektor skradziony z zenitówki i jego smuga światła wchodziła na kilometry w ciemność jak śruba w masło. Zające stawały, wyciągając przed siebie przednie łapy, sztywniały i dość było tylko nacisnąć spust. Z pewnością mogliby wybić nie wiadomo ile sztuk, ale strzelanie jest skuteczne, o ile naboje nie są wypełnione sproszkowanym kamieniem, jak działo się w tym wypadku. Celowali jeden za drugim – dyrektor, pop i sekretarz, strzelba wydawała z siebie niesłychany huk, ale ledwie pluła śrutem i zaledwie od czasu do czasu jakiś zając wydawał z siebie skrzek, trafiony zabłąkaną drobiną śrutu. Wtenczas przychodziła kolej na Chobcza. Pędził za rannym zwierzakiem jak gończy spuszczony ze smyczy i koniec końcem udawało mu się złapać go na jakiejś miedzy. Wracał zadowolony z siebie, zając popiskiwał, zwisając za uszy z jego ręki, a Chobczo wskakiwał do jeepa, jednym uderzeniem ogłuszał świeżą zdobycz i zawsze mówił przy tym jedno i to samo:
– Będzie mi uciekał, drań jeden!
Chobczo zapewne nie rozróżniał zajęcy dobrze wychowanych od niewychowanych, ale wkurzało go, że jedne i drugie chciały trzymać się od niego daleko.
Gdy na podłogę jeepa nawrzucano siedem zajęcy, nocna kanonada ustawała, bo kończyły się naboje. To się rozumie samo przez się, skoro na dziesięć strzałów tylko jeden był celny pi razy oko.
I zważywszy, że kłusownictwo jest źródłem przyjemności, o ile towarzyszą mu przygodowe atrakcje, im gwarantował je jeep – ni stąd ni zowąd gasły mu reflektory, które nawiasem mówiąc, gasną zawsze ni stąd ni zowąd.
Wracali wedle wypróbowanego sposobu – trzech szło przodem i paliło, a za nimi Chobczo, ściskając kierownicę, kierował się ognikami papierosów. Spełniało się jednocześnie wieczne marzenie robociarza – szefowie mają chodzić pieszo, a podwładny powinien się wozić.
Kto miałby ich na tym pustkowiu przyłapać na kłusowniczym polowaniu, skoro leśniczy na widok jeepa kładł się momentalnie spać. Wyrzutów sumienia nikt tu nie ma, jako że na prowincji wyrzuty sumienia nie są sprawą nazbyt oczywistą, zupełnie jak w przypadku nauczyciela na wsi – wszyscy wiedzą, że taki istnieje, ale nikt go nie widział.
Odblask papierosowych ogników był najsilniejszy na ciemieniu popa. Nigdy nie zakładał na głowę niczego innego jak tylko kłobuk, a ten nie jest zbyt odpowiedni na polowanie. Natomiast jego sutanna w cerkwi wyglądała jak fartuch mechanika w serwisie samochodowym.
– Tak oto Mojżesz prowadził swoich ludzi przez pustynię – stwierdził pop. – Obyśmy tylko nie wpadli w bagno, bo raczej nie mam mocy rozdzielenia wód…
Gdyby dyrektor był wodzem indiańskim, nie mógłby wydostać z matni swego plemienia inaczej niż przy użyciu fajki pokoju. W tym przypadku wiódł jeepa zapalonym papierosem.
Rozumując po linii partyjnej, jeep nigdy nie może być niesprawny i zawsze pracuje na czterech cylindrach, toteż nie było potrzeby się zastanawiać. Sekretarz partii doszedł do wniosku, że istnieją dwie rzeczywistości – jedna ląduje w koszu, a druga dzieje się poza koszem. Tak więc, nie były dla siebie przeszkodą. Jeśli idzie o palenie, to sekretarzowi partii wolno palić zarówno przed jeepem, jak i za nim.
Wolno mu też pić.
Tak też się stało, kiedy jakimś trafem znaleźli się już we wsi i postawili nogę w Państwowym Ośrodku Maszynowym. Nikt nie jest na tyle głupi, żeby wracać na noc do żony, choć ci trzej mieli poniekąd bardziej udane małżeństwa niż Chobczo.
Trunek był wieloowocowy, ale miał smak, jakby był pędzony przez jakiegoś cepa. Nocną porą nie ma to żadnego znaczenia. A bardzo często także w dzień.
We trzech prowadzili poważną rozmowę o słabej jakości prochu, o za szerokich lufach strzelb, o szubrawstwie losu i o tym, jak przyrządzić zająca.
Różnili się w poglądach jedynie w tej ostatniej kwestii, zważywszy, że w ośrodku była zaledwie jedna patelnia, czarna jak Senegalczyk, i jedna kuchenka elektryczna ze spiralą na wierzchu, o wiele bardziej zardzewiałą od poniewierających się na placu części, to nie było innej możliwości, jak tylko usmażyć mięso. Oczywiście w przypadku, że jest olej. A w ośrodku był jedynie olej silnikowy, od którego zadyszki dostawały kombajny, a co by było, gdyby miał przejść przez gardło człowieka.
Mimo wszystko Chobczo znalazł w jednej z szafek kawałek słoniny i położył ją w patelni na kuchence. Zaśmierdziało przypalenizną.
Zaraz potem, pociągając zdrowo trunek, Zielony Potwór niesamowicie zręcznie ściągnął skóry z zajęcy. W głębi placu znajdowała się studnia i Chobczo wrzucił skóry do niej. Studnia była pozostałością z czasów, kiedy w tym miejscu było jeszcze pole i ludzie wodą z niej gasili pragnienie w czasie żniw. Obecnie, po dziesięciu latach intensywnej działalności kółka kłusowniczego, studnia była prawie po brzegi wypełniona skórami, jako że wszystkie ślady nielegalnego polowania powinny być natychmiast pozacierane. Gdyby po kilku stuleciach natrafili na studnię archeolodzy, niczego by w niej nie znaleźli, bowiem skóra zajęcza jest bardzo nietrwała.
W momencie, gdy wszystko było już jako tako uładzone, wyłączyli prąd.
– Diabli mnie biorą na te wyłączenia! – jęknął dyrektor. – Co oni robią z tym prądem w nocy.
– Posyłają gdzie indziej – skwitował filozoficznie sekretarz.
– W jeepie padło światło, a teraz i w ośrodku – rzekł pop. – W tej durnowatej wsi to i słońce gotowe jutro zgasnąć.
– Pomódl się, żeby tak się nie stało – roześmiał się sekretarz.
– A pomodlę się. Żeby mnie posłał do takiej wsi, gdzie was nie będzie. Proch kamieniarski! Prądu nie ma! Surowe zające nieupieczone! I na dodatek muszę słuchać waszych głupot!
Pojawiło się kopcące światło. Chobczo zrobił pochodnię ze szmat, obficie nasączonych ropą. Wyprężył się obok trzech swoich szefów i rzekł:
– Wybiło korki. Z powodu tej spirali na kuchence.
– To je napraw! – żachnął się pop.
– Nie wiem, gdzie są.
Dyrektor i sekretarz spojrzeli po sobie. Oni też nie wiedzieli. A ponieważ w cerkwi z racji obfitości świeczek korki nie mają szczególnego znaczenia, odezwał się jedynie pop:
– To będziesz nad pochodnią piekł tego zająca? Głodny jestem!
Jak pop głodny, to choćby go i wieś krótko trzymała, spokoju od niego nie zazna.
Chobczo podniósł do góry drugą rękę. Zwisał z niej różowy, obdarty zając.
– Chcecie, żebym go obsmażył, tego drania?
– Jak go obsmażysz? – ożywił się dyrektor.
– Znam jeden sposób. Z wojska jeszcze. Nazywają to kotletami po szwajcarsku. Tyle, że robiło się je nie zająca, a z młodego osła. Stara wiara ukradła go…
– Ty nawet nie wiesz, gdzie Szwajcaria!
– On nie wie nawet, gdzie Bułgaria! – wyrąbał sekretarz.
– Gdzie Bułgaria, to wiem! – z przekonaniem stwierdził Chobczo. – Tu jest!
– Gdzie tu?
– Właśnie tu, gdzie my, tam jest!
– Po co mu wiedzieć, gdzie Szwajcaria – ze zniecierpliwieniem powiedział pop. – Wystarczy, że wie, jak się robi zająca po szwajcarsku.
Dyrektor nalał trunek do czterech kieliszków. Chobczo odłożył zająca na ziemię, wychylił kieliszek, podniósł zwierzątko i oddalił się do kąta, strząsając po drodze z mięsa przylepione paprochy.
Po chwili rozległ się trzask. Buchnął płomień z palnika acetylenowego.
Tłuszcz zaskwierczał. Jest wielce prawdopodobne, że zając po szwajcarsku jest potrawą smaczną, ale nie należy jej przyrządzać po piątym kielichu. Zwłaszcza takiego trunku.
W chwilę później Chobczo pojawił się znowu. Z pochodnią w lewej ręce. Z prawej, z nałożoną azbestową rękawicą, wystawała rączka patelni.
Zamiast ruszać patelnią nad palnikiem, Chobczo zamyślił się odrobinę dłużej niż miał to w zwyczaju. Zapatrzył się w kąt, jakby gdzieś tam była Szwajcaria, Szwajcaria na Bałkanach, choć pechowy Zielony Potwór widział w nim tylko prześmierdły mazutem mrok. I zwróciwszy ponownie wzrok na patelnię stwierdził, że jej nie ma. Palnik buchał niebieskawym płomieniem. Mimo wszystko przynajmniej jedno urządzenie w ośrodku pracowało jak Bóg przykazał.
Dno patelni spłynęło na posadzkę, tworząc dziwaczną formę, a mięso stało się zapachem, nie nadającym się do jedzenia nawet po modlitwie głodnego popa.
Wszyscy trzej jęknęli i wstali. Stanęło na tym, że trzeba będzie wstąpić do popa, bo z trzech żon popadia najbardziej lubiła sobie pospać i nie groziło, że będzie im wadzić.
Noc mogła być ciemna, dopóki sobie chce. Słońce nie musiało wschodzić nazajutrz. I niechby nawet wybiło i jemu korki, skoro już ma ten paskudny obowiązek oświetlania całej ziemi, a i na domiar tej ich wsi.
Jedno nie ulegało wątpliwości. A mianowicie, że trunku zabraknie.
I na dodatek, że Szwajcarzy nigdy nie nauczą się robić kotletów po szwajcarsku.

Na św. Tryfona Podciętego

 

Kalinowi Łazarowowi

– Gdyby ktoś mi powiedział, że widział wóz konny ciągnący mercedesa, zaśmiałbym mu się w nos – powiedział jeden z moich przyjaciół. – A teraz, zobaczywszy to na własne oczy, śmieję się z samego siebie.
Niekiedy jest tak, że życie staje się opowiadaniem, wcale tego nie pragnąc, a opowiadanie stara się zastąpić życie bez żadnego powodzenia, niezależnie od pokładanych w nim ogromnych ambicji.
Dlatego też postanowiłem uczynić opowiadaniem ten urywek życia, jaki sprawił, że mój przyjaciel był zmuszony śmiać się z samego siebie; rzecz u niego niezwykła, gdyż znaliśmy jego skłonność do dobrodusznych kpin, ale nigdy nie z siebie. W takich przypadkach pisarz po prostu oddaje głos przyjacielowi i następnie jedynie uładza rwącą się żywą mowę wedle prawideł literatury.
Tak więc, przyjaciel pisarza miał kłopot ze swoim mercedesem na jednej z bocznych dróg w niskich Rodopach Wschodnich. Choć zima jest tam zjawiskiem rzadkim, to na jedno opowiadanie zawsze uzbiera się trochę śniegu. W tym wypadku napadało go jednak jakby na całą powieść.
Nieoczekiwane gwałtowne opady sprawiły, że drogę zasypało całkowicie i pagórek zamienił się w głowę bałwana. Czerwony mercedes wciąż jeszcze był widoczny – jak marchew udająca nos. Przyjaciel wyruszył tam w poszukiwaniu taniego żółtego piaskowca, tak zwanego gnejsu, występującego w tej części gór w obfitości, i należało tylko znaleźć ludzi, którzy oczyściliby go z ziemi, żeby można było przetransportować go do jego pracowni w Sofii. Jak większość ludzi przedsiębiorczych pod koniec dwudziestego wieku, niezdolnych wkręcić się do biznesu nagannej konduity, przyjaciel mój z naganną naiwnością i zapobiegliwością szukał sposobu, żeby zdobyć jakiś lew. Handel oszlifowanym kamieniem zagnieździł się w jego głowie, toteż objeżdżał te wszystkie miejsca, gdzie wciąż jeszcze dało się wydobywać go na dziko i gdzie siła robocza była tania. Mercedes miał mu pomagać robić wrażenie na miejscowych przy targowaniu się. A dlaczego był czerwony – tego nie wiedział nikt. Łącznie z nim, choć kupił go własnoręcznie.
Niespodziewane opady śniegu zapuszkowały pojazd niczym w zamrażarce i przyjaciel wpadł w panikę, która rozstraja każdego człowieka z miasta, kiedy jego samochód nie sunie gładko jak po ulicy w czerwcu.
Wieś, do której zamierzał dotrzeć, miała nazwę nie do wymówienia, bo jak tu wymówić coś, co nie daje się zapamiętać. Zapisał ją sobie oczywiście, ale przewidująco przestudiował na mapie coś ważniejszego – gdzie dokładnie droga czarna odchodzi od drogi głównej. Ledwie jednak w nią wjechał, z czarnej zaczęła robić się biała. Niebo przysiadło na wzniesieniach i od spodu jak z rozprutej poduszki sypnęło na ziemię płatami śnieżnego puchu. Zdarzało mu się wielokrotnie widzieć ulewny deszcz, ale ulewny śnieg widział po raz pierwszy, a w dodatku w takie ziąb, że psa by nie wygonił.
Samochód stanął: truskaweczka, wsadzona w glazurę zimnych lodów w oczach tych, którzy dotąd nie przystali na porównanie do nosa bałwana. Kto by tu jednak miał przystawać – wokół nie było żywej duszy. Cisza i gęsty śnieg, tak gęsty, że zakleja rzęsy. I mój przyjaciel zaczął wpadać w popłoch. Najpierw przestraszył się, że droga do wsi zniknęła, w chwilę potem obejrzał się do tyłu i stwierdził, że drogi za nim też nie ma. Po uświadomieniu sobie, że może przyjdzie umrzeć z zimna w Rodopach Wschodnich z pewnością nie robi się cieplej, niż gdyby się miało umrzeć na biegunie północnym. Śmierć u białych niedźwiedzi wzbudziłaby jednak masę współczucia, natomiast tu – umarłeś z zimna, a kto by się o tym nie dowiedział, kona ze śmiechu.
Jak każdy facet, udawałby może odważniaka, gdyby tylko miał przed kim. Już był gotów wołać o pomoc, ale pomyślał, że tym samym wyszedłby nie tylko na strachajłę, ale i na idiotę. Skoro nikogo nie ma, to kto miałby usłyszeć.
Ale akurat było nie całkiem tak. Początkowo wydawało się, że niesie się jakiś cichy szelest, jakby płatki śniegu zrobiły się nagle staniolowe, po czym dobiegł odgłos jakby dalekiego wycia wilków. Aż wreszcie odgłos ten stał się donioślejszy i przybrał formę tubalnego męskiego śpiewu, który rozgonił śnieg i przed zdumionym oraz mimo wszystko pełnym nadziei na ratunek wzrokiem mojego przyjaciela odsłonił parę koni, ciągnących wóz z trzema dziadkami. Tylko konie nie śpiewały.
Staruszkowie byli do tego stopnia różni, że aż byli w tym do siebie podobni.
Zeszli z wozu i otoczyli przyjaciela kołem. Z początku o nic nie pytali. Durnością jest pytać człowieka, którego samochód zakopał się w śniegu, czy jego samochód się zakopał.
W końcu jednak najwyższy z nich powiedział:
– Zakopał żeś się, co?
– Tak – odrzekł przyjaciel.
Drudzy dwaj byli niskiego wzrostu, ale jeden z nich był chudzielcem i najwyraźniej niedowiarkiem, a ten drugi zaokrąglony i czerwonawy na twarzy.
– Zakopał się! – potwierdził Czerwonawy.
– Nie całkiem! – stwierdził Niedowiarek. – Mógłby bardziej.
Ten najwyższy wyciągnął z wozu dwulitrową butelkę po mineralnej, wypełnioną ciemnym płynem, i podał przyjacielowi.
– Napij się. Mojej roboty.
Dwaj niscy też wyciągnęli z wozu podobne butelki.
– Spróbuj i mojego!
– I mojego też!
Przyjaciel (a piszę całkowicie co do tego przekonany, bo go znam) łyknął z wszystkich butelek, zawierających istny ocet, uszlachetniony wodą, żeby nie drapał aż tak bardzo w gardle. Błyskawicznie stwierdził, że we wszystkich trzech było wino z tej samej beczki. Jednakże jak paskudne by nie było to czy owo wino, sprawia ono, że opady śniegu stają się łatwiejsze do zniesienia.
– Nic się martw – powiedział Najwyższy – trzy lata temu też tak napadało. A jak widzisz, z tamtych czasów nie ma dzisiaj nikogo na drodze. Tobie też pomożemy. Linę masz?
– Nie – odparł przyjaciel. – A na co wam lina?
Czerwonawy wyciągnął z głośnym pobrzękiwaniem długi łańcuch z wozu i rzekł:
– Pociągniemy cię do wsi.
– Nie da rady!
– Da radę – rzekł Niedowiarek. – Tylko tak się da.
– Staruszkowie podprowadzili konia przed samochód. Łańcuch został mocno zaciągnięty za zderzak mercedesa. Przyjaciel, siadając za kierownicę, powiedział nie na miejscu, ale ze szczerego serca – serca właściciela:
– Zderzak się urwie… śnieg jest głęboki…
– Tak czy owak, coś dam do wsi dociągniemy – odparł Niedowiarek.
– Nic podobnego – wtrącił się Czerwonawy – to już prędzej wóz się rozleci. Ale i tak na tym zyskasz. Jak zostaną dwa tylne koła, to razem z twoimi czterema – będziesz miał sześć.
Nie rozleciał się ani wóz, ani jego niemiecki samochód. Z nieoczekiwaną lekkością konie pociągnęły mercedesa. Przyjaciel, dodając ostrożnie gazu, żeby im ulżyć, stwierdził po krótkiej chwili, że zwierzęta dobrze wiedzą, gdzie pod śniegiem jest droga, niewidoczna dla oczu tych z miasta.
W momencie, kiedy sobie pomyślał, że dotarli na najbardziej głuche pustkowie, konie zatrzymały się i stało się jasne, iż znajdują się w centrum wsi.
Staruszkowie odwiązali samochód między dwiema białymi zaspami, bez wątpienia przypominającymi o wiele bardziej domy, kiedy nie są pod śniegiem.
– Tu go zostawimy? – spytał przyjaciel.
– A niby gdzie? – roześmiał się Najwyższy. – Nie zdaje mi się, żeby tu blokował ruch.
– Śnieg stopnieje za dzień, dwa – rzekł Czerwonawy.- Tak czy siak, w tej sytuacji bez koni się nie ruszysz, a ja moich ci nie dam. W naszej wsi najdroższy samochód ma moc dwóch koni.
Najwyższy rozejrzał się, o ile cokolwiek dało się zobaczyć spoza tej śnieżnej pierzyny.
– Widzisz ją, ej tam, tę największą zaspę? Tam jest gospoda. Ale będzie już pięć lat jak zamknięta. Do czego to podobne, żeby dziś, pierwszego lutego… w dzień św. Tryfona, w święto winiarzy – była zamknięta! Do tego doszło! Bo to, zanim ją zamknęli, zostało nas tylko trzech, jedynych klientów. Od tamtej pory pijemy na zmianę. Jednego wieczoru u mnie, drugiego u niego, a trzeciego u tego tam. Dzisiaj jest moja kolej… A właściwie, to po coś ty przyjechał do naszej wsi?
– Szukam gnejsu. Szlifuję kamienie.
– Mówiłem wam, że to wariat – roześmiał się Niedowiarek. – Jakem tylko dojrzał ten jego samochód.
– Dlaczego wariat?
– A dlatego, że ludzie normalni przyjeżdżają w lecie, kiedy śnieg tu nie pada. I tak właśnie zrobili i zaklepali sobie wszystko. Dali forsę sołtysowi, żeby nie zadawał pytań i sami zwożą sobie robotników ciężarówkami, bo tutaj prócz nas facetów nie uświadczysz, ale my są byli i do kamieniarki to my się nie nadajemy. Ale miło cię widzieć. Przyjeżdżasz akurat na świętowanie.
Pierwszy raz mamy gościa na św. Tryfona. Niech ci bozia da zdrowie – odezwał się Czerwonawy. – Jako kamieniarz lepiej trafić nie mogłeś. Nasze suszone mięsko jest jak kamień. Ten twój gnejs, co to go szukasz, mniej twardy.
Staruszkowie zwarli szereg i skinęli, żeby szedł za nimi.
– Daj, najpierw zróbmy co jest do zrobienia. Podetniemy winorośl – powiedział Najwyższy. – Przecież dziś jest św. Tryfona Podciętego.
Śnieg był nad kolana, ale trzech staruszków sprawnie torowało ścieżkę. Przyjaciel miał wrażenie, że śni, ale zimno mu było, jakby dopiero co się obudził.
Zatrzymali się trochę powyżej od przysypanej wsi. Ze śniegu wystawały gołe krzaki. Mogły to być krzaki bądź jakie, ale nie krzewy winorośli.
Staruszkowie wyjęli koziki z drewnianymi rączkami i starannie przycięli wystające gałązki. Następnie pociągnęli parę łyków z butelek u dali też mojemu przyjacielowi. Kwaśne wino zaczynało zamarzać, ale dzięki temu mniej drapało w gardle.
Schodząc już do wsi, do domu Najwyższego, który zgodnie z zasadą miał zapewnić nieistniejącą już gospodę, przyjaciel zapytał:
– To przecież nie była winorośl. Taki to ma być ten wasz Tryfon Podcięty?
– A ona rośnie na kamieniu? W naszej wsi winnicy nigdy nie było – roześmiał się Najwyższy. – Na gnejsie rosną tylko te krzaki. To jedno tu rośnie odkąd świat światem. Strasznie uparte krzaczyska!
– To skąd macie wino?
– Kupujemy je sobie na równinie. Po to też wybraliśmy się wozem. I miałeś szczęście, bo gdyby nie my, to zwijałbyś się z zimna na drodze jak podeszwa… Każdego roku kupujemy wino wspólnie, żeby wyszło taniej…
– Ale każdy ma własną butelkę – powiedział Czerwonawy. – Bo trzeba się pochwalić własnym winem na święto.
A Niedowiarek dorzucił:
– Mogą nam odebrać gospodę, ale św. Tryfona Podciętego – nigdy w życiu!

Ósmy marca

 

Kosiowi Dżelebowowi

Późną jesienią na drzewie, odartym przez tę porę roku z liści, zobaczyłem zawieszoną martenicę1. Powieszone pod koniec marca na zdrowie wedle starego obyczaju, przetrwały lato, ukryte pod liśćmi, i teraz znowu przyciągały wzrok w szarym dniu, między nagimi gałęziami. Wyglądały jak szminka na ustach przywiędłej już piękności.
Rzeczy drobne wywołują z pamięci strzępy minionego czasu, zupełnie jakby życie składało się z połączonych ze sobą kiełbasek wiedeńskich. Tu jednak się schodziły, wspomnienie było wspólne. Moje i Kosia. Całkowicie niepodzielne. Bowiem ja mogę je jedynie opowiedzieć, a Kosio jest malarzem. On może je także namalować.
Te marcowe frędzelki wystrzeliły nagle z mojej świadomości… było to ósmego marca. Akurat w porze wiosennych uśmiechów Morze Czarne było skute siarczystym mrozem. Ostry wiatr znad stepów omijał Krym, wzbijał potężne fale i zwalał się na nasze wybrzeże, uchodzące za południowe. Z Kosio jechaliśmy do miasta o zadziwiającej nazwie Miczurin, ochrzczonego tak na cześć radzieckiego botanika, który potrafił dowieść wielu ludziom wyższość socjalizmu nad naturą. Jako że my też byliśmy w pozycji słabszej od socjalizmu, próbowaliśmy skromnymi siłami zorganizować w tym mieście letni festiwal sztuki. Na podobne festiwale w owym czasie dawano spore pieniądze, a na sztukę jako taką –tyle, co i dziś.
Jako artysta, Kosio obstawał przy swoim maniakalnym pomyśle zrobienia wielkich kolorowych wiatraczków z papieru, porozwieszanych w całym mieście. Zważywszy, że wiał tu lokalny, ciągły wiatr, miało to dać efekt fantastycznej feerii. Dla Kosia fantastyczne jest wszystko, co jest kolorowe i się obraca. Czarno-biały wiatrak to jakby nasze życie. Ale sęk w tym, że jeszcze nie doszliśmy do tego, gdzie ono jest zawieszone.
Droga była całkowicie oblodzona. Właśnie dlatego, że wybrzeże to uchodzi za południowe, nie było żadnej gotowości do odgarnięcia śniegu i posypania jezdni piaskiem. Ładą rzucało na wszystkie strony jak łódką. Jedyną szansą na przeżycie była to, że nie mogło dojść do zderzenia z samochodami z naprzeciwka, bo takowych nie było. Tylko wariat mógł wyjechać samochodem na taką drogę w podobną pogodę. A skoro my dwaj niewątpliwie do takich należymy, to jest oczywiste, że równie zwariowani nie trafią się jednocześnie z obu kierunków.
Wjechawszy do miasta, nie mieliśmy wrażenia, że potrzebne mu są kolorowe wiatraki. Trzydziestocentymetrowy śnieg przykrył wszystko i ten rajski zakątek, w którym nawet w styczniu zazwyczaj czuje się lato, przypominał symulator dla Eskimosów.
Łada dotarła jakimś cudem po koleinach do miejskiego parku, po czym ugrzęzła bezawaryjnie w nawianej zaspie. Wokół nie było żywej duszy. Słychać było jedynie donośny uroczysty marsz. Było to dość dziwaczne, żeby w zasypanym śniegiem mieście działały jedynie głośniki. Dotarliśmy na nogach do placu i stwierdziliśmy, że to nie głośniki.
Oczom naszym ukazał się obrazek, jaki wprawiłby w zdumienie Eskimosa, a nawet Papuasa, rzecz jasna, gdyby do tego czasu nie zamarzł.
Na schodach domu kultury zawzięcie grała orkiestra dęta. Cały pusty plac przed nią był usiany marteniczkami. Jakby je wysiał siewnikiem.
Twarze muzykantów płonęły, uszy jaśniały barwą rubinu na siarczystym mrozie, ale wszyscy grali z nieprawdopodobną pasją.
– O, Monio – wykrzyknął Kosio i pokazał na bębniarza. – Mój kumpel. Jego łódką wypływam na ryby.
Monio nas zobaczył, uśmiechnął się i dał znak oczami, żebyśmy zaczekali. Czas dla muzykantów ma zupełnie inny wymiar. My, ludzie, słuchamy, dopóki nam się nie znudzi, orkiestra dęta zawsze gra do samego końca.
Gdy dwa uderzenia w bęben oznajmiły koniec uroczystego marsza, muzykanci stłoczyli się w grupkę, rozcierając sobie ręce, a Monio przybiegł, objął Kosia i opieczętował jego policzki dwoma pocałunkami, które zadzwoniły jak lód do whisky, który lubi wypaść do kuchennego zlewu.
– Co was tu przygnało w ten ziąb? Mało wam zimna w Sofii?
– Mało – odparł Kosio.- Wasze zimno to nie byle co.
– Święta prawda… uszy nam odpadną. Mnie, jako bębniarzowi, to nie wadzi, ale reszta bez uszu będzie fałszować…
– A po kiego diabła gracie, jak nie ma komu słuchać – roześmiał się Kosio. – A skoro nie ma komu, to czemu na tym zimnie? Nie możecie gdzieś w środku?
– Protestujemy – Monio podniósł do góry palec wskazujący. – To jest koncert protestacyjny.
– Już kiedyś słyszałem o takich koncertach. Protestowano zdaje się przeciwko aborcji.
Monio jakby się zastanawiał przez moment, ale właściwie zbierał siły, by wyrzucić z siebie, co następuje:
– My nie protestujemy przeciwko aborcji. My protestujemy przeciwko kobietom.
– Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, są jeszcze w użyciu znacznie przyjemniejsze formy, mogące uchodzić za protest. A przy tym w cieple.
– Mówię poważnie – rzekło Monio. – Do którego byś domu nie zajrzał, nie uświadczysz w nim baby. Wszystkie skrzyknęły się i świętują w hali sportowej i w klubie oficerów rezerwy. Niby to ma być wiosenne święto kobiet, a tu takie pierońskie zimno. Nie do wytrzymania. I chłopy, jak jeden mąż, rzucili wszystkie marteniczki na placu. Tak ma wyglądać Baba Marcucha, tak się świętuje wiosnę, Ósmego Marca?… Dlatego gramy w proteście… skoro bab nie ma w domu, to nie ma kto zrobić przekąski do rakiji w to zimno, a żadna knajpa nieczynna, bo nie ma kto umyć głupiego talerza i widelca. Wychodzi na to, że i w knajpie bez baby się nie obejdzie. No, to ja się pytam, jak tu żyć?
– Nie da się – odrzekł Kosio. – To nie do wytrzymania. Właśnie dlatego się rozwiodłem.
Przyłączyli się do nas także pozostali muzykanci. Posypały się głosy, czy jest potrzebne święto kobiet, skoro faceci, o ile nie zapomną, mogliby wręczać im kwiaty w każdy inny dzień w pozostałych dniach w roku, byle by z tego powodu knajpy nie przestawały pracować.
Tak czy owak, w tym momencie na knajpę nie było co liczyć, jednakże z każdej, choćby najbardziej zawikłanej sytuacji, znajdzie się zawsze jakieś wyjście. Monio zasugerował, że tylko u starego kawalera mogłoby się teraz trafić coś do wypicia i przegryzienia. A starym kawalerem był, rzecz jasna, Bałaban. To wyjście okazało się nieskończenie trafione, przywiodło nas nawet do dwóch wejść. Do Bałabana można było wejść nie tylko przez drzwi, ale i przez wybite okno od strony korytarza.
Na środku wewnętrznego pomieszczenia tkwiła zardzewiała koza. To nie był piecyk, to był wulkan. Był napakowany drwami, co zrozumiałe, ale gospodarz dokładał do ognia kawałki opon samochodowych. Guma nie tylko podnosi temperaturę ognia, ale czyści też rury kominowe. Bałaban zdążył już starannie oczyścić gardło rakiją, na skutek czego jego głos przypominał głos piły podczas przecinania opony.
Już przy pierwszym łyku zrozumiałem, że nazajutrz nasze głosy nie będą różniły się od głosu tego starego kawalera. Otóż, płyn ten zderzał się z podniebieniem z towarzyszeniem skwierczenia i na szczęście nie kierował się przez trąbkę Eustachiusza ku uszom, bo mógłby się z nich pokazać dym.
Trunek ten niczym lawa spływał do przewodu pokarmowego i po jego całkowitym wypaleniu przy każdym łyku, obsuwał się do żołądka, gdzie, jak przypuszczam, przyprawiał naturalny kwas solny o atak chemicznej zazdrości.
Na zakąskę było suszone mięso, dające się kroić nieco łatwiej niż samochodowa opona. Przy trzeciej kolejce Bałaban pokazał na półki na jednej ze ścian, zastawione pustymi słoikami i powiedział:
– Z tych słoików zrobiłem tę niesamowitą rakiję.
Potem odwrócił się, pokazał na półki na innej ścianie, na której poustawiane były niezliczone słowiki z kompotami, i z dumą dodał:
– A z tych będę robił w przyszłym roku.
Już pobieżne spojrzenie prowadziło do oczywistych wniosków. Płyn w słoikach był mętny, a owoce opadły na dno. To tłumaczyło zbieżność walorów rakiji, właśnie pitej, z kretem w płynie. Wobec takiego trunku gościnność gospodarza może mieć nieprzewidywalne następstwa dla zdrowia.
– Z babami źle, ale i bycie starym kawalerem nie jest żadnym rarytasem – rzekł do mnie Kosio.
Biegła już czwarta kolejka, a jej efekt, jak wiadomo, zmiata z drogi trzy pierwsze, galopuje z powrotem do góry i wdziera się do mózgu niczym tsunami.
Ona to podsunęła artyście pomysł rozerwania muzykantów, starego kawalera, mnie i, o ile to możliwe, siebie. Kosio wyciągnął z plecaka różnokolorowe kartony, przycięte i posklejane w sposób jemu tylko wiadomy. Pokombinował chwilę i na koniec złożył kilka wiatraków, przypominających te, które dzieci na drucikach ustawiają do wiatru, jednakże te były takiej wielkości, co okrągły stół Bałabana.
– O, coś takiego wam przygotowałem na święto kultury w lecie. Jak się zaczną kręcić, całe miasto będzie och i ach.
– Kto by czekał do lata – podniósł do góry palec Monio. – Teraz je zawiesimy. Za bardzo się tu zasiedzieliśmy! Bałaban, bierz rakiję i zakąskę. Idziemy na plac!
– Weź biało-czerwony – powiedział Bałaban do Kosia.
– Jak to biało-czerwony – wtrącił się Monio. – Przecież protestujemy.
– Ja nie protestuję – odparł Bałaban. – Kobiety znoszą mi swoje zepsute kompoty… A wy mi tylko gadacie głupoty. Albo zawieszamy biało-czerwony wiatrak, albo nie biorę rakiji i zakąski.
Pijana orkiestra rzadko obstaje przy swoim, a pijany bębniarz – nigdy.
I co się okazało – życie ludzkie nie jest czarno-białym wiatraczkiem, a w najgorszym wypadku czerwono-białym. A przy tym wiadomo, gdzie jest zawieszony – on jest zawieszony na dwóch masztach, na których z okazji wszystkich świąt, z wyjątkiem Święta Kobiet, powiewała flaga bułgarska i radziecka. Spadłszy z nich razy trzy, Kosio zdołał w końcu zawiesić skutecznie swoje wynalazki.
Wiatr zaczął kręcić wiatrakami jak szalony i z góry popłynął jakby strumień kolorowych iskier, od których rakija w naszych głowach rozpaliła nas jeszcze bardziej…
– Chłopaki, bierzcie instrumenty – zawołał Monio.
W tym momencie na plac wysypała się kawalkada podpitych niewiast. Ich święto miało się ku końcowi.
Nie ma nic bardziej bezsensownego od tego babskiego chichotu pod koniec Ósmego Marca. W dodatku nie bardzo wiadomo, dlaczego wszystkie się śmieją po tym, jak wszystkie gadały bez opamiętania. Kiedy jednak dojrzały biało-czerwony wiatrak, stał się cud – zamilkły. Zanim jednak dało się usłyszeć szum morza, zaczęły jedna przez drugą:
– Brawo!
– No, to się nazywa prezent! A nie ta porozrzucana drobnica!
– A nie mówiłam wam, że choć protestują, to i tak nas kochają?
– Szkoda mi ich! Zostali bez nas na cały dzień!
– Wreszcie zrobili coś przyzwoicie.
Ani za grosz nie zdawały sobie sprawy, że zawdzięczają to wyłącznie Bałabanowi, toteż nie zwróciły na niego żadnej uwagi, co poniekąd tłumaczyło, dlaczego pozostał starym kawalerem.
W tym momencie muzykanci uporali się z zamarzniętymi instrumentami i zagrali, nie wiedzieć czemu, marsz weselny Mendelsohna, po czym jakby nigdy nic przeszli na skoczne choro .
Kobiety, nie namyślając się i nie przestając się chichotać, złapały się za ręce i zatoczyły w rozedrganym, potężnym kole na placu. Drobiły kroczki zawzięcie i wdeptywały w śnieg razem z rzuconymi przez mężczyzn marteniczkami także ich protest.
Zrobiła się godzina dwunasta. Miasto rozbrzmiewało muzyką. Nikt nie otworzył okna, żeby wrzasnąć wedle starego bułgarskiego obyczaju : „Cisza tam!”
Robiły to zazwyczaj kobiety, ale teraz nie było ich w domu, były na placu.

Gazeciarz

 

Mitkowi Tomowowi

Codziennie rano, kiedy zdążałem samochodem do pracy, zjawiał się przede mną na centralnym skrzyżowaniu miasta. Cały obwieszony od stóp do głów gazetami, wymachiwał rękami jakby regulował ruchem i posyłał w stronę samochodów zachęcające uśmiechy. Natężenie ruchu było potworne, podenerwowani kierowcy wyczekiwali na zielone światło, żeby posunąć się do przodu, przy pewnej dozie szczęścia, około dwudziestu metrów, a on slalomował w tym morzu samochodów niczym beztroski mistrz jakiegoś ekstremalnego sportu. Sprzedawanie gazet w tych okolicznościach było prawdziwą wirtuozerią.
Sprawiał wrażenie bądź to żebraka, bądź to dyrygenta operowego. Od czasu do czasu zdarzało mu się podbiec w podskoku i gazety wokół całego ciała zaczynały pląsać do rytmu. Tak manewrował głosem, że udawało mu się zdążyć między jednym a drugim klaksonem.
– Najnowsze wiadomości! Prosto z druku! Wszystko czarno na białym! Prawdy daleko od prawdy! Kupujcie teraz, bo na wstecznym nie sprzedaję! Reklamacje – u redaktorów. Codziennie nowy model gazety!
Samochody przetaczały się w stronę zielonego światła, a on szedł z powrotem razem z nimi. Nie miał za złe tym, którzy nie kupowali, nawet mrugał do nich porozumiewawczo, jakby chciał powiedzieć – ja też nie czytam tych szmatławców, którymi jestem obwieszony.
Miał niezwykle bystre oczy, którymi zapewne wszystko był w stanie utrwalić w pamięci.
– Pan jaką gazetę czyta? – zawołał do mnie przez okno z opuszczoną szybą. Codziennie przejeżdżasz pan tędy i nie kupujesz. – Co to za gazeta, której ja nie mam?!
– Rzadko czytam gazety – uśmiechnąłem się.
– Ja też. Nie mam kiedy, bo ciągle je sprzedaję. Taki los. Prawdę mówiąc, kiedyś uczyłem w szkole, ale… co począć. Wypuściłem całą armię uczniów, ale szkolnictwo zbankrutowało i znalazłem się na ulicy…
Z tyłu zaczęli na mnie natarczywie trąbić. Pełzająca kawalkada przerwała mi rozmowę, przetoczyła się przez skrzyżowanie i pognała przed siebie.
Nazajutrz dałem mu znak, że chcę kupić gazetę, ale zatrzymał się przy samochodzie w pobliżu – widocznie miał taką zasadę, żeby nie tracić najmniejszej sekundy podczas postoju. Słyszałem jak mówi:
– Co począć. Byłem dyrektorem dużego zakładu. Dawałem chleb tysiącom ludzi. Ale bankructwa dopadły gospodarkę i jak pan widzi… jestem na ulicy.
Zręcznie przejął banknot i ukłonił się w podziękowaniu, bo pewnie ci w samochodzie nie zażądali od niego reszty. Następnie zaczął podskakiwać w właściwy dla niego sposób na dwóch nogach jednocześnie i gazety rozpląsały się wokół niego, jakby chciały strzasnąć z siebie na asfalt nadmiar słów i okrągłych półprawd, udających na papierze prawdy.
A ponieważ zielone światło się opóźniało, podszedł do następnego samochodu, ukłonił się i powiedział:
– Tylko u mnie możecie kupić gazetę w leasingu! Pierwsza rata – jeden lew za sztukę!
Kolumna ruszyła, toteż rzuciłem mu już jadąc:
– Straciłeś mnie jako klienta!
– Nie kupuj gdzie indziej! – zawołał. – Wcisną ci podróbę!
Nazajutrz zobaczyłem go między rzędami po mojej prawej stronie. Sięgnąłem ręką i otworzyłem szybę.
– W sporcie też nie ma sprawiedliwości! – nawijał, podając gazetę tym z sąsiedniego samochodu. – Doprowadziłem drużynę piłkarską do pierwszej ligi, ale zadziałali mafiosi i mnie wykopano. I macie! Wspaniały trener wyrzucony na ulicę – sprzedaje gazety…
Następnie podbiegł do linii pasa jezdni i zaczął podskakiwać, pokrzykując:
– Gazety z pierwszej ręki. Tylko dzisiaj coś warte, jutro trafią na makulaturę, pojutrze – do antykwariatu! Weźcie los w swoje ręce!
Kto potrafi powiedzieć, czym jest życie – czy to wtedy, kiedy niesie człowieka nie wiedzieć dokąd, czy kiedy toczy się gdzieś obok, czy też kiedy usadowi się gdzieś na rogu przy sygnalizacji świetlnej. A może życie to właśnie ta sygnalizacja – widzi człowieka z odległości i zapala czerwone światło. Czymkolwiek by nie było, my w nim jesteśmy. Spragnieni kolejnego haustu powietrza w oczekiwaniu na zielone światło.
Tak się akurat zdarzyło, że pewnego kolejnego dnia wypadło mi zatrzymać się akurat przy gazeciarzu. Było dość czasu, żeby się nie śpieszyć.
– Czego uczyłeś, jak byłeś nauczycielem? – spytałem, podając mu lew, czyli tyle, ile ustalił jako „leasing” za jeden egzemplarz.
– Wcześniej powiedz, jaką chcesz gazetę?
– Jaką mi dasz.
Nawet nie widziałem, jaką mi daje.
– Skąd wiesz, że byłem nauczycielem?
– Sam mi mówiłeś!
– A co ci to tak zapadło w pamięć?
Speszyłem się. Roześmiał się – tym swoim handlowym uśmiechem, ale w kącikach ust pojawiły się fałdki zasmucenia. Zasmucenia, że piękne kłamstwo, którym nie były wytapetowane gazety wokół niego, miało tak krótki żywot.
– Nigdy nie byłem nauczycielem. Byłem, kim tylko się dało i nigdy nie byłem kimś w całej rozciągłości. Z jednym wyjątkiem. Jestem niezrównanym przebierańcem. Nikt nie potrafi lepiej ode mnie tak potrząsać dzwonkami, że słychać je trzy ulice dalej. Wciąż posyłają po mnie, jak zaczynają chodzić przebierańcy…
Podskoczył kilka razy na dwóch nogach, potem spojrzał na mnie i mówił dalej:
– Jak widzisz, z gazet nie da się wydobyć głosu dzwonków. Ale mnie ponosi. A ty kim jesteś? Co rano tu jesteś, u mnie. Dokąd ty chcesz dojechać, zaczynając każdy dzień od tych samych świateł. Codziennie rano zdajesz poprawkę!
A ponieważ nic nie odpowiedziałem, zamurowany trafnością jego słów, dodał jeszcze:
– Jutro masz u mnie gazetę za darmo! Zafunduję ci!
Zaświeciło się zielone światło i świat posunął się mitrężnie dwadzieścia metrów dalej.

Wiza do pracy po bułgarsku

 

Toszkowi Szopowowi

Wybrzeże Morza Egejskiego jest o tej porze puste i ciche – to dopiero początek maja. Powiew wcześniejszego tutaj lata wciąż nie dotarł do Unii Europejskiej i nie ma jeszcze powodzi turystów.
Morze w Zatoce Strumskiej jest niebieściutkie i spokojne, ani mu w głowie sezon urlopowy, myśli tylko o sobie – jest zimne i nic nie robi sobie z tego, że wielomiesięczna droga reklama pójdzie na marne.
Wybór przybrzeżnej tawerny na obiad jest trudny, bo na całym wybrzeżu aż roi się od tawern. Ta jednak, przy której właśnie się zatrzymuję, przyciąga już z daleka wzrok kierowców jadących autostradą; zdaje się mówić – tu jest przytulniej niż wszędzie tam, gdzie tylko was zwodzą pozorami.
Skoro sezon jeszcze nie ruszył, to jest rzeczą normalną, że w tawernie – całkiem pusto. Stoliki są przykładnie ustawione, czekając na papierowy obrus, lśniący czystością, który zostanie zdjęty po wyjściu klienta i wyrzucony wedle ekologicznie ustalonego porządku. Ale póki co nie ma nikogo. Brakuje nieodłącznego kelnera, mówiącego z uśmiechem, a nie trzeba go nawet rozumieć, żeby usiąść gdzie się chce, jakby przez cały tydzień rezerwowali miejsce specjalnie dla ciebie.
Przechodzę między stolikami w cieniu drzew oliwnych. Zanurzam rękę w morzu i wtedy spostrzegam opodal skał na małej plaży klęczącą kobietę. Spogląda na mnie z ukosa i rozchlapuje ręką wodę, jakby to było jej stałe miejsce i całkiem zwyczajne zajęcie. Sekundę później znika jednak za skałami.
Wracam do restauracji. Choć jest to niedziela, właściciel zjawia się pijany, jakby to był piątek. Pyta, co sobie chcę zamówić, a kiedy okazuje się, że nie jestem Grekiem, pyta kulejącą angielszczyzną, skąd jestem. Jak już wymówiłem słowo Bułgar, kiwa uprzejmie głową i wycofuje się na zaplecze lokalu, kaszląc astmatycznie.
I wtedy pojawia się ona. Ta sama kobieta, którą widziałem przy skałach.
Ufarbowane na czarno włosy, zepsute zęby, czujne, ciemne oczy.
– Pan tu w jakiej sprawie? – powiada ona.
– Po prostu chce mi się jeść. Czy to pani była przy skałach?
– Ja. Pomyśleliśmy, że pan coś kontroluje… Tu tak robią. Przyjeżdżają, udają, że są klientami, a potem wyciągają dokumenty i…
– Co miałbym kontrolować?
– Przecież jestem Bułgarką. Nie mam wizy do pracy. I właściciel przykazał mi się chować, jeśli przyjedzie ktoś podejrzany…, bo gotów sprawdzać.
– Ja miałbym być tym podejrzanym?
Roześmiała się:
– No nie. Już jak zobaczyłam, że pan poszedł zamoczyć rękę w morzu, domyśliłam się, że pan nasz. Jak przyjedzie jakiś Bułgar, zaraz idzie do morza dotknąć wody. Co pan chce zamówić?
– A co jest?
– Wszystko.
– Ryba?
– Jest świeża.
– Wszędzie tak mówią.
– Ale ja to wiem. Całkiem świeża jest…
Pokazała mi poranione ręce – od świtu czyściła ryby w kuchni.
– Cieszę się, widząc rodaka…, bo tak w ogóle, nie mam z kim pogadać.
– Do granicy ledwie sto kilometrów. Przechodzi pani na drugą stronę i tam już pełno rodaków.
– Mówiłam już. Nie mam wizy do pracy. Mogą mnie z powrotem tutaj nie wpuścić. Mąż jest bezrobotny. A dwóch synów na studiach. Ja jedna zarabiam… nie mogę się stąd ruszyć. Mam prawo na dziewięćdziesiąt dni pobytu. I ani rusz.
Jest niedziela. Pytam, czy nie ma dnia wolnego.
– To mój wolny dzień. – odpowiada kobieta. – W tygodniu zajmuję się jedną staruchą w miasteczku. Okropna jest. Zrzędzi, piekli się, że jej nie rozumiem. Po sto razy mi każe robić to samo i wciąż niezadowolona. Leży w łóżku, ale oczami wciąż za mną wodzi. W oczach ma nienawiść do mnie. Ile ona mi krwi napsuje… Dzisiaj, w niedzielę, jest z nią syn. On jest w porządku, płaci mi regularnie. A w niedzielę dorabiam sobie tutaj…
Kobieta łapie głęboki oddech.
– Oby Bóg ją zachował jak najdłużej przy życiu. Jej syn dobrze mi płaci. Panie Boże dopomóż, oby żyła jak najdłużej!
A ponieważ mający już to i owo za sobą mężczyzna nie odzywa się ze ściśniętym gardłem, powiedziałem tylko do siebie w głębi duszy:
„Boże! Wszak jesteś przecież Bogiem wszystkich! Usłysz modlitwę tej, która jest z twego stworzenia! Przyjmij dwa grosze życia u stóp krzyża swego!”

Oś życia

 

Minczowi Semowowi

Punta Arenas jest najdalej wysuniętym na południe miastem w Chile, kraju, który na mapie wygląda na żart geografii – węższy od Bułgarii, a dłuższy od Europy.
Nasza ekspedycja antarktyczna zajmowała co wieczór ten sam stolik w hotelowej restauracji. Dopiero za tydzień spodziewany był w porcie statek, którym mieliśmy popłynąć przez cieśninę Draka do naszej bazy na wyspie Livingstona. Dni były wilgotne i chłodne, miasteczko – z niskimi domkami, jakby rozrzuconymi ręką gigantycznego siewcy wzdłuż brzegu Cieśniny Magellana. Nuda wyczekiwania – nieodczuwalna dla weteranów w naszej grupie, dla mnie była dokuczliwa niczym miliardy mikroskopijnych kropelek w powietrzu, których nie można było nazwać deszczem, a potrafiły przemoczyć do suchej nitki. Słońce, zupełnie jak jakiś więzień, wyzierało spoza chmur jedynie wieczorem, zanim pogrążyło się w ciemnościach najgorszego więzienia – nocy.
Chilijskie wino jest w takiej sytuacji prawdziwym zbawieniem.
Któregoś wieczoru spostrzegłem w restauracji, że z sąsiedniego stolika, przy którym spożywali kolację ludzie miejscowi, przygląda mi się uporczywie niewysoka kobieta w średnim wieku. Była dość pełna, zaniedbana, ale oczy zdradzały taką życzliwość, jakbyśmy byli sobie bliscy i ona cieszyła się, że znów widzi mnie po długim czasie.
Pomyślałem sobie, że może jest krótkowidzem albo, zamyśliwszy się nad czymś, patrzy niewidzącym wzrokiem. Ale okazało się co innego.
Kobieta wstała i podeszła do mnie.
– Przepraszam, usłyszałam jak ze sobą rozmawiacie… I zaczęłam się panu przyglądać… Czy pan jest… – tu wymówiła moje nazwisko z akcentem osoby, która nie mówiła w ojczystym języku kilkadziesiąt lat. Z tą nieskrywaną nieporadnością, biorącą się z mówienia na co dzień w innym świecie, w którym ojczyzna jest dalekim echem.
– Tak, to ja – odpowiedziałem zaskoczony. – My się znamy?
– Pewnie pan sobie nie przypomina, ale jestem panu bardzo wdzięczna – odparła. – Pan jako jedyny stanął po mojej stronie.
Widziała zdumienie na mojej twarzy, niechybny znak, że niczego sobie nie przypominam i że jest dla mnie kimś całkowicie nieznajomym z drugiego końca świata.
– To było na parterze w rektoracie… Mój ojciec i moja matka przyszli tam, czekali na mnie po wykładach i próbowali rozdzielić mnie z Jorge. Zrobiła się awantura. I pan wtedy zawołał do mojego ojca: „Co pan od nich chce! Dlaczego pan szarpie tego chłopaka!”. Tym chłopakiem był Jorge… Mama lamentowała: „Chodź, kochanie, wracaj do nas!”. Ojciec wywrzaskiwał: „Masz go rzucić, kim on właściwie jest? Natychmiast masz wracać do domu!”. Pan stanął wtedy między nami i powiedział do niego: „To jest uniwersytet. Tu nie jest miejsce na awanturowanie się. Zostawcie jedno i drugie w spokoju. Oni są pełnoletni…”. Nie zdziwiłabym się, że pan tego nie pamięta. To było dwadzieścia pięć lat temu…
Pamiętałem bardzo dobrze. Nie mogłem jedynie pokojarzyć sobie szczuplutkiej studentki, kurczowo ściskającej za rękę czarnowłosego chłopaka z Chile, z tą otyłą kobietą, którą przysiadła się do mnie i patrzyła na mnie ze smutkiem w oczach niczym człowiek odgrodzony gęstą mgłą od własnej przeszłości.
– Pamiętam to zdarzenie, pamiętam i chłopaka – powiedziałem, ale ona uchwyciła zaskoczenie w moich oczach.
– Bardzo przytyłam… – odezwała się zmieszana. – Wiem o tym…
– Człowiek nie zmienia się aż tak bardzo – przerwałem jej. – Po prostu jesteśmy daleko od siebie. Niekiedy długo.
A ponieważ nie odzywała się, dodałem:
– Jak widzę, skoro pani tu jest, to znaczy, że rodzice pogodzili się ze wszystkim.
Spuściła oczy i westchnęła.
– Nie pogodzili się. Nie mogli pojąć, że my się kochamy, a prawdziwie zakochani nie rozstają się ze sobą, kierując się rozsądnymi radami. Ojciec powiedział mi: „Twój Jorge jest emigrantem politycznym, jeśli pojedziecie do Chile, jego tam zastrzelą. Ale, jak ty z nim pojedziesz i jego sprzątną, ani nie myśl o powrocie do domu!”. To człowiek surowy i jak powie, tak robi.
– A matka?
– Ona nigdy mu się nie przeciwstawiała. Choć potem chowała się do kąta, żeby się wypłąkać.
– Nie pisała mu pani, że ma się dobrze?
– Pisałam tysiące listów przez te lata. I nie dostałam ani jednego.
– Od matki też?
– Też. Pewnie nie odważyła się. Nie odpisała mi nawet wtedy, kiedy wysłałam list z wiadomością… że Jorge umarł. Piętnaście lat temu. Pewnie płakała jak zwykle gdzieś w kącie, ale nie odpisała… – wydała z siebie ciche chlipnięcie i ciągnęła dalej stłumionym głosem. – żeby choć przysłała parę słów, powiedziała, żebym wracała… Nie odważyła się…
Tego było nieco za wiele, urywana opowieść tej kobiety przypominała koszmar senny.
– Pani męża… zabili go rzeczywiście? – spytałem.
– Żyliśmy sobie najnormalniej w świecie, nic złego nam się nie stało, nikt go nie prześladował. Ale umarł nagle… na zawał… miał trzydzieści cztery lata. We śnie. Po prostu pewnego ranka już się nie obudził. Taki los. Pewnie urodziłam się pod jakąś nieszczęśliwą gwiazdą!!
Znowu umilkła. Obolała i odrętwiała jednocześnie. Takie niespełnione życie kobiety albo odebrane prawo do bycia dzieckiem. Jedno i drugie – bezsensowne i smutne.
– To znaczy, od piętnastu lat żyje tu pani sama? – zapytałem.
– Tak. Co miałam zrobić? Pracuję w sklepie. Ludzie są tu życzliwi… Przez pierwsze lata po śmierci Jorge bardzo chciałam wrócić do Bułgarii…, ale nie miałam żadnej odpowiedzi. Nie zdecydowałam się. I dalej tu jestem… A zresztą… zajmuję panu tylko czas moimi sprawami, oderwałam pana od kolegów…
– Nic się nie dzieje – uśmiechnąłem się. – Czy mógłbym coś dla pani zrobić?
Spojrzała na mnie tak jak na początku. Niewidzącym wzrokiem, jakby skierowanym w głąb niej samej.
– Poprosiłabym pana tylko o jedno. Oni jeszcze żyją. Od czasu do czasu dzwonię do nich, tak bez słowa… i odbiera tata, bardzo rzadko mama. Prosiłabym, aby pan zaszedł do nich. W Sofii. Dam panu adres. I powiedział im, że mnie widział i że mam się dobrze… – przełknęła, po czym nieco niepewnym tonem dodała – i że ich kocham! Panu nie będą mieli jak odmówić wysłuchania tych słów!
Im bliżej do bieguna, tym wolniej obraca się ziemia. Na samym biegunie jest się już niezmiennie w jednym punkcie. Właściwie to człowiek obraca się tam wokół siebie, gdyż jest przedłużeniem osi ziemi o własną wysokość. Tego się jednak nie odczuwa – ani na biegunie, ani na równiku, gdzie ziemia obraca się z tak zawrotną prędkością, że woda na środku rzeki podnosi się do góry i jest wyżej, aniżeli jej stan przy obu brzegach. Człowiek, zaaferowany swoimi pragnieniami i niepotrzebnymi zgryzotami, nie odbiera innych doznań świata zewnętrznego, poza zmianami pogody, powiewem wiatru i cieniem chmur, przez które gwiazda, zapewniająca ciepło temu ziemskiemu światu, zabawia się z nami w puszczanie zajączków.
Ta kobieta miała pozostać w najbardziej na południe wysuniętej części kontynentu amerykańskiego, gdzie jej dni miały biec powoli wokół osi ziemi. Ja miałem wrócić po jakimś czasie do Bułgarii, gdzie prędkość obrotu jest znacznie większa, ale i mnie, i jej rodzicom nigdy nie miało być dane odczucie tego naszymi zmysłami. I na dalekim południu, i ileś dalej na północ życie mija nam z jednaką prędkością.
Minęło kilka miesięcy i wreszcie zadzwoniłem do drzwi niskiego sofijskiego domku, do których samotna Bułgarka z Punto Arens pragnęła z duszą na ramieniu zapukać sama, ale nigdy nie miała tego uczynić.
Nie miałem w pamięci tej drobnej, posiwiałej, starszej kobiety, która uchyliła ostrożnie drzwi, nie zwalniając łańcucha.
– Pan do kogo?
– Do państwa – odparłem, szukając słów, które powstrzymałyby ją przed natychmiastowym zamknięciem drzwi. – Mam coś ważnego do przekazania.
– Nie mamy nikogo, kto mógłby nam coś przekazywać. To pomyłka….
– A państwa córka?
Jej twarz stężała. Wpiła we mnie wzrok i lekko otwarła usta, nie wydobywając z siebie ani słowa.
– widziałem państwa córkę. W Chile. Poprosiła, abym przekazał państwu wiadomość.
Najwyraźniej nie mogła się zdecydować, czy wpuścić mnie do domu. W tym momencie ze środka dobiegł cherlawy głos:
– Tania! Co ty tam tak długo? Kto to?
Nie odpowiedziała. Twarz jej nagle przybrała łagodniejszy wyraz jakiejś bolesnej determinacji. Zdjęła łańcuch i otworzyła drzwi.
– Proszę wejść!
Zapach kurzu. Wypłowiałe ze starości pluszowe meble. Stół z pofałdowaną z wiosennej i jesiennej wilgoci politurą. Przy oknie szeroki blat, na którym leżał telefon. Starzec siedział przy nim na wózku inwalidzkim.
– Kto to za jeden? A? Tania!
– Przybył z Chile. Chce nam przekazać pozdrowienia od Elenki.
-Jakiej Elenki? – powiedział opryskliwie i popatrzył na mnie nieprzyjaźnie.
– Od państwa córki.
– Ja nie mam córki! – powoli przeniósł wzrok ze mnie na swoją żonę. – Zawieź mnie do sypialni! Natychmiast…
Błyskawicznie spełniła polecenie. Wózek popiskiwał, jakby przepraszał mnie za opryskliwe zachowanie jego pasażera.
Gdy staruszka powróciła, po jej policzkach spływały łzy.
Z sypialni dało się słyszeć:
– Jakby zadzwonił telefon, masz nie odbierać!
Skinęła głową, jakby na nią patrzył, po czym spokojnie podniosła wzrok na mnie.
– Jak jej tam?
– Dobrze. Mieszka w Punto Arenas.
– Gdzie to jest?
– Na samym południu Chile.
To z pewnością nic jej nie mówiło. Otarła łzy z oczu i milczała przez klika chwil, a potem powoli i z naciskiem powiedziała:
– Szczęśliwa jest?
We mnie dał o sobie nagle znać brak jakiejkolwiek litości.
– Tak! – odparłem. – Jest szczęśliwa. Bardzo szczęśliwa!
– Jak wygląda? Dalej taka szczuplutka?
– Wygląda wspaniale. To tyle. Na mnie już czas. Wszystkiego dobrego.
Podreptała pośpiesznie w ślad za moim zamaszystym krokiem, krokiem faceta w nerwach.
Przy drzwiach odwróciłem się i powiedziałem:
– A, i jeszcze coś. Prosiła, żebym przekazał, że was kocha.
Było szare wczesnowiosenne popołudnie. Chmury zakrywały słońce i tylko tyle były w stanie zdziałać, jako że nie było w nich mocy sprawczej, skutkującej deszczem.
A co to jest za moc, wypalająca duszę człowieka aż do tego stopnia, że przestaje już być człowiekiem, a staje się cieniem samego siebie. I co to jest za niepohamowana nienawiść do wolności drugiego człowieka, nawet wówczas, kiedy jest on twoim własnym dzieckiem, która staje się wózkiem inwalidzkim dla duszy? I jak można kochać, skoro dla wielu ludzi ziemia obraca się w stronę przeciwną?
A przecież, w którą stronę by się z nami nie obracała, trwa to tak krótko, jest tak ulotne jak ten puszczony w świetle słońca zajączek. Nieskończenie przykre jest przeżycie tej krótkiej chwili, własnego życia, na podobieństwo obłoku, zasłaniającego słońce, a nie przynoszącego z sobą kropli ożywczego deszczu.

Przed odlotem

 

Fipowi Malewowi

Przylot pierwszych bocianów należy do najdawniejszych radości dzieci wiejskich. Mając dość utrapień zimy, witają zwiastunów nadchodzącej wiosny jak przybyszów z innego wszechświata.
Te dwa gniazda na dwóch nikomu już niepotrzebnych słupach telefonicznych od lat wyczekiwały na swoje bociany. Zwisały z nich kawałki starych drutów, po których nigdy już nie pobiegnie ludzki głos.
Z okna miałem dobry widok na ten najbliższy. Niekiedy całymi godzinami obserwowałem filozoficzną stateczność męskiej połowy stadła i gorączkowe ruchy żeńskiej w gnieździe oraz nasłuchiwałem wydawanych przez nie odgłosów, które sprawiały wrażenie, że uczą się mówić w języku nikomu nieznanym.
Po jakimś czasie pokazały się małe. Wcześniej słyszałem gdzieś, że prowadzą one w gnieździe między sobą straszliwą walkę o życie. Tego roku zobaczyłem to jednak na własne oczy. Większe pisklę zabierało pożywienie z dziobu mniejszego. Rozpychało się, uderzało dziobem i podnosiło niesamowity wrzask, jakby to ono ucierpiało. Rodzice przyglądali się z zadziwiającym spokojem. Nieubłagane prawa przyrody, nakazujące im co roku przeloty z jednego krańca ziemi na drugi, nauczyły ich nie mieszać się do spraw, wykraczających poza obowiązek dostarczania jedzenia.
Walka toczyła się z niesłabnącą siłą. Większe pisklę stawało się coraz większe. Małe – coraz wątlejsze. Po tygodniu stało się to, co było nieuniknione. Większemu udało się wypchnąć to mniejsze na sam skraj gniazda i zrzucić na dół.
Przykro jest widzieć w powietrzu ptaka, który nie potrafi latać. Bocianek przekoziołkował dwa razy z bezradnie rozpostartymi skrzydłami i upadł na ziemię. Widocznie zdołał przywyknąć do bicia i poszturchiwania, bo natychmiast podniósł głowę i spróbował się podnieść. Udało mu się dopełznąć do słupa i oprzeć się o niego.
Rodzice nie poświęcili mu chwili uwagi. Nie ustawali w karmieniu jego nienasyconego brata. I tyle. Widać współczucie i miłosierdzie są cechą wyłącznie ludzką. Zazwyczaj po poświadczeniach kolejnego mimowolnego lub świadomego okrucieństwa.
Bocianek na dole wciąż żył. Podbiegł do niego mały psiak. Spróbował wciągnąć go do zabawy, ale szybko stracił zainteresowanie, bo mały ptak godził się na wszystko, nie reagując sprzeciwem. Zupełnie tak samo jak przywykł w gnieździe.
Po pewnym czasie pokazała się matka psiaka. Obwąchała bocianka, znieruchomiała na moment, jakby w zamyśleniu nad tą małą istotką, która utraciła matkę, i potem powoli skierowała się w stronę wsi. Psiaczek podążył za nią.
Bocianie pisklę żyło do wieczora. Gdy zmierzch zwolna zalegał już pod lasem, opuściło głowę, pogodzone ze światem, którego nie zdążyło poznać, niezdolne nawet posmutnieć, bo nie doznało żadnej radości. I znieruchomiało na zawsze.
U góry to drugie nabierało coraz więcej sił, łopotało skrzydłami i zadzierało dziób ku niebu, jakby i stamtąd miało nadejść pożywienie, przeznaczone wyłącznie dla niego.
Pod koniec sierpnia bocianek już latał. Raźno wzniósł się do góry wraz z rodzicami, wmieszał się w olbrzymi krąg bocianów nad wsią i zniknął w dali – w chmurze ptactwa, które wywalczyło dla siebie w tym niełaskawym, niesprawiedliwym i bezwzględnym życiu dość pożywienia, by mieć siły do lotu.
Po wielu latach tak się zdarzyło, że pod koniec marca znalazłem się w dolinie rzeki Jordan. Rozmyślając o drodze Zbawiciela, wędrowałem jego nowotestamentowymi śladami i dumałem, że dobro staje się dostrzegalne dla wszystkich dopiero wówczas, kiedy zostaje ukrzyżowane.
Wtedy właśnie na zielonych nadrzecznych łąkach, które niebawem miała wypalić południowa spiekota, zobaczyłem ogromne stado bocianów. Zbierały się do odlotu. Gdzieś tam, z powrotem, dokąd po kilku dniach miałem wrócić na skrzydłach samolotu i ja. Do miejsc, w których się urodziły i w których miały narodzić się ich dzieci, choć ludzie, w swoim ubóstwie wiedzy o świętym i współistotnym akcie rodzenia, zwykli mówić, że się wykluły.
Te ptaki były osowiałe i smutne.
Pewnie doskwierała im udręka bezsensownej odwiecznej tułaczki, nieodwracalności tej chwili, kiedy ich pisklęta zostaną wyrzucone z gniazd, chwili, kiedy nie grzesząca nadmiarem życiodajnej energii przyroda wtłoczy ją tylko w istoty najsilniejsze.
Ludzi zasmuca to, że nie mają skrzydeł.
A ptaki… być może zawsze są zasmucone odlotem.

Tuż obok zaświatów

 

Waleremu Stefanowowi

W dużych miastach ludzie umierają bez żadnego ładu i składu, jako że stłoczyło się ich w jednym miejscu nadmiernie dużo. W niewielkiej wiosce nikt nie wychodzi przed szereg, bo młodych nie ma, a starzy zbytnio się nie śpieszą.
Szacowny Wasił był we wsi najstarszy. Niektórzy powiadali, że ma dziewięćdziesiąt pięć lat, zaś inni twierdzili, że więcej, a jeszcze inni – że może i mniej, ale trudno powiedzieć, bo świadkowie już pomarli. Następny w kolejce miał lat dziewięćdziesiąt i te pięć lat, jakie dzieliły ich od siebie, równie dobrze mogło być czterema, a mogło też być sześcioma. A i tenże dziewięćdziesięciolatek mógł ze swej strony kręcić co do swoich lat, ale to już inna historia.
Jedno było absolutnie pewne – także osioł szacownego Wasiła był najstarszym osłem we wsi. Nie tylko w tej wsi. Ten osioł był bez wątpienia starszy od wszystkich możliwych osłów w bądź jakiej wsi.
Bielutki jak śnieg, czy to z urodzenia, czy ze starości – powiedzieć trudno, tkwił całymi dniami na pastwisku i skubał sobie trawę z wyraźnym znudzeniem. W gruncie rzeczy w życiu zaczyna się mieć kiedyś dość wszystkiego i koniec końcem uciążliwością staje się także konieczność jedzenia.
Natomiast pragnienie nie ustaje aż do ostatniego tchnienia.
Płyn ześlizguje się w głąb ciała i kieruje się ożywczym strumieniem ku wnętrznościom. Nie wymaga zębów, nie wymaga wysiłku – potrzebuje jedynie zgody na przedostanie się przez gardło.
W tym zawierała się też niepodważalna więź między zwierzęciem i jego właścicielem. Szacowny Wasił każdego dnia kuśtykał z wiadrem, skręcał koło cmentarza na pastwisko i stawiał wiadro przed osłem. Stali tak długo naprzeciw siebie, jako że osioł nie zaczynał pić natychmiast, a szacowny Wasił nie miał nic innego do roboty, żeby nie okazywać cierpliwości. Doznali wspólnie na długiej drodze przez czas dość cierpień i mozołu, ale teraz wszystko było już poza nimi i nie było żadnej pilności w zajęciach. Jeden przynosił codziennie wodę, drugi pił. Było w tym też jakieś życie, każdy bowiem żyje sobie na swój sposób lub raczej – jak się da.
„Co ty tak nie możesz z oka spuścić tego osła?” – drażnili się z nim we wsi.
„Żeby i on nie spuścił ze mnie!” – powtarzał w odpowiedzi Wasił. – Jak stawiam przed nim wodę, to nie spuszcza ze mnie oka. Jak odchodzę, też oka ze mnie nie spuszcza. Myśli sobie, czy jutro też przyniosę mu wodę. Stworzenie. Nie wie, że umrze przede mną, bo jest osłem, a osły nie żyją dłużej od ludzi.”
„Ile ma lat, tylko powiedz uczciwie!”
„Pięćdziesiąt pięć.”
„Osły tak długo nie żyją!”
„Osły nie, ale ten tak!”
„Kręcisz, Wasilu!”
„Nie kręcę. Urodził się w roku, kiedy umarła moja żona. A miałem wtedy równo pięćdziesiąt.”
Wydaje się nieprawdopodobne, że można żyć z osłem dłużej niż z żoną, ale mimo wszystko jest to możliwe. Możliwe jest i to, że osioł może przeżyć człowieka.
Pogrzeb jest rzeczą normalną, wystarczy tylko umrzeć, choć może dziwić, że cmentarz, na którym pochowano szacownego Wasiła, był od niego młodszy o całe dziesięciolecie, bowiem wieś sięgała początkiem nieodległych czasów, założyli ją przesiedleńcy.
Osioł został sam. Tkwił dość długo na pastwisku prawie bez ruchu, zanim pojął, że już nie będzie po staremu. Ruszył powoli przed siebie po pożółkłej trawie. Artretyzm wykręcił mu prawą przednią nogą niby klepkę w beczce. Zwierzę stąpało z trudem i najwyraźniej nie wiedzieć dokąd. Tak już jest, że kiedy leciwe życie odchodzi, ale jeszcze się nie umarło, zawsze chce się dokądś iść, niezależnie od tego, czy się może, czy nie.
Nie było go kilka dni i we wsi myślano, że skoro tak długo żył jak zamurowany na oczach ludzi, to postanowił się schować, żeby umrzeć z dala od ludzkich oczu. Za jakiś czas ktoś trafi na jego szkielet obgryziony przez szakali.
Tak się jednak nie stało.
W sobotę rano babiny-płaczki, które udały się na cmentarz opłakiwać dawno zapomnianych zmarłych, wróciły do wsi i powiedziały, że osioł jest na cmentarzu i nie ma sposobu, żeby się dał stamtąd wypędzić.
Zgadzało się co do joty. Nie było komu go napoić, ale wody na cmentarzu było co niemiara. Obok krzyży, w uciętych plastikowych butelkach, do których babiny regularnie wkładały kwiaty. Osioł pił najczęściej z najświeższego grobu – swego gospodarza. Jakby ten przynosił mu wodę z zaświatów.
Początkowo zwierzę tylko piło, wkrótce jednak odkryło, że kwiaty nadają się, i owszem, do jedzenia.
Nie należy mieć za złe jakiemuś osłowi, że nie widzi różnicy między kwiatami i ostem.
Możliwe nawet, że osty są kwiatami, składanymi na oślim nieznanym grobie.
Ten osioł żył jednak nadal, nie opuszczając cmentarza. I na kolejnym pogrzebie stał obok zbitych w gromadkę starców niby ich okryty żałobą krewny.
Najwidoczniej śmierć nie przestrzega kolejności nie tylko w miastach.
Najwidoczniej nie ma do tego głowy także w małych wioskach.
A gołym okiem widać, że i na cmentarzu.

Blizna

 

Nikołajowi Wasilewowi

Samochody były wtedy rzadkością.
Ciężarówki renault z kabinami przypominającymi ciesielskie ciosła przejeżdżały raz lub dwa dziennie główną ulicą niby widma niedawnej wojny.
Pełno było wozów konnych.
Nadjeżdżały od strony pokrytego słomą mostu na rzece Perłowskiej i kierowały się ulicą Hurki, między Ogrodem Zoologicznym i zburzonymi podczas bombardowań kamienicami, w stronę centrum.
Była ciepła jesień i ludzie gorączkowo robili zapasy szarego węgla z Pernika, nazywanego „łupkami”; przypominał kamienie, ale palił się nieco lepiej od nich. Jedyny węgiel na świecie, który podczas palenia zwiększa swoją objętość, żeby był ciężki nie tylko przy znoszeniu go do piwnicy, ale i przy wynoszeniu popiołu.
Konie ospale podążały tą trasą: niekończącym się szlakiem wciśniętym między ich klapki na oczy. Gdzieś przed nimi znajdowało się to trudne do przewidzenia miejsce, w którym wóz miał stać się lżejszy. Za nimi był bat woźnicy.
Ten wóz zatrzymał się jednak zaraz za mostem. Nogi pod koniem zaczęły się telepać, stanął lekko rozkraczony, zwiesił łeb. Woźnica był drobny, sinawą, nieogoloną twarz miał przysłoniętą daszkiem kaszkietu, odbierającym mu jakby możność, podobnie jak klapki koniowi, skierowania wzroku w górę. Rozwrzeszczał się i zaczął bić konia batem. Zwierzę zrobiło dwa kroki i znowu stanęło. Wysiłek ponad siły wymusił na nim jeszcze szerszy rozkrok – teraz drgawki przebiegały już po całym ciele. Bat miał gruby trzonek, cienkie biczysko kończyło się mocno przytwierdzonym kawałkiem twardej skóry i świstało w powietrzu. W wyobraźni dzieci, bo dzieci z całej ulicy zbiegły się natychmiast, ostre zgrubienie na końcu biczyska wbijało się w skórę konia jak pazur i, kiedy odlatywało do kolejnego zamaszystego ciosu, z uderzonego miejsca leciała w górę sierść.
Twarz woźnicy zrobiła się jeszcze bardziej sina. Bezlitośnie zamachnął się kolejny raz tym batem. Koń wysunął nogę, aby zrobić krok, kopyta poślizgnęły się i przy dźwięku żelaznych podków koń osunął się na bruk. Woźnica zamachnął się jeszcze kilka razy, ale zwierzę nie było w stanie się podnieść. Wyciągało tylko szyję, potem jego ciało omdlało, zwierzę położyło powoli głowę na chodnik, jakby był on poduszką, twardą, przypisaną tylko umierającym koniom. Zaczerpnęło głęboko powietrza, wypuściło je nozdrzami i to jego pełne udręki westchnienie przybrało kształt smugi w ścielącym się na ziemi kurzu.
Woźnica podniósł wzrok i obiegł nim dzieci. Wrzasnął do nas, żeby się wynosić, i posłał stek przekleństw. Następnie przykucnął przy głowie konia. Najwyraźniej zrozumiał, że zwierzę już się nie podniesie. Cofnął się, usiadł i oparł się plecami o żółty parkan Ogrodu Zoologicznego.
Dzieci rozbiegły się i przyglądały się z oddalenia. Zostałem tylko ja. Jakieś szczególne wyczulenie na autentyczność zdarzeń, mające po wielu latach zaowocować tym, że zostałem pisarzem, kazało mi tkwić bez ruchu przy tej scenie, w której dla woźnicy stawało się jasne, że w jego życiu wszystko się zawaliło, a oddech konia stawał się coraz bardziej urywany, zwierzęciu było już wszystko jedno, czy bat, wypełniający piekącym bólem jego życie, będzie mu towarzyszył i w chwili śmierci. Jedynie człowiek chciał zawrócić bieg zdarzeń tam, gdzie były one do tego momentu, i czynił to w jedyny znany sobie sposób – smagając batem do upadłego.
Czekało mnie życie dorastającego chłopca, potem dojrzałego mężczyzny. W szkole czekało mnie przyswajanie wielu prawd, zaczerpniętych z życia i podanych mi jakby w słojach z formaliną. Czekała na mnie także lektura opowiadania o starym wole Bełczu, o trosce, z jaką do tego zasłużonego wyrobnika odnosiły się dzieci i dorośli, o ogromnym przywiązaniu człowieka do domowego zwierzęcia.
W tym momencie woźnica poderwał się i zamachnął się batem na mnie. Rozległ się świst biczyska, którego koniec wbił się w moją skroń. Prawie nieprzytomny, odruchowo pobiegłem na chodnik po przeciwnej stronie ulicy. Wróciła mi ostrość widzenia, spojrzałem za siebie – woźnica zdążył ponownie usiąść, z głową podpartą pięściami. Kaszkiet zsunął się i zakrywał mu oczy. Właściwie był jakby bez twarzy. Widziałem tylko dwie czarne, masywne pięści, podpierające kaszkiet.
A koń niebawem przestał oddychać.
Nawet i teraz, dotykając prawej skroni, wyczuwam zgrubienie blizny. Niosłem ją z sobą przez życie wraz z bolesnymi prawdami, jakich nigdy nie dostaje się w darze – że okrucieństwo i bezmyślność człowieka idą w parze, że śmierć przychodzi wbrew naszej woli niczym smuga pyłu wzbitego ostatnim oddechem i że życie wyzute z sensu staje się podobne do starego kaszkietu, podpartego dwiema pięściami rozpaczy.

Cisza

 

Pamięci mego ojca prof. Asena Biołczewa

„Śmierć jest zawsze poza człowiekiem!” Te słowa mój ojciec wypowiedział przy trumnie mojej matki. I dodał jeszcze: „Zobacz ile kwiatów, bardzo lubiła kwiaty, cieszyłaby się, gdyby mogła je oglądać!”.
A on lubił drzewa.
Za jego sprawą powstały miliony hektarów nasadzeń, bo taki miał zawód, ale każde nowe drzewo, wypuszczające liście na wiosnę, cieszyło go tak, jakby było tym pierwszym.
Od dziecka nauczył mnie bezbłędnie rozpoznawać grzyby. Często we dwóch chadzaliśmy po szkółkach leśnych i śmiał się ze mnie, że ciągle mylę nazwy drzew. Wciąż nie potrafiłem ich zapamiętać. Za wyjątkiem jednego, bo rosło nad grzybami, biorącymi swą nazwę od niego. Grzyby nazywały się osiki – a drzewo powyżej osika,
„Nazywają je też trepetliką , bo jego liście drżą na wietrze i wydają głośny szmer – mawiał ojciec. – Musimy posadzić ją w ogrodzie i rozrzucić pod nią grzybnię”.
„I będziemy mieli grzyby w ogrodzie?”
„Tego nie da się z góry przewidzieć. Grzyby nie są tak wdzięczne jak drzewa. Drzewa potrafią cieniem odpłacić się temu, kto je posadził. A grzyby rosną, o ile zechcą. Ale osikę powinniśmy posadzić. Jak nie będzie grzybów – to nie będzie. Ale na pewno nie wyrosną, jak nie będzie nad nimi osiki.”
Oczywiście osiki nie posadził. W ogrodzie było aż gęsto od drzew owocowych, owocujących rzadko, bo ojciec nie miał czasu, by je przycinać i pielęgnować. Znikał na całe tygodnie na badania terenowe. Do swoich drzew w lasach. One były jego prawdziwą pasją. Radziły sobie same, wymagały tylko raz pomocy od człowieka – żeby je wsadził do ziemi. I niezależnie od tego, czy jałowa, żyzna, czy kamienista, to większość z nich znajdywała drogę do słońca. Niosło to ze sobą osobliwą radość – sadzi się każde drzewko osobno, a po latach zaskoczonym oczom ukazuje się, że wyrósł las.
„Sadzi się drzewo w ziemi i tym samym daje się początek jego życiu, a człowieka sadzi się jak już jego życie dobiegło kresu! To niesprawiedliwe! I właśnie dlatego śmierć rośnie sobie spokojnie w życiu drzewa, a w wypadku człowieka jest zawsze poza nim, a potem na długo wisi w powietrzu, zajmując miejsce po nim.” – powiedział któregoś wieczoru, zanim sięgnęliśmy po kieliszki.
Mój ojciec żył długo. Przed nim zdążyli odejść ludzie, z którymi stworzył cienisty baldachim swego życia. Usychały lasy, którym dał życie, wycinano lasy, które udało mu się uchronić. Można by rzec, że życie, podobnie jak i śmierć, jest zawsze poza człowiekiem i panoszy się do woli i gdzie popadnie.
Umarł w niedzielę. Byłem sam przy jego łóżku. Iskierki życia gasły na moich oczach. Był spokojny, bo byłem przy nim, i pogodzony z tym, że przecież wkrótce mnie zostawi, bo wiedział, czym jest śmierć. To ja nie wiedziałem. Nie mogłem złapać tchu, kiedy on też już nie mógł, choć nie był tego świadomy. Łzy zostają żywym. Zmarły przestaje jedynie oddychać.
Przyśnił mi się po latach. W najbardziej nieoczekiwanym miejscu, bez racjonalnego powodu w mijającym dniu. Dał mi znak, abym się niczym nie przejmował – bardzo charakterystyczny dla niego znak – młynek prawą ręką w połączeniu z ironicznym uśmiechem.
A potem znów rozstaliśmy się na długo. Także we śnie.
Nie tak dawno życie przywiodło mnie w Rodopy. Trafiłem do pewnej wsi, której człowiek nie mógł sobie umyślić, choć ludzie ją zbudowali. Domy były z cegieł. Jednakże ludzie porzucili to rajskie, zielone i ciche miejsce. Z czasem dachy się zawaliły, a ściany, nadgryzione przez czas, miały kształt wyostrzony, przypominający dziwaczne topory. Tylko jedna zachowała prostokątny kształt cegieł – bo rosła na niej osika. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego to drzewo wybrało tak niedogodne miejsce do zapuszczenia korzeni, dlaczego nie wybrało sobie miejsca wśród owocowych drzewek w naszym ogrodzie, które pewnie miałyby mu to za złe, ale roślinom trudno jest ze sobą walczyć, bo nie mogą opuszczać przypisanego im miejsca.
Osika zapuściła korzenie w ścianę i tu i ówdzie wystawały z cegieł niczym instalacje. Sięgały do gruntu, z którego czerpały wilgoć. I tak oto trzymały ścianę, czerpiąc soki dla drzewa, wznoszącego się do góry prosto i pewnie.
Dzień był upalny i zwiastował burzę. Po opustoszałych ulicach goniły obłoki kurzu. Wypłukane przez deszcz ściany, których osad zalegał na bruku, wznosiły się znów w powietrze i tworzyły żółtą ścianę dla oczu.
I wtenczas usłyszałem szmer osiki. Jej liście łopotały jak opętane. Toż ona była stworzona właśnie po to. Przeznaczenie żywej istoty bywa jednak niekiedy dla niej zgubne. Przyroda strzeże swej hegemonii, odbierając swoim tworom prawo do nieprzewidzianych misji. Burza rozszalała się na dobre, przynosząc szum deszczu, lejącego nie tu, a gdzieś w żółtawej dali. Osika zaczęła pochylać się pod naporem wiatru, zachowała pozycję pochyłą przez jakiś czas, w ciągu którego korzenie u podstawy ściany nie wytrzymały. Drzewo zwaliło się do środka budynku wraz ze ścianą. I tyle.
Burza ucichła. Na tle czarnego horyzontu rozbłysły błyskawice, grzmoty przetaczały się jakby były echem z zaświatów.
I wtedy przypomniałem sobie bolesną ciszę, jaka nastąpiła po wydaniu przez mojego ojca ostatniego tchnienia.
Osika milczała także, zwalona między ścianami domu, do którego wprowadziła się jako jego ostatni domownik. Milczała, bo wiatr nie trącał już jej liści.
Wtedy zrozumiałem.
Śmierć jest ciszą.
Głęboką ciszą, dostępną jedynie żywym.

. . : : M E N U : : . .

Przekłady i Publikacje

. . : : L I N K I : : . .